Pod Latającą Wyspą
W oberży jak zwykle hucznie grało, właściciel miał w zwyczaju każdy dzień kończyć jakby miał być ostatnim. I tak z speluny na krańcu świata powstał “Bar Pod Latającą Wyspą”. Z biednej wioski leżącej na skraju ciemnego lasu, dzięki conocnym imprezą oraz ekscentrycznemu właścicielowi. Wioska szybko zyskała status miasta, a nawet zaczęto budować mury.
-Polewaczu! Ja tu pierwszy raz, ale opowieści o tym miejscu żem nawet w Białej Wieży słychoł -nawoływał przy szynkwasie podróżny. - Polej miejscowy specjał, i powiedz no jak to możliwe że byle knajpa taką legendą się stała.
Oberżysta nalał rudego płynu do szklanego kubka, i podał gościowi. Ten nie czekając wypił wszystko na jeden łyk.
-Dobre, a jakie mocne cholerstwo! To jak to z tą legendą, usłyszę jakąś to i sakiewkę tu przepiję.
Pękata sakiewka wylądowała na blacie, a zaraz za nią kolejna szklanka. A ilość szklanek powoli zmniejszała objętość sakiewki.
-To mówisz że właściciel, z ciemnego lasu składniki znosił. Szalony! W życiu żem nie słyszoł co by ktoś żywcem wylazł z tej kniei.
-A no wylazł, i to nie raz. Czasem to i po kilku miesiącach wracał, ponoć tam coś żyje ale zwykłemu śmiertelnikowi nie jest dane zobaczyć co nim go zabije.
-A gdzie się właściciel teraz podziewa, może poczekam jak co ciekawego z lasu wyniesie?
-Nie ma właściciela, nim odszedł zostawił tylko kamienną tablice przy drzwiach. I ruszył na północ, w poszukiwaniu wolności jak mówił.
Minęło jeszcze kilka godzin nim pękaty mieszek w końcu się opróżnił, a podróżny usłyszał o wiele bardziej wartościowe legendy niż złoto które wydał.
-Spadł z latającej wyspy, dobre sobie. W lesie z duchami gadał, a do tego wszystkiego nabazgrał coś na kamieniu w pięciu językach jak by tyle kto wymyślił! -pijany podróżny narzekał próbując odczytać kamienną tablicę którą zostawił po sobie właściciel. Dopiero na samym dole znaki były w języku którego używano w znanym świecie ludzi.
-Gdybyś znalazła to miejsce, wystarczy że zawołasz moje imię dotykając kamienia. Mamrotał pod nosem, czytając po ciemku wędrowiec.
-Też ci romantyk w dupę łosia!
Zataczając się ulicą, głośno rozmawiając sam ze sobą. Podróżny dziwił się że po przejechaniu całego świata, to na jego końcu czekały go najdziwniejsze opowieści. I to nie legendy, bo łby dziwnych stworzeń na ścianach karczmy potwierdzały opowieści. A dziwna magia otaczająca i mieniąca się wśród miasta była niczym podpis artysty o którym tyle dziś usłyszał.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania