Podróż na Księżyc
Wszedłem do jakiejś kapsuły i zostałem wystrzelony na Księżyc. Chodziłem po tej planecie i byłem zadziwiony. Tą bezkresną pustką. Tym szarym piachem. I tymi dziwnymi istotami. Zapytałem ich kim są. Odpowiedzieli mi, że pochodzą z Ameryki.
– Jakiej Ameryki? – zapytałem. – Tej górnej czy dolnej?
– Tamtej – mężczyzna obrócił się w kierunku Ziemi i wskazał palcem na Stany Zjednoczone.
– Dlaczego tutaj jesteście? – zapytałem.
– Chcemy poobcować trochę z tą absolutną ciszą – odpowiedział mężczyzna imieniem John. Miał stopień majora i to on tutaj dowodził. – Brakuje nam tego na Ziemi – powiedział i pogrążył się w zadumie.
– Jaką ciszą? – zdziwił się Tim. Na statku pełnił funkcję głównego mechanika. – Silniki tej rakiety są cholernie głośne.
– Wyłączyć silniki – rozkazał John.
– Nie możemy ich wyłączyć – powiedział Tim. – Istnieje ryzyko, że nie odpalimy ich z powrotem i nie będziemy mogli już wrócić.
– To rozkaz, wykonać! – krzyknął John.
Silniki zostały wyłączone.
– Posłuchajcie tej ciszy. Czy nie jest piękna? – powiedział John.
– Jak byłem w górach w Sierra Nevada, to obcowałem z taką samą ciszą – odpowiedział Bill. Pełnił on funkcję drugiego pilota.
– Dobra, to by było na tyle. Wracamy na Ziemię. Odpalić silniki z powrotem – rozkazał John.
Tim wszedł do statku. Minęło trochę czasu. Wrócił.
– Kapitanie, stało się to o czym mówiłem. Pojawiły się liczne błędy w systemie i nie możemy ponownie uruchomić silników.
– Dobra, w takim razie chodźmy na spacer – powiedział John.
Poszedłem razem z Johnem, Timem i Billem. Mijaliśmy piaszczyste wzgórza i skakaliśmy nad kraterami. Skakaliśmy niewesoło, bo myśleliśmy o braku możliwości powrotu na Ziemię i perspektywie pewnej śmierci.
– Tak naprawdę nie chcę tam wracać – powiedział John. – Nie czeka mnie tam już nic dobrego. Moim marzeniem było postawienie stopy na Księżycu. To było największe marzenie mojego życia. Zrobiłem to, stanąłem na Księżycu. Wiecie, co poczułem w momencie, gdy moja noga dotknęła tej planety? Nic. To chyba nieco dołujące. Myślenie o realizacji mojego marzenia było nieporównywalnie lepsze niż rzeczywiste zrealizowanie go. Kierkegaard miał rację: „Nasycenie rozczarowuje, możliwość nigdy”.
– Może pan wrócić na Ziemię i znaleźć sobie jakieś nowe marzenie, które również będzie dla pana pozytywnie stymulujące w momencie myślenia o nim, i w taki sposób dotrwa pan do swoich ostatnich dni – powiedział Tim.
– To nie ma sensu. Po prostu znajdę sobie jakieś marzenie tutaj, na Księżycu – powiedział John. – Wiecie, jakie mam teraz marzenie? Chcę zjeść porządnego steka z opiekanymi ziemniaczkami. Mamy takie coś na statku? Nie, czekajcie, nie dawajcie mi tego. Po prostu będę sobie wyobrażał ten stek. To będzie dużo lepsze niż rzeczywisty stek. Pewnie stek będzie smakował jak karton.
– Nie mamy na statku steka – powiedział Bill. – Zostały tylko te papkowate paskudztwa.
– Dzięki Bogu – powiedział John. – Chodźmy dalej. Zobaczmy, co naprawdę znajduje się na ciemnej stronie Księżyca.
Wkroczyliśmy w ciemność. Wszystko było spowite mrokiem. Nagle w oddali dostrzegliśmy migoczące światła. Absolutna cisza została zakłócona przez muzykę disco.
– Słyszysz to, Tim? – powiedział John.
– Brzmi jak „Daddy Cool” Boney M. – odpowiedział Tim.
Kilkadziesiąt metrów dalej, pośrodku niczego, wznosił się wysoki budynek. Miał masywną, szeroką konstrukcję. Prawdopodobnie został zbudowany z regolitu księżycowego. Najbardziej rzucał się w oczy neonowy szyld z napisem „Kosmiczne Centrum Naukowe”.
Podeszliśmy do budynku i zapukaliśmy do drzwi. Muzyka nagle ucichła. Usłyszeliśmy rozmowy zza drzwi.
– Spodziewasz się jakiś gości? – powiedział ktoś ze środka.
– Powiedz im, że nie ma mnie w domu – odpowiedział inny głos.
– Dzień dobry, mamy problem z naszym statkiem kosmicznym i nie możemy go odpalić – powiedział John.
– Nie interesuje nas to. Idźcie stąd.
Nastąpiła chwila ciszy.
– No dobra. Co będziemy z tego mieli, że was wpuścimy?
– Mamy ze sobą paczkę kandyzowanej papai, którą chętnie odstąpimy w zamian za udzieloną pomoc przy naprawie statku – powiedział John.
– W porządku, możecie wejść, ale wchodzicie szybko, bo ucieka nam tlen z budynku – powiedział mężczyzna w długim białym kitlu i wpuścił nas do środka. – Możecie zdjąć swoje skafandry.
W budynku znajdowało się wyłącznie dwóch mężczyzn i byli oni naukowcami.
– Jakim cudem macie tutaj tlen?! – zapytał Tim.
– Ten budynek jest wyposażony w innowacyjne urządzenia. Jedno z nich wytwarza nam tlen – naukowiec wskazał na urządzenie wyglądające jak piekarnik z grubą rurą wychodzącą przez ścianę. – Cały ten budynek można określić mianem cudu współczesnej nauki. NASA pracowało nad tym projektem w ukryciu przez ostatnie trzydzieści lat. Całe przedsięwzięcie jest utrzymane w ścisłej tajemnicy i wie o nim tylko garstka osób. Zanim wyjaśnię wam, jak to wszystko działa, chcę tylko, żebyście wiedzieli o najważniejszej zasadzie, jaka tutaj obowiązuje. Nigdy, pod żadnym pozorem, nie można wyjmować tamtej wtyczki.
– Chodzi o tę wtyczkę? – John wyjął wtyczkę z kontaktu. – Chciałbym naładować telefon.
– Boże przenajświętszy. Wszyscy zginiemy – powiedział naukowiec.
– Dobra, spokojnie, już ją podłączam z powrotem – powiedział John.
– Cały centralny system budynku został zresetowany – powiedział naukowiec. – Teraz muszą przysłać kogoś z Ziemi, żeby jeszcze raz to wszystko skalibrować. To może potrwać przynajmniej trzy tygodnie. Tlenu starczy nam na dwie godziny.
– Dobra, to może spróbujemy odpalić nasz statek powietrzny i postaramy się wrócić wszyscy na Ziemię? – zaproponował Tim.
– W porządku – powiedział naukowiec. – Pokażę wam, jakimi narzędziami dysponujemy. Mamy różne śrubokręty, młotki i prototyp broni laserowej Nikoli Tesli.
– Weźmiemy te śrubokręty i możemy wracać na statek – powiedział Tim.
– Dobra. Poczekajcie chwilę na nas. Spakujemy się i zaraz do was dołączymy – powiedział naukowiec.
– Dobra – powiedział Tim.
Poszliśmy całą grupą: ja, John, Tim, Bill i dwóch naukowców. Tim odkręcił panel od komputera i majstrował coś przy przewodach.
– Dobra, naprawiłem ten złom. Możemy lecieć – powiedział.
Wsiedliśmy do statku. Silniki zaczęły się rozgrzewać. Nastąpił wielki huk i zaczęliśmy wznosić się w powietrze. Widziałem, jak oddala się od nas srebrna planeta. Gdzieś tam w oddali ciągle mieniły się światła Kosmicznego Centrum Naukowego. Szybowaliśmy wśród gwiazd i tak dalej, aż dotarliśmy do Ziemi. Wylądowaliśmy na małej wyspie Avery Island w stanie Luizjana. Wysiedliśmy ze statku i poszliśmy zjeść jakieś normalne jedzenie. Weszliśmy do pierwszego lepszego baru i zamówiliśmy stek z opiekanymi ziemniaczkami.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania