Poprzednie częściPod gwiazdami

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Pod gwiazdami 12

SARAH

 

Noc była jak burza piaskowa, brutalna i krótka. Nadal czułam jego rozgrzane dłonie na swojej skórze, jakby odczepiły się od jego ciała, smyrając tu i ówdzie.

Rano wstałam w wyśmienitym humorze, a uśmiech nie schodził z rozpromienionej twarzy, chociaż tak naprawdę, powinno być na odwrót. Widocznie od tych wszystkich zdarzeń, zwoje mi się przegrzały i nie myślałam racjonalnie.

Dobry humor prysł jak bańka mydlana, kiedy do kuchni wtoczył się Michael, na wpół nagi i rozczochrany, jakby poraził go prąd. Umościł tyłek na krześle i wpatrywał się we mnie, jakby na coś czekał.

Jeżeli myślał, że go obsłużę, jak w restauracji, to trafił pod zły adres, pomyślałam i ruszyłam do sypialni, czując na plecach jego przeszywający wzrok.

– Mam rozumieć, że mogę czuć się jak u siebie i grzebać gdzie popadnie, panno, milcząca? – Musiał mi dogryźć, bo inaczej dostałby migreny.

Zatelepało mną i aby nie podkręcać atmosfery, rzuciłam: – Tak. Michael tylko czekał, kiedy nastroszę piórka i przystąpię do kontrataku, ale tym razem musiał obejść się smakiem.

Miałam zamiar milczeć, uszykować do pracy i jak najszybciej wyjść, zanim braknie mi tlenu, który nieustannie mi podkradał.

– Rozumiem – burknął i nie wiedząc czemu, wstał i podszedł do mnie, robiąc maślane oczy. – Może za nim mnie opuścisz, wskażesz łaskawie co, gdzie jest, bo na chwilę obecną wiem tylko, że: szklanki, kawę i cukier trzymasz nad zlewem. – Wyszczerzył się, a mi skoczył gul. – Chleb, lodówka, owoce, warzywa… – Pokazywałam palcem, jak małemu dziecku, które nie odstępowało mnie na krok, jakbym była magnesem o silnym strumieniu przyciągania nieodpowiednich mężczyzn.

– Teraz, to ja rozumiem. – Otworzył lodówkę i zaczął przewracać jej zawartość do góry nogami. – Sera nie masz? – Szynka wylądowała na podłodze, a za nią potoczył się kozi ser.

– Odsuń się, bo zabiję, wypatroszę, nafaszeruję wszystkim, co znajdę i upiekę na rożnie. – Zagryzłam wargę i westchnęłam, nie mając już siły wydobywać z siebie zbędnych i trafiających w ścianę słów. – Siadaj i niczego więcej nie dotykaj, bo zamiast do pracy, wywiozą mnie na sygnale do domu wariatów.

– Nie wezmą cię, bo zagryziesz personel – parsknął, a kropelki śliny wylądowały na moim karku. – Sama kazałaś mi się obsłużyć, więc pretensje możesz teraz mieć jedynie do siebie, bo gdybyś przyjęła gościa, jak należy, nie byłoby tego całego rozgardiaszu. – Złapał się za brzuch, kuląc od śmiechu.

– Co ty nie powiesz. – Schyliłam się po porozwalane produkty i namacałam te, których potrzebowałam, aby zrobić kanapki i zamknąć usta temu ważniakowi. – Miałeś usiąść, a nie sterczeć obok, jak kula u nogi i przestań rżeć jak osioł, bo fakt jest taki, że nawet znaleźć niczego nie potrafisz.

– Potrafię. – Poczułam wilgotne od potu dłonie na swojej szyi, a następnie rozbudzające zmysły, gorące usta. – Musiałem cię jakoś zatrzymać, a że od pewnego czasu patrzysz na mnie wilkiem, więc postanowiłem zrobić z siebie idiotę i stanąć na uszach, aby być jak najbliżej tego, co spędza mi sen z powiek.

- Piersi – prychnęłam.

– Nie, ciebie Sarah. – Okręcił mnie do siebie przodem i obdarzył rozwarte usta, namiętnym pocałunkiem, penetrując każdy zakamarek, swoim łapczywym jęzorem.

Odwzajemniłam się, pomimo że parę sekund wcześniej, chciałam go udusić i rozpłynęłam w powietrzu, jak poranna mgła.

– Masz bitą śmietanę? – spytał, odnajdując mój zamglony wzrok.

– Mam, ale truskawki mi wyszły. – Podałam mu puszeczkę i szybko tego pożałowałam.

Wstrząsnął, nacisnął i okleksił mi całą twarz, po czym zlizywał, jak z gofra.

– Nie potrzebuję truskawek, skoro mam w zasięgu tak dorodną brzoskwinkę. – Tym razem wycisnął śmietanę na dekolt i obojczyki. – Otwórz usta. – Nie zdążyłam, kiedy wcisnął dozownik pomiędzy wargi, wypełnił buzię po brzegi lepkim kremem i sięgnął ust. – Idziemy do sypialni? – Oblizał czubkiem języka resztki białej pianki i zabrał się do podjadania tej z klatki piersiowej.

– Nie mam na to czasu Michael, bo praca czeka. – Uniósł głowę i spoważniał. – I tak już jestem piętnaście minut do tyłu.

– To jedyny powód twojej odmowy? – Ściągnął brew. – Chciałbym wiedzieć, na czym stoję?

– Na beżowych płytkach Michaelu – rzuciłam i otrzepując resztki śmietany, wyminęłam go i poszłam zmienić upaćkaną bluzkę.

– Wszystko jasne, dzięki – syknął i wyszedł z kuchni, nabuzowany, jak syfon gazem.

***

Co za upiorny dzień, pomyślałam. Byłam tak roztargniona, że pomyliłam próbki do analizy. Ile się nasłuchałam pretensji od podminowanego zajściem szefa, że głowa mała. Panno Cole to, panno Cole tamto. Chciałam już stamtąd wyjść i poczuć powiew świeżej bryzy, na spoconym ciele, ale zamiast tego musiałam zaczynać wszystko od nowa i jeszcze pozostawała do rozpracowania zawartość walizki.

Po dwóch godzinach ślęczenia nad próbkami – przez własną głupotę – miałam naprawdę dość. Oczy mi się kleiły, a końca nie widać.

Wszystko, przez tego, bufona, który wypełniał swoim jestestwem każdy zakamarek mojego mózgu i nawet chłodny powiew z wentylatora, nie był w stanie rozbudzić rozmarzonego intelektu, aby skupił tok myślenia, na czymś innym, niż ponętny Michael.

– Kurwa… kurwa… kurwa – syknęłam, kiedy po raz kolejny sięgnęłam po nie ten dodatek, co powinnam. – Nie dam rady tego skończyć. – Odsunęłam wszystko zamaszystym ruchem i spuszczając głowę, wsparłam ja na dłoniach, dając sobie czas, aby zacząć racjonalnie myśleć.

Z zadumy wyrwał mnie telefon, który wibrował na blacie i ślizgał się po blasze.

– Tak.

– Dokończyła pani pracę, czy mam powiadomić ochroniarza, że zostanie pani po godzinach? – Głos szefa był szorstki i donośny.

– Zostaję, bo jestem w szczerym polu, jeśli chodzi o ten środek znieczulający – oznajmiłam ciepłym głosem, chociaż tak naprawdę miałam ochotę drzeć gardło.

– Panno Cole, proszę zakasać rękawy, bo jutro chcę widzieć wydruki na swoim biurku, zrozumiano?

– Rozumiem i mogę obiecać, że na pewno tam wylądują. – Usłyszałam pipanie – połączenie zostało zerwane.

Przypominałam rusałkę, która rozpaczała, że nie zatańczyła dla kwiatów, o brzasku słońca, albo wampira, który nie zdążył schronić ciała przed palącym blaskiem i spłonął, nie osiągnąwszy celu.

Odciążę rozum i zajmę się towarem Michaela, pomyślałam, kładąc walizkę na zimnym stole.

– Co my tutaj mamy? – mówiłam do siebie, wbiłam kod i rozchyliłam klapy. – Zacznę od proszku. – Wyjęłam woreczek i podrzuciłam parę razy, aby spulchnić zawartość, po czym odsypałam troszkę na tackę i oblizałam palec, który następnie wcisnęłam w zawartość i uniosłam do ust.

– Przecież to jest kokaina. – Wyplułam ślinę i przeciągnęłam dłonią po mokrych wargach. – Michael musiał coś namieszać i dał mi nie to, co trzeba.

Może to są narkotyki, które zarekwirował na tej swojej” tajnej misji”?

Sięgnęłam po telefon z zamiarem wyjaśnienia, ale po chwili dotarło do mnie, że przecież nie mam jego numeru – odłożyłam aparat. Zsypałam proszek na powrót do woreczka i wsadziłam do walizki, zatrzaskując zamki.

Jeden problem z głowy, pomyślałam, wracając do zaległej analizy, która szła mi, jak krew z nosa. Byłam poddenerwowana i wydzielałam bardzo dużo potu, który co rusz ocierałam z czoła. Coś wewnątrz mnie nie czuło się pewnie i dawało o tym znać.

Godzinę później podnosiłam z podłogi kartki, które wypadały z drukarki i składałam stronicami. Udało mi się osiągnąć finał i jedyne, o czym marzyłam, to zamknąć drzwi z drugiej strony i zapomnieć o całym wcześniejszym niepowodzeniu.

Ogarnęłam stanowisko pracy i chwytając walizkę Michaela w dłoń, opuściłam laboratorium, czując wybawienie, ale i podświadomy niepokój.

***

Ujechałam może trzy kilometry, kiedy drogę zajechał mi czarny samochód w asyście policji na sygnale.

– Przecież jechałam przepisowo, więc o co może chodzić? – Zachodziłam w głowę, drapiąc się po policzku (w lusterku wstecznym, widziałam, że to właśnie auto jedzie za mną, odkąd wyjechałam z podziemnego parkingu należącego do laboratorium). – Dlaczego zatrzymali mnie akurat tutaj, w szczerym polu? – Odpowiedzi nie nadchodziły, za to dwoje mundurowych, już pukało w szybę.

Wcisnęłam guzik – szyba opadła.

– Zrobiłam coś nie tak, że kazaliście mi stanąć? – Ściągnęłam brew i zatopiłam wzrok w wysokim brunecie, który właśnie wysiadał z czarnego auta i zamaszystym krokiem, podszedł do mojego samochodu od strony pasażera, otworzył drzwi i machnął odznaką przed nosem.

- Shawn Morris z wydziału antynarkotykowego – oznajmił i usiadł na fotelu, patrząc na mnie spod przymkniętych powiek, a ja przełknęłam wielką gulę zalegającą w krtani, zdając sobie sprawę, że mam przejebane. – Prosiłbym o położenie rąk na kierownicy i zachowanie milczenia, dopóki nie skończymy przeszukania – dodał i wysiadł, zatrzaskując za sobą drzwiczki.

– Ale o co chodzi? – zapytałam, bo nie rozumiałam, dlaczego przetrzepują mój samochód, jakbym przewoziła bombę.

Sama byłam bombą, która eksploduje, jeśli nie uzyska odpowiedzi.

– Dostaliśmy anonimowe zgłoszenie, że jest pani w posiadaniu znacznej ilości środków niedozwolonych, dlatego panią zatrzymaliśmy – rzucił i kazał wysiąść. – Proszę to otworzyć. – Położył walizkę na dachu i obserwował, jak drżącymi rękoma wbijam kod i uchylam.

– Dostałam to przez pomyłkę od tajniaka, który pracuje nad ważną sprawą. – Starałam się być przekonująca, ale jego ostry i przenikliwy wzrok nie wróżył dobrze. – Nazywa się Michael Lord i możecie go spytać, na pewno potwierdzi moją wersję. – Drżałam jak osika i gdyby nie samochód, o który się wsparłam, runęłabym na ziemię, bo nogi odmówiły posłuszeństwa.

– Sam – zwrócił się do mundurowego, który zamykał bagażnik. – Sprawdź tego Michaela, czy mamy takiego w szeregach, bo coś mi się zdaje, że panienka robi nas w bambuko.

– Mówię prawdę – oznajmiłam podniesionym głosem, widząc krzywy uśmiech na twarzy tajniaka.

– Zaraz zobaczymy, a w tym czasie poproszę o dokumenty – burknął, zerkając mi w dekolt. – Nic mi nie wiadomo, na temat tajnej akcji, ale może nie wiem o wszystkim. – Puścił oczko i wziął papiery z mojej dłoni. – Na oko, jest tutaj, z trzysta gramów narkotyków, co przekracza znacznie normę na użytek własny.

– Mówiłam już, że to nie moje, tylko policjanta. – Nie słuchał, w ogóle ignorował moje tłumaczenia.

Postanowiłam już więcej nie mówić nic, aby nie pogarszać sytuacji – tajniak nie wyglądał na miłego i nie był, pomimo że nie robił niczego, co byłoby nie na miejscu.

Klapnęłam na fotel i robiąc parę głębokich wdechów, próbowałam odpędzić mroczki sprzed oczu.

Kolejne kłopoty i to przez kogo: przez Michaela.

– Nikt taki nie pracuje w żadnym wydziale – oznajmił blond włosy policjant, po otrzymaniu komunikatu przez radio. – Nie ma też w okolicy żadnej zasadzki na handlarzy.

– Dzięki Sam. – Tajniak oddał mi dokumenty i wzruszył ramionami. – Pojedzie pani z nami i aby nie było za bardzo służbowo, jest pani aresztowana za posiadanie narkotyków.

To nie mogła być pomyłka i dotarło do mnie, że Michael mnie cały czas okłamywał i miał w tym interes, aby złapano mnie z tą walizką – sam ich zawiadomił.

By cię piekło pochłonęło idioto niemyty.

Ty kameleonie o stu twarzach.

– Zapraszam do radiowozu, panno Cole. – Na szczęście obyło się bez kajdanek, bo prawdę powiedziawszy, już bez nich było mi wstyd i najchętniej zapadłabym się pod ziemię, aż do samego jądra. – Kokaina, amfetamina?

- Co? – Wytrzeszczyłam oczy. – Nie wiem – dodałam szybko, spuszczając głowę i zaczęłam liczyć palce.

Doskonale wiedziałam, co to jest, bo nie byłabym sobą, gdybym nie sprawdziła. Nigdy nie polegałam na czuju.

Pierwszy raz w życiu, jechałam radiowozem i na pewno nie będę tego wspominać przyjemnie. Sposępniałam, jęknęłam i rozmyślałam nad swoją łatwowiernością. Tajniak siedzący obok zerkał w moją stronę, jakby próbował wyczytać coś z mowy ciała.

– Coś mi się zdaje panno Cole, że wpakowała się pani w niezłe gówno i najprawdopodobniej po osobie, która nałożyła na panią jarzmo, nie pozostał nawet smród. – Przekręciłam lekko głowę i odnalazłam jego zaciekawiony wzrok. – Podjedziemy od razu pod pani dom, może będzie miała pani szczęście i zastaniemy tego całego Michaela Lorda.

– Wątpię – szepnęłam od niechcenia, przypominając sobie ostatnie wydarzenia.

Michael pochodził z półświatka i gdyby nie namieszał mi w głowie, szybciej bym do tego doszła.

Pierdolony szczur.

Obawa przerodziła się w odwagę.

Uczucie w popiół.

– Zatrzymaj auto na przystanku, a pannę Cole poproszę, aby wskazała drogę – wysiedliśmy.

Ruszyłam wolnym krokiem w asyście tajniaka i mundurowego, czując, jak mi ciśnienie rośnie, a serce nieomal nie opuści piersi – kołatało jak szalone.

– Ten drewniany domek. – Wskazałam ręką i już wiedziałam, że Michaela tam nie ma. – Nie widzę czerwonego samochodu, więc nawet szkoda iść dalej – westchnęłam i zamrugałam powiekami.

Uciekł tchórz.

– Pozwoli pani, że sami to ocenimy – fuknął tajniak i ślimaczym tempem wkroczyliśmy na posesję.

Jak podejrzewałam – dom był pusty.

– Nic tu po nas. – Mundurowy nakreślił parę słów na kartce i wcisnął ją pod wazon stojący na komodzie, nieopodal wyjścia. – Wracajmy.

– Pozwólcie mi, chociaż zanieść pieski do sąsiadki. – Mifi i Fifi szczekały na obcych, broniąc terenu i podszczypywały po łydkach. – Tego sierściucha też. – Dopiero po chwili dotarło do mnie, że Cezar również tutaj jest i obserwuje przybyłych, co oznaczać mogło jedno: Michael wróci. – Szeroki uśmiech ozdobił do niedawna ponurą twarz, malując przyszłość w kolorach tęczy.

– Gdzie smycz? – zagadnął mundurowy, któremu nie uśmiechało się podchodzić do owczarka, który właśnie wstał i usiadł obok mnie, jakby pełnił wartę. – Z resztą… ja wezmę maluszki, a pani poprowadzi to bydle, które na pierwszy rzut oka demonstruje swoją niechęć do mnie.

Skąd takie skojarzenie – nie wiedziałam.

Cezar był potulny jak owieczka i nawet noska nie zmarszczył.

***

 

Czterdzieści minut później siedziałam w małym pokoiku i powtarzałam po raz któryś z kolei te same słowa, w które sama już przestawałam wierzyć.

– Panno Cole, nie jesteśmy idiotami i nawet, jak jest w tym ziarno prawdy, nie zwalnia to pani z odpowiedzialności. – Tajniak zrobił łyk kawy i przerzucał stronice, jakby czegoś szukał, po czym odebrał dzwoniący nieustannie od jakiejś minuty telefon.

– Właśnie otrzymałem informację, że w pani domu znaleziono podobną walizkę z nieznaną zawartością. – Spojrzał mi głęboko w oczy. – Jest pani dilerem, czy producentem?

– Nikim. – Poderwałam ciało do góry, mając serdecznie dość tego upartego niedowiarka. – Próbki leków, jeśli nie zostałam wprowadzona w błąd – dodałam i stanęłam obok okna, chcąc zaczerpnąć świeżego powietrza przez szparkę.

– Jasne, a ja, jak nikt nie patrzy, przeobrażam się w Świętego Mikołaja – drwił. – Na razie to tyle, Sam – zawołał – zaprowadź panią Cole na dołek.

– Ale…ale – zamarłam i tylko patrzeć, jak z dołka trafię pod sąd, a później do więzienia.

– Na przyszłość radziłbym lepiej dobierać znajomych – powiedział i kazał mundurowemu mnie wyprowadzić. – Jak znajdziemy zbiega, zaczniemy wszystko od nowa.

Byłam w matni i tylko cud mógł mnie z niej wyrwać.

Policjant zaprowadził mnie do obskurnej celi, która nie była remontowana od lat. Usiadłam na twardej pryczy i obserwowałam, jak przekręca klucz, wyjmuje i znika za filarem.

Nie miałam już siły myśleć, więc ułożyłam się wygodnie na lewym boku i zamknęłam powieki. Potrzebowałam odpoczynku emocjonalnego, przed dalszym pojedynkiem na słowa.

Odpłynęłam.

– Panno Cole, proszę wstać. – Słyszałam miękki głos tuż obok ucha. – Szef zarządził przesłuchanie.

– Znowu – parsknęłam, siadając. – Odnaleźliście tego, o którym wspominałam? – Wyłapałam jego spłoszony wzrok.

– Wszystkiego dowie się pani na miejscu, zapraszam. – Zimny jak głaz policjant puścił mnie przodem, burcząc pod nosem. – Szkoda takiej ładnej kobiety – dopowiedział, przejeżdżając palcami po siwych włosach.

Ogarnął mnie lęk i wytwarzałam milion odpowiedzi, na jego stwierdzenie.

Po paru minutach czekałam w biurze na przyjście tajniaka, który prowadził sprawę, gryząc paznokcie u rąk. Niepewność doprowadzała napięte ciało i mózg do obłędu.

Niewiedza była karą za naiwność.

– Witam ponownie – rzucił, wchodząc do pokoiku jak tornado z naręczem papierów. – Nie mam dla pani dobrych wieści i mówiąc otwarcie: pani słowa nie znalazły pokrycia.

– Jak to? – Spoważniałam i zdziwiłam się jednocześnie. – Mów pan w końcu, bo osiwieję. – Skuliłam dłonie w pięści i przygryzłam wargę – zabolało.

– Pan Michael Lord zgłosił się do nas, ale jego wersja zdarzeń odbiega znacznie od pani – zakasłał i usiadł za biurkiem. – Ponoć pani i jeszcze parę kobiet z wioski, nagabywałyście go w celu poderwania.

– Pan żartuje, prawda. – Zrobiłam rybią minę i lekko mnie przytkało.

– Niestety nie panno Cole. Moi ludzie przeprowadzili wywiad i słowa pana Lorda znalazły pokrycie.

– Wiedziałam, że ten chuj coś kombinuje – syknęłam, ale starałam się trzymać nerwy na wodzy, chociaż wszystko w środku mnie buzowało.

– Pan Lord zostawił u pani psa, bo musiał wyjechać do Londynu, a sprawa narkotyków i rzekomego udawania policjanta jest mu obca. – Przełknął głośno ślinę i zaczął stukać długopisem w blat. – Wychodzi na to, że chciała pani wrobić go w tę sprawę, bo odrzucił pani amory. – Stukał coraz głośniej.

Nie odpowiedziałam, bo to, co usłyszałam, wstrząsnęło mną na tyle, że zapomniałam języka w buzi.

Umarłam i nie dość, że Michael wystrychnął mnie na dudka, to do tego wszystkiego przedstawił, jako niewyżytą starą pannę.

Wszystko świadczyło przeciwko mnie, a ten łajdak wybielił swoje wredne dupsko.

Nie współpracowałam, więc wróciłam do celi, naburmuszona jak indyk i wściekła jak osa.

Zemszczę się, gdy tylko nadejdzie pora.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • ZielonoMi 3 tygodnie temu
    No tego to się nie spodziewałam. Ładniej ją zrobił. 🥳🥳🥳
  • Joan Tiger 3 tygodnie temu
    A no widzisz, niespodzianka. :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania