Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Pod Szmaragdowym Smokiem "I"

W Tyrgardzie zbliżał się wieczór. Światło powoli znikało nad wysokimi kamienicami. Latarnicy wędrowali jak każdego dnia po ulicach, aby zapewnić źródło światła dla mieszkańców, którzy jak każdego wieczoru pragnęli oddać się miejskim przyjemnościom. W stolicy Imperium nigdy bowiem nie było cicho - szczególnie w Starym Mieście - dzielnicy słynnej z luksusowych karczm, zamtuzów oraz knajpek. Domostwa były wysokie, prastare, często zdobione marmurowymi freskami i posągami przedstawiającymi dawnych władców, lub bogów. To dzielnica, w której nigdy w godzinach wieczornych nie brakowało muzyki. Bardowie stawali przed karczmami, skrzypiąc, grając i śpiewając ku uciesze pijanej gawiedzi - głównie ludzi, choć nie brakowało pośród nich elfów, krasnoludów czy niziołków - bardziej egzotyczne rasy były tu rzadkością.

 

Tego wieczoru pewien Niziołek wybrał się na spacer. Był w Tyrgardzie od niedawna – zaledwie drugi tydzień. Ukochał sobie Stare Miasto, podziwiał z dawna wzniesione kamienice, które dla niego – drobnej istoty - jawiły się jako istne monumenty wzniesione przez dawnych ludzi.

 

- Jedna taka, zapewne pomieściłaby całą niziołczą wioskę... - myślał sobie, wędrując coraz to węższymi i ciemniejszymi alejkami.

 

W końcu bose stopy – tak charakterystyczne dla przedstawicieli jego rasy - zaprowadziły go do jeszcze ciemniejszej i cichszej uliczki. Latarnie nie poprawiały wcale widoczności - wyróżniały się w tym konkretnym miejscu rzucając delikatny czerwony blask. Zapach dymu, mieszaniny perfum i potu uderzył go momentalnie. Stracił czujność, dopadła go niepewność - chociaż Stare Miasto uchodziło za bezpieczniejszą dzielnicę Tyrgardu, to Niziołek zdawał sobie sprawę z tego, że ktoś tak drobnej postury stanowi łakomy kąsek dla wszelkich bandytów i złodziei.

Ale to nie ich miał spotkać w tej alejce.

 

Pod czerwonymi latarniami zarysowały mu się pierwsze postaci – ludzkie – znacznie nad nim górujące. Wyraźnie dostrzegł kobiece kształty, usłyszał rozmowy, ciche śmiechy, powabny ton. Minął dwie kobiety, ubrane bardzo skąpo. Rzuciły na niego figlarne spojrzenia, jedna szczupła, o długich lokowanych rudych włosach, druga o ciemniejszej karnacji z kruczoczarnymi krótkimi włosami.

 

- A co to? - odezwała się Rudowłosa. - Taki chłopiec w takim miejscu? Chyba się zgubiłeś...

To nie chłopiec przecież - zaśmiała się druga. – Zobaczcie no, to Niziołek.

 

Drobna sylwetka zatrzymała się przy kobietach - rzeczywiście, w tym półmroku mógł przypominać zagubionego 10-letniego chłopca. Trzeba było się dobrze przyjrzeć, aby rozpoznać, że to dorosły mężczyzna. Zdradzała go dojrzała twarz oraz lekkie bokobrody i charakterystyczne dla tej drobnej rasy delikatnie spiczaste uszy i bose owłosione stopy. Nie sposób było jednak tego dostrzec, gdyby Niziołek stał tyłem lub w mroku.

 

- Niziołka jeszcze nie obsługiwałam - dodała znów rudowłosa, pochylając się nieco w jego kierunku. - Szukasz wrażeń?

 

Mały uśmiechnął się nieśmiało spoglądając w górę na nachylającą się kobietę. Dostrzegł jej zielone oczy i liczne piegi - dopadł go też zapach jej perfum - różany.

- Rozglądam się zaledwie - odpowiedział nieśmiało z uśmiechem. - Musiałem zabłądzić.

- Och - jęknęła Czarnowłosa zbliżając się do Niziołka, kucnęła przy nim i przyjrzała mu się z bliska. Dostrzegła na jego drobnej głowie bujną, falowaną czuprynę - trochę w nieładzie - koloru ciemnego blond. Szare oczy, oraz dosyć delikatne rysy twarzy, sugerujące, że Niziołek rzeczywiście może jeszcze pochwalić się młodością. Kobieta sięgnęła dłońmi do jego czupryny gładząc go po niej jak zagubionego chłopca.

 

- Możemy się Tobą zaopiekować, skoro zbłądziłeś Mały - dodała.

 

- Zobacz jaki zawstydzony - zarechotała rudowłosa. - Wyglądacie na majętnego - oceniła go po ubiorze. W istocie Niziołek nosił się dość luksusowo, ciemnozielony płaszcz oraz żółta zdobiona kamizelka ze złotymi guzikami mogły poświadczać o jego mieszczańskim statusie.

 

- Ja... - wydobył z siebie całkowicie zawstydzony. Był już osaczony, obie kobiece sylwetki oblegały go już z każdej możliwej strony, dotykały i głaskały.

Zadbany - mruknęła Rudowłosa. - Nawet dobrze pachnie, może chcesz nas obie? - zapytała śmiało, z uśmiechem.

 

Nagle cała trójka usłyszała ciężkie kopyta. Kobiety zabrały dłonie z Niziołka i podniosły się momentalnie. Nieco zaniepokojony Niziołek odwrócił się i dostrzegł zbliżającą się postać, przy której nawet obie Kurtyzany wydawały się malutkie. W półmroku wyglądała jak Demonica, olbrzymka - musiała mieć z dobre dwa metry, jak nie więcej. Szeroka, postawna, z ogonem. Jej niebieskie oczy przebijały się przez półmrok panujący w alejce.

Zaległa chwilowa cisza. Niziołek poczuł wkradającą się nieprzyjazną atmosferę.

 

Czarnowłosa jak i Rudowłosa spojrzały po sobie i z pewnym grymasem na twarzy odsunęły się od drobnej postaci, którą jeszcze przed chwilą osaczały.

 

- Na nas pora, niestety - odezwała się ciszej Rudowłosa i nim Niziołek zdążył się za nimi obejrzeć, te znikały już pospiesznie w dalszej części alejki. Teraz prawdziwy niepokój zaszył się w sercu poszukiwacza wrażeń. Odwrócił powoli spojrzenie w kierunku nadchodzącej olbrzymki, zatrzymała się tuż przy nim, odprowadzając wzrokiem uciekinierki.

 

Niziołek spojrzał w górę. Miał przed sobą istotę, której nie spodziewał się ujrzeć w Tyrgardzie. Była piękna - na jego szczęście Demonicą nie była, choć pewnie w wiejskich klimatach, motłoch szybko sięgnąłby po widły. Rozpoznał Tieflinga – istoty w których co prawda płynęła demoniczna krew, lecz daleko było im do tych straszliwych monstrów.

Rogata kobieta była piękna, ubrana skąpo - co mogło sugerować, że parała się tą samą profesją co osaczające go przed chwilą ludzkie kobiety. Purpurowa niemalże przezroczysta suknia, odsłonięty brzuch i ramiona. Włosy miała krótkie, sięgające jej do linii szczęki, białe i proste. Skóra była błękitna, choć w blasku czerwonych latarni, mogła dawać wrażenie odcienia purpury.

Kobieta spojrzała w dół. Niziołek sięgał jej dosłownie do kolan - oceniła, że na oko musiał mieć zdecydowanie mniej niż metr wzrostu. Kucnęła - ale mimo tego wciąż nad nim górowała. Uśmiechnęła się ciepło i przechyliła głowę na bok.

 

- Wybacz, że je odpędziłam, ale uwierz mi, rozszarpałyby cię - odezwała się delikatnym, przyjaznym głosem. - Nie widziałam tu jeszcze tak drobnych istot, naprawdę zabłądziłeś?

 

Niziołek stał przez chwilę zapatrzony w twarz kobiety. Całkowicie go odcięło - mieszanina wstydu, ale i strachu, oraz niepewności. Przełknął ślinę i po dłuższym milczeniu odpowiedział uśmiechem.

 

- Właściwie, nie zbłądziłem - odparł z zadartą głową. - Ale nie odmówię Pani racji, były mocno natarczywe.

 

- Czyhają po prostu na ofiarę - nachyliła niżej twarz – I żadna Pani, możecie mówić mi Saruna.

 

- Saruna... - powtórzył cicho Niziołek, po czym wyprostował się bardziej, poprawił płaszczyk. - Athanaric jestem.

 

Rogata poprawiła sobie włosy, nie odwracając wzroku od drobnej postaci, potaknęła. Sama nie różniła się od tamtych. Zapewne Niziołek zdawał sobie sprawę, że był właśnie ofiarą panującej w alejce konkurencji. Nie dziwił się, że tamte czmychnęły prędko na widok znacznie większej i rogatej, kopytnej istoty, która w półmroku mogła naprawdę przerazić.

Saruna przez chwilę przyglądała się dokładnie drobnej posturze Niziołka - zdawała się być w jakiś sposób rozczulona, delikatnie rozbawiona - może tylko grała, widząc w nim bardzo prostą i bezpieczną okazję na zarobek. Bo cóż mógł jej zrobić ktoś kilkukrotnie mniejszy i delikatniejszy.

 

- Jesteś tu pierwszy raz? - zapytała w końcu.

- Tak - potaknął główką. - Słyszałem tylko o tym miejscu. Wprowadziłem się do Starego Miasta przed paroma tygodni, nie zdążyłem jeszcze zwiedzić każdego jego zakątka, a co dopiero reszty Tyrgardu - uśmiechnął się, wlepiając teraz swoje szare oczy w blade piersi kobiety, które niemal wisiały mu nad głową. Ona oczywiście to dostrzegła.

 

- Skoro nie zbłądziłeś... - zaczęła powabnie, kładąc swoją wielką jak dla niego dłoń na jego ramieniu, jej palce sięgały mu do łopatki, a kciuk szyi, bardzo delikatnie - to znaczy, że przyszedłeś tu po coś innego o tej późnej porze.

 

Athanaric odpowiedział już z pewniejszym, figlarnym wręcz uśmiechem. Położył swoją dłoń na jej nadgarstku i nawiązał kontakt wzrokowy. Zaległa chwilowa cisza. Potaknął.

Będę obchodziła się delikatnie, mam skromny pokój, dwie ulice dalej - wyszeptała, gładząc go długimi palcami.

 

- A co odpowiesz, na moje zaproszenie? - zapytał cicho.

 

Saruna chwilę milczała, tu dopadła ją niepewność, ale odparła po chwili z uśmiechem.

Jeżeli tak wolisz, Athanaricu.

Zabrała po tym dłoń i wstała. Znów jawiła się w oczach Niziołka niczym góra.

- Dobrze Saruno - odparł Niziołek znów poprawiając swój płaszcz - to niedaleko.

Ruszyli. Athanaric starał się dreptać szybkim krokiem, aby spacer nie wydawał się Sarunie zbyt spowolniony - rzeczywiście jeden krok dla niej, dla niego stanowił z cztery, a może nawet i pięć. Nie gonił jej jednak pośpiech. Ich podróż ulicami nie trwała długo. Wyszli na główną bardziej oświetloną ulicę pełną bardów i szukających wieczornego odprężenia kupców oraz mieszczan.

Dwójka nie rozmawiała - trudno było im prowadzić konwersacje, gdy ich usta dzieliła taka odległość, nie wspominając o panującym gwarze oraz wszechobecnej muzyce. Saruna szła pewnie, chociaż rozglądała się z pewnym niepokojem na boki. Nie wiedziała, dokąd prowadzi ją jej klient. Była w tym biznesie już od dłuższego czasu, spodziewała się wiele.

Wiedziała, że ryzykuje, ale coś w tej drobnej postaci ją uspokajało - wydawał jej się zbyt niewinny i delikatny, aby mógł to być podstęp - w którym miałaby zostać zawleczona gdzieś, w ciemną uliczkę i napadnięta przez bandytów drobnego Jegomościa. Co jakiś czas zerkała na Athanarica idącego przed nią. Nie spodziewała się, aby była to noc, godna zapamiętania - przeważyła tu jego postura i potencjalny majątek - czysty biznes. Czuła, że łatwo jej będzie omotać Niziołka i wycisnąć z niego tyle ile tylko się da, korzystając ze swoich przewag.

 

Minęli kolejne ulice, gdy nad miastem zapanowały już absolutne ciemności. Niebo było czyste, rozświetlone przez księżyc i gwiazdy. Uliczkami czmychał delikatny ciepły lipcowy wietrzyk. W końcu oddalili się od gwaru, przechodząc do spokojniejszej części Starego Miasta. Kolumny, zadbane krzewy, drzewa i żywopłoty, marmurowe posągi - bogatszy rejon. To jeszcze bardziej uspokajało Sarunę, oraz wprawiało ją w radość - była pewna, że wyłowiła bardzo drobną, ale za to złotą rybkę.

Mijali co to bogatsze i większe domostwa, z prywatnymi ogrodami - należącymi zapewne do bogatszego mieszczaństwa, a może nawet i warstwy szlacheckiej. Gwar nieco powrócił, gdy zbliżali się do odgrodzonej wysokim żywopłotem posiadłości. Minęli bramę z żywopłotu, obok którego stał szyld z napisem “Pod Szmaragdowym Smokiem”.

Saruna zatrzymała się przy szyldzie, by potem spojrzeć na Niziołka oraz rozświetlony przybytek, z którego dobywała się muzyka.

 

- “Szmaragdowy Smok” - odezwała się - to ta nowa karczma. Słyszałam, że wkrótce ma zostać otwarta.

 

- Otwarta została dokładnie cztery dni temu - odparł Niziołek odwracając się do niej i zadzierając głowę z uśmiechem.

 

Saruna chwilę milczała, oglądając teraz budynek. Wysoki, z wieżyczką, dwoma piętrami, otoczony drzewami, krzewami i kwiatami. Przed budynkiem stała fontanna, na której szczycie stał jadeitowy smok, z którego paszczy ulatywała woda. Przed przybytkiem stali ludzie – zapewne bywalcy – odziani bogato, szlachecko.

 

- Musicie być naprawdę majętni, to musi być droga Karczma - powiedziała z nutką niepewności.

 

- Spokojnie, o to proszę się nie martwić. W końcu to ja Cię zapraszam - odpowiedział z uśmiechem, wskazując dłonią przejście przez bramę z żywopłotu. Saruna ruszyła niepewnie na kopytach.

 

Weszli do środka. Uderzył ich przyjemny zapach lawendy, piwa, wina, przypraw i doskonałych posiłków, które wędrowały na stoły klientów. Główna sala była przestronna. Na jej końcu znajdowała się mała scena, na której występowali bardowie, raczący klientelę przyjemną spokojną muzyką biesiadną. Ściany zdobione obrazami - głównie pejzaże - posążki, wazy, amfory, liczne rośliny doniczkowe, bogate dywany, kotary i zasłonki. Luksus aż bił po oczach, widać to też było po samych gościach - bogaci kupcy, arystokracji, ale i awanturnicy. Co też skupiło wzrok Saruny, to wystawki z artefaktami - całość przypominała zatem mieszankę karczmy, kabaretu, oraz salki muzealnej.

Na widok Tieflinga, bywalcy unosili brwi, ale po chwili wznosili lampki z winem lub kufle z piwem w kierunku Athanarica, jakby witali go z uznaniem. Po chwili do dwójki zbliżył się mężczyzna, wysoki, z długimi miedzianymi włosami - ubrany był dość zwyczajnie, w ręce trzymał szmatkę. Spojrzał on w dół na Niziołka z uśmiechem.

 

- Panie Athanaric, dość szybko wróciliście - spojrzał następnie w górę na Rogatą - z gościem - tu ukłonił się nisko.

 

- Maurycy - przywitał się skinieniem Niziołek - zamów nam kolację na piętro, tam wiesz do której salki. O winie nie zapomnij.

 

- Ależ oczywiście Panie Athanaric. Hilda ma przygotować coś specjalnego?

Niziołek spojrzał w górę pytająco na Sarunę.

- Masz może ochotę na coś konkretnego Saruno?

 

Rogata zawahała się. Spojrzała na człowieka, potem niziołka. - Ja... - podjęła, ale Niziołek nie pozwolił jej dokończyć.

- Coś słodkiego? Sytego? Słonego? - zapytał z uśmiechem.

- Ja, nie wiem. - powiedziała cicho, ale po chwili wyprostowała się bardziej i uśmiechnęła - dawno nie raczyłam się niczym słodkim.

 

Maurycy klasnął w dłonie.

 

- Doskonale, zatem dostarczę słodkości na piętro.

 

Udał się po tym na prawo, w kierunku oddalonej lady z barem. Athanaric z kolei wystawił znów dłoń do przodu i począł prowadzić Sarunę w kierunku schodów. Ruszyła za nim, rozglądając się jeszcze po bogatej sali. Uważała jednocześnie, aby przypadkiem nie zdeptać swojego klienta. Ruszyli na górę do sali na piętrze. Było tam ciszej, muzyka była nieco stłumiona. Piętro jeszcze bardziej przypominało muzeum. Nie brakowało kolejnych amfor i urn, tak samo posągów z najróżniejszych stron świata. Miecze i inne egzotyczne bronie przyozdabiały ściany, podobnie jak obrazy, kamienne tablice z nieznanym runicznym pismem.

Ruszyli dalej długim korytarzem z drzwiami po bokach, prowadzącymi zapewne do pokojów gościnnych. Udali się do przejścia na samym końcu do kolejnej znów muzealnej sali, ale cieplejszej, z kominkiem, długim stołem, dywanami i poduszkami. Athanaric podszedł do stołu, odsuwając z niemałym trudem krzesło dla swojego gościa. Saruna podeszła i skinęła w podzięce, po czym usiadła. Obserwowała teraz Niziołka, który wspiął się na swoje krzesło obok, wyłożone licznymi poduszkami, aby siedząc mógł dosięgać do stołu.

 

- Troszkę się pogubiłam - odezwała się Saruna, wygodnie się rozsiadając na krześle.

- To znaczy? - zapytał Niziołek wpatrując się w jej oczy.

 

- Dobrze rozumuje, że... Jesteś właścicielem tej karczmy?

 

Athanaric uśmiechnął się tajemniczo i skinął.

 

- Mogłam się domyśleć - odparła unosząc brwi - całe Stare Miasto opowiadało o nietypowym Niziołku z północy, który nagle zjawił się w Tyrgardzie i wykupił posiadłość po Lordzie Tetrusque, aby otworzyć przybytek. Chyba naprawdę mi się poszczęściło.

 

- Ja sądzę, że to mi się poszczęściło, że spotkaliśmy się w alejce Saruno - położył dłonie na krawędzi stołu - mam nadzieję, że Cię to nie przytłacza za bardzo?

 

- Delikatnie, muszę przyznać - potaknęła z niepewnym uśmiechem - nie miewałam takich... Ekstrawaganckich klientów i to jeszcze tak majętnych i – tu chwilę myślała - niepozornie drobnych.

 

- To mnie akurat dziwi. Wyróżniasz się, w ten dobry sposób, jesteś piękna, nietrudno Cię nie dostrzec, w odróżnieniu do mnie - zaśmiał się, wypalając rumieńce na polikach.

 

Saruna zaśmiała się cicho zerkając w bok, oglądała chwilę drewniane ściany zdobione kolejnymi artefaktami i obrazami. Po chwili opuściła głowę i podjęła ciszej.

 

- Ludzie raczej widzą we mnie odszczepieńca i Demona. Nie mamy prostego życia w takich miastach.

 

- W takich jak ja za to, Niziołkach, ludzie widzą tylko małych podstępnych złodziejaszków, którzy nie nadają się do uczciwej pracy.

Zaśmiali się jednocześnie i spojrzeli sobie w oczy. Saruna wyciągnęła dłoń spod stołu i położyła ją na drobnej dłoni Athanarica, obejmując ją całkowicie.

- A mylą się? - zapytała figlarnie.

 

Niziołek spojrzał na jej dłoń, w której jego została uwięziona. Uśmiechnął się szerzej.

- To czego nauczyłem się podczas moich podróży to tego, aby przekuć słabości swojego własnego gatunku w swoją siłę, zbroję, pancerz, tarczę, oręż. Dawno przestałem słuchać tego co gadają Duzi Ludzie.

 

- Duzi Ludzie – Saruna powtórzyła rozbawiona - tak na nich wołacie?

 

- Tak zwykliśmy - potaknął.

Rozmowy przerwał Maurycy, który wkroczył do sali z wielką srebrną tacą. Podszedł do stołu i postawił ją przed dwójką.

 

- Bardzo proszę - orzekł triumfalnie – ciasto bezowe, oraz wino z lokalnych winnic tyrgardzkich.

Saruna wypuściła dłoń Niziołka robiąc miejsce Maurycemu. Przed nimi wylądowały talerze, ten należący do Saruny był znacznie większy, podobnie jak i porcja ciasta. Lokaj odkorkował też wino oraz zapełnił ich lampki do połowy szkarłatnym szlachetnym trunkiem.

 

- Czy życzycie sobie czegoś jeszcze? - zapytał spoglądając na Niziołka.

 

- Nie, nie, to wszystko Maurycy – Athanaric skinął z uśmiechem w podzięce - zawołamy cię najwyżej.

 

- Oczywiście - człowiek wyprostował się, cofnął o krok, ukłonił i opuścił salę.

 

Dwójka przystąpiła do posiłku, uprzedzając to stukiem lampek i próbą wina. Było półsłodkie, z owocową nutą i silną kwaskowatością. Wyraźnie posmakowało Rogatej, podobnie jak ciasto.

Raczyli się posiłkiem w milczeniu. Niziołek i Tiefling, wymieniali się co chwilę ciepłymi spojrzeniami i uśmiechem.

 

- Więc - Saruna przerwała posiłek, uśmiechając się tajemniczo - skąd taki Niziołek nakradł tyle precjozów, którymi ozdabia ściany swojej karczmy?

 

Athanaric odłożył srebrny widelczyk na bok. Upił nieco wina ze swojej lampki.

 

- To bardzo wiele długich historii, ale noc młoda...

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania