Podróż do siebie.
Dzień pierwszy. Grow kit.
Yes! Yes! Yes!
Wczoraj dostałam maila z informacją, że dotarł mój pierwszy grow kit.
Niestety byłam wtedy w pracy, a mój chłopak Johnny był na rozmowie kwalifikacyjnej. Nie było nas w domu, więc nikt nie mógł odebrać paczki.
Właśnie dzisiaj jedziemy po nią.
Moje pierwsze magiczne grzybki.
Jestem niesamowicie podekscytowana. W środku mnie jakby coś tańczyło z radości. Trudno mi opisać, jak bardzo się cieszę, a jednocześnie jestem ciekawa, jak będzie wyglądał cały proces hodowli.
Postanowiliśmy wybrać się po paczkę spacerem.
Po śniadaniu ubraliśmy się i ruszyliśmy w drogę.
Ja i Johnny jesteśmy razem od ponad roku, chociaż tak naprawdę znamy się już kilkanaście lat.
Poznaliśmy się w 2004 roku...
Ale może do tego wrócę później.
Johnny skręcił dla nas papierosa i ruszyliśmy na spacer. Po drodze rozmawialiśmy o hodowli i sprawdzaliśmy razem z AI, jakie warunki należy zapewnić grzybkom.
Kiedy dotarliśmy do punktu odbioru, moja ekscytacja była jeszcze większa.
W głowie pojawiały się tylko myśli:
Oby nie były uszkodzone.
Kiedy wzięłam paczkę do ręki, od razu pojawił się uśmiech na mojej twarzy.
Chciałam jak najszybciej wrócić do domu i zobaczyć, co jest w środku.
W drodze powrotnej trzymałam karton tak, jakbym niosła złoto.
Powiedziałam Johnny'emu, że nie dam go do plecaka, bo nie chcę, żeby coś się stało.
Roześmiał się i stwierdził, że podczas całej podróży do nas paczka pewnie nie raz była do góry nogami albo gdzieś spadła.
Pomyślałam tylko:
— No tak...
Ale odpowiedziałam, że chociaż ostatni odcinek podróży powinien być przyjemny i bezpieczny.
Niosłam ten karton tak ostrożnie, jakbym transportowała jajka.
Kiedy dotarliśmy do domu, pierwsze co zrobiłam, to poszłam się przebrać.
Mam swój mały rytuał rozpakowywania nowych rzeczy.
Najpierw przebranie.
Potem mycie rąk.
A dopiero później otwieranie paczki.
Tak jakby w tej chwili była ona najważniejszą rzeczą na świecie.
Tak.
Byłam gotowa.
Sam zestaw był zapakowany bardzo estetycznie i starannie, co od początku dawało mi poczucie, że mam do czynienia z czymś wyjątkowym.
Kiedy otworzyliśmy pudełko, moje podekscytowanie urosło ponad skalę.
Wydałam z siebie okrzyk radości.
Jak wygląda moja radość?
Jak u małego dziecka.
Podskakuję.
Klaszczę delikatnie w dłonie.
I uśmiecham się tak szeroko, że trudno tego nie zauważyć.
Tak właśnie najczęściej okazuję szczęście.
W czasie całego rytuału było dużo skupienia, ostrożności i ciekawości.
Po przeczytaniu instrukcji szybko okazało się, że brakuje nam kilku rzeczy potrzebnych do rozpoczęcia hodowli.
Ruszyliśmy więc do sklepu.
I wtedy pojawił się kolejny problem.
Miejsce.
Nie mieliśmy pojęcia, gdzie postawić grow kit.
Przez chwilę pojawiła się nawet lekka panika.
Salon odpadał.
Mamy koty, a ja nie ufałam im na tyle, żeby zostawić wszystko na widoku.
Ale wtedy spojrzałam na swój mały pokój.
Biurko.
Półki z książkami.
Spokój.
Tak.
To było to miejsce.
Przesunęliśmy dwie półki i przygotowaliśmy dla grzybków ich własny mały kąt.
Temperatura była idealna.
Miejsce wydawało się bezpieczne, spokojne i oddzielone od reszty świata.
Nadało to całemu przedsięwzięciu wręcz symbolicznego charakteru.
Jak mały ołtarzyk modlitewny.
Po przygotowaniu wszystkiego grow kit stanął na swoim miejscu.
Patrzyłam na niego z dumą.
Najbardziej poruszające jest jednak to, że ta podróż zaczęła się dużo wcześniej...
Ustaliliśmy razem, że każdego wieczoru będziemy sprawdzać grzybki.
Temperaturę.
Wilgotność.
Postępy.
Ja oczywiście podejrzewałam, że będę zaglądać do nich co kilka godzin.
I właśnie wtedy zaczęło mi to przypominać początek świadomej podróży.
Już pierwszy dzień pokazał, że sama hodowla staje się czymś więcej niż tylko oczekiwaniem na efekt.
Stała się rytuałem.
Częścią procesu.
Możliwe, że równie ważną jak późniejsze mikrodozowanie..
Johnny
Rotterdam, 2004 rok.
Razem z moim byłym mężem — tak, miałam kiedyś męża... — wybraliśmy się do Rotterdamu. Chciał przedstawić mi swojego kolegę, Johnnego.
Był piękny, słoneczny dzień. Najpierw wybraliśmy się do centrum Rotterdamu, gdyż nigdy wcześniej tam nie byłam. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam to miasto, wiedziałam, że właśnie tutaj chcę mieszkać.
Jaka energia jest w tym mieście. Czułam się taka mała wśród tych wszystkich wieżowców, a zarazem czułam, że jestem częścią tej wielkiej aglomeracji.
To miasto jest naprawdę piękne.
W czasie zwiedzania mój były mąż opowiadał mi właśnie o Johnnym. Jakby chciał mnie przygotować na spotkanie z jego najlepszym kolegą. Opowiadał mi historię o tym, jak ukradł busa z firmy, gdyż nie wypłacili mu wszystkich pieniędzy za pracę. Wziął busa i podjechał nim pod granicę Polski, a tam go porzucił. Spod granicy wrócił już do domu pociągiem.
Kiedy usłyszałam tę historię, wiedziałam, że bardzo chcę go poznać. Ja w życiu nie miałabym odwagi zrobić czegoś takiego. Ale kiedy słyszałam tę historię, zrobiła na mnie wrażenie — nie dlatego, że zabrał busa, tylko dlatego, że zawalczył o swoje pieniądze. I dlatego ja tak bym nie potrafiła, bo nie potrafię nawet rozmawiać o pieniądzach.
Wysiedliśmy na stacji Rotterdam Schiedam. Mój były mąż Tomasz powiedział tylko:
— To on.
I wskazał na niego palcem.
Zobaczyłam wysokiego i chudego mężczyznę z pięknymi loczkami na głowie. Był ubrany w niebieskie spodnie dresowe i koszulkę w paski. Niesamowite jak zapamiętałam to po tylu latach.
To on — tylko pomyślałam, a w głowie miałam obraz tego busa hahaha.
Poszliśmy do niego do domu, ale nie pamiętam więcej z tej podróży. Tylko moment, kiedy go zobaczyłam.
Nasze drogi z Johnnym się przeplatały. Ponownie spotkaliśmy się przypadkiem w busie, który jechał do Holandii. Był to autokar firmy, w której mieliśmy pracować. Razem zamieszkaliśmy na mieszkaniu firmowym. Miałam okazję poznać go bliżej, mieszkając razem, ale tak naprawdę nie mieliśmy zbyt dużego kontaktu, gdyż ja miałam męża, a on miał dziewczynę w Polsce, która miała przyjechać na święta. Więc każdy z nas miał swoje życie.
Aż w dniu sylwestra 2004/2005 roku, po imprezie sylwestrowej, kiedy wróciliśmy do domu, mój były mąż poszedł pijany spać. Dziewczyna Johnnego również postanowiła się położyć. Ja jeszcze rozmawiałam z Johnnym. Zostaliśmy sami.
Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Nie pamiętam. Czasami próbuję sobie przypomnieć, ale niestety nie potrafię. Wiem na pewno, że bardzo dobrze nam się ze sobą rozmawiało. Coś tam mi świta, że rozmawialiśmy o muzyce, grach na PS.
Gdzieś około godziny 4 nad ranem, nie wiem które z nas pierwsze chciało iść spać, ale na dobranoc powiedziałam mu:
— Niech Ci się przyśni koszyczek wiśni.
Powiedziałam to prosto z głębi serca.
I wtedy on zatrzymał się na chwilę. Zapytał czemu koszyczek wiśni, a nie czereśnie, bo przecież są słodsze. I tak nasza rozmowa przedłużyła się do około godziny 9 rano.
Mój były mąż spał jak suseł. A jego dziewczyna wychodziła z pokoju chyba ze trzy razy. Za pierwszym razem niby do toalety. Po pół godziny wyszła drugi raz również niby do toalety, ale tym razem zerknęła co robimy. Czułam, że jest troszkę zazdrosna, tyle że ja wtedy nie miałam żadnych złych intencji. Po prostu traktowałam to wyłącznie jako rozmowę.
Po godzinie wyszła trzeci raz, ale tym razem przyszła do nas i zapytała Johnnego kiedy w końcu pójdzie spać. On tylko zdawkowo odpowiedział, że za chwilkę.
Kiedy jego dziewczyna poszła do pokoju powiedział:
— Obiecałem, że ją wyrucham.
I oboje zaczęliśmy się śmiać.
Czy przeszło mi przez myśl, że sama bym się z nim bzyknęła? No pewnie, że tak. I nawet zastanawiałam się nad gabarytami hahaha.
Ostatecznie oboje poszliśmy spać około godziny 9 rano.
Po tej nocy coś we mnie zostało, chociaż jeszcze nie wiedziałam co. Dużo go obserwowałam i zawsze, kiedy na niego patrzyłam, wydawał mi się takim fajnym chłopakiem. Mamy jedno wspólne zdjęcie, na które bardzo często później patrzyłam i sama nie potrafiłam sobie wyjaśnić dlaczego.
Nasz kontakt już nie był taki jak tej nocy. Mieliśmy małe, krótkie rozmowy, w sumie nic szczególnego.
W dniu moich urodzin, czyli 17 stycznia, zorganizowałam imprezę. Mieszkaliśmy wtedy w jakimś domu na wsi z naszej firmy, w której obecnie pracowaliśmy. Zaprosiliśmy wszystkich naszych znajomych. Johnny również przyjechał. Było może z 15 osób. Nie wszystkich znałam, ale jak impreza domowa to raczej nie ma znaczenia czy się kogoś zna czy nie — impreza po prostu się toczy.
Ja natomiast szukałam z nim jakiegoś kontaktu, bo chciałam porozmawiać tak jak tej nocy sylwestrowej. Chociaż na chwilkę zacząć jakiś temat. Ale za każdym razem, kiedy siadałam obok niego i próbowałam coś zagadać, on kierował swoją uwagę na inne dziewczyny.
I tak próbowałam, aż w którymś momencie powiedziałam sobie, że on nie chce tego kontaktu. Poddałam się w szukaniu z nim rozmowy.
I tak nasze kontakty stawały się coraz słabsze. Widywaliśmy się z nim co jakiś czas i z jego dziewczynami. Tak, tak — z jego dziewczynami. Zmieniał je co dwa lata hahaha.
Poznałam tak naprawdę trzy dziewczyny, z którymi chodził. Ja w tym czasie byłam mężatką.
Nasze drogi coraz bardziej się rozchodziły, a kontakt był coraz mniejszy.
W 2015 roku spotkaliśmy się znowu u naszego wspólnego znajomego. Ja już wiedziałam, że moje małżeństwo nie przetrwa długo...
Kiedy weszłam do naszego znajomego, Johnny popatrzył na mnie i powiedział:
— Anie, jak Ty dobrze wyglądasz.
A w jego oczach było spojrzenie, jakby mnie rozebrał do naga.
Zmieszałam się i zawstydziłam. Dodałam tylko:
— To pewnie dlatego, że rzuciłam fajki.
I to był ostatni raz, kiedy widzieliśmy się razem.
Aż 10 lat później.
Niedziela. Początek kwietnia.
Spokojnie położyłam się na kanapie i odpaliłam Netflixa na PS. Po kilku minutach widzę, że przyszła wiadomość na PlayStation. Otworzyłam i widzę emotkę znaku pokoju.
Nick name nic mi nie mówił, ale domyślałam się, że to Johnny, chociaż do końca nie byłam pewna.
Odesłałam mu emotkę cieszącego się i skaczącego hipka. Bo w głębi serca wiedziałam z kim piszę.
Wymieniliśmy się numerami telefonu, nadal nie wiedząc do końca, kto to jest. Później pisaliśmy już na Whatsappie i kiedy opowiedział mi historię o moim byłym mężu i jeszcze jednym koledze, wiedziałam już na sto procent, że to Johnny.
Ucieszyłam się niesamowicie.
Wspominaliśmy stare czasy i wymienialiśmy się zdjęciami. Całą niedzielę przegadaliśmy dokładnie tak jak tej sylwestrowej nocy.
On powiedział mi co porabia, a ja jemu również.
Niesamowite było to, że nie widzieliśmy się tyle lat — aż 10 — a rozmawialiśmy jakbyśmy widzieli się dopiero wczoraj.
Ja bardzo często w ciągu tych lat czasami myślałam co u niego, ale nigdy nie miałam potrzeby szukania z nim kontaktu, gdyż w sumie był kolegą mojego byłego męża.
W mojej głowie pojawiło się:
— Fajnie się rozmawiało, ale pewnie kontakt znowu ucichnie.
Aż tydzień później, w sobotę, otrzymałam wiadomość na Whatsappie:
— Cześć Ania. Jak Ci minął tydzień?
Rozdział 3 - Codzienność.
Radość wciąż jest we mnie.
Mam tyle emocji w sobie. Jakby w środku mnie świeciło słońce. Nie pamiętam kiedy czułam aż tyle emocji naraz. A może czułam ale nigdy nie zwracałam na nie uwagi...
Wczoraj chyba ze 100 razy wchodziłam do pokoju aby zobaczyć grow kit.
Rano, przed pracą, po pracy i przed snem.
Nawet miejsce w którym znajdują się grzybki, czuję jakby było wyjątkowe. Nazwaliśmy je Miejscem Magicznych Wydarzeń.
Jakby to była nasza wspólna przestrzeń i właśnie w niej tworzymy codzienność.
Kiedy idziemy sprawdzać nasze „dziecko” to zawsze robimy to razem z Johnnym. Każdy z nas czeka na siebie. I wtedy wspólnie wchodzimy do pokoju.
Również pojawiają się obawy. Czy uda nam się zachować odpowiednie warunki.
Każdy z nas również odgrywa swoją rolę w pielęgnacji. Ja głównie zajmuję się otwieraniem folii i wpuszczeniem świeżego powietrza do worka. Johnny spryskuje ściany folii i potem ją zawija z powrotem a ja natomiast nasuwam spinacze na okrycie.
Wydawać by się mogło, że tworzymy z Johnnym zespół. To jest interesujące jak szybko zwykła techniczna czynność zamienia się w coś bardziej symbolicznego. Coś małego, ale bardzo „naszego”.
Czy jesteśmy zgranym zespołem?
Wydaje się że tak. Razem przeżywamy, razem się opiekujemy, razem ustalamy. To mogłoby wyglądać na piękną relację partnerską...
Czy my również będziemy dorastać jak grzybki?
Czy ja sama będę rosnąć? 😊🌙
Kim jestem
Nie będę rozpisywać się na daty czy lata. Opowiem Wam kim jestem albo jak ja siebie widzę.
Ale pytanie – czy wiem kim jestem?
A może właśnie pisząc się dowiem?
A może wy zobaczycie coś, czego ja nie widzę?
Kiedyś bałam się zajrzeć do siebie, poznać siebie. Czego się bałam? Ciężko mi powiedzieć, czego tak naprawdę się bałam, ale jedno wiem na pewno – dzisiaj już się tego nie boję.
Pisząc właśnie to, moje łzy kapały na kartkę pamiętnika. Może właśnie dlatego przez tyle lat bałam się zajrzeć w głąb siebie.
Dlatego nie bójmy się nigdy patrzeć w siebie. Patrzeć głęboko. Bo tam są naprawdę, naprawdę przepiękne rzeczy.
Jako mała dziewczynka byłam raczej osobą, która miała bardzo dużo energii. Dziewczynką, która całe dnie spędzała na dworze razem z kolegami i koleżankami.
Uwielbiałam bawić się lalkami Barbie, skakać na skakance.
Zawsze wracałam późno do domu. Pamiętam jak któregoś razu wróciłam bardzo późno i mój tata był na mnie bardzo zły. Dostałam karę. Tata wiedział, że największą dla mnie karą będzie zakaz wychodzenia na dwór.
Dostałam wtedy dwa tygodnie zakazu wychodzenia z domu.
Byłam zrozpaczona. Ale jak to? Nie mogę? Smutek był tak silny, że całymi dniami przesiadywałam w oknie i patrzyłam jak inne dzieci się bawią.
Nie mogłam się z tym pogodzić.
Mój tata, widząc jak całymi dniami patrzę przez szyby, po trzech dniach się nade mną zlitował i pozwolił mi wyjść pod warunkiem, że będę wracać na czas.
Tęsknię za moim tatą… i mamą…
Tata był mężczyzną z zasadami. Nigdy nie umiał mówić o uczuciach. Przez całe moje życie aż do jego śmierci nie powiedział mi, że mnie kocha.
Nigdy.
On po prostu to pokazywał. Dla niego słowa nie miały znaczenia – liczyły się czyny. Pamiętam nasze niedzielne wycieczki rowerowe.
Wzruszyłam się…
Zawsze robiliśmy około 30 kilometrów na rowerze. W połowie drogi zatrzymywaliśmy się w jakimś barze. Tata brał sobie piwo, a ja mogłam wybierać pomiędzy lodem a Coca-Colą.
Zabierał mnie na ryby. To właśnie podczas tych wypraw nauczyłam się pływać.
Kiedy naprawiał coś w garażu, ja brałam stary rower, na którego jeszcze nie umiałam usiąść, a już chciałam jeździć. On tylko z boku na mnie zerkał.
Wieczorami zawsze graliśmy w gry planszowe. Naszą ulubioną grą był „Człowieku, nie irytuj się”.
Zawsze mnie bawiło jak puszczał „bąki” na kanapie. Siedział, niby oglądał telewizję, puszczał cichacza i obserwował kto pierwszy zareaguje. A kiedy widział nasze reakcje, tylko powoli zaczynał mu się poruszać brzuch ze śmiechu. Potem już cała rodzina się śmiała.
Cudowny człowiek. Uczył mnie życia.
Natomiast moja mama była totalnym przeciwieństwem taty.
Mogłam z nią rozmawiać o wszystkim. Dosłownie o wszystkim. Pamiętam naszą pierwszą rozmowę o seksie.
To ona nauczyła mnie rozmawiać o emocjach. O tym, aby nie bać się powiedzieć „Kocham Cię” czy „Tęsknię”.
Pamiętam ją jak w niedzielę stała w kuchni, gotując dla całej rodziny obiad, a w tym czasie sobie śpiewała… Widzę to jakby było wczoraj.
Nigdy niczego nie bała się powiedzieć. Nauczyła mnie, że nawet najgorsza prawda jest lepsza od najlepszego kłamstwa.
Wieczorami na kanapie zawsze się przytulałyśmy. Czasami robiłam jej fryzury. To ona nauczyła mnie jak kochać.
Pokazała mi, że można być jednocześnie silnym i wrażliwym człowiekiem.
Mamo.
Kocham Cię.
Tęsknię.
Nie byłam planowanym dzieckiem. Tata zawsze mówił, że zrobił sobie prezent na urodziny, ponieważ urodziłam się dokładnie dziewięć miesięcy po jego urodzinach.
Mam też siostrę oraz brata.
Między mną a siostrą jest 12 lat różnicy, a pomiędzy mną a bratem 8 lat.
Jako małe dziecko nie miałam z nimi zbyt dużego kontaktu.
Mój brat zawsze o mnie pamiętał.
Kiedyś wybrał się ze szkoły na wycieczkę – tak opowiadała moja mama – a ja, kiedy go nie było, stałam na balkonie i mówiłam:
— Gdzie jest mój kochany braciszek?
Z tej wycieczki przywiózł mi lalkę. Nigdy nie zostawiałam jej samej. Zawsze trzymałam ją na rękach.
Moje rodzeństwo miało dyżury nad opieką nade mną.
Kiedy zajmowała się mną moja siostra, zawsze zabierała mnie do piaskownicy. Ona wraz z koleżanką siedziały na ławce rozmawiając, a ja w tym czasie sama się bawiłam. Chwila jej nieuwagi i mnie już tam nie było.
Gdzie uciekałam?
Do piwnicy.
Dlaczego? Nie mam pojęcia.
Natomiast kiedy zajmował się mną mój brat, wyglądało to zupełnie inaczej. Powiedział mi kiedyś:
— Tam gdzie ja, tam i ty.
I tak właśnie było.
Mój brat miał grupę kolegów, z którymi bawił się w kowbojów. Biegali po dworze ze sztucznymi pistoletami i krzyczeli:
— Pif paf! Pif paf!
I biegli dalej.
Dwa metry za nimi biegł jakiś mały skrzat. To byłam ja. Musiałam się go przecież trzymać. 😊
Kochałam życie i nadal je kocham.
Uwielbiałam spędzać czas z naturą. Nawet zima nie była dla mnie straszna.
Zawsze miałam bardzo dużo energii, jakby ktoś codziennie wkładał mi nowe baterie Duracell.
Nigdy nie bałam się uczyć nowych rzeczy. I praktycznie wszystkiego uczyłam się sama. Tak jak pływania czy jazdy na rowerze.
Można powiedzieć, że wszędzie było mnie pełno.
Uwielbiałam bawić się lalkami i misiami. Pamiętam jak rozkładałam je na kanapie i bawiłam się w lekarza. Badałam ich serduszka, ponieważ miałam taki mały zestaw lekarski.
A kiedy zaczęłam chodzić do szkoły, podkładałam im kartki z gazet i kładłam przed nimi, żeby napisali sprawdzian. Oczywiście potem im je sprawdzałam, wystawiałam oceny i oddawałam kartki.
Byłam również bardzo chorowitym dzieckiem. Przeszłam chyba każdą chorobę zakaźną.
Jako trzylatka zostałam wysłana do prewentorium. Miałam problemy z krtanią. Jednego dnia chodziłam zdrowa, a następnego się dusiłam. Nieraz moi rodzice musieli wzywać pogotowie. Dlatego lekarz rodzinny wysłał mnie tam na różnego rodzaju inhalacje.
Byłam tam dwa miesiące. Raz w miesiącu mogli przyjechać do mnie rodzice. Pamiętam jak kiedyś przyjechali, a ja kiedy ich zobaczyłam szybko do nich podbiegłam i zawołałam:
— Mamo, ja muszę sama sobie ścielić łóżko!
Bałam się zastrzyków. Aż kiedyś moja mama kupiła mi zabawkę – czerwony zegarek z przesuwanymi wskazówkami. Dostałam go za to, że dzielnie zniosłam igłę.
Uwielbiałam słodycze.
Raz w roku, na święta Bożego Narodzenia, ponieważ mój tata pracował w Hucie Mała Panew, dostawaliśmy paczki ze słodyczami.
Przedtem zawsze dopytywałam kiedy będzie paczka. A kiedy już wiedziałam że tata ją przyniesie, właśnie tego dnia wyglądałam go przez okno i wypatrywałam czy już ją niesie.
Przygotowywałam szafkę, w której przechowywałam wszystkie smakołyki i każdego dnia brałam sobie tylko jednego cukierka, żeby starczyło mi na dłużej.
W tamtych czasach słodycze były bardzo trudno dostępne w sklepach.
Jak to piszę, czuję jakby nadal drzemało we mnie to dziecko. Jakby wciąż tam było, ale jakbym nie umiała go uwolnić.
Tego radosnego, szczęśliwego, pełnego ciekawości i życia dziecka.
Dziękuję moim rodzicom za to, że dali mi dom pełen ciepła, szczęścia, czasami również łez… ale przede wszystkim miłości. 😊
Od dziś ta dziewczynka już zawsze będzie ze mną. 🌙
Rozdział 5 — Rowerowy Grow😊
To nie był zwykły dzień.
To był dzień pełen wrażeń, słońca i radości.
Niby zwykła przejażdżka rowerowa, ale przeniosła mnie do krainy dziecięcego świata. Do czasów, kiedy właśnie z tatą śmigałam na rowerze.
Te wspomnienia wróciły tak żywo, tak naturalnie, jakby wciąż trwały gdzieś we mnie. Jakby ta dziewczynka cały czas była ze mną.
Miałam pisać tutaj o grzybkach, ale jak na razie czekamy. Staramy się z Johnnym jak najlepiej zapewnić im odpowiednie warunki. Wieczorami razem wykonujemy naszą rutynę pielęgnacji hodowli.
Niedziela.
Piękny, upalny dzień. Jakieś 30 stopni na dworze. Słońce świeci bez żadnych chmurek.
A ja?
Ja na rowerze z Johnnym łapię wspomnienia i wiatr, który delikatnie muska moją skórę. Czuję się jakbym latała wśród słonecznych promieni.
Wybraliśmy się na przejażdżkę rowerową.
Zapakowałam śniadanko, gdyż chcieliśmy zjeść je na dworze. Wodę i muzyczkę.
Włożyłam słuchawki w uszy i słuchałam Ed Sheerana. Moją ulubioną piosenką jest „Photograph”.
Gdy tak jechaliśmy słuchając muzyki, wracałam myślami do podróży rowerowych z tatą. Dokładnie tak się czułam. Jakby on ze mną jechał również na tę przejażdżkę.
Jechałam i cały czas miałam uśmiech na twarzy. Sam się pojawiał. Jakby była we mnie wewnętrzna radość, która chciała ujrzeć światło dzienne. Jakby chciała tryskać i zarażać cały świat.
Oglądałam się na wszystkie strony podziwiając wszystko dookoła. Jakbym pierwszy raz zobaczyła świat.
W tle muzyka i wracające obrazy dzieciństwa...
Coś pięknego!
W połowie drogi zatrzymaliśmy się na śniadanko. Była to mała wyspa na jeziorze. Wjechaliśmy tam licząc, że nikogo nie będzie, ale niestety w taki dzień było to raczej niemożliwe.
W czasie przerwy zjedliśmy arbuza i zaplanowaliśmy dalszą część wycieczki.
Powiedziałam Johnny’emu, że chcę gdzieś wskoczyć do wody w jeziorze.
Powiedział, że za 20 minut dojedziemy i razem wskoczymy do wody.
— Cudownie! — pomyślałam.
Gdy zajechaliśmy na plażę, a był tam tłum ludzi, nie zastanawiałam się długo.
Rozebrałam się i ruszyłam w stronę jeziora. Johnny od razu ruszył za mną.
Woda była lodowata. Brrr...
Ale nie wahałam się, tylko wchodziłam coraz głębiej. Z każdym krokiem czułam coraz większe zimno, ale ta radość powodowała, że chciałam wchodzić dalej. Ledwo łapałam oddech. 😊
Kiedy wyszliśmy z wody, czułam słońce, wiatr i krople wody spływające po moim ciele.
Johnny zachwycał się widokiem mnie w stroju kąpielowym.
— Podnieciłem się patrząc na twój tyłeczek — skomentował.
To chyba to gorąco działało na jego zmysły hahaha.
— Podoba Ci się mój tyłeczek? — zapytałam.
— Tak — odpowiedział.
Nie do końca czuję się aż tak seksowna… ale może to jeszcze przede mną?
Nie patrząc na to czy strój był suchy, po prostu założyłam ubrania i ruszyliśmy dalej.
Kiedy tak jechaliśmy, otrzymałam od brata wiadomość na WhatsAppie, że właśnie zrobił ze swoją córką około 50 km na rowerze.
Czy to nie wspaniałe, jakie wartości przekazał nam mój tata!? Nauczył nas jak ważny jest czas spędzony razem i kontakt rodzica z dzieckiem.
Szybko zrobiłam zdjęcie i również wysłałam je mojemu bratu.
Mamy taką rodzinną grupkę na WhatsAppie.
W drodze powrotnej do domu, jadąc, rozmyślałam o Ani. O tej dziewczynce, która cieszy się życiem.
Zadawałam sobie pytania:
— Czemu ją schowałam?
— Gdzie była przez cały ten czas?
Może właśnie powinnam częściej do niej zaglądać..?
Gdy wróciliśmy do domu, byliśmy zmęczeni, spaleni słońcem, ale szczęśliwi.
A ja miałam wrażenie, jakby ta mała dziewczynka i tata przez cały dzień jechali razem ze mną na rowerze.
Szukam Siebie - Czesc Pierwsza
Chcę poczuć siebie.
Odkryć to, co przez tyle lat chowałam w sobie.
Zajrzyjmy do środka.
Bez lęku i z pełnym spokojem.
Łzy spływają mi po policzkach. Nie dlatego, że jest to ciężkie.
Tylko dlatego, że w końcu to zrozumiałam...
— Ale ty jesteś brzydka.
— Jakbym miał taki łeb jak ty, to nauczyłbym się na nim stawać.
— Kto ci zrobił twarz?
Często słyszałam takie odzywki w stosunku do mnie w szkole podstawowej.
Nie byłam pięknością… a przynajmniej tak mi wpojono.
Czy przejmowałam się tymi słowami?
Nie.
Ale coś jednak kuło mnie w sercu, kiedy to słyszałam.
Wyparłam to wszystko i dorastałam w przekonaniu, że nie jestem ładną dziewczynką.
Kiedy do tego wracam — a wracam bardzo często — uświadamiam sobie, że nie do końca była to prawda.
Dlaczego?
Bo bycie pięknym to nie tylko wygląd, ale również wnętrze.
Tak naprawdę żadne z dzieci, które mi dokuczały, nigdy mnie nie poznało.
Czy kiedykolwiek komuś o tym opowiedziałam?
Nie.
Dlaczego?
Bo się wstydziłam. Wolałam zamknąć się na ludzi i świat.
Myślałam, że nie zasługuję na kolegów i koleżanki, bo nie mam odpowiedniego wyglądu.
Czy to się odbiło na mnie w późniejszych latach?
Tak. I to bardzo mocno.
Gdyby dzisiejsza Ania stanęła obok tej małej Ani, powiedziałaby jej tak:
— To nieprawda.
Jesteś śliczną małą dziewczynką.
Masz piękne blond włosy. Figurę jak u modelki.
No i może ten krzywy nos nie jest idealny… ale za to uroczy.
— A Twoje serduszko jest ze złota.
I kiedyś ktoś to zobaczy.
Nie tylko Twoją twarz… ale Ciebie całą.
Ufff. Czuję się lżejsza o 20 kilogramów...
W szkole uczyłam się w miarę dobrze.
Pamiętam, jak w podstawówce moja mama została wezwana do szkoły przez nauczycielkę.
W domu zapytała mnie:
— Co ty znowu narobiłaś?
Odpowiedziałam tylko, że nic i nie mam pojęcia, dlaczego rodzice mają pojawić się w szkole.
Kiedy mama wróciła, powiedziała mi, że pani od matematyki poinformowała ich, że mam talent matematyczny i należy wysłać mnie do odpowiedniej szkoły, aby to rozwijać.
Mama była wtedy ze mnie taka dumna... 😊
Również z języka polskiego wydaje mi się, że byłam dobra.
— Nie, nie wydaje mi się.
— Byłam dobra z języka polskiego.
Kiedyś mieliśmy napisać opowiadanie o przyjacielu. Napisałam historię przyjaźni człowieka z misiem. Nie pamiętam już, co tam pisałam, ale musiałam przeczytać to przed całą klasą.
Z ortografii byłam również dobra. Nawet jeździłam na konkursy ortograficzne, ale zbyt daleko nigdy nie doszłam.
Jak recytowałam wiersze, cała klasa siedziała w takim skupieniu, jakbym była co najmniej gwiazdą filmową.
Nawet kiedyś jedna z koleżanek powiedziała do całej klasy:
— Ej, bądźcie cicho, bo Ania recytuje wiersze.
Również brałam udział w konkursach recytatorskich. Jednym z moich marzeń było zostanie aktorką, ale jakoś nigdy nie spróbowałam wykorzystać tego potencjału.
Na zakończenie szkoły mówiłam przemówienie. Wszyscy byli wzruszeni, a mówiłam to przed całą szkołą.
Oczywiście stresowałam się zawsze, ale tylko przez pierwszych parę sekund. Jak wczułam się w mówienie, to nie widziałam nikogo dookoła. Mówiłam sercem.
Jak widać, mam dużo talentów, których wcześniej w ogóle nie widziałam.
Bo czułam się niewystarczająca...
Tylko że ja zawsze byłam i jestem wystarczająca.
I do tego miałam i mam w sobie wiele talentów.
Zaczynam świecić na nowo. 😊🌙
Szukam siebie – czesc druga
Nie byłam łatwą nastolatką.
Trochę taką buntowniczką.
Uwielbiałam jeździć na imprezy i dobrze się bawić.
Nie miałam zbyt wielu przyjaciół. Nie dlatego, że ich nie chciałam. Po prostu wciąż się wstydziłam. Gdzieś głęboko nadal siedziała we mnie ta mała Ania, która uważała, że nie jest wystarczająco ładna.
Nasza ekipa składała się z czterech dziewczyn: Asi, Asi, Justyny i mnie.
Do dziś moją najbliższą przyjaciółką jest Justyna. Mimo upływu lat wciąż mamy kontakt.
Kiedy jeździłyśmy na imprezy, najczęściej wybierałyśmy się w czwórkę albo tylko we dwie — ja i Justyna.
Wariatki byłyśmy.
Pamiętam, jak kiedyś wybrałyśmy się na dyskotekę we cztery.
Była to impreza gdzieś na wiosce, oddalonej od naszego miasta o około 5 kilometrów. Oczywiście poszłyśmy tam na piechotę.
Na drogę zabrałyśmy ze sobą alkohol, żeby czas minął nam weselej.
Kiedy dotarłyśmy na miejsce, jedna Asia spała już na przystanku autobusowym, który znajdował się naprzeciwko dyskoteki.
Drugiej Aśki i Justyny nie wpuścili, bo były zbyt pijane.
Tylko mnie udało się wejść.
Nie mam pojęcia dlaczego, bo byłam dokładnie w takim samym stanie jak one.
W czasie imprezy zorganizowano jakiś konkurs muzyczny.
Zgadnijcie, kto wygrał?
— Ja. 😊
Muzyka zawsze była częścią mojego życia.
Nie miałam jednego ulubionego gatunku.
Jeśli wpadała mi w ucho, to jej słuchałam.
Czasami nawet mnie inspirowała do tworzenia.
Nawet teraz, gdy piszę, coś tam leci w tle.
Muzyka pomaga mi się skoncentrować, ale również otworzyć bardziej, niż bym chciała.
Lubiłam się bawić i cieszyć życiem.
Nawet jako nastolatka nie przebywałam zbyt długo w domu.
Kiedy był sezon wakacyjny, ja i moja przyjaciółka Justyna zawsze jeździłyśmy na imprezy w środy i soboty.
To był nasz „must”.
Jeżeli którejś z nas rodzice nie pozwalali iść, ta druga od razu ruszała na ratunek.
Szłyśmy wtedy razem przekonywać rodziców, że przecież nic złego się nie stanie.
Zdarzało się, że nam się nie udawało i wtedy ta druga również wracała do domu.
Miałyśmy z Justyną mały rytuał przed każdą imprezą.
Najpierw szłyśmy do naszego ulubionego baru na dwa browarki, a potem kuzyn Justyny, Tomek, zawoził nas na imprezę.
Nie, nie ten Tomek. Nie mój były mąż. 😊
Boże... jaka ja byłam w nim zakochana.
Chyba przez dwa lata.
Nigdy nie miałam odwagi mu tego powiedzieć.
Nigdy też nie wykorzystywałam Justyny, żeby mi pomogła.
Wręcz zabroniłam jej mówić mu o tym.
Aby mu zaimponować, zaczęłam interesować się żużlem.
Wydawało mi się, że jeśli będę wiedziała więcej, jeśli będę mogła z nim o tym rozmawiać, to może zwróci na mnie uwagę.
Czasami rozmawialiśmy o żużlu.
Ale nawet wtedy nie robiło to na nim większego wrażenia.
Myslalam ze: Może jeśli będę lepsza...
może jeśli zainteresuję się tym, co on lubi...
może wtedy mnie wybierze.
Dzisiaj wiem, że tak naprawdę nie chodziło o żużel.
Ja po prostu chciałam zasłużyć na jego uwagę.
To nie było dobre...
Ale wtedy jeszcze nie wiedziałam, że miłość nie jest nagrodą za dobre zachowanie.
Nie trzeba na nią zasługiwać.
Dzisiaj chcę być wybrana.
Nie dlatego, że sobie na to zapracowałam.
Tylko dlatego, że ktoś widzi mnie taką, jaka jestem.
Ale wtedy tego jeszcze nie wiedzialam.
Wroce wogole do imienia Tomek.
Moj pierwszy prawdziwi chlopak tez nazywal sie Tomek.
Pamiętam, że wtedy myślałam:
— Czyli może nie jestem aż taka brzydka, skoro mam chłopaka?
Dzisiaj uśmiecham się na samo wspomnienie tych myśli.
Jakby obecność chłopaka miała być dowodem mojej wartości.
Tomek był naprawdę przystojnym chłopakiem.
Bardzo dużo dziewczyn się za nim oglądało.
Poznaliśmy się tak naprawdę przez przypadek.
Kiedy ja i jedna z moich koleżanek szłyśmy przez park, zaczepiło nas dwóch chłopaków.
Jednym z nich był Tomek.
Zaczepka szybko zamieniła się w rozmowę.
Potem umówiliśmy się całą czwórką na spotkanie wieczorem.
I tak jakoś kliknęło.
Zostaliśmy parą.
Pamiętam, jak przestawiał godzinę na zegarku, żeby być ze mną trochę dłużej.
Kiedy siedziałam w domu, przychodził pod moje okno.
A ja siedziałam na parapecie i rozmawiałam z nim godzinami.
Mój brat nazywał nas Romeo i Julia. 😊
Jakby wszechświat chciał powiedzieć:
— Tak właśnie powinna wyglądać miłość.
Po prostu klikło.
Pamiętam nasz pierwszy pocałunek.
W sumie mój pierwszy prawdziwy pocałunek.
Była zima i napadało mnóstwo śniegu.
Wybraliśmy się na spacer.
Tomek chciał rzucić we mnie kulką śniegu.
I trafił mnie prosto w nos.
Podszedł do mnie i zapytał:
— Nic Ci się nie stało?
A potem mnie pocałował.
Tak po prostu.
Ohhh...
Teraz, kiedy to piszę, aż się wzruszyłam. ❤️
Ktoś mnie w końcu zaakceptował taką, jaka jestem.
Ktoś uznał, że jestem ładna.
Dziś wiem, że jestem ładna i nie potrzebuję niczyjego potwierdzenia.
Kiedyś wybrałyśmy się na totalnie inną dyskotekę razem z Justyną.
Poznałyśmy tam dwóch chłopaków.
Fajnie nam się rozmawiało.
Jeden z nich ewidentnie mnie podrywał.
Nawet chciał mnie odwieźć do domu, ale ja powiedziałam, że przyjechałam z moją przyjaciółką i z nią wrócę.
Lojalność była i jest dla mnie na pierwszym miejscu.
Na koniec wymieniliśmy się numerami telefonu.
Wracałam do domu z przekonaniem, że i tak do mnie nie zadzwoni.
Dwa dni później siedziałam w swoim pokoju, kiedy zawołała mnie mama.
— Ania, telefon do Ciebie.
W drodze do telefonu zapytałam mamę:
— Kto to?
— Jakiś chłopak. Przedstawił się i nazywa się Szymon.
I wtedy moje zdziwienie było ogromne.
Pewnie byłam cała czerwona na twarzy jak burak. 😊
Rozmawiałam z nim chwilkę, a potem zapytał mnie, kiedy może do mnie przyjechać.
Zatkało mnie.
Powiedziałam, że nigdy.
Nie dlatego, że nie chciałam.
Tylko dlatego, że wstydziłam się swojego wyglądu.
Parę minut po tym, jak skończyliśmy rozmawiać, bardzo mocno tego żałowałam.
Trochę przeżywałam to później w swoim pokoju.
— Boże, czemu mu tak powiedziałaś?!
No cóż...
Jakoś się z tym pogodziłam i byłam przekonana, że już nigdy do mnie nie zadzwoni.
Nadal przez parę miesięcy nie dawało mi to spokoju.
I w Sylwestra postanowiłam to jakoś naprawić.
Napisałam mu SMS-a z życzeniami noworocznymi.
Odpisał.
Pomyślałam:
— Może jeszcze jest szansa.
I tak po tym Sylwestrze na nowo zaczęliśmy rozmawiać.
Potrafiliśmy rozmawiać godzinami. Dosłownie godzinami.
Umawialiśmy się na spotkania, ale jakoś nigdy nie doszło do skutku nasze spotkanie.
Tym razem to jemu zawsze coś wypadało.
Po prostu mój błąd.
Później kontakt urwał się na parę miesięcy.
I kilka miesięcy przed moim wyjazdem za granicę zadzwonił telefon.
To był Szymon.
Rozmawialiśmy chyba z sześć godzin.
Czułam, że to jest nasza ostatnia rozmowa...
Mam jego numer telefonu do dziś.
Dziękuję, Szymon.
Za te cudowne rozmowy. ❤️
I za to, że wierzyłeś we mnie bardziej niż ja sama wierzyłam w siebie.
Ludzie lubili ze mną rozmawiać, a ja zawsze lubiłam i nadal lubię ich słuchać.
Ale zawsze bałam się poznawać nowe osoby.
Podchodziłam do nich z ogromną ostrożnością, ponieważ bałam się zranienia.
Bałam się, że ktoś wyśmieje mnie albo mój wygląd.
Niepotrzebnie.
Ale wtedy jeszcze nie umiałam sobie z tym poradzić.
Jako nastolatka poznawałam świat.
Wyrobiłam sobie również własne wartości, które są ze mną do dziś:
• lojalność,
• wierność,
• szczerość.
Tak, miałam swoje zasady i już wtedy je miałam, poznając świat.
Nigdy też nie wyśmiewam się z ludzi, bo wiem, jak bardzo może to kogoś zranić i zostawić ślad na sercu.
Kiedy tak to wszystko czytam, uświadamiam sobie, jak dojrzałą osobą byłam jako nastolatka.
Może nie zawsze podejmowałam dobre decyzje.
Może czasami brakowało mi wiary w siebie.
Ale miałam i mam dobre serce.
I za to sie wlasnie kocham najmocniej.
Za moje zlote serce.
Malzenstwo - czesc pierwsza
Nie zbudowaliśmy idealnego małżeństwa.
Ale zbudowaliśmy coś jeszcze piękniejszego.
Może jednak zacznę od początku.
Kiedy miałam 19 lat, postanowiłam wyjechać do Holandii na wakacje.
Chciałam sobie zarobić pieniążki na studia.
W dniu wyjazdu pamiętam, jak mój tata najpierw się ze mną pożegnał.
Przytulił mnie i powiedział:
— Jak Ci będzie tam źle, to tutaj jest Twój dom i masz gdzie wracać.
Odwrócił się i wszedł do domu.
Odwrócił się tak, abym nie widziała, że płacze.
Chociaż widziałam łzy w jego oczach.
To właśnie była ojcowska miłość.
Mówiła:
„Kocham Cię.”
Ale nie słowami.
Droga do Holandii była długa.
Siedziałam obok kierowcy, z którym przez całą drogę rozmawiałam.
Kiedy dojechaliśmy do Holandii, powiedział mi, że odwiezie mnie jako ostatnią, ponieważ bardzo dobrze mu się ze mną rozmawiało.
Dotarłam na miejsce około pierwszej w nocy.
Dozorca mieszkań był wyraźnie zdenerwowany, ponieważ miałam dotrzeć na miejsce jakieś osiem godzin wcześniej.
Tymczasem ja przejechałam z kierowcą praktycznie całą Holandię.
Tylko dlatego, że dobrze nam się rozmawiało.
Kiedy opiekun budynku wszedł do pokoju, zauważyłam, że ma zakrwawioną rękę.
Spojrzał na mnie i powiedział:
— Ten idiota miał Cię przywieźć o szesnastej. Walnąłem mu w pysk za to. Teraz nie mam dla Ciebie pracy.
Hmm...
Pomyślałam.
No cóż. W najgorszym razie wrócę do domu.
Trafiłam do pokoju z jakąś starszą panią, która chyba miała problemy z higieną.
Nie obawiałam się niczego.
Nawet tej zakrwawionej ręki.
Dlaczego?
Bo wiedziałam, że mam dom.
I mam tatę, który nie będzie śmiał się z mojego niepowodzenia, tylko będzie na mnie czekał.
Mimo wszystko.
Zostałam.
Po około tygodniu dostałam pracę.
Poznałam kilka osób, w tym Adama.
Adam był chłopakiem, którego niedawno rzuciła dziewczyna.
Bardzo to przeżywał i nawet opowiedział mi całą historię ich związku.
Słuchałam z wielkim zaciekawieniem.
Nigdy nie sądziłam, że mężczyźni mogą tak mocno kochać kobietę.
Bardzo szybko złapaliśmy dobry kontakt.
Opowiedział mi też o dwóch Tomkach, którzy pojechali na urlop, ale nie wiedział, czy jeszcze wrócą.
Przyznam szczerze, że miałam nadzieję, iż wrócą.
Tyle dobrego o nich słyszałam, że bardzo chciałam ich poznać.
Jednym z nich był właśnie mój przyszły mąż.
Po dwóch tygodniach przyjechali dwaj Tomkowie.
Jeden z nich miał czarne włosy i nazywaliśmy go Maroko.
A drugi...
Mój były, a wtedy jeszcze przyszły mąż.
Wszędzie było go pełno.
Kiedy wszedł do salonu, w ręce trzymał jakąś maskotkę.
Ktoś zapytał go:
— Co to trzymasz w ręce?
A on odpowiedział:
— Kupiłem swojej dziewczynie maskotkę.
Powiedział to, patrząc w moją stronę, jakby zauważył nową twarz.
Ja tylko obserwowałam go z boku.
Przyglądałam się jego zachowaniu.
Mieliśmy pokoje naprzeciwko siebie.
W końcu przenieśli mnie z pokoju staruszki do młodszych dziewczyn.
Wieczorem, kiedy szłam wziąć prysznic, Tomek biegał po korytarzu z mapą.
Tak, z mapą Polski.
Podszedł do mnie i zapytał:
— Jak się nazywasz?
— Ania. A ty?
— To bardzo piękne imię. A pokażesz mi na mapie, skąd jesteś?
Wzięłam mapę do ręki i pokazałam miejscowość, z której pochodzę.
Natomiast Maroko — tak będę go nazywać, bo jeszcze pomiesza mi się, który Tomek jest który — był bardziej poważny.
Ponieważ Tomek miał dziewczynę, większą część czasu spędzałam właśnie z Maroko.
Zaprosił mnie nawet na randkę.
Któregoś dnia przyszedł dozorca budynku i powiedział, że przeprowadzam się na inne mieszkanie.
Byłam załamana.
Tak dobrze mi się tutaj mieszkało i miałam tak fajny kontakt z chłopakami, że gdy to usłyszałam, od razu zrobiło mi się przykro.
Nie chciałam stąd wyjeżdżać.
Tomek powiedział, żebym się nie martwiła.
Obiecał, że załatwią, abym tu wróciła, i że będą mnie odwiedzać.
Chyba mnie lubił, skoro chciał, żebym nadal była blisko nich.
Na nowym mieszkaniu poznałam Natalię.
Była kierowcą naszego busa.
Zaprzyjaźniłam się z nią.
Bardzo dużo opowiadała mi o mężczyznach i mogę śmiało powiedzieć, że to właśnie ona przekazała mi sporą część wiedzy o nich.
Zaczęłam bardziej dbać o siebie jako o kobietę.
Nawet po raz pierwszy ogoliłam miejsca intymne.
To dzięki niej poznałam właścicieli firmy, gdyż flirtowała z jednym z nich.
Właściciel firmy zakochał się we mnie, jednak moje myśli i uwaga były skierowane na Tomków.
Pracowałam przy kurczakach.
Oddzielałam wątróbkę kurczaka od reszty narządów.
Byłam jedyną osobą, która wytrzymała tam dwa tygodnie.
Codziennie dostawałam nową koleżankę, ponieważ nikt nie chciał tam pracować.
Po prostu strasznie śmierdziało.
Tylko mój upór i cierpliwość pozwoliły mi tam przetrwać.
Poranne wstawanie nigdy nie było moją mocną stroną.
Po pracy obowiązkowo musiała wpaść drzemka.
Jednego dnia po powrocie z pracy postanowiłam się zdrzemnąć.
Kiedy się obudziłam, zobaczyłam, że wszyscy wchodzą do busa.
Szybko krzyknęłam do nich:
— Poczekajcie, bo zaspałam!
I nagle wszyscy parsknęli śmiechem.
A Natalia powiedziała ze śmiechem:
— Ale my jedziemy do sklepu.
Znowu wybuchli śmiechem.
Ja również zaczęłam się śmiać, bo byłam przekonana, że zaspałam do pracy.
Następnego dnia Tomek podszedł do mnie w pracy i powiedział, że wracam na starą lokalizację.
Jakże wielka była moja radość.
Ponieważ pracowałam na innym dziale, z Tomkiem widywałam się głównie na przerwach.
Zawsze siedział z jednym ze swoich kolegów, Luckym.
Lucky też robił do mnie maślane oczy.
Od Tomka podczas przerwy dostawałam jabłuszko, a od Luckiego jogurt.
Oboje chyba chcieli mojej uwagi.
W końcu wróciłam na lokalizację do Tomków.
Udało się.
Coraz częściej wychodziłam z Maroko na randki, ale nie czułam między nami tej iskry.
Pewnego weekendu Maroko powiedział, że wyjeżdża do znajomych i wróci dopiero w poniedziałek.
Miałam więc weekend dla siebie.
W sobotę po południu zeszłam do kuchni ugotować obiad.
Był tam Tomek, który właśnie gotował.
Zapytał mnie, czy również zjem z nim obiad.
Nie wahałam się długo i odpowiedziałam, że bardzo chętnie.
W czasie obiadu opowiedział mi o swojej dziewczynie.
O tym, że się pokłócili i nie wie, co zrobić.
Zaproponowałam mu, żeby poszedł do niej i z nią porozmawiał.
Zobaczył na łące dziewczynę siedzącą na huśtawce.
Powiedziałam:
— No idź.
Widziałam, że się waha, ale poszedł.
Patrzyłam, jak podchodzi do huśtawki.
Po chwili jednak szybko wrócił.
— To nie była ona.
Wybuchnęliśmy śmiechem.
I wtedy zapytał:
— Czy zostaniesz moją przyjaciółką?
To słowo miało i nadal ma dla mnie ogromne znaczenie.
Uważałam, że na miano przyjaciela zasługuje ktoś wyjątkowy.
Odpowiedziałam:
— Tak. Zostanę Twoją przyjaciółką.
Wieczorem wybraliśmy się razem na łąkę.
Tomek zabrał koc, a ja coś do picia.
Było lato i bardzo ciepło, więc wieczory można było spędzać na zewnątrz.
Rozłożyliśmy koc pośrodku łąki, w wysokiej trawie.
Usiedliśmy i zaczęliśmy rozmawiać.
O marzeniach.
O sobie.
O wszystkim.
Śmialiśmy się.
Jakbyśmy byli przyjaciółmi od lat.
Gdzieś głęboko czułam, że coś nas łączy.
Czy było to coś więcej niż przyjaźń?
Wtedy jeszcze nie wiedziałam.
Gdzieś koło północy Tomek powiedział do mnie:
— Poczekaj tutaj. Zaraz wrócę. Tylko nigdzie się nie ruszaj.
Wrócił po piętnastu minutach z talerzem pełnym kanapek.
Zjadłam je ze smakiem.
W pewnym momencie Tomek zaczął mnie gilgotać.
Nachylił się.
Ale ja już wiedziałam, co zamierza zrobić.
Powiedziałam:
— Zrób to, co chcesz zrobić.
I pocałował mnie...
Byliśmy na łące do samego rana.
Ale już nie jako przyjaciele.
Chociaż żadne z nas nie określało jeszcze tego, kim dla siebie jesteśmy.
Poszliśmy spać.
Po drodze spotkaliśmy Adama.
Spojrzał na nas z lekkim uśmiechem, jakby już wiedział, co się wydarzyło.
Nic nie powiedział.
Po prostu poszedł dalej, wyraźnie zadowolony.
My również poszliśmy spać zadowoleni.
Ja jednak wiedziałam, że są jeszcze sprawy, które musimy załatwić.
Dziewczyna Tomka.
I Maroko.
Tomek nie czekał długo.
Zaraz po przebudzeniu zerwał z dziewczyną.
Ja natomiast czekałam, aż wróci Maroko.
Choć nie byliśmy parą, uważałam, że należy mu się słowo wyjaśnienia.
Kiedy mu o wszystkim powiedziałam, widziałam, że jest zły.
Ale ja również wiedziałam, że pojechał do swojej byłej dziewczyny, a mnie powiedział, że jedzie do znajomych.
Powiedziałam mu prawdę.
Było dużo złości i łez.
Kiedy już wszystko wyjaśniliśmy, zaczęliśmy cieszyć się sobą.
Chodziliśmy na randki.
Kiedy Tomek miał popołudniówki, wieczorami czekałam na niego.
Potem siedzieliśmy razem do rana, aż wychodziłam do pracy.
On w tym czasie szedł spać.
Ja natomiast, kiedy wracałam z pracy, również kładłam się spać, aby wieczorem znów móc spędzać z nim czas.
Ale pojawił się kolejny problem...
Firma, w której pracowaliśmy, zorganizowała grilla.
Pojawił się na nim również jeden z właścicieli firmy, który się we mnie podkochiwał.
Kiedy usłyszał, że jestem z Tomkiem, postanowił wkroczyć do akcji.
Razem ze swoim znajomym zamknął Tomka w toalecie.
Powiedział mu, żeby zostawił mnie w spokoju.
Tomek był nieugięty.
Odpowiedział, że absolutnie nie.
Że mogą trzymać go tam, ile chcą, ale on i tak będzie ze mną.
Tomek nie był wysokim ani szczególnie postawnym mężczyzną.
Ale nigdy się nie bał.
Miałam wrażenie, że nie boi się niczego.
I podobało mi się to, że tak walczył o nas.
Zaimponował mi tym.
Może to głupie, ale pewnego dnia postanowiłam sprawdzić, czy naprawdę mu na mnie zależy.
Jakby zamknięcie go w toalecie było niewystarczającym dowodem.
Jakbym nadal nie wierzyła w jego uczucia.
Nie dlatego, że nie ufałam jemu.
Nie ufałam sobie.
Bałam się, że to wszystko jest tylko chwilowe.
Bo mnie już wtedy bardzo zależało.
I bałam się, że go stracę.
Adam pomógł mi w tym niecnym planie.
Spakowałam wszystkie swoje rzeczy do walizki i zaniosłam ją do pokoju Adama.
Napisałam wzruszający list, w którym poinformowałam Tomka, że odchodzę.
Sama schowałam się w salonie.
Nie widziałam, jak czyta ten list.
Ale chwilę później zobaczyłam, jak wpada do salonu, trzymając kartkę w ręku.
Był załamany.
W jego oczach prawie pojawiły się łzy.
Zrobiło mi się go żal i od razu wyszłam z ukrycia.
Podeszłam do niego i mocno go przytuliłam.
Myślałam, że będzie na mnie zły za ten głupi żart.
Ale on tylko przytulił mnie tak mocno, że prawie połamał mi wszystkie kości.
Miałam swój dowód.
Ale nie powinnam była tego robić.
Kiedy dziś na to patrzę, widzę zagubioną i mało pewną siebie nastolatkę.
To był głupi żart.
Ale czasu już nie cofnę.
Tomek często prawił mi komplementy.
Najczęściej mówił, że mam przepiękny uśmiech.
Wtedy mu nie wierzyłam.
Nie dlatego, że mówił nieprawdę.
Po prostu sama czułam się brzydka.
Dziś patrzę na siebie jego oczami.
Tak.
Mam przepiękny uśmiech.
I już zawsze będę się uśmiechać.
Dla siebie.
Dla Tomka.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania