Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Podwójne złamanie

Co myśli sobie facet przelatując przez maskę samochodu na przejściu dla pieszych? Kiedy w czasie rutynowego spaceru do pracy znany mu na wylot szary chodnik niespodziewanie zamienił się w błękit nieba.

Dlaczego ja?

Pokonywał tę trasę prawie każdego dnia, każdego tygodnia, każdego miesiąca, rok po roku. Znał każdy zakręt. Każde skrzyżowanie. Wszystkie alejki i skróty przez trawniki. Drzewa. Powyginane śmietniki. Dziury w asfalcie wypełnione wiecznymi kałużami.

Dlaczego akurat dzisiaj?

Przecież było zielone. Chyba. A może już nie? Może zdążyło się zmienić kiedy wszedł na pasy. W połowie drogi.

Taki gość przechodzi sobie przez to przejście każdego dnia, mniej więcej o takiej samej godzinie, przez pięć czy sześć lat. Zero problemów. Żeby chociaż raz ktoś gwałtowniej przyhamował. Żeby ktoś przejechał mu tuż przed nosem. Może by zrozumiał, że w końcu musiało się coś przydarzyć. Słyszał o różnych wypadkach. Tu kogoś potrącili, tam się zderzyli, tam jeszcze na kogoś najechali, ale co go to właściwie obchodziło? Wiadomo, że ciągle się coś dzieje. Wypadki przydarzają się bez przerwy. Ważne było tylko że nie jemu.

Do czasu.

Co sobie myśli taki facet? Że nie zasłużył? Że to nie jego wina? Że przecież uważał? No ale na tym właśnie polegają nieszczęśliwe przypadki. Na tym że nie mają przyczyny. Że stają się i tyle.

Takie życie.

Właśnie to mówię negocjatorowi.

– Czy wie pan co oni mi tam zrobili? – pytam.

Facet odpowiada, że nie. Robi malutki krok w moją stronę ale kiedy widzi że się wzdrygam, staje na baczność i wyciąga rękę przed siebie jakby opierał się o niewidzialną ścianę. Mówi, że nawet sobie tego nie wyobraża.

– Przeprowadzili mnie przez piekło – odpowiadam spoglądając w dół. Pełny wdech później dodaję, że ja naprawdę myślałem, że mam to już za sobą. Że ten etap mojej egzystencji wreszcie się zakończył. To miał być koniec tortur a nie ich początek.

*

Dlaczego ja?

Obudziłem się dokładnie z tą myślą w głowie. Tak jakbym nadal był tam gdzie urwał mi się film. Gdzie widok błękitnego nieba zamienił się w kosmiczną czerń. Jakbym się nagle teleportował nie tracąc ciągu myśli. Problem w tym, że mnie już tam nie było. Że byłem już w innym miejscu. W innym czasie. Zamiast nieba, a potem czerni, nagle była biel. Trochę przydymiona i popękana ale nadal rażąca w oczy.

W lewym kącie zobaczyłem okno i górujące poza nim niebo. Przesunąłem wzrok w prawo, na chromowane rurki otaczające mnie z każdej strony. Potem spojrzałem do przodu na dwa śnieżnobiałe konary moich nóg. Zwisały na linkach podwieszonych do stelaża. Nie czułem żadnej z nich. Wziąłem lekki wdech. Głębszy coś blokowało. Moje nogi nie były grube tylko zatrzaśnięte w twardym gipsie. Wisiały bezwładnie pod różnymi kątami. Jedna wykrzywiona odrobinę w lewo, druga idealnie wyprostowana. Próbowałem przechylić głowę jednak coś ją trzymało w wyprostowanej pozycji. Śledząc oczami niewidzialną muchę badałem swoje położenie. Moje ręce nie miały się lepiej niż nogi. Próbowałem poruszać palcami, ale nic się nie działo. Przynajmniej ja nic nie czułem. Może się trochę ruszały, ale miałem wrażenie, jakby w ogóle nie istniały.

Próbowałem wziąć głębszy wdech, ale cały byłem w gipsowej trumnie. Zamurowany z każdej strony. Swędział mnie brzuch. Piekły kolana. Ściekające po plecach krople potu łaskotały skórę.

Nie mogłem w to wszystko uwierzyć.

– Halo – krzyczałem, ale nie słyszałem żadnego dźwięku. Nie wiedziałem czy mogłem w ogóle otworzyć usta. Moja twarz była sztywna. Nie mogłem nabrać powietrza do płuc.

– Halo! – Spróbowałem ponownie. – Jest tu ktoś? – Odbiło się echem w mojej głowie.

Cisza. Jedynym dźwiękiem był szelest powietrza przeciskającego się przez moje nozdrza. Oddychałem jak po maratonie. Oczami widza Wimbledonu sprawdzałem wszystkie możliwe części pomieszczenia. Nic nie widziałem. Nie wiedziałem nawet czy byłem tam sam.

Wszystko w porządku. Już jest dobrze.

Próbowałem się uspokoić. Wdech i wydech. Raz, dwa i trzy. Mrużyłem powieki i otwierałem je na nowo, mając nadzieję, że się obudzę. Że to był tylko koszmar. Zjadłem coś ciężkiego i teraz mam nocne schizy, ale zaraz się obudzę i wszystko wróci do normy. Znajdę się w swoim łóżku. Cały mokry od potu ale poza tym w dobrej kondycji. Potem znowu zasnę i rano nie będę nawet nic pamiętał.

Niestety znowu przed oczami miałem swoje sztywne nogi. Zaczynało do mnie docierać co się stało. W głowie pojawiły się skrawki tamtego dnia. Urywki z momentu przed zderzeniem.

To niemożliwe. To nie stało się naprawdę. Nie mi.

A jednak. Szansa jedna na milion. Tak jak myślałem, wszystko się popierdoliło. Trafiło na mnie bo na kogoś musiało. Ktoś musiał stać się wyjątkiem. Anegdotą chirurgów opowiadaną żonom przed pójściem do łóżka. Historyjką z roboty dla policjantów. Nieprzyjemnym widokiem dla sanitariuszy. Tak, to ja. Ten gość, który cudem przeżył.

Zrobiłem przegląd swoich nóg, potem rąk, a potem – na ile pozwalała mi gipsowa konstrukcja – klatki piersiowej. Wdychałem opary schnącej zaprawy starając się opanować karuzelę emocji. Wirującą wokół wściekłość, desperację i przerażenie. Nigdy wcześniej nie czułem się tak skołowany. Przez trzydzieści dziewięć lat nie skręciłem nawet kostki. Nie wybiłem żadnego palca. Nie zwichnąłem żadnego z barków. No a teraz nagle to. Za jednym razem odrobiłem wszystkie zaległe kontuzje. Nadal nie dowierzając oczom, spróbowałem przekręcić głowę na prawo. Wszystko na nic. Była jak przyspawana. Cały mój świat został ograniczony jedynie do zasięgu ruchu źrenic. Byłem uwięziony w celi ale widziałem tylko jedną jej ścianę. Spróbowałem głębokiego wdechu, tym razem wolniej, na spokojnie, milimetr po milimetrze, tak żeby sprawdzić na co mogłem sobie pozwolić. Byłem w stanie napełnić płuca gdzieś do połowy. Mój oddech zwolnił. Świst w nosie przycichł. Powracały trzeźwe myśli. Starałem się opracować jakiś plan działania ale nie byłem w stanie określić nawet pierwszego punktu. Nic nie przychodziło mi do głowy. Chciałem jedynie krzyczeć. Błagać o pomoc. Usłyszeć cokolwiek od kogokolwiek. Nie mogłem już dłużej znieść towarzystwa jedynie własnych myśli.

Nie czułem bólu, ale wiedziałem, że już na mnie czekał. Dzieliły nas tylko opary narkozy. Nie miałem zielonego pojęcia, która była godzina. Po chwili zacząłem się zastanawiać czy przypadkiem nie był to już kolejny dzień. Niewiele pamiętałem, chociaż niektóre rzeczy zaczynały do mnie docierać. Błagałem w myślach, żeby ktoś do mnie przyszedł i wytłumaczył dokładnie co się stało. Słyszałem głosy – prawdopodobnie z korytarza – ale nie byłem w stanie ich rozkodować. Czy ktoś w ogóle wiedział, że się obudziłem? Czy kogoś w ogóle to obchodziło? Nie mając nic lepszego do roboty zrobiłem kolejny przegląd kończyn. Spróbowałem poruszać palcami u nóg. Czułem mrowienie na przemian ze szczypaniem. To samo z rękami. Zrobiłem mały skręt tułowiem. Głowa była usztywniona, ale chyba nie byłem sparaliżowany. Tak mi się wydawało. Natychmiast poczułem się trochę lepiej. Pomyślałem, że skoro jestem jedynie połamany, to niedługo stąd wyjdę i załatwię swoje sprawy do końca. Że szybko stanę na nogi. Miałem w życiu wiele problemów, ale nigdy ze zdrowiem. Zawsze byłem mocny. Silny. Wytrzymały jak byk. Nigdy nie byłem kontuzjowany na poważnie. Parę tygodni i będę jak nowy. Tak właśnie sądziłem. Właściwie to byłem o tym przekonany. Nawet nie dopuszczałem myśli, że ta głupota może mnie zatrzymać na dłużej. Teraz jednak wiem, jak mało jeszcze rozumiałem ze swojej sytuacji.

*

– Zastanów się – mówi negocjator podchodząc bliżej gzymsu. – Wierzę, że wiele przeszedłeś. To musiał być prawdziwy koszmar. Chcesz jednak żeby to wszystko przepadło? Żeby to poszło na marne? Chcesz ot tak to wszystko skończyć?

Patrzę za krawędź.

– Taki mam plan – odpowiadam.

*

Co sobie myśli matka pięciorga dzieci dowiadując się, że ma złośliwego raka? Czy nagle przelatuje jej przed oczami całe życie? Przecież to jest szansa jedna na tysiąc albo i mniejsza. Po prostu się trafiło. Akurat jej. I co ma w tej sytuacji zrobić? Zabić się od razu czy pozwolić żeby dzieci przeszły przez to razem z nią? Czy martwi się o siebie, czy o to kto zajmie się jej potomstwem?

Tak sobie myślę, kiedy w końcu słyszę kobiecy głos.

– Obudziliśmy się znowu, co? – mówi majstrując coś przy moich biodrach. – Oj słabo siusiamy.

Dopiero wtedy dotarło do mnie, że mam podłączony cewnik. A co jak mi się zachce coś więcej? Co wtedy? Cały byłem przecież zamknięty w gipsie, chyba że zrobili mi jakieś wyjście awaryjne. Nie mogłem wyjść sam do łazienki, więc domyślałem się, że pierwszy raz odkąd skończyłem trzy lata będę musiał znowu robić pod siebie. Zachciało mi się śmiać. Nie byłem w stanie o tym racjonalnie myśleć. Zastanawiałem się tylko ile jeszcze takich niedogodności czeka na mnie w drodze do wstania na własne nogi.

– Mmmmmm – powiedziałem. Dopiero wtedy w zasięgu mojego wzroku pojawiła się kobieta, która się mną zajmowała. Figurą przypominała zwiniętą pierzynę. Do emerytury brakowało jej jakieś pięć minut.

– O, zaczynamy świergotać – powiedziała. – Zaraz poproszę lekarza – dodała znikając z pola mojego widzenia. Odetchnąłem z ulgą. Miałem nadzieję, że wreszcie się czegoś dowiem.

Jej zaraz trwało jakieś tysiąc moich płytkich oddechów. Swędzące kolano doprowadzało mnie do szału. Spokojnie. Wdech i wydech. Pozostało mi tylko spróbować się uspokoić. Żadnego poważniejszego ruchu. Zero wiercenia się. Moja aktywność ograniczyła się jedynie do mrugania powiekami i pojękiwania. Po rękach maszerowały ciurkiem stada mrówek. Nogi obmywał ciepły strumień wody. Znieczulenie odpuszczało a za nim kroczył ukryty dotąd ból. Prawy bok zajął się ogniem. Płytkie wdechy przestały wystarczać. Nie kontrolowałem już dźwięków jakie się ze mnie wydobywały. O Chryste. Jakby ktoś ciągnął mnie za ręce w dwie przeciwległe strony. Wdech i wydech. I to swędzenie na całym ciele. Nogi, tyłek, plecy, brzuch, szyja. Próbowałem przekręcić biodra tak by otrzeć się o wnętrze gipsu, ale nawet minimalny ruch krzesał w całym moim ciele potężne błyskawice. Wolałem już swędzenie. Znosiłem je w ciszy, z zamkniętymi oczami, w nadziei, że w końcu zasnę. Obawiałem się tylko o to, że kiedyś się jeszcze obudzę.

*

– Czy dobrze się pan czuje? – zapytał głos. – Proszę mrugnąć raz na tak, dwa na nie.

Śmiech.

Zobaczyłem nachylającego się nade mną faceta. Z dźwięku samego głosu dałbym mu górą czterdzieści lat, ale siwa grzywka i pajęczyny zmarszczek natychmiast zdradzały zdecydowanie starszy rocznik. Mrugnąłem dwa razy na co gość ze zrozumieniem pokiwał głową.

Miałem prawo źle się czuć.

– To się panu udało – powiedział ktoś poza moim polem widzenia. – Albo i nie – dodał ciszej pod nosem.

– Słyszy mnie pan? – zapytał pierwszy.

Mrugnąłem.

– No to sprawa wygląda tak, że nieźle się pan roztrzaskał – mówił, bazgroląc coś na karcie zdjętej z poręczy łóżka – ale jakoś pana poskładaliśmy.

Zapytał mnie czy czuję nogi i ręce. Potem kuł mnie czymś ostrym po wszystkich palcach prosząc bym określał czy boli normalnie, słabo albo w ogóle. Niestety, wszystko czułem bardzo dobrze.

Po tym jak już mnie obkuł z każdej możliwej strony wyjaśnił mi, że przeszedłem trzy operacje. Że tak naprawdę leżę już u nich od ponad tygodnia.

Krew odpłynęła mi z twarzy. Przecież dopiero co się obudziłem. A jednak nie. Budziłem się przez cały czas, tylko potem znowu zasypiałem na kolejne dwanaście godzin. Rzeczywistość straciła sens. Nic, co do mnie mówił, nie wydawało mi się prawdziwe. Jakbym oglądał film z obcym człowiekiem w roli głównej.

Mówił, że złamałem dwadzieścia jeden kości. Że wstawiono mi jedenaście drutów, dwie płytki, dwie szyny i że to wszystko trzyma osiemnaście śrubek. Że cztery zostaną już we mnie na zawsze, a resztę będą sukcesywnie wyjmować przez kolejne dwa lata. Albo dłużej. Zależy jak się będą zrastać moje kości. Jeśli w ogóle będą oczywiście.

Mówił, że spędzę w tym gipsie od sześciu do ośmiu tygodni.

Sześć do ośmiu tygodni. Dwa miesiące. Cały ten czas przykuty do łóżka. Nie musiałem się widzieć w lustrze by wiedzieć, że kolor mojej twarzy zlał się razem z gipsem. To był jakiś koszmar. Coś gorszego nawet. Piekło. Trafiłem do piekła. A ten facet mówił jakby nigdy nic. Jakbym był tylko kolejnym nieszczęśnikiem, którego musiał tego dnia odhaczyć. Jego koleżka skrobał coś w notatniku. Stanął przed łóżkiem tak że mogłem mu się dobrze przyjrzeć. Zadowolony był z siebie jakby wygrał na loterii. Miałem ochotę zapytać go z czego tak się cieszy, ale jedynie jęknąłem.

– Powiem pielęgniarce, żeby dała coś przeciwbólowego – rzekł ten pierwszy i zaraz zniknął. Znowu zostałem sam. Patrzyłem kątem oka w okno. W niebieskie niebo za szybą. Tak mało dzieliło mnie od wolności, a jednak była w tamtej chwili nie do zdobycia. Myślałem, że się zabiję. Że skończę ze sobą i będę miał to wszystko z głowy. Zrobiłbym to gdybym był w stanie. Gdybym jakoś mógł. Zostałem jednak uwięziony we własnym ciele bez możliwości ucieczki. To było gorsze od piekła. To był horror.

Przyszło mi do głowy, że może wcale nie przeżyłem. Że zwyczajnie dopadła mnie wreszcie kara z moje ciężkie grzechy i zamiast zejść z tego świata trafiłem na jeszcze dodatkowe tortury.

*

Farmerzy nie pytają krów, czy jest im wygodnie. Czy łańcuch nie uwiera. Czy słoma nie koli. Czy jest ciepło. Większość wchodzi do stajni po to by odwalić swoje obowiązki. Zrobić tyle ile trzeba żeby zwierzęta nie pozdychały.

Leżąc przykuty do łóżka szybko zrozumiałem, że personel szpitala wiele się od nich nie różnił. Przynajmniej jeśli chodziło o nastawienie do swoich podopiecznych.

Nikt nie dbał o to, czy było mi wygodnie. O to jak się czułem. Czy wszystko było ok. Pielęgniarki pojawiały się po to by opróżnić napęczniałe złotem worki na mój mocz, zmienić mi pieluchy i nakarmić słomką. Tyle. Musiałem się do tego przyzwyczaić. Nie miałem innego wyjścia. Nie mogłem w żaden sposób zaprotestować.

Spędziłem sporo czasu na układaniu planu samobójstwa. Obmyślaniu pewnego sposobu. Nic sensownego nie przychodziło mi jednak do głowy. Najchętniej wyskoczyłbym po prostu przez okno, ale to było niemożliwe. Nie mogłem przestać jeść, bo podłączyliby mnie do jakiejś sondy, a tego mój umysł już na pewno by nie zniósł. Bardziej drastyczne sposoby jakoś do mnie nie przemawiały. Wszystkie moje rozważania kończyły się tą samą konkluzją.

Miałem przejebane.

Kilka pierwszych dni spędziłem na przystosowywaniu się do sytuacji. Uczyłem się oddychać pomimo ściskającego moją klatkę gipsu. Znalazłem kilka pozycji umożliwiających mi zniwelowanie swędzenia w najbardziej dotkniętych tym rejonach. Nauczyłem się robić pod siebie bez zażenowania. Ćwiczyłem medytację. Układałem historyjki w głowie. Liczyłem do stu i z powrotem. Marzyłem o dniu w którym stanę znowu na nogi.

Potem pojawiła się nuda.

Kiedy przestałem się skupiać na mniejszych i większych niedogodnościach z jakimi się borykałem, dotarło do mnie, że nie mam kompletnie nic do roboty. Nawet gdybym miał jakieś książki to nie mógłbym ich czytać. Telewizor w sali był płatny, a ja nie miałem grosza przy sobie. Jedyną rozrywką jaką miałem było gapienie się kątem oka w niebo za oknem i nasłuchiwanie przytłumionych dźwięków z korytarza. Wiedziałem, że ktoś jeszcze przebywał ze mną na sali, ale chyba był nieprzytomny, bo nigdy nic nie mówił. W pierwszym tygodniu myślałem, że zwariuję. W drugim zacząłem układać w głowie plan. O dziwo, czułem się zmotywowany do działania. Nie zamierzałem się poddać. Choć kiedyś wydawałoby mi się to niemożliwe, nagle poczułem, że mam ochotę powalczyć o powrót do zdrowia. Myślałem tylko o tym. O pokazaniu wszystkim na co mnie stać. Tak by zobaczyli, że nie jestem jakimś słabym frajerem. Że jestem wojownikiem i że jeśli mi się chce, naprawdę chce, to mogę dokonać wszystkiego.

Tak był właśnie mój plan.

*

Zaczynam kiwać się na wietrze. Spoglądam w dół. Od wolności dzieli mnie tylko siedem pięter. Kilkanaście sekund i wszystko się skończy. Negocjator oddalony o pięć kroków pyta mnie, czemu chcę to zrobić. Przecież z tego wyszedłem. Mam jeszcze kawał życia przed sobą.

Jak dla mnie to góra pięć minut, ale niech myśli sobie co chce.

– Widzi pan to – mówię zginając prawą rękę do połowy. – Więcej już nie mogę – tłumaczę. – To jest maks. Dalej już nigdy jej nie zegnę. – Tak to wyjaśniam.

Patrzę mu w oczy. Jest w moim wieku. Dla niego to tylko kolejny dzień roboty. Czy mnie stąd ściągnie czy nie – nie ma znaczenia. Jego wypłata na tym nie ucierpi.

*

Dni zaczęły mi przelatywać przed oczami. Poniedziałek, wtorek, środa. Tydzień, drugi, trzeci. Któregoś dnia jedna z pielęgniarek przesunęła łóżko zmieniając moją rzeczywistość z okna i białej ściany na drzwi do sali i skrawek ciągnącego się za nimi korytarza. Widziałem też mojego współlokatora. Dogorywającego dziadka, z którym nie było żadnego kontaktu. Cały czas spał, a kiedy się budził, tylko majaczył. Na początku mi to nie przeszkadzało, ale po paru tygodniach bez rozmowy z kimkolwiek czułem się odizolowany. Jak dziki człowiek. Byłem tylko ja i moje myśli. Wszystkie te gówniane wspomnienia. Zmarnowane okazje. Niespełnione nadzieje. Byłem w szoku ile mogłem sobie przypomnieć. Ile urywek i migawek z mojego nudnego życia udało mi się poskładać w pełne wspomnienia. Do tej pory miałem wrażenie, że przez prawie czterdzieści lat mojego życia właściwie nic się nie wydarzyło. Układając sobie wszystko w głowie dotarło do mnie, że było tego jednak w cholerę. Marzyłem o tym, by większość z nich zapomnieć. Wymazać z głowy. Ale bez nich nie miałem o czym myśleć, a bałem się, że jeśli przestanę. to w końcu stanę się warzywem.

*

Z tego co pamiętam miała na imię Bożena. Chyba. Albo Grażyna. Jakoś tak pospolicie – nie ważne. Jedyna pielęgniarka, która traktowała mnie odrobinę jak prawdziwego człowieka. Jedyna osoba, która próbowała ze mną porozmawiać. To było jeszcze zanim wyjęli mi druty z twarzy. Kiedy mogłem jedynie warczeć i jęczeć – ewentualnie mrugać oczami. Ona zadawała mi pytania, a ja potwierdzałem albo zaprzeczałem jednym lub dwoma mrugnięciami. W ten sposób dowiedziała się, że czuje się do bani, wszystko mnie swędzi i że chce mi się rzygać od tej papki, którą wciskała mi przez słomkę do ust. Przychodziła do mnie i opowiadała mi o swoich synach. Jeden studiował geodezję a drugi siedział w więzieniu. Nie byłem tym specjalnie zainteresowany ale było to lepsze niż bezcelowe gapienie się w sufit albo na korytarz. W czwartym albo piątym tygodniu wymyśliła sobie, że może mógłbym spróbować coś napisać na kartce. Coś co chciałem jej powiedzieć poza „tak” i

„nie”. Moje palce były do połowy schowane pod gipsem, ale udało się jej wcisnąć między mój środkowy i wskazujący palec krótki ołówek. Podtrzymując notes pozwoliła mi wyskrobać krótkie zdanie.

„Proszę, zabij mnie”

Później już się do mnie nie odzywała.

*

To było jak świąteczny poranek. Jak wigilijny wieczór tuż przed rozdaniem prezentów. Najlepszy dzień z mojego życia – co wiele mówiło o jego ogólnej jakości. Najpierw zwieźli mnie specjalną windą na parter szpitala, potem wąskim korytarzem przepchali moje łóżko do pracowni rentgenowskiej i zrobili całą serię zdjęć. Zastanawiałem się, czy nie dostanę od tego wszystkiego raka. Tyle razy mnie prześwietlili. Potem odwieźli mnie z powrotem na górę, nie mówiąc nic o tym co uwidoczniło się na tych zdjęciach. Czy wszystko się pozrastało? Czy są jakieś powikłania? Czy będę jeszcze kiedyś normalnie funkcjonował? Nic. Zero. Miałem ochotę wrzeszczeć, ale moja twarz nadal była jak zespawana. Dopiero po południu przyszedł do mnie lekarz z wiadomością, że wszystko jest w porządku i zaczną mnie powoli uwalniać z gipsu. Najpierw twarz i głowa, potem tułów, ręce i nogi. Dwa, góra trzy tygodnie i będę mógł zacząć rehabilitację. Nie myślałem o tym co będzie później. Interesowało mnie tylko wyjście z tej sytuacji. Wolność. Możliwość wypełznięcia o własnych siłach i powrotu do niedokończonych spraw.

To był szczyt mojej naiwności.

*

Nie mogłem skręcić głowy nawet na milimetr. Przynajmniej przez pierwszą godzinę. Potem udało mi się wycisnąć kąt kilku stopni. Raz w lewo, raz w prawo. Myślałem, że to tylko tak na razie. Że za chwilę wszystko wróci do normy ale następnego dnia nie było dużo lepiej.

Jeśli chodziło o mówienie to po trzech dniach mogłem wydobyć z siebie coś co przypominało tak i nie. Nawet gdybym mógł w pełni ruszać szczęką i tak nie wiedziałem jak wymawiać normalnie słowa. Słyszałem je w głowie. Mogłem je przeliterować w myślach ale usta miałem wypełnione watą. Jakbym nażarł się do oporu kisielu i nie mógł go przełknąć.

*

Po wyjściu z gipsu zostałem przeniesiony do ośrodka rehabilitacji. Myślałem, że będę mógł przynajmniej pójść się odlać do kibla, ale przez pierwszy tydzień nawet to było dla mnie niemożliwe. Mój plan zaczynał się robić coraz mniej realny. Nie mogłem chodzić. Podniesienie ręki do góry było jak wspinaczka na Giewont. Z każdym dniem docierało do mnie, że wyjście na wolność nie było wcale takie pewnie. Nie wiedziałem, czy w ogóle kiedykolwiek dam radę się podnieść. Pomimo tego, że pozbyłem się już gipsu, nadal byłem ubezwłasnowolniony. Każdy poranek zaczynałem od próby wstania z łóżka. Wyglądało to tak, że otwierałem oczy i patrzyłem przez minutę na sufit, biorąc przy tym serię głębokich wdechów. Kiedy zaczynałem czuć mrowienie, przekręcałem się na prawy bok, lewą ręką podpierałem się o powierzchnię łóżka i ruchem pompki unosiłem się do góry. Potem opadałem bezsilnie, czekałem trzydzieści sekund i zaczynałem procedurę ponownie, wkładając resztki sił jakie pozostały mi na ten dzień. Za czwartym albo piątym razem udawało mi się usiąść na krawędzi łóżka. Mogłem rozejrzeć się po pokoju. Małej klitce pięć na cztery, którą dzieliłem z Januszem. Janusz potknął się o próg. Upadł na kolano, które złożyło się jak zapałka. Dwie szyny, osiem śrub. Półtora roku rehabilitacji. To była jego czwarta seria. Praktycznie cały czas gadał, czasami kilka razy opowiadając tę samą historię. W jego towarzystwie zaczynałem tęsknić za samotnością.

*

Dni składały się z poranków spędzanych na przeklinaniu rzeczywistości. Potem było skromne śniadanie a później zabiegi i ćwiczenia. Masaże. Rozciągania. Lasery i nagrzewania. Prądy. Rehabilitacja sama w sobie nie była taka zła. W przeciwieństwie do personelu szpitalnego, fizjoterapeuci byli trochę bardziej przyjaźni i ludzcy. Dało się z nimi normalnie porozmawiać. Szkoda, że nie miałem o czym. W mojej głowie był tylko plan. Musiałem znowu zacząć chodzić. Tylko to się liczyło. Jak się uda to będę myślał dalej. Tak to widziałem. Z tego powodu każdego dnia dawałem z siebie wszystko. Nie było mowy o odpoczynku. Kazali mi rozciągać gumy, to je rozrywałem. Ściskałem piłki aż ulatywało z nich powietrze. Zerwałem nawet linkę podwieszającą mi nogi w powietrzu. Tak intensywnie nimi wachlowałem.

Wszyscy byli pod wrażeniem. Pan to daje czadu. Nigdy nie widziałem, żeby ktoś tak intensywnie ćwiczył. Naprawdę panu zależy, co?

Zależało.

Musiałem się jak najszybciej wyrwać i wrócić do swoich spraw.

*

Spędziłem w gipsie prawie osiem tygodni. Potem przez trzy miesiące uczyłem się ruszać kończynami na nowo. Potem dwa miesiące zajęło mi chodzenie z chodzikiem. Miesiąc później kuśtykałem o lasce. Kolejne sześć miesięcy i miałem ją z głowy. Po nowym roku mogłem już całkowicie o własnych siłach wejść na dach mojego bloku.

*

Co myśli sobie koleś, który marzy tylko o tym by umrzeć? Wstaje rano, patrzy na sufit albo w okno i wyobraża się na końcu sznura? Myje zęby mając przed oczami krawędź nad przepaścią. Zastanawia się na tym czy to sprawiedliwe? Dlaczego na niego trafiło? A może w ogóle nie próbuje tego zrozumieć i czeka jedynie na odpowiedni moment?

*

Od wolności dzieli mnie siedem pięter. To jest tylko kilkanaście sekund drugi przez powietrze. Wystarczy jeden odważny krok.

Negocjator pyta mnie, czy naprawdę nie mogę się pogodzić z niepełnosprawnością. Odpowiadam mu, że mógłbym kucnąć, ale już bym się nie podniósł. Mówię mu, że nadal każdego dnia bolą mnie kolana. Że mam skrzywiony kręgosłup. Że czasami piecze mnie podczas sikania i że nigdy już nie podniosę nic cięższego od mojej własnej głowy.

Nic nie rozumie.

Pyta mnie o inne powody. Czy jest coś poza zdrowiem, co pchnęło mnie do tej decyzji.

Odpowiadam, że teraz już nie.

Negocjator myśli trochę, a potem pyta mnie, prosi w sumie, żebym mu wytłumaczył więc czemu tak naprawdę skoczyłem za pierwszym razem.

Na to już nie odpowiadam. Robię tylko krok do przodu.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania