Podróżnik
Spoglądał w dół, na rozciągającą się zieleń trawiastej doliny, łagodnie schodzącej w stronę mieniącego się w blaskach słońca stalowobłękitnego węża rzeki, który wił się zakolami w stronę lasu iglastego, ginął gdzieś w odmętach leśnych, by w końcu wyłonić się i odciąć od tej zieleni widocznym za lasem lazurem dużego jeziora. W jego tafli odbijały się białe cumulusy, leniwie przemieszczające się po błękicie słonecznego nieba. Chociaż, z drugiej strony, można było równie dobrze uznać, że owe cumulusy to przedziwnej konstrukcji parowce sunące po tafli jeziora, a których zasłonięte parą kadłuby odbijają się w lazurze nieba.
Jezioro kończyło się tak, jak się zaczynało, zielenią lasu i wnoszącymi się na granicy horyzontu górami. Część z ich szczytów nosiła białe czapy śnieżne, które zdawały się tworzyć mgiełkę, rozwiewane przez wiatry. Wyglądały z tej odległości jak wielkie fabryki z kominami buchającymi parą, w których wnętrzach powstawały owe parowce wodnopowietrzne.
Był już dość zmęczony. Rozkoszował się widokiem tej rajskiej doliny, ale wiedział, że zbliża się już zmierzch, musiał więc oderwać się od tej fantastycznej wizji i zacząć powoli schodzić w dół, w stronę brzegu rzeki. Gdzieś tam w dole na pewno będzie doskonałe miejsce na obóz i nocleg. Chociaż obóz to chyba określenie trochę na wyrost. Chciał zrzucić plecak, rozpalić ogień i zjeść coś ciepłego. A potem już tylko zawinąć się w koce i zasnąć przy blasku ognia i szumie rzeki.
Zaczął powoli schodzić czymś na kształt szerokiej ścieżki czy też raczej obszarem z niższymi trawami, którym dało się w miarę swobodnie maszerować. Wokół słychać było odgłosy życia, cykady, świerszcze, od czasu do czasu bzyczenie czegoś latającego na kształt muchy lub pszczoły. Nie zwracał specjalnej uwagi na źródła tych dźwięków. Przyjmował je, razem z szumem wiatru i szelestem pochylających się traw, jak muzykę, symfonię tego i tylko tego miejsca, tej doliny, pisaną za każdym razem od początku. Tym razem tylko dla niego, bo był tutaj sam. Jedyny przedstawiciel gatunku Homo sapiens. Wiedział o tym. Tym bardziej chłonął całym sobą to muzyczne zjawisko, które było przeznaczone tylko dla niego. W promieniu co najmniej kilkudziesięciu kilometrów nie było żywej duszy, innego człowieka. Ostatnie osady, domy i zagrody spotkał jakieś dwa dni temu. Od tego czasu mógł się czuć jak odkrywca, jedyny człowiek na tej przestrzeni, na tej planecie. Nie było to oczywiście prawdą, ale świadomość pokonanych odległości, dystansu do najbliższych osad oraz widoki bezludne, pozbawione śladów cywilizacji, za to rozciągające się po horyzont przed nim i za nim, zaczęły budować w nim poczucie bycia tym jedynym.
Odkrywca, tak. Zdobywca, nie. Nie czuł się władcą tego, co oko zagarnie, gdzie stopa stanie, co ręka chwyci. Nic z tych, jakże typowych dla innych przedstawicieli zdobywców cech, nie rodziło się w jego głowie. Wręcz przeciwnie. Im dalej szedł, im bardziej zagłębiał się w tę przestrzeń, tym mniejszy, mniej znaczący się czuł. Ale było to uczucie związania, bycia częścią tego niezwykłego zjawiska zwanego naturą, życiem, gwiezdnym pyłem wszechświata. I to działało na niego kojąco, uspokajało. Było czymś, co wschodni filozofowie nazywają nirwaną. Złączeniem. Był częścią tego, co widział. Nie czuł potrzeby zdobywania, podbijania, zagarniania, odgradzania, eksploatowania. Po prostu zanurzał się, głębiej i dalej, w tym bycie natury złożonym z milionów innych bytów otaczającej go flory i fauny. Z tym jednym wyjątkiem, że on… był wyjątkiem. Jedynym przedstawicielem swojego gatunku na tym jedynym koncercie czy też może spektaklu. W końcu był tutaj ruch, rozpisany na miliony malutkich aktorów, były wizje rajskich zieleni, fantasmagorie statków wodnopowietrznych, potężne górskie scenografie. I jedyny widz z gatunku człekokształtnych, w dodatku rozumnych. Może był najmniej istotnym widzem. A może właśnie najważniejszym.
Dotarł w końcu do brzegu rzeki. Słońce już powoli zaczynało znikać za szczytami gór, które ograniczały horyzont. Symfonia doliny zmieniała się, powoli ściszała, zmierzając wyraźnie do cody. Wraz z zapadnięciem zmroku zacznie się zapewne nowa, inna muzyka. Będzie musiał jeszcze chwilę na nią poczekać.
Zrzucił plecak, zdjął buty i skarpety i po lekko kamienistym brzegu zszedł do rzeki. Zanurzył w niej stopy. Poczuł rześki i oczyszczający chłód. Czuł, jak płynął w górę jego ciała, docierając do brzucha, serca, ramion, na końcu do głowy. Zmęczenie wędrówką nieco się zmniejszyło, jakby część tego zmęczenia gdzieś uleciała, odpłynęła z nurtem. Zamknął oczy i stał po kostki w wodzie, rozkoszując się jej chłodem, czując nurt opływający delikatnie jego stopy, jakby był prawie niezauważalną przeszkodą. Otworzył oczy. Jego wzrok przykuł jakiś ruch na drugim brzegu. Robiło się już szaro, koryto rzeki liczyło sobie jakieś sto metrów szerokości, trudno więc było o jednoznaczną ocenę, ale w ostatnich promieniach zanikającego światła dnia był niemal pewien, że zobaczył coś szarego, co kryło się w wysokiej trawie po drugiej stronie rzeki. Może jakiś ptak, może bóbr, może coś większego.
Wyszedł z wody i zaczął przygotowywać nocleg. Pozbierał niewielkie gałęzie, które wyrzucił tutaj nurt rzeki, zebrał też trochę wyschniętych, wysokich traw na podpałkę. I właśnie od rozpalenia ognia zaczął. Miał zapałki. Zostało już ich niewiele w pudełku, ale dzisiaj jeszcze nie musiał sobie tym zaprzątać głowy. Zresztą, czy gdyby nawet została już tylko ostatnia, czy zaprzątałby sobie tym głowę? Prawdopodobnie nie.
Teraz, gdy już miał ogień, ustawił chwytak, na którym zawiesił metalową menażkę. Ustawił całość nad ogniem, a do menażki wrzucił zawartość konserwy mięsnej. Chyba mięsnej.
– Może jutro spróbuję coś złowić w rzece. To byłaby miła odmiana po konserwach – powiedział do siebie na głos. Haczyk zrobiłby z agrafki, żyłkę już miał. Z jednej z gałęzi, jeśli tylko jej nie spali, zrobiłby wędkę.
Kiedy kolacja przygrzewała się, wyciągnął z plecaka koc, otulił się nim i, wpatrując się w ogień, czekał, aż posiłek będzie gotowy. Jego myśli odpływały. Chyba przysypiał. Zaczął śnić i wspominać. Widział obrazy czy też fragmenty obrazów z własnej przeszłości. Jakże nieodległej, ale z drugiej strony jakże nierzeczywistej. Widział gruzy domu, który kiedyś był jego domem. Widział zniszczoną i spaloną ulicę, która kiedyś była jego ulicą, na której miał kolegów, na której grywał w piłkę, na której dorastał. Jego matka tą ulicą chadzała z nim na targ po ziemniaki, cebulę i pomidory. Czasami też po rybę. Głównie w piątek. Kupowali dużą rybę, by starczyła na obiad na sobotę i niedzielę.
Kiedy się ożenił z dziewczyną z sąsiedniej ulicy, to wprowadził ją do tego właśnie domu, domu swojej matki. Kiedy urodził się jego syn, to czasami obserwował przez okno sypialni, jak jego żona, prowadząc chłopca za rękę, szła na targ, by kupić ziemniaki, cebulę, pomidory, rybę, a czasami także mięso. I to nie tylko na niedzielny obiad. Obserwował ich. Czasami się odwracali. Machał wówczas do nich. Chłopiec śmiał się i machał do niego, a żona uśmiechała się, trzymając jedną ręką chłopca i próbując drugą odgarnąć brązowe włosy, które wiatr zarzucał jej na twarz. Teraz sobie uświadomił, że często te włosy zasłaniały jej twarz i nie potrafił sobie w tej chwili przypomnieć jej rysów. Wie, że była ładna, ale nie pamięta jej twarzy, a przynajmniej niezbyt dokładnie. Chyba bardziej niż twarz pamięta jej głos, którym przywoływała syna i jego na obiad. To znaczy kiedy był w domu. Pracował w porcie, często też angażował się na rejsy handlowe, więc nie było go w domu przez kilka tygodni, czasami kilka miesięcy. Podczas tych rejsów przypominał sobie te same obrazy. Żonę z synem w drodze na targ, wspólny obiad, jej włosy i głos, śmiech syna. To one pozwalały mu przetrwać na małej powierzchni statków, w wieloosobowych kajutach pracowników i ciasnych kojach.
Teraz nie tylko widział, ale wręcz czuł. Czuł zapach ogrodu z jabłonią i gruszą, który przylegał do domu. Nie był duży, ale bardzo zielony. Czuł zapach przygotowywanego obiadu, smak wina z pobliskiej winnicy, pocałunek żony, dotyk jej ręki na swoim ramieniu. Słyszał głos syna gdzieś z głębi ogrodu. Malec właśnie był rycerzem ratującym księżniczkę z rąk okrutnego, ziejącego ogniem smoka.
Widział też zieloną kopertę, którą dostał pewnego dnia. Kopertę z dużą ilością różnokolorowych pieczęci. W kopercie był list, a w liście tym jakiś pułkownik, którego nigdy nie poznał, wzywał go w imieniu rządu, o którym tylko czytał w gazetach, by stawił się w szeregi obrońców ukochanej ojczyzny. Ojczyznę znał każdy. A przynajmniej powinien. Nikomu jeszcze nie przyszło do głowy powiedzieć, że nie zna ojczyzny. W liście nie było propozycji czy sugestii, tylko już rozkaz, chociaż nie był jeszcze żołnierzem. Przynajmniej nic mu o tym nie było wiadomo. Ale ktoś już zdecydował za niego. Przypominał sobie zapach munduru, nieprzyjemny, brudno-sterylny, jakby ulepiony z pasty do mycia i dezynfekcji podłogi w szpitalu. Słyszał głosy mówiące o tym, że wróg napadł na ukochaną ojczyznę, a on – jej syn i żołnierz – musi jej bronić. Wróg, jak smok ziejący ogniem, niszczył ich ukochaną ziemię. Musi więc stanąć w szeregach jej obrońców. Musi ją ocalić. Jakże mógł odmówić?
A więc bronił, strzelał, maszerował, zabijał, głodował, zbierał wszy w okopach. Im więcej zabijał, tym coraz mniej widział ziejącego ogniem smoka, a coraz więcej oczu umierających ludzi. Coraz mniej widział w nich drapieżcę, a coraz częściej piekarza z sąsiedniej ulicy, rybaka z portu, sprzedawcę pomidorów z targu. Im dłużej trwało zabijanie, tym coraz częściej widział syna piekarza z sąsiedniej ulicy, syna rybaka z portu i syna sprzedawcy pomidorów z targu. Pamiętał odezwy mówiące o atakach z powietrza na zaplecze wroga, o nowej wspaniałej broni, która przyniesie upragnione zwycięstwo nad wrogiem, nad tym ziejącym ogniem i zniszczeniem smokiem, który tworzył coraz nowocześniejszą i straszniejszą broń, by spalić naszą ukochaną ojczyznę. Widział też stalowe statki powietrzne, które wylatywały z naszej pięknej ojczyzny, by nieść słuszny gniew i ognistą kąpiel dla wroga, jako zasłużoną karę za napaść na naszą ukochaną ojczyznę. Niestety, ten smok był jak najprawdziwsza hydra, której odcinano głowy, niszczono kolejne fabryki zła i nienawiści, ale kolejne powstawały i znów produkowały śmierć. Widział potem inne stalowe ptaki powietrzne, nadlatujące znad terytorium wroga, które niosły teraz ognistą kąpiel, śmierć i zniszczenie naszej ukochanej ojczyźnie. Czuł w końcu zapach spalenizny. Spalonych kolegów w okopach, a potem spalonej jego własnej ulicy i domu, która kiedyś była jego ulicą i jego domem. Poczuł go, gdy wrócił. Miał szczęście, tak przynajmniej mówili lekarze. Urwało mu w eksplozji tylko jedną rękę. I to też nie całą. Żył. Większość kolegów w okopie miała mniej szczęścia. On mógł wrócić do domu. Tylko że domu już nie było. A on nie czuł się szczęściarzem. Czasami miał wrażenie, że to do jego kolegów w okopie los uśmiechnął się szerzej.
Gdy otworzył oczy, wciąż czuł zapach spalenizny. Miał wrażenie, że wciąż się nie obudził. Ale to tylko jego kolacja skwierczała w menażce, zabarwiając się na czarno. Ściągnął ją z haka nad ogniem i położył obok siebie na ziemi. Poczeka, aż nieco ostygnie, a potem zje. Nic nie szkodzi, że jest spalona. Jadał już gorsze rzeczy. A nieco węgla może ulży odzywającemu się od czasu do czasu żołądkowi. Zmrok już ogarnął dolinę, na niebie widać było gwiazdy i fragment Drogi Mlecznej. Przymknął oczy. Siedział tak przez jakiś czas, czekając, aż kolacja nieco ostygnie. Kiedy je ponownie otworzył, zauważył ze zdziwieniem, że nie jest już sam. Do brzegu dobiła mała łódka, coś na kształt indiańskiego canoe lub większego kajaka. Najwyraźniej drzemał dłużej, niż mu się zdawało. Było już ciemno. W łodzi siedział jakiś człowiek, bardzo młody człowiek, w zasadzie jeszcze dzieciak, chłopiec na oko dziesięcio-, może dwunastoletni.
„Mniej więcej w wieku mojego syna” – pomyślał.
Trudno było dokładniej określić wiek czy w ogóle dostrzec rysy w blasku nieco już słabszego ogniska. Dzieliło ich też dobre kilka metrów. Dorzucił kolejną gałąź, która, pochłaniana przez ogień, rozpaliła płomień i w rzucanym wokół rozdygotanym świetle pozwoliła zobaczyć nieco więcej. Widział, że chłopiec miał ciemne, krótkie włosy. Twarz wydawała mu się znajoma, kogoś mu przypominała. Jednak światło z ogniska nie było na tyle silne, by rozwiać jego wątpliwości i dokładniej ukazać rysy.
– Zjadłeś już? – odezwał się chłopiec.
– Nie, jeszcze nie – odparł. – Właśnie się zabierałem… – mówił, nie spuszczając oczu z twarzy chłopca, chcąc przypomnieć sobie, skąd zna tę twarz.
– Nie jesteś głodny? – ciągnął dalej chłopak.
– Jestem… chociaż sam nie wiem. A ty, jesteś głodny? Jeśli chcesz, mogę się podzielić – zaproponował.
Chłopiec nic nie odpowiedział. Patrzył tylko na niego, a w tym wzroku było coś znajomego, ale bardzo odległego.
– Co tutaj robisz, jesteś sam? – zapytał chłopca.
– Nie, nie jestem sam. Moja rodzina tu jest, w pobliżu. Mieszkamy tutaj. Ja lubię czasami w nocy wypłynąć, by złowić suma lub sandacza. Czasami też jakiś miętus się trafi.
Powinien być zdziwiony, może nawet zaskoczony. Przecież tutaj nikt nie mieszka. Ostatnie osady minął ponad dwa dni temu. Ale z drugiej strony on też tu był, a zgodnie z jego rozumowaniem nikogo – czyli również jego – nie powinno tutaj być.
– Nie boisz się? – zapytał chłopca.
– Nie, czego mam się bać?
– Bo ja wiem, nocy, drapieżników, obcych ludzi – odparł.
– Przecież tutaj nie ma obcych.
Chciał coś powiedzieć, zauważyć, że on jest obcy, ale w tej sytuacji to oni obaj byli obcy na tym odludziu. Wydało mu się to głupie. I nie chciał też zniechęcać chłopca. Chciał z nim rozmawiać, chciał się dowiedzieć, kim jest.
– Dobrze widzę w nocy – kontynuował chłopak – łatwo zauważę drapieżnika. Zresztą niewiele ich tutaj jest. Noc jest piękna i pozwala łowić duże ryby. Czego więcej miałbym się bać? W końcu nie ma tutaj smoków.
Poczuł zimny dreszcz, który przebiegł mu po kręgosłupie, docierając do głowy w ułamku sekundy. Z jakiegoś powodu zrobiło mu się jednocześnie zimno i gorąco. Kompletnie nie rozumiał jednak dlaczego. Dzieci mówią o smokach, marzą o smokach, w ich świecie smoki istnieją. To naturalne. W jego życiu też istniał smok. Urwał mu rękę, spalił kolegów, ulicę, dom, żonę i syna. Matka miała więcej szczęścia. Umarła wcześniej na udar, zanim nadleciały stalowe ptaki z ognistą kąpielą.
– Chyba masz rację – powiedział do chłopaka. – Smoków nie ma.
– A ty, czego się boisz? – zapytał chłopiec.
– Nie wiem. Mam wrażenie, że ostatnio już niczego.
– To źle?
– Nie wiem, czy źle. Ale wydaje mi się, że czasami dobrze jest się czegoś bać. Jeśli się boisz, to znaczy, że ci na czymś zależy.
– Ktoś cię krzywdził? – dopytywał chłopak.
– Tak – odparł. – I nie. Nie wiem. Ja też krzywdziłem, chociaż nie chciałem. Mnie skrzywdzono, ale nawet nie wiem kto i dlaczego. Pewnie też tego nie chciał.
Sam nie rozumiał, dlaczego tak bardzo się otwierał przed zupełnie obcym, i to w dodatku dzieckiem. Fakt, jakby znajomym. Miał uczucie jakiejś bliskości, której nie potrafił wytłumaczyć. Może to zmęczenie, może senność, może głód. Chociaż nie, głód nie. Im bardziej patrzył na sczerniałe resztki konserwy, tym mniej miał na nie ochotę. A może opowieść chłopaka o miętusie i sandaczu zmieniła jego preferencje kulinarne.
– Boli cię? – zapytał chłopak, wyrywając go z zadumy.
– Co?
– Ręka, boli cię?
– Nie, już nie.
– Co tutaj robisz?
– Sam nie jestem pewien. Chyba czegoś szukam.
– Czego? – dociekał chłopiec.
– Zrozumienia, wybawienia, wybaczenia, pokuty. Sam nie jestem pewien. Może wszystkiego po trochu. Przepraszam, nie powinienem cię tak zanudzać swoimi żalami. Jesteś chyba na to za młody…
– Nie nudzisz mnie – przerwał mu chłopak. – Lubię z tobą rozmawiać.
To również zabrzmiało dziwnie i przyprawiło go o lekki dreszcz. Nie znał tego chłopaka. Owszem, kogoś bardzo mu przypominał, ale w migotliwym blasku ogniska, w dodatku oddalony o ładnych parę metrów, może nawet kilkanaście, chłopak był w strefie półcienia i trudno mu było ocenić, kogo mu przypomina. A jednak nie zdziwił się tak, jak myślał, że powinien. Więcej, czuł, że chłopiec mówi prawdę. On czuł to samo.
– Jeśli chcesz, to możemy jutro razem połowić – zaproponował chłopak.
– Świetny pomysł. Muszę tylko odpocząć, trochę się przespać. Ale jutro z chęcią pójdę z tobą na ryby – odparł i sam nie wierzył w to, co wychodzi z jego gardła. Przestał już się kontrolować, zaczął poddawać się impulsowi, mówić to, co naprawdę chciałby powiedzieć.
– Cieszę się – uśmiechnął się chłopak. – W takim razie wyśpij się i do zobaczenia jutro. Pokażę ci świetne łowiska. Znam wszystkie w okolicy.
– Dziękuję za zaproszenie. W takim razie do jutra.
Czuł, że zmęczenie bierze nad nim górę. Czasami nie był pewien, czy wciąż rozmawia z chłopakiem, czy to mu się tylko wydaje. Nie pamięta więcej z tej rozmowy. Musiał więc znów odpłynąć, zasnąć. Z reguły nie zdarzało mu się tak nagle zasypiać, ledwo pożegnawszy się z rozmówcą, ale teraz czuł, że nie ma siły, że nie jest w stanie opanować swojego organizmu, który dawał wyraźne sygnały przemęczenia.
Gdy znów się ocknął, chłopca już nie było. Zdarzyło się jednak coś więcej. Łódź wciąż stała przy brzegu, ale tym razem siedziała w niej kobieta. Ognisko już prawie zgasło, żarzyło się jedynie czerwienią strawionych przez ogień resztek gałęzi. I tylko księżyc wychylający się od czasu do czasu zza chmur pozwalał dostrzec zarysy postaci w łodzi. I tylko dlatego wiedział, że to kobieta. Nie widział jej twarzy. Widział tylko tyle, że ma długie, raczej ciemne włosy.
– Przepraszam, nie chciałam cię obudzić – odezwała się, a jej głos uderzył w jakąś czułą strunę w jego wnętrzu. Nie potrafił określić dlaczego i co to była za struna. To pewnie skutki zmęczenia.
Wciąż był senny.
– Nie widziałeś może chłopca w tej okolicy? – zapytała kobieta.
– Tak, był, to znaczy widziałem. To twój syn? – zainteresował się.
– Tak. Lubi czasami nocą wybrać się na suma lub sandacza. Twierdzi, że wie, gdzie żerują nocą i łowi coś na obiad. Jeszcze się nie zdarzyło, by nie złowił. I to takie duże sztuki, że starcza nam na dwa obiady, na sobotę i niedzielę – opowiadała kobieta.
– Zdolny chłopak, ale czy to ważne, by łapać od razu na dwa dni? – zapytał.
– Tak, chyba tak. Dobrze jest mieć dwa dni, które spędza się razem, na zabawach, spacerach, bez pośpiechu, wiedząc, że ma się już przygotowany posiłek na wyborny obiad i nie trzeba się niczym martwić.
– Chyba rozumiem – odparł i pamięć zaczęła mu podsuwać obrazy z jego przeszłości, z jego ulicy i jego domu, gdy jeszcze istniały. – Nie martw się, dzisiaj też coś złowi i będzie znów na dwa dni spokoju.
– Tak, też tak myślę. W końcu jutro sobota.
– Doprawdy? – nie tyle się zdziwił, co zaskoczyło go, że ktoś jeszcze odlicza czas tak precyzyjnie. On przestał go odliczać już tak dawno temu. Raczej się w nim zanurzał, jak w tej rzece przed zmierzchem, bez pośpiechu, bez znaków szczególnych. Po prostu czas płynie jakimś biegiem, jakimś nurtem, którego szybkość była mu obojętna. Jak rzeka. Bez liczenia, ileż to wody właśnie przepłynęło wokół jego stóp.
– Jesteś tu sam? – zapytała kobieta.
– Tak.
– Widzę, że nie jadasz ostatnio najlepiej – jej wzrok powędrował w stronę menażki z przypalonymi resztkami konserwy mięsnej. Nie mógł widzieć jej spojrzenia, bardziej je czuł. Zresztą jego wzrok też machinalnie powędrował w stronę tej cholernej menażki.
– Fakt, ale nie narzekam, jadało się już gorzej – gorzko stwierdził.
– A może chciałbyś zjeść z nami. Zapraszam jutro na obiad. Ryby nie zabraknie – powiedziała kobieta, tak jakby to była najzwyklejsza i najbardziej naturalna rzecz na świecie.
Nie wiedział dlaczego, ale łzy zaczęły mu napływać do oczu. Zamknął je. Zacisnął wargi.
– Z chęcią, bardzo dziękuję za zaproszenie – odparł i zacisnął wargi.
– A więc do zobaczenia na obiedzie – powiedziała kobieta.
Nie odpowiedział. Już nie mógł, nie potrafił. Bał się, że jeśli poruszy chociażby jednym mięśniem twarzy, to się rozpadnie, rozpłacze. Nie rozumiał co się z nim dzieje. Nie płakał w okopach. Nie płakał, kiedy widział rzędy trupów, które jeszcze parę godzin wcześniej były jego kompanami z okopu. Nie płakał, kiedy zobaczył swoją ulicę i dom, których już nie było. A teraz czuł, że rozryczy się jak dzieciak. Nie chciał się ośmieszyć przed kobietą, nie chciał jej wystraszyć i nie chciał też wzbudzać litości. A nade wszystko nie chciał się tłumaczyć i opowiadać, dlaczego płacze. Zresztą sam nie był pewien, czy potrafiłby to wytłumaczyć sobie samemu.
Powoli się uspokajał, opanowywał. Kiedy ostudził emocje, otworzył oczy. Kobiety już nie było. Ognisko w zasadzie już całkiem zgasło. Teraz jedynie księżyc oświetlał swym sino-blado-niebieskawym blaskiem czerń traw i rzeki. Jednak w tym bladym półmroku coś przykuło jego wzrok. Łódź wciąż była przy brzegu. Wstał i podszedł do niej. Wciąż był zmęczony i senny, ale nie na tyle, by nie pokonać tych kilku metrów. W łodzi nikogo nie było. Przez chwilę stał i wpatrywał się w pustą łódź. Wiedziony nagłym impulsem zdecydował. Wsiadł do niej i odbił się wiosłem od brzegu. Położył wiosło do środka, po czym sam się położył, opierając głowę na burcie. Nurt zaczął nieść łódź. Najpierw na środek rzeki, a potem dalej i dalej, w stronę czerni lasu i kryjącego się za nim jeziora z wodnopowietrznymi parowcami. Zamknął oczy i wsłuchiwał się w szum nurtu. Usypiał. Po raz pierwszy od dłuższego czasu spokojnie.
Z wysokich traw po drugiej stronie rzeki odprowadzały go wzrokiem, wyraźnie widoczne w blasku księżyca, ślepia szarego, starego, samotnego wilka. Były jak lampy, które wydawały się prowadzić łódź w jej wędrówce przez rzekę. Wilk nie ruszał się z miejsca, dopóki łódź nie oddaliła się na tyle, że jej kształt zaczął zlewać się z nocą i falami. Jego oczy do samego końca, do ostatniej chwili, gdy jeszcze była widoczna, śledziły jej wolny, kołyszący się ruch, błyszcząc w czerni nocy jak dwie złote monety. Dwie monety dla przewoźnika.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania