Poprzednie częściPod gwiazdami

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Pod gwiazdami 5

MICHAEL

 

Gdy opuściłem dom Sarah, skierowałem się w stronę swojej posesji, pogwizdując pod nosem. Byłem zrelaksowany i od dawien dawna nie czułem takiego błogiego stanu, bo zawsze coś zaprzątało mózg, który nie wyrabiał się z przetwarzaniem rozważań i postanowień na kolejny, a nawet trwający nadal dzień.

Po wejściu w ostry zakręt i przejściu na ścieżkę prowadzącą do domku, po paru krokach wolnego marszu, moim oczom ukazał się czarny mercedes z przyciemnianymi szybami, zaparkowany tuż przed furtką, prowadzącą na podwórko.

Przymrużyłem oczy, bo właśnie oślepiał mnie blask słońca, które wyłoniło się zza korony drzewa, gdy posuwałem się leniwie do przodu, przeczuwając, że szykują się kolejne problemy, na które sobie zasłużyłem.

Czarne auto, którego silnik pracował cichuteńko, należało do ojca – Dona – który nie wpadł do mnie z wizytą towarzyską, aby napić się kawy z kolorowego kubka, najlepiej jeszcze z własnym imieniem.

Miałem przejebane – wiedziałem to.

Czułem mocny ścisk w gardle i miałem problemy, aby zaczerpnąć tchu, bo coś blokowało drogi oddechowe. Wielki balon, powstały na skutek stresu, naciskał na krtań, zatrzymując dopływ tlenu i nie umożliwiał normalnie pozbyć się z buzi nadmiaru śliny. Niedługo zacznie wyciekać kącikami ust, jak nie przestanę robić zdziwionej miny tym widokiem przede mną i nie zbiorę rozdygotanego ciała do kupy.

Chcąc nie chcąc, musiałem iść dalej, bo właśnie wybałuszony wzrok wyłapał, jak otwierają się przednie drzwi w aucie od strony pasażera i wyłania się z wnętrza barczysty, karczek, który otrzepał skórzaną, czarną kurtkę z pyłu i zerknął na mnie ostrym spojrzeniem. Przywołał skinieniem ręki, na której w okolicy nadgarstka zwisał gruby, złoty łańcuch, połyskujący w bystrych promieniach grzejącego na potęgę słońca.

– Ojciec czeka na ciebie od dwóch godzin, Michael – poinformował łysy mężczyzna, odpalając papierosa, którego chwilę wcześniej wsadził do ust. – Rusz dupę i wsiadaj. – Pochylił się lekko i pochwycił za klamkę tylnych drzwi, otwierając je na całą szerokość. Wsiadłem ze ściśniętym sercem, odczuwając zaduch po cygarach, które ojciec palił nałogowo.

– Witaj synu – burknął, ale nie spojrzał na mnie, jakby mój widok nie był mu potrzebny.

– Witaj ojcze – wydusiłem przez ściśnięte gardło, ledwie słyszalnym głosem.

Byłem tak obsrany, że bałem się nawet mrugnąć, aby nie wprawić go w gniew.

Na razie jego rysy twarzy były łagodne i niech pozostanie tak jak najdłużej, bo nie chcę dostać po mordzie od tych mięśniaków.

Kierowca zerkał na mnie w lusterku, wykrzywiając usta i podśmiewał się lekko pod nosem, jakby cieszył się, widząc moją trupiobladą i wystraszoną twarz.

– Jack wydał na ciebie wyrok śmierci – zabrał głos ojciec, zaciągając się dymem z cygara, a ja wbiłem się w fotel. – Jak mogłeś zbałamucić córkę mojego największego wroga? – Przechylił twarz w moją stronę i posłał spojrzenie pełne złości. – Dlaczego o wszystkim muszę dowiadywać się jako ostatni, co? – Jego miękki i opanowany głos, zaczynał drgać i zmieniać tembr na ostrzejszy.

– Nie wiedziałem, że Charlotte jest jego córką. – Zrobiłem wielkie oczy i podrapałem się po głowie, czując, jakby oblazły mnie wszy. – Gdybym wiedział, to…

– Nie zamoczyłbyś ptaka w dziurce i nie rozkochał w sobie, łamiąc serce – przerwał, oznajmiając dokładnie to, co sam chciałem powiedzieć.

– Dokładnie tak ojcze – oznajmiłem, a on zacisnął palce na drewnianej gałce od laski, którą trzymał pomiędzy nogami do białości.

– Sam powinienem cię zabić i rzucić moim dobermanom na pożarcie – westchnął, luzując uścisk na gałce. – To przez nią chciałeś odpocząć od miasta i zaszyłeś się w tej głuszy?

– Nie. – Zerknąłem na jego zaciśniętą szczękę. – Uciekłem od ciebie.

– Przede mną nie da się uciec i powinieneś o tym wiedzieć synu. – Wtłoczył do płuc sporą ilość dymu ze skwierczącego cygara. – Dostaniesz ochronę i dokończysz to, co porzuciłeś w pośpiechu, zrozumiano? – poinformował mnie głosem nieznoszącym sprzeciwu. – Jack oskarżył cię o kradzież towaru ze wschodniego magazynu i kazał sobie słono zapłacić.

– Nic od niego nie wziąłem – fuknąłem lekko uniesionym głosem. – Szuka kozła ofiarnego. To zapewne jego córka, która ma dużo za uszami i nie jest taka święta, jak ją przedstawia.

– Zbyłem go, bo wiem, że to blef. – Wypuścił dym z buzi i strzepał popiół z cygara. – Mam nowe dojścia i będziesz musiał na dniach pojechać do Meksyku na parę dni.

– Dobrze ojcze – odparłem beznamiętnie, bo nie miałem prawa głosu, aby się sprzeciwić. – Mogę zostać w tej wiosce, czy muszę wrócić z tobą do Londynu? – Każdy milimetr mojego ciała, czekał na decyzję w ogromnym napięciu.

– Zostaniesz, bo tam od razu dostaniesz kulkę w łeb – rzekł posępnym tonem, stukając paznokciami o powierzchnię kieliszka od szampana, który stał – w połowie pełny – tuż, przed jego torsem. – Alec – prawa ręka ojca – da ci zaraz towar do sprawdzenia i postaraj się to załatwić jak najszybciej.

– Rozumiem ojcze. – Zwilżyłem wargę i rozluźniłem nieznacznie spięte mięśnie.

Ojciec obchodził się dzisiaj ze mną wyjątkowo łagodnie – jak nie on.

– Nie interesuje mnie, jak to zrobisz i z kim, ale wyniki analiz mają dotrzeć jak najszybciej na blat mojego barokowego stołu w salonie, zrozumiałeś? – Pochwycił kieliszek i zwilżył usta gazującym napojem, który pryskał na posępną twarz. – Masz szczęście, że matka poprosiła, abym się powściągnął w stosunku do twojej osoby, bo nie rozmawiałbym teraz z tobą na takim luzie – dodał i odstawił szampankę na plastikowe oparcie, tuż przed sobą.

– Dziękuję za wyrozumiałość ojcze i przepraszam za tamto nieporozumienie z córką Jacka. – Moje serce odtańczyło kankana, na widok unoszących się delikatnie kącików ust na jego kamiennej twarzy. – Nigdy więcej nie popełnię takiego błędu.

– Oczywiście, że nie, bo gdyby nie moje wpływy, już dawno gryzłbyś ziemię gdzieś pod płotem, którejś z tych przestarzałych posesji – wybuchnął gardłowym śmiechem, aż zakasłał, gdy dym wpadł mu nie do tej dziurki, co trzeba.

– Rozumiem i jeszcze raz dziękuję. – Nareszcie mogłem swobodniej oddychać, wiedząc już, że obędzie się bez bury i mordobicia.

– Pamiętaj o jednej zasadzie Michael. – Zatopił szare oczy w moich i wpatrywał się w nie intensywnie. – Żadnych świadków i po trupach. – Przejechał palcami po brązowo-siwych włosach, zagarniając niesforne pasemka, które wchodziły do oczu do góry i cofnął dłoń, kładąc sobie na kolanie. – Żadnych kobiet, bo twoja ostatnia relacja wywołała taki kocioł, że głowa mała.

– Nie pozbawiaj mnie jedynej przyjemności w moim parszywym życiu ojcze – wyrzuciłem z siebie z wielkim oburzeniem, na to, do czego mnie zmuszał. – Muszę kogoś mieć, bo oszaleję bez seksu.

– Przyślę tutaj Holly i bez dyskusji. – Na nowo się spiął. Nie chciałem tej dziewczyny u swojego boku.

– Poznałem już kogoś, a Holly…

– Jesteś tutaj dopiero od paru dni i już przygruchałeś gołąbeczkę? – Zmrużył powieki i pokiwał głową. – Moja krew – dodał, wypuszczając kłęby dymu nosem. – Warta grzechu? – W jego śmiejących się oczach, dostrzegłem zainteresowanie.

– Tak – oznajmiłem otwarcie, trąc dłonie, które pokryły się potem. – Wiesz dobrze, że nie angażuję się na długo, więc nie sprowadzaj tutaj na razie Holly. – Zrobiłem oczy jak kot ze ”Shreka”. – Jak się znudzę, to dam ci znać ojcze.

– Niech tak będzie – odparł schrypniętym głosem, bo dym drażnił gardło. – Dostaniesz czworo ludzi i każę Alecowi przyprowadzić samochód, bo musisz jakoś dojeżdżać do miasta.

– Dziękuję ojcze. – Zmarszczyłem brew i podrapałem się po poliku, bo zaczął mnie swędzieć.

– Masz tutaj wytyczne miasta i adres laboratorium, z którym współpracuję od paru lat. – Wcisnął mi do rozwartej dłoni plik dokumentów i zacisnął na nich palce swoimi – mocno. – Szefowa nazywa się Kim Burck i umówione hasło to: „Koliber siada tylko na dojrzałych dzwonach kwiatów”. Zapamiętasz?

– Tak. – Pociłem się niemiłosiernie, zdając sobie sprawę, że znów muszę powrócić do tego, przed czym próbowałem uciec – cztery dni wolności, bez rozkazów i czyjegoś głośnego oddechu za plecami.

– To by było na tyle synu. – Opuścił ramiona, jakby uszło z niego powietrze i pomachał dłonią, jakby mnie odprawiał, co w jego przypadku oznaczało koniec rozmowy i że mam wypierdalać mu z oczu.

Otworzyłem drzwi i wysiadłem z samochodu, od razu łapiąc haust świeżego powietrza, bo od tego dymu zaczęły mnie już piec oczy i drapać w gardle. Poczułem delikatny powiew wiatru, który zaczął chłodzić spocone ciało – kropelki potu ściekały leniwie po plechach i szyi. Otarłem czoło z wilgoci i odsunąłem się od mercedesa, który zaczął właśnie ruszać z miejsca.

Nie obejrzałem się, tylko od razu ruszyłem pewnym krokiem do domu, chcąc pozbierać poplątane w mózgu myśli.

***

 

Od razu po przekroczeniu progu, udałem się pod prysznic i ustawiłem sobie kurki na zimną wodę. Wsparłem się plecami o zimną szybę kabiny i stałem tak – nie wiem, jak długo – czując, jak moje ciało zaczyna dygotać od nadmiaru zimnych kropel, które nadal leciały z sitka, tuż nad głową i spływały powoli po ciele, pozostawiając po sobie doraźne odczucie zimna.

Wyrwałem się z zadumy i zakręciłem strumień wody, by po chwili ciało pokryło się gęsią skórką, pod wpływem zmiany temperatury otoczenia. Zerknąłem w lustro, wiszące nad umywalką i przeciągnąłem po twarzy dłońmi, naciągając mocno skórę na policzkach, aż opadły dolne powieki. Pogładziłem się po odrostach na szczęce i wyszedłem z łazienki, opadając na miękką pościel i nakryłem wilgotne i nagie ciało kawałkiem kołdry, którą namacałem obok poduszki.

Mój wzrok zardzewiał na białym suficie i szklanym żyrandolu, na którym pająk wił sobie właśnie gniazdko do połowu much. Jęknąłem i objąłem się w pasie, nie mając ochoty na nic.

Wizyta ojca podłamała mnie, bo decydując się uciec do tej głuszy, myślałem, że nigdy nie zostanę namierzony, a tu niespodzianka.

Od kilkunastu minut zachodziłem w głowę i męczyłem i tak już przeciążony mózg jednym pytaniem.

Jakim cudem ojciec dowiedział się, gdzie przebywam?

Bycie synem Dona Lorda było przekleństwem, którego nie życzyłbym nawet największemu wrogowi.

Żyliśmy w wolnym kraju i każdy człowiek miał wolność słowa – ja nie miałem, bo moimi ustami przemawiał ojciec.

Przymknąłem oczy i postanowiłem się zdrzemnąć, aby chociaż przez chwilę przestać myśleć o tym, ilu ludzi będę musiał zniszczyć, aby osiągnąć pierdolony cel ojca, który postawił względem mnie.

Mogłem pozwolić sobie na wszystko, o czym tylko zamarzę, ale jednej rzeczy nie mogłem kupić – wolności.

Alec nie wróci prędzej niż jutro, więc mogłem jeszcze te parę godzin cieszyć się beztroskim życiem jako ten dobry – nie, zły.

Znajdowałem się na obrzeżach Hrabstwa Kent – może niezbyt daleko od Londynu – ale za to w kompletnym zadupiu, a ojciec nawet tutaj mnie wyniuchał, jak pies dobrą kiełbasą.

Nie pamiętałem nawet nazwy wioski, wiem tylko, że coś związanego z żeńskim imieniem na literę A.

Gdy czytałem treść ogłoszenia, nie zwracałem na to uwagi. Liczyło się, aby było mało mieszkańców i jakiś dom na sprzedaż.

***

 

Podskoczyłem na łóżku, słysząc głośne naszczekiwanie Cezara i łapy, drapiące w zewnętrzne drzwi. Usiadłem i przetarłem piekące oczy, gdy do moich uszu dobiegł tym razem świdrujący bębenki skowyt, który po chwili zamilkł.

Nastała głucha cisza, taka, że słyszałem własny oddech i powiew ciepłego powietrza wylatującego rozszerzonymi nozdrzami.

Coś było nie tak, pomyślałem? Wzniosłem bezszelestnie ciało z łóżka – nie zaskrzypiało – i stanąłem pod ścianą, nieopodal drzwi, nasłuchując.

Wytężałem słuch, ale poza nieznośną ciszą, nie było słychać nic więcej. Postanowiłem wyjść z pokoju drzwiami, prowadzącymi na taras i rozejrzeć się ostrożnie w okolicy domu. Zaraz po wystawieniu stopy na zewnątrz i skontrolowaniu widoku bystrym wzrokiem, dostrzegłem srebrną terenówkę zaparkowaną niechlujnie nieopodal płotu – stała w poprzek, jakby komuś się bardzo spieszyło, albo zabrakło paliwa.

– Hank – syknąłem przez zaciśnięte zęby, chowając się na powrót do pokoju.

Hank był jednym z ludzi Jacka i wiedziałem już, że czeka mnie ciężka przeprawa.

Zarzuciłem na szybko podkoszulek i spodenki, nie chcąc świecić niespodziewanemu gościowi jajami po oczach i podszedłem na paluszkach do szafy, wciskając rękę głęboko pod stertę ułożonych ciasno ubrań, grzebiąc w nich chwilkę. Gdy wyjąłem rękę spośród kolorowych części garderoby, moja dłoń nie była pusta, lecz pełna. Ściskałem w długich palcach kolbę od krótkiego pistoletu z tłumikiem na końcu lufy.

Zacisnąłem mocniej palce i dopasowałem rękojeść idealnie do dłoni, po czym podszedłem ponownie do ściany, pod którą stałem parę minut wcześniej i wstrzymałem oddech, aby lepiej słyszeć.

Jak przez mgłę dolatywały do moich skupionych uszu cichuteńkie stąpnięcia butów, więc Hank musiał być w salonie – tylko tam był dywan, który teraz tłumił jego kroki.

Ostrożnie uchyliłem drzwi i z sercem na ramieniu opuściłem pokój, idąc, wolnym krokiem – na palcach – trzymając się blisko ściany. Gdy doszedłem do końca wąskiego korytarza, który otwierał mi widok na kuchnię i salon, ujrzałem, jak mój gość siedzi sobie zrelaksowany na kanapie i macha nogą, którą miał zarzuconą na kolano.

Wziąłem kilka głębokich wdechów i wychyliłem się z cienia, posuwając się w jego kierunku. Hank uniósł głowę do pozycji poziomej i spojrzał na mnie spokojnym wzrokiem, jakby przyjechał na kielicha, do kumpla, którego nie widział od paru lat.

– Czego tutaj szukasz? – spytałem, trzymając ręce z tyłu tułowia, bawiąc się spustem. – Zabłądziłeś?

– Witaj Michael. – Uśmiechnął się krzywo i podrapał lufą pistoletu w okolicach skroni. – Przybyłem z pewną propozycją. – Jeździł lufą po policzku i marszczył nos. – Na początek może przekażę pozdrowienia od Charlotte, która bardzo za tobą tęskni. – Zacisnął usta, gasząc szeroki uśmiech. – Klapnij, bo mam ci kilka informacji do przekazania.

– Jak mnie znalazłeś? – Przycupnąłem na oparciu fotela, nie spuszczając z niego wzroku ani na ułamek sekundy. Był za bardzo pewien siebie.

– Śledziłem twojego ojca i takim oto trafem jestem teraz tutaj, gdzie powinienem być, czyli w twoim skromnym towarzystwie. – Odsunął broń od twarzy i wsparł lewą rękę, w której ją trzymał na podskakującym kolanie. – Słabo się pilnowali, jadąc do ciebie – fuknął, przewracając oczyma.

– Co zrobiłeś mojemu psu? – Zacisnąłem szczękę i przygryzłem drżącą wargę.

- Spokojnie, nie zabijam niewinnych – parsknął. – Twój słodziak smacznie śpi obok schodów, na tyłach domu. – Zmarszczył czoło, jakby chciał odgadnąć, o czym teraz myślę.

– Mów, po co tu przyjechałeś i zabieraj dupsko z mojej kanapy? – rzuciłem uniesionym, ale jeszcze spokojnym tonem. – Jack cię przysłał?

– Nie. Nie ma pojęcia, że tutaj jestem. – Wyjął z kieszeni koszuli znajdującej się na jego piersi paczkę papierosów i wysunął jednego, chwytając go zębami. – Jestem tutaj na prośbę Charlotte. – Podpalił papierosa i się zaciągnął. – Chce, abyś do niej wrócił.

– Tak, jasne – zarechotałem. – Po kulkę w łeb?

– Nie. – Hank wypuścił smużkę dymy. – Udobruchała ojca i możesz wrócić do Londynu… pod jednym warunkiem. – Ściągnął brwi.

– Jakim? – zapytałem i przełknąłem głośno ślinkę. Do tego wszystkiego zaczęło mi również burczeć w brzuchu – upominał się o jedzenie, bo od rana nie miałem nic w ustach.

– Poślubisz ją. – Wyszczerzył się i pogładził po krótko ostrzyżonych, czarnych jak smoła włosach.

– Pojebało cię – oznajmiłem zirytowanym głosem, czując, jak grdyka mi skacze ze wzburzenia. – Raz się z nią przespałem po pijaku, a ty wymagasz ode mnie, abym stanął na ślubnym kobiercu. – Zacisnąłem mocno dłonie na broni i przesunąłem ją bliżej biodra.

– Masz dwa dni, aby udzielić mi odpowiedzi „Tak”, lub „Nie”. – Poderwał się z miejsca, ale nie odwrócił się plecami z zamiarem opuszczenia mojej własności. – Jak powiesz „Nie”, to wiesz, co cię czeka. – Rozciągnął usta na pół twarzy.

– Odpowiem ci od razu, po co to przeciągać. – Również uniosłem spięte ciało z poręczy fotela. – Moja odpowiedź brzmi nie.

– Jesteś tego pewien Michael? – Zrobił dwa długie kroki w moją stronę, wpatrując się w moje przymknięte oczy.

– Tak. – Wzruszyłem ramionami, naciągając cypelek na broni.

– Na pewno?

– Głuchy jesteś Hank?! – krzyknąłem, aby to wreszcie do niego dotarło. NIE – NIE I JESZCZE RAZ, NIE!

– Michael, jesteś tutaj? – Usłyszałem znajomy głos, spinając bardziej i tak już spięte mięśnie, nie oderwałem jednak wzroku z wroga, który przechylił głowę w bok.

W progu stanęła Sarah, uśmiechając się promiennie, po czym zamarła, jak figura woskowa. Widziałem to kącikiem oka i widziałem również, że Hank się rozproszył, więc nie myśląc długo, wysunąłem broń zza pleców i strzeliłem do niego.

Osunął się na ziemię – trafiłem go w szyję – i pochwycił miejsce z którego, jak z kranu ciekła krew. Dusił się, nie potrafiąc zaczerpnąć tchu. Strzeliłem jeszcze raz w czoło, po czym spojrzałem już bez obawy na Sarah, która zemdlała na moich oczach i opadła na ziemię, jak latawiec w bez wieczny dzień.

Szarpnąłem za koc, okrywający kanapę i przykryłem martwe ciało Hanka – miał otwarte oczy i wpatrywał się w sufit – po czym odłożyłem broń na stoliku do kawy i podbiegłem do Sarah. Wziąłem jej wiotkie ciało na ręce i zaniosłem do sypialni, kładąc na łóżku.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • ZielonoMi 3 miesiące temu
    Dzieje się...😜 Słabiutka dziewczynka, skoro tak mdleje.🤣
  • Joan Tiger 3 miesiące temu
    To dla niej nowość. Tam, gdzie mieszka, nie jest to na porządku dziennym. :). Dzięki za komentarz.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania