Podróż w stanie wojennym
(dokończenie wspomnienia z lutego 1982 r. Poprzednie dwie części, opublikowane kilka dni wcześniej: ""MROŹNY, NOCNY MARSZ" oraz "NARADA W ZJEDNOCZENIU").
(...)
Miałem podwójne szczęście. Zostałem zawieziony na stację szybko, w cieple i bez nadwerężania nóg, jak prawdziwy dyrektor. Do tego we właściwym czasie – już za kwadrans nadjechał pociąg do Krakowa. Znowu mogłem wybierać miejsce, gdzie chciałem usiąść i odpocząć, w towarzystwie nielicznych podróżnych lub w samotności. Było wczesne popołudnie, wyspałem się już podczas jazdy nocnym pociągiem. Wszedłem do przedziału, w którym siedziała sympatycznie wyglądająca para. Pierwsza ocena mnie nie zawiodła, przegadaliśmy całą podróż do starej stolicy Polski.
W Krakowie miałem popołudnie i wieczór dla siebie. Stare Miasto urzekło mnie. Rynek, Sukiennice, Wawel, przytulne knajpki… nogi można schodzić, a i tak tylko cząstkę człowiek zobaczy. Hotel był już dla mnie zamówiony, odpadło szukanie wolnego miejsca.
Rano pojechałem do huty. Nawet dość szybko załatwiłem w ich dziale zbytu, i to z sukcesem, to, po co przyjechałem. Na bramie wyjściowej zostałem zatrzymany przez strażnika:
– Dzwonili z sekretariatu. Jakiś telegram do pana przyszedł przed chwilą. To tamten budynek.
„Telegram? Jak nic, z mojej firmy. Ale z czym?” – Nie wiem, czy bardziej byłem zdziwiony, czy zaciekawiony.
Odebrałem go od sekretarki i przeczytałem. „A niech to! Mam jeszcze pojechać do Nowego Sącza, gdyż jak już jestem blisko, to… to mam załatwić sprawę dla drugiej koleżanki z mojego działu. Telegram, podbity pieczątką przez dyrektora w hucie, mam zachować jako przedłużenie przepustki na wyjazd służbowy”.
Westchnąłem. Miałem być dzień później w domu. Dobrze, że nie dostałem polecenia, abym pojeździł jeszcze trochę za pozostałe koleżanki. Prawie wszystkie były ode mnie wcześniej urodzone i obarczone dziećmi. Jest sroga zima, to który szef nie zlituje się nad nimi i w zastępstwie nie wyśle mężczyzny? Do tego trwał stan wojenny, ze wszystkimi utrudnieniami i strachem. Widocznie dyrektor uznał, że pasuję do stereotypu, iż tylko kobieta jest obciążona obowiązkami rodzinnymi i w takim razie, jako chłop, mogę jeszcze pojeździć.
* * *
Pojeździłem. Na przejechanie niezbyt długiej trasy z Krakowa do Nowego Sącza, z jedną przesiadką, pociąg potrzebował czterech godzin. Wlókł się tym wolniej, im był bliżej mojego celu podróży. Dowlókł się po zmierzchu. Nie uśmiechało mi się nocowanie na zmrożonym dworcu. Na szczęście niedaleko był hotel, a z wolnymi pokojami nie było teraz problemu.
Rano załatwiłem służbowe polecenie „dla koleżanki”. Dzień przyniósł jednak nową niespodziankę. Czekały na mnie pieniądze, przesłane z macierzystego zakładu i kolejny telegram. W drodze powrotnej miałem zahaczyć o Katowice: „Jak już jestem niedaleko”...
Przekląłem na głos, nie bacząc na obecność sekretarki, która przekazała mi te przyjemne wieści. Wyjechałem na dwa lub trzy dni, a zanosiło się, że podróż przeciągnie się o następne dwa. Z jedną koszulą na zmianę, bez golarki, broda zbyt długa nie urośnie, ale na policzkach będę wyglądał jak odmrożony z prehistorii pierwotny człowiek.
Myśl ta przyszła w złą godzinę. Ze Śląska do Wrocławia nie jest już daleko dla kogoś przybyłego aż z północy. Tak, w Katowicach uszczęśliwiono mnie nowym telegramem. Potem jeszcze jednym i jeszcze…
Wszystko przez te obostrzenia początku stanu wojennego, cholerne problemy z telefonami oraz to, że większość naszych dostawców była umiejscowiona właśnie na południu Polski. Po raz pierwszy poczułem też, że kobiety mają przywileje nieosiągalne dla mężczyzn.
Dzień, w którym nie przyszedł żaden nowy telegram, uznałem za bardzo szczęśliwy. Po prawie dwóch tygodniach została już tylko podróż prosto do domu. Wygląd mój nie odbiegał zbytnio od typowego menela. Minęło dwanaście dób, z których tylko część przespałem w hotelach i oporządzałem jako tako wygląd, a pozostałe noce poświęciłem na przejazdy koleją między miastami. Taki nieplanowany maraton każdemu wymiętosiłby jego fizyczność. Niestety, te nocne jazdy były wymuszone brakiem dogodnych, dziennych połączeń, albo chęcią oszczędzenia czasu.
To jednak nie miało teraz większego znaczenia. Dom miał mnie przywrócić do cywilizacji. Wracałem koleją, znowu w komfortowych warunkach, nawet w ogrzewanym przedziale. Wieczorem pociąg dojechał do Torunia. Jeszcze tylko trzy godziny oczekiwania na ostatnie połączenie i koniec przedłużonych peregrynacji przez pół Polski.
Poczekalnia dworcowa była prawie pusta. Usiadłem na ławce; nie chciałem drzemać, aby nie przespać odjazdu pociągu. Chcieć a móc to czasem sprzeczność; organizm miał swoje potrzeby i po kilku minutach udałem się w objęcia Morfeuszki…
„Co jest?!” – Twarde szturchanie w plecy przywróciło mnie do rzeczywistości. Otworzyłem oczy i obejrzałem się. „Jasny gwint! Nie mieli kiedy?!”.
Momentalnie wytrzeźwiałem. Trącanie moich żeber miało swoją przyczynę – pochodziło od wylotu lufy, słynnego w świecie, karabinka automatycznego Kałasznikowa. Poczułem się niezbyt przyjemnie, delikatnie mówiąc. Słyszałem, co potrafi zrobić w człowieku pocisk z tej broni – wlot to tylko mała dziurka, ale wylot jest wyrwą na pół pięści. Jeżeli po drodze zahaczy o kość lub ważny organ ludzki, to żegnaj, piękne życie…
Znieruchomiałem, jedynie wzrok mój wolniutko przesuwał się wzdłuż lufy, aż dojrzałem spust karabinka, na którym dziwnie drżał czyjś palec. „Właściciela opanowała choroba świętego Wita, czy co? A może to początki ataku apopleksji u niego? Co on z tym palcem, musi go trzymać na cynglu?!”
Przejechałem wzrokiem w górę i zobaczyłem zielony mundur. Dla własnego uspokojenia policzyłem uważnie guziki od pasa do szyi właściciela, a potem spojrzałem jeszcze wyżej. Kiedy zobaczyłem młodziutką, bladą i rozedrganą twarz żołnierzyka, w moment zimny pot pociekł mi po krzyżu. Widać było, że chłopak to świeżutki nabór do armii, z październikowego poboru i jest rozemocjonowany do imentu. Wystarczyłoby abym zrobił gwałtowniejszy ruch to, spanikowany, mógł wystrzelić.
Wymusiłem na swojej twarzy lekki uśmiech i tonującym głosem powiedziałem:
– Spokojnie, żołnierzu. Jestem w delegacji służbowej i mam przepustkę. Gdzie twój dowódca?
Oblizał szybko wargi i wskazał głową w bok. Nie odezwał się słowem i nie odsunął broni. „Co on z tym palcem wyrabia?! Musi nim tak nerwowo ruszać, nie może zdjąć go ze spustu? Jaki dureń wysłał na patrol takiego szczeniaka, jeszcze z mlekiem pod wąsem? Przecież teraz chodzą z ostrą amunicją!” – Z wysiłkiem ukrywałem zestresowanie.
– Możesz przesunąć lufę w bok? Przecież mówię, że jestem w delegacji służbowej. Niezbyt dobrze się czuję, kiedy ktoś we mnie celuje. Jeszcze przez pomyłkę wystrzelisz i dziurkę mi zrobisz…
– Nie mogę! – odpowiedział mi nerwowo. – Taki mam rozkaz!
– To zawołaj dowódcę. To chyba ci wolno?
– Taak, to mogę.
– No to zawołaj. I proszę, zdejmij palec ze spustu. Przecież nigdzie nie ucieknę.
Wreszcie podziałało, przestał oblizywać nerwowo usta i zdjął palec ze spustu. Dalej nie spuszczał ze mnie wzroku i nie odwrócił głowy, ale odezwał się głośno:
– Obywatelu poruczniku!
– Zaraz! I nie celuj w obywatela, szeregowy…
Wolniutko skręciłem głowę, aby zerknąć w stronę, skąd doszła odpowiedź. Oficer, w towarzystwie drugiego żołnierza, sprawdzał dokumenty innego pasażera. W całej poczekalni było tylko nas dwóch podróżnych. Mitygujący głos dowódcy odniósł skutek – lufa kałasznikowa, dotąd celująca prosto we mnie, przesunęła się w bok. Po krótkiej chwili oficer podszedł.
– Dokumenty, pozwolenie na podróż i przepustka nocna – spokojnie zadysponował.
Podałem mu papiery. Przejrzał je i oddał.
– Dziękuję. W porządku. – Zasalutował i chciał odejść.
Ulga, która mną przed chwilą owładnęła, zmieniła się w nagłe wzburzenie. Opanowałem jednak nerwy i, bez podnoszenia głosu, skomentowałem:
– Kogo wysyłacie na patrole? Przecież ten szeregowy…, mało brakowało, a by chyba wystrzelił. Wystarczyło, że gwałtowniej poruszyłbym się.
Wzruszył ramionami i już chciał odejść, ale się zatrzymał. Pokręcił głową:
– Wiem, kogo, ale, niestety, takich mamy. Nie ja ustalam skład patrolu. – Skrzywił usta i dokończył: – Brakuje ludzi. Też wolałbym starych żołnierzy, a nie ze świeżego poboru.
Ponownie zasalutował, odwrócił się i, skierowany już w stronę wyjścia z poczekalni, odezwał się dość głośno do podwładnego młokosa:
– Szeregowy Malinowski. Co wy tacy nerwowi, co? Broń w ręku trzymacie, a nie szczotkę do kibli. Uważajcie więc, co z nią wyczyniacie. Idziemy.
Dopiero teraz opadło ze mnie napięcie. Czułem, że podkoszulek mam mokry od potu. Pierwszy raz znalazłem się w sytuacji, kiedy ktoś do mnie celował. Do tego jeszcze taki nerwus!
Głęboko odetchnąłem, otarłem dłonią wykwitłe na czole krople potu. Poczekalnia była nieogrzewana, a ja jakbym z łaźni wyszedł. „No dobrze, teraz już prosto do domu”. Miałem serdecznie dosyć delegacji, wydłużonej o tyle dni, a tu jeszcze takie przyjemności spotykały mnie w ostatnim z nich. Żołnierzyk dostarczył mi adrenaliny aż nadto.
Do odjazdu pociągu miałem jeszcze godzinę, ale odeszła chęć drzemki. Dopiero w wagonie, na szczęście ogrzewanym, momentalnie zasnąłem. Jest czas na nerwy, ale jest też czas na odpoczynek. Te sprawy umiałem rozłączyć. Zbytnie rozpamiętywanie nie przyniosłoby nic poza niewyspaniem. Moje miasto było docelowym punktem trasy pociągu, więc mojej stacji nie mogłem przespać.
Szarpnięcie zatrzymującego się pociągu wyrwało mnie z drzemki. Wyjrzałem przez okno i, zobaczywszy nazwę stacji, szeroko uśmiechnąłem się, po raz pierwszy od wielu dni. „Wreszcie koniec ekskursji! Za kwadrans będę w domu, popatrzę na śpiące królewny, odżywcza kąpiel i spać!”.
Na peronie rześkie, mroźne powietrze od razu mnie otrzeźwiło. Raźnym krokiem ruszyłem w stronę domu. Było już dawno po północy. Godzina milicyjna obowiązywała – cisza, spokój, nikt oprócz mnie nie skrzypiał butami na zmrożonym śniegu, tylko latarnie uliczne jasnymi kręgami oświetlały drogę przede mną. „Szybciej, szybciej, raz dwa, raz dwa, raz dwa, jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć…” – w myśli zacząłem liczyć kroki. Mróz zaczął porządnie szczypać w palce i uszy, nasunąłem głębiej czapkę na uszy i w tym momencie rozległ się za mną pisk opon gwałtownie hamującego samochodu.
Odwróciłem się… „No nie! Znowu?!” – Potwierdziło się powiedzenie, że nieszczęścia chodzą parami. Teraz nie było aż tak źle, ale pech się powtórzył.
Dwa metry za mną, z wojskowego gazika wyskoczyło dwóch żołnierzy. Jeden wycelował broń, a drugi zabiegł od tyłu. Dowódca patrolu dopiero wysiadał z auta, z dostojeństwem, jakby miał co najmniej rangę generała. Moje przyglądanie się przerwało dźgnięcie w plecy. Teraz już nie wytrzymałem, miałem serdecznie dość szturchania, jak na ostatnie godziny powrotu. „Uczą ich tego wbijania lufy w każdego napotkanego obywatela?!” – pomyślałem ze złością.
– Żołnierzu, nie szturchajcie mnie – odezwałem się zimno. – Nigdzie nie uciekam.
– Nie dyskutować!
– Nie dyskutuję. Mówię, abyście przestali mnie szturchać, bo nie jestem popychadłem. – Odwróciłem się powoli i dokończyłem: – Łamiecie regulamin, szeregowy. Wiecie, kim jestem? Każdy swobodnie chodzi teraz po nocy?
Zawoalowana groźba poskutkowała. Odsunął się na metr, ale dalej celował we mnie.
Podszedł oficer i ponownie okazałem dokumenty. Przejrzał je uważnie w świetle latarki, zaświecił w twarz, porównał ze zdjęciem w dowodzie.
– Nazwisko obywatela? – odezwał się surowym głosem. – Adres zamieszkania?
„Ale służbista… Widać lubi okazywać posiadaną władzę”. Kogo zresztą mogłem się spodziewać; widziałem, jak dostojnie wysiadał z gazika.
– Przecież wszystko jest w dowodzie osobistym – odparłem znużonym głosem.
– Nazwisko? Adres zamieszkania? – powtórzył tym samym służbowym tonem, jakby nie słyszał odpowiedzi.
„Chcę do domu! Kąpiel i spać!” – Te myśli kotłowały się w mojej głowie.
Podałem swoje dane. Zaświecił mi jeszcze raz w oczy i oddał dokumenty. Zgasił latarkę i odezwał się, tym razem już zwykłym głosem:
– Nazbierał pan tych telegramów. Długo poza domem?
– Dwa tygodnie. Wyjeżdżałem na dwa, trzy dni. Może… – zawahałem się i zdecydowałem jednak poprosić. – Możecie mnie odprowadzić do domu? To niedaleko. Mam na dzisiejszą noc już serdecznie dosyć. – Rozgadałem się, jak nie ja. – W Toruniu na dworcu mnie dźgali, teraz pana żołnierz mnie tak potraktował. Chciałbym wreszcie bez tych przygód dotrzeć do domu i położyć się spać. Od dwóch tygodni w nim nie byłem. Zatrzyma mnie kolejny patrol i jakiś nadgorliwy żołnierz znowu mnie szturchnie albo coś gorszego.
Ścisnął wargi i przez chwilę milczał.
– Na Marcinkowskiego mieszkacie? No dobrze, podwieziemy. Niech pan wsiada.
Jednak nie był takim służbistą, jak go wcześniej oceniłem. Są jeszcze normalni ludzie, nawet w stanie wojennym z jego rygorami.
Do mieszkania wszedłem po cichu, nie chcąc budzić księżniczek. Dorosła lokatorka spała jednak jak mysz pod miotłą. Nie dała mi nawet czasu na umycie rąk i twarzy, a przecież nie pachniałem wyszukanymi perfumami…
Zakończyła się wreszcie najdłuższa delegacja służbowa w czasie mojej, dziesięcioletniej kariery zaopatrzeniowca.
* * *
Dyrektor się skrzywił, kiedy przekazałem mu słowa od szefa zjednoczenia, ale niezbyt się przejął. Machnął ręką:
– Słyszę to za każdym razem, kiedy nie mogę przyjechać. Gdzie znajdą teraz takich durniów na stołki, co będą całe dnie w pracy siedzieli. A pan sprawił się dobrze. Będę pamiętał.
Pamiętał. Premia po pierwszym kwartale podbudowała mój skromny budżet rodzinny.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania