Poprzednie częściPODCIĘTE SKRZYDŁA - PROLOG

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

PODCIĘTE SKRZYDŁA 10

JUSTIN

Wyszedłem ze szpitala ze spuszczoną głową i coraz słabszą wiarą, że mama z tego wyjdzie. Jej stan nie uległ zmianie i nawet to, że mogłem ją zobaczyć i dotknąć bezwładnej dłoni, nie poprawiło samopoczucia. Brakowało mi coraz bardziej jej uśmiechu, dotyku i ciepłego głosu, którym dodawała otuchy, mówiąc: „Jakoś to będzie synku”.

Członkowie rodziny przeżywali to, tak samo mocno. Na dodatek siostra pokłóciła się z mężem – na środku szpitalnego korytarza – bo, obawiała się, że czeka go taki sam los, jeśli o siebie nie zadba i nie schudnie. Pierwszy raz widziałem Nicole w tak fatalnym stanie. Pogodzą się, ale obawy w głowie zostaną.

Zrobiłem parę głębokich wdechów i wsiadłem na rower, kierując się w stronę parku. Miałem nadzieję, że spotkanie z Nancy, podbuduje chwiejny stan emocjonalny. Ojciec na okrągło przesiadywał u mamy i pomimo tego, że stwarzał pozory opanowania, widziałem po jego mowie ciała, że również się załamywał. Nieraz wyłapałem, jak ociera łzy, patrząc na nią, podłączaną do tej całej aparatury. Porozumiewaliśmy się bez słów, mając te same myśli i jedno życzenie w głowie, aby w końcu otworzyła oczy.

Myślałem o mamie praktycznie na okrągło, ale coraz częściej przyłapywałem się na tym, że pomiędzy to wszystko wdzierały się fantazje o Nancy. Powoli zaczynała opanowywać mózg i nie potrafiłem przestać przywoływać jej portretu i tego, że tęskniłem za jej towarzystwem.

Gdy dojechałem na miejsce, postawiłem rower na stopce i usiadłem na ławce, poszukując jej wzrokiem. Nie było jeszcze szesnastej, a podświadomie pragnąłem, aby tutaj była i przytuliła spragnione jej dotyku ciało.

Zerwałem jakiś żółty kwiat i zacząłem odrywać płatki, wyliczając w myślach: Kocha, nie kocha, jak dziecko w podstawówce. Wyszło – kocha. Uśmiechnąłem się do siebie, czując uścisk w piersiach. Serce dawało sygnały, jakby brakowało mu miejsca i chciało opuścić pierś.

– Czyżbym… nie, to niemożliwe, pomyślałem, coraz częściej się nad tym zastanawiając.

Serce miałem zimne jak głaz i rzadko kiedy okazywało coś więcej poza współczuciem. Byłem bardzo wyrachowany w tym, co robiłem. Taki zimny drań, bez sumienia. Jednak coś było na rzeczy, bo już tak kiedyś miałem, te same objawy – kochałem i oddałem tej osobie całego siebie.

Tak się zamyśliłem, że nie zauważyłem, kiedy do mnie podeszła. Wzrok wyłapał trampki i przesuwał się leniwie w górę, zatrzymując na twarzy. Gdy zobaczyłem promienny uśmiech, zdałem sobie sprawę, że zaczyna mi na niej zależeć, co zwiastowało kłopoty.

– Cześć – powiedziała łagodnie, siadając obok. – Widzę, że naprawdę chcesz nauczyć mnie jeździć na rowerze.

– Zawsze dotrzymuję słowa. – Przytuliłem ją, a do nozdrzy doleciał słodki zapach perfum. – Gotowa? – Wstałem i podszedłem do roweru, bo zrobiło mi się gorąco.

– Jasne. – Dołączyła do mnie i przełożyła nogę przez ramę, zasiadając niepewnie na siodełku.

Przechylała się na boki, wspierając na palcach stóp, bo siodełko było ustawione dość wysoko – za wysoko, jak dla niej.

– Zejdź na chwilę, obniżę je. – Poluzowałem kluczyk i spuściłem do samego końca, dociskając mocno. Upewniłem się jeszcze, czy przypadkiem się nie przesunie, w trakcie jazdy, szarpiąc nim mocno. – Teraz możesz usiąść.

– Siedzę i co teraz? – Widziałem w oczach Nancy, że się waha i niepewnie oddaje w moje ręce. – Tylko mnie asekuruj, bo nie chcę wrócić do domu w siniakach i krwiakach.

– Zaufaj mi kotku. – Stanąłem za nią i chwyciłem w pasie, chcąc, aby złapała równowagę. – Połóż stopy na pedałach i naciskaj na nie. Spokojnie, będę cię trzymał.

– Boję się. – Oddychała szybko i głośno. Zaczęła dygotać, co wyłapałem palcami.

– Nie jest wysoko, spójrz. – Machnięciem ręki pokazałem, o co mi chodzi i chwyciłem ponownie w pasie, stając w pozycji – start. – Pedałuj. – Ruszyła z miejsca, a ja truchtałem za nią, cały czas podtrzymując ciało.

Chwiała się, jak chorągiew na wietrze, ale jechała. Postanowiłem ją puścić, bo ta pozycja – na garbusa – była strasznie niewygodna. Ujechała może trzy metry i poleciała na ziemię, śmiejąc się przy tym, jak dziewczynka z nowej lalki. Zanim do niej podszedłem, zdążyła się pozbierać i ponownie zasiadła za kierownicą.

– Spróbuję sama – oznajmiła, odpychając się mocno do przodu.

Zacząłem się zwijać ze śmiechu, widząc, jak manewruje ciałem i po raz kolejny upada. Podszedłem bliżej, zauważając, jak otrzepuje trawę z kolan i dłoni. Spodnie na kolanach były zielone, ale bez tego się nie obędzie.

– To trudne – rzuciła i wstała, podnosząc rower z ziemi. – Ostatni raz i robię sobie przerwę – dodała, przekładając nogę przez ramę. – Przestań się śmiać, bo nie mogę się skupić. – Odwróciła twarz w moją stronę i posłała srogie spojrzenie.

– Nie potrafię. Wyglądasz tak zabawnie, że uśmiech sam mi się ciśnie na usta. – Spróbuj zjechać z tego małego wzniesienia. – Wskazałem na mały wzgórek, nieopodal świerka. – Podejmiesz się wyzwania?

– Spróbuję, ale jak coś sobie połamię, to pożałujesz tego, podpuszczania. – Jej zęby mignęły mi przed oczami, po czym ustawiła się na pozycji zjazdowej. – Trzymaj kciuki – poprosiła i zaczęła zjeżdżać w dół.

Utrzymywała równowagę, a rower rozpędzał się coraz szybciej. Krzyczała, jakby ją odzierali ze skóry. Po chwili nastała głucha cisza i zobaczyłem, jak ląduje na ziemi, a rower obok niej. Gdy podszedłem, tylne koło roweru kręciło się jeszcze, po czym zaczęło zwalniać i się zatrzymało. Nancy siedziała skulona i trzymała się za bok, a jej twarz wykrzywiał grymas bólu.

– Poobijałaś się? – Przykucnąłem przy niej, widząc, jak zaciska wargi.

– Kierownica wbiła mi się w żebra. – Podwinęła bluzę, zerkając na czerwony ślad po uderzeniu. – Ałć – pisnęła, kiedy dotknąłem tego miejsca.

Popchnąłem Nancy delikatnie. Opadła na plecy, a ja nachyliłem się nad raną, dotykając skaleczenia wargami. Zadrżała – spodziewałem się tego – i jęknęła głośno, jakby nie wiadomo jak bolało. Przesuwałem powoli wargi i kluczyłem wokół zaczerwienienia, czując nagły wzrost ciśnienia w czaszce. Miała taką delikatną skórę, że musiałem jej posmakować i polizałem językiem, po czym przyssałem się wargami i sunąłem po omacku, nie odrywając ich ani na chwilę.

Wygięła się, odrywając plecy od ziemi i zaczęła prześlizgiwać się palcami, pomiędzy pasmami moich włosów. Podnieciłem się i nie potrafiłem – nie chciałem – przestać jej całować.

– Już nie szczypie. – Jej słowa sprowadziły mnie na ziemię, bo zapragnąłem podwinąć bluzę wyżej i przesunąć usta w stronę piersi. – Nie musisz mnie już dłużej ślinić.

Gdy wzniosłem wzrok, widziałem, jak sutki wypychają materiał bluzy, korcąc buzujące zmysły. Pragnąłem Nancy tak mocno, że wziąłbym ją tutaj – teraz – na tej trawie. Toczyłem wewnętrzną walkę, chcąc jak najszybciej wyrzucić te myśli z umysłu.

Znałem ją krótko, a już myślałem fujarą, pomyślałem i ugryzłem się przypadkowo w język, tak mocno zacisnąłem szczękę.

Uszczypnąłem się i położyłem obok niej, oddychając szybko, nierównym tempem. Przekręciłem głowę w jej kierunku, zerkając na piersi, które unosiły się i opadały. Musiałem czymś zając ręce, więc zerwałem trawę i zacząłem jeździć nią po jej szyi, wznosząc się na łokciach.

Zaczęła się głośno śmiać i odpychać trawę, która gilgotała właśnie jej policzek. Przesunąłem trawkę w stronę ust i drażniłem górną wargę, a Nancy dmuchała na nią, chcąc strącić. Miała zamknięte oczy i tylko powieki drżały, gdy poruszała gałkami. Przełykałem ślinkę i podziwiałem bladą cerę i to, jak od czasu do czasu marszczyła nosek, w który ją właśnie gilgotałem.

Westchnęła głośno, a ja nie wytrzymałem i dopadłem kuszących ust. Gdy wargi przywarły do siebie, otworzyła oczy. Wśliznąłem się językiem do buzi, napotykając, jej leżący leniwie na dolnym podniebieniu. Zacząłem rytmicznie masować, chcąc pobudzić do działania.

Od razu wyczułem, że nie umie się całować.

Nauczy się.

Ja ją nauczę.

Cofnąłem język i zacząłem zasysać wargi, podgryzając delikatnie. Czubkiem kreśliłem na nich kółeczka, po czym znów zacząłem penetrować wnętrze. Wpychałem go głęboko i pobudzałem jej zdrętwiały język, przesuwając go ku górze i na boki. Tak bardzo chciałem, aby mi się odwzajemniła, a ona nic. Patrzyła na mnie, wytrzeszczając oczy.

– Rób to samo co ja, poprowadzę cię – szepnąłem cicho, ponawiając próbę. Wsunąłem palce pomiędzy palce Nancy i ścisnąłem bardzo mocno, chcąc przebudzić z letargu, który zawładnął jej ciałem. – Nie, no nie wytrzymam z tobą. Mam dość. – Opadłem na plecy, przewracając oczami. Zmrużyłem powieki, bo właśnie oślepił mnie blask promieni słonecznych, wyłaniających się zza korony drzew. – To nie ma sensu. – Poderwałem się na równe nogi i usiadłem na ławce nieopodal, wyciągając nogi przed siebie i nakładając jedna na drugą.

Przekręciła się na lewy bok i leżała tak, jakby właśnie układała się do snu. Po chwili wstała i spojrzała na mnie smutnym wzrokiem.

– Wystarczyło tylko chwilę poczekać i dać mi się oswoić z sytuacją. – Schowała ręce do kieszeni spodni. – Ty jednak nie, bo to musiało być w tej chwili i po twojemu. – Była rozdrażniona. – Mnie sparaliżował strach, a ciebie zgubił brak cierpliwości.

– Nie mam tyle wytrzymałości w sobie. – Gapiłem się w chodnik, jakby było mi wszystko jedno. – Jak można nie umieć zrobić tego, co druga osoba. Robisz to wszystko specjalnie, aby mnie wkurwić. – Poderwałem się z ławki. – Mam to wszystko w dupie i ciebie też, razem z tą twoją idiotyczną odmiennością. – Musiałem złapać dech. – Wiesz, gdzie się nadajesz?

– No gdzie? – Miała kamienną twarz.

- Do klasztoru. To miejsce pasuje do ciebie idealnie – syknąłem jej prosto w twarz. – Kup sobie łopatkę, wiaderko i wracaj do piaskownicy.

– Tak zrobię. – Odwróciła się na pięcie i odeszła.

– Na chuja w ogóle marnowałem na ciebie czas. Chyba chciałem zostać zbawicielem zalęknionych istot – rzuciłem i wsparłem się o ławkę, czując, jak mi mózg paruje.

Trzeba zacząć realnie myśleć o jutrze, a nie próbować osiągnąć niemożliwe.

Siedziałem jeszcze chwilę, odprowadzając Nancy wzrokiem. Dalsze spotykanie się nie miało sensu. Nie miałem zamiaru użerać się z przedszkolakiem. Wstałem, dosiadłem rower i pojechałem do domu. Nie miałem nawet ochoty podnieść siodełka, więc jechałem jak klaun w cyrku z rozkraczonymi nogami.

***

 

Minął tydzień, odkąd widziałem Nancy po raz ostatni. Przesiadywałem dużo w parku, wypatrując różowych włosów, ale nie odnalazłem. Chciałem ją zobaczyć, bodaj z daleka, ale wychodziło na to, że unikała parku i chodziła innymi ścieżkami. Nie kontaktowała się ze mną ani ja z nią, choć nieraz miałem ochotę napisać wiadomość. Brakowało mi jej i nie mogłem sobie znaleźć miejsca, snując się jak cień po kątach.

Wieczorami, gdy leżałem na łóżku w pokoju, przywoływałem jej obraz, ale zanikał i stawał się coraz bardziej niewyraźny. Poprosiłem Aidena, aby zrobił Nancy zdjęcie, ale wyśmiał mnie i walną pięścią w głowę. Dobrze, że nie powiedziałem Amber, kim jest moja wybranka, bo miałaby niepotrzebne sceny zazdrości z jej strony.

Amber nie uwierzyłaby, że się nie spotykamy, a nawet, jak by to zrozumiała, to i tak czepiałaby się mojego koteczka.

– Wybieramy się na obiad. Idziesz? – Usłyszałem, jak przez szybę głos Aidena, który stał nade mną z telefonem w dłoni.

– Nie. Zostanę z mamą, a wy idźcie. Nie jestem głodny. – Spojrzałem na jej nieprzytomną twarz i oparłem głowę nieopodal ręki.

– Wszystko gra stary? Od paru dni zachowujesz się dziwnie – zagadnął, kucając obok. Chodzi o Nancy?

– Wszystko jest dobrze – sapnąłem. – Zmęczony jestem tym wszystkim. Mama już tyle dni tutaj leży i nadal nic. Z tą różowo włosom panienką to temat zamknięty. Jak już mówiłem, jest dla mnie za bardzo wycofana.

– Tak, jasne. Mów sobie tak jeszcze. – Aiden puknął mnie w czoło. – Miałem powiedzieć o tym wcześniej, ale całkiem wyleciało mi z głowy. – Przeniosłem wzrok na jego twarz. – Nancy nie ma już różowych włosów. Powróciła do swojego naturalnego koloru. Powiem ci, że trochę szkoda, bo już się do niego przyzwyczaiłem i można ją było szybko znaleźć.

– Rozumiem. – Nawet nie wiedziałem, czy jest blondynką, czy szatynką, a może żadną z nich.

– Może to i dobrze, że wam nie wyszło, bo przynajmniej nie złamałeś jej serca. Tak mi się wydaje, ale pewności nie mam, bo cały czas jest smutna i przesiaduje w tym zakamarku, na końcu szkolnego korytarza – oznajmił, a ja dostrzegłem na jego twarzy podejrzany uśmiech – jakby był z takiego obrotu spraw zadowolony.

W dziwny sposób się o niej wyrażał i drążył temat, jakby miał wobec niej jakieś plany. Może mi się zdawało, ale postanowiłem go obserwować i powiedzieć jak jest, aby nie pchał się z kopytami tam, gdzie nie powinien na chwilę obecną.

Podniosłem głowę i spojrzałem mu prosto w oczy, czując, jak zaczyna mi brakować tchu. Ktoś trzymał moje serce w dłoni i ściskał z całych sił, powodując jego nierówną pracę.

– Zakochałem się w niej, wiesz. Spadło to na mnie tak nagle, jak grom z jasnego nieba.

– Domyśliłem się tego. Twoje zachowanie cię zdradza i widać to po tobie gołym okiem. – Otaksował mnie całego, a w jego wzroku nie było nic – pustka. Oczy były bez wyrazu, a usta podrygiwały tak, jakby to, co usłyszał, sprawiło mu ogromną radość. – Co teraz?

– Nic, a co ma być? Koniec przygody i powrót do szarej rzeczywistości – oznajmiłem beznamiętnym głosem. – Ona jest taka inna, niż te wszystkie, które znałem. Nie traktowała mnie jak, Adonisa i nie musiałem trzymać kurczowo rozporka, aby nie dobrała się do penisa. – Przymknąłem powieki, chcąc przywołać jej słodką twarz. – Zaczarowała mnie swoją skromnością i tym, że przeraża ją tak wiele rzeczy. Chciałem się nią opiekować i chronić przed całym światem, ale odtrąciłem, a teraz, gdy odkryłem, co do niej czuję, pluję sobie w brodę.

– Wzięło cię na całego. Chciałeś się zakochać i się stało. – Aiden poklepał mnie po ramieniu, wstał z kucek i obserwował bacznie, jakby szukał jakiegoś ukrytego sekretu.

– Jestem gotowy, aby powiedzieć jej prawdę o sobie, ale boję się, że za bardzo ją zraniłem i jest już na to za późno.

– Dlaczego sobie ją odpuściłeś? Już prawie jadła ci z ręki. – Zmarszczył czoło i uniósł brew. Usiadł na krześle i spojrzał przez szybę, na korytarz.

– Wstyd się przyznać. – Zmieszałem się, wpatrując tępo w dłoń mamy. – Pocałowałem ją, a ona nic. Tak mnie, to zezłościło, że stwierdziłem, że mam dość. Nie wprost – zmiażdżyłem ją – ale, w ten sposób upokorzyłem, dając do zrozumienia, że jest beznadziejna, choć wcale tak nie myślałem i kazałem zostać zakonnicą.

– Jesteś za bardzo narwany i najpierw powiesz, a później myślisz. Zapomnisz o niej i jakoś to będzie. – Uśmiechnął się krzywo, bo dobrze wiedział, że w moim przypadku, to tak nie działa. – Pieprzę bez sensu, tak samo, jak ty Justin. Porozmawiam z nią przy okazji i wybadam teren. Może być smutasie?

– Dzięki. – Poczułem się odrobinę lepiej. Aiden znał mnie, jak nikt, ale zapaliła mi się w głowie czerwona lampka. Coś tutaj nie grało.

– Zrobię wszystko, co w mojej mocy, abyś ją odzyskał. – Odchrząknął, jakby zaschło mu w ustach. – Nie chcę, aby powtórzyła się tamta sytuacja z próbą odebrania sobie życia, bo byłeś zakochany i straciłeś Samantę. Rozchmurz się wreszcie, bo wybuchniesz. – Objął mnie ramieniem i przybił piątkę. – Idę w końcu na ten obiad, bo mi kiszki marsza grają. – Wyszczerzył się i burknął coś pod nosem. Nie słyszałem co, bo akurat przekręcałem się z powrotem w stronę mamy, a taboret lekko zaskrzypiał.

Sięgnąłem po telefon i napisałem do Nancy.

JA: Co słychać kotku? Nasze drogi tak szybko się rozeszły. Kompletnie niepotrzebnie. Nawaliłem, wiem. Gdy jestem poddenerwowany, nie panuję nad słowami. Brakuje mi ciebie.

Trzymałem telefon w dłoni dość długo, ale nie odpisała. Ciekawe, czy zdawała sobie sprawę, jak ciężko mi było znieść to, że może i nieświadomie, wbiła mi w serce szpile. Sam je sobie sprawiłem, używając nieokrzesanego jęzora.

***

Opuściliśmy z ojcem szpital i wróciliśmy do domu. Na czuwaniu została Nicole i Sam – byli już pogodzeni. Nancy nie dała znaku życia i nie dziwiłem się jej.

– Justin, zaczekaj! – Zszedłem ze schodów i podszedłem w stronę ojca. – Zapomniałem portfela – został w marynarce – i niechcący słyszałem kawałek twojej rozmowy z Aidenem w szpitalu. Twoje serce na nowo otworzyło się na szczęście i nawet nie wiesz, jak mnie to cieszy kochany. Myśleliśmy z mamą, że już nigdy nie zdecydujesz się na miłość, po przykrych doświadczeniach z Samantą.

– Moje serce było otwarte cały czas, ale trzymałem je w ryzach. Teraz nawet nie wiem kiedy, wyrwało się z uwięzi i się stało. – Poczułem motyle w brzuchu – Zepsułem tę znajomość na samym początku, ale postaram się – muszę – to naprawić. Nancy jest dla mnie ważna i otworzę się przednią jak przed nikim od dawna. – Łza zakręciła mi się w oku, gdy o niej mówiłem.

– Spokojnie synu, doskonale rozumiem, co chcesz mi powiedzieć. – Uniósł delikatnie kąciki ust i posłał ciepłe spojrzenie. – Nadszedł czas, aby zaliczyć trzecią bazę z kimś, kogo się kocha.

– Tato! – Szturchnąłem go w okolice żeber. – Wiesz, że to nie jest takie proste.

– Wiem, że to trudne, ale jak planujesz coś więcej, to decyzja w połowie, należy do niej. Będę trzymał kciuki, aby cię nie odrzuciła. Boję się, że historia zatoczy koło.

– Samantę kochałem nad życie, choć napsuła mi krwi, a jej nagła śmierć mnie dobiła. Chciałem się zabić, aby nadal z nią być – nieważne, że w nieludzkiej postaci. Długo nie umiałem pogodzić się z tym, że zostawiła mnie samego z moją miłością do niej. – Tamte wspomnienia nie wywołały u mnie żadnych emocji. Nawet najmniejszego ścisku w sercu. Jakby było z kamienia. – Zgotowałem wam prawdziwe piekło, zachowując się jak ostatni cham, myśląc tylko o sobie.

– Było, minęło. Nie wracajmy już do tego. Liczy się teraz i tu. Dostaliśmy z mamą dobrą lekcję życia i dzięki temu zrozumieliśmy, jaki jesteś delikatny i uczuciowy. – Uszczypnął mnie w polik. – Nigdy nie lubiliśmy tej dziewczyny, bo od początku wydała nam się podejrzana i chcieliśmy cię od niej odsunąć wbrew tobie. Już nigdy nie staniemy na drodze do twojego szczęścia. – Wbił we mnie wzrok. – To twoje życie i to ty zdecydujesz, co jest dla ciebie dobre.

– Wiem ojcze. – Przytuliłem się do niego, poklepując po plecach. – Kocham cię i nigdy nie zapomnę, jak walczyłeś o mnie, abym wrócił do normalności. Na początku nienawidziłem cię za to, że umieściłeś mnie w ośrodku zamkniętym. Teraz jestem ci za to wdzięczny, bo uwolniłem się od narkotyków.

– Ja ciebie też kocham dziecko. Jesteście z mamą całym moim światem. – Jego twarz promieniała w szerokim uśmiechu. – Miałem to oznajmić, jak mama wydobrzeje, ale nie wiadomo jeszcze, kiedy to będzie. – Odetchnął. – Poprosiłem o przeniesienie do kraju i dostałem pozytywną odpowiedź.

– Naprawdę! – Nie mogłem uwierzyć w to, co usłyszałem. – Nareszcie będziemy tworzyć normalną rodzinę. – Byłem taki szczęśliwy, że o mało go nie udusiłem. Zelżyłem uścisk, słysząc pokasływanie. – Przepraszam, to z emocji.

– Nic się nie stało. Za dwa miesiące na stałe opuszczę Australię i będę pełnił swoją funkcję w Londynie. – Poklepał mnie po ramionach, wybuchając śmiechem. – Pójdę się odświeżyć, bo cały śmierdzę.

– Ja też. – Poszedłem do pokoju i pierwsze, co zrobiłem, to sprawdziłem telefon, ale nie miałem żadnej wiadomości. Znów się zachmurzyłem i z posępną miną poszedłem pod prysznic.

Gdy tylko spod niego wyszedłem, napisałem do Nancy ponownie.

JA: Kotku, odezwij się do mnie, proszę cię.

Cisza – cisza – cisza – cisza. Położyłem się i miętoliłem pościel, zaciskając na niej pięści, aż poczułem paznokcie, które wbijały się w skórę. Westchnąłem parę razy i przymknąłem oczy, bo zaczęły mnie piec, od ciągłego ruszania nimi w górę i w dół. Zrobiłem się wiotki i po chwili zmorzył mnie sen.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Grafomanka 7 miesięcy temu
    Muszę wrócić do początku... szczerze, to tak z ciekawości zerknęłam i wciągnęło mnie jakoś... sentymentalna się robię czy co? 5
  • Joan Tiger 7 miesięcy temu
    Dziękuję za wizytę i miły komentarz. Zapraszam do czytania i życzę przyjemnej lektury. :). Sentymentalności nigdy nie za wiele, jeśli nie pozwolimy jej wejść sobie na głowę. :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania