Poemat Zbrodni i Cieni.

Mrok gęsty niczym syrop klonowy spowijał ulice skąpane w purpurowej poświacie gasnących neonów, gdy komisarz Edward Jaworski postąpił krok naprzód, a pod jego ciężkim, skórzanym obuwiem chrupnął deszczowy asfalt, spowity oparem wonnego deszczu i miejskiej melancholii. Miasto oddychało ciężko, znojnie, pociąc się mgłą tak gęstą, że niemal można było krajać ją srebrnym sztyletem, który jeszcze przed chwilą tkwił w piersi bezdechowego ciała barona papierosowego przemysłu.

Ofiara, pan Hieronim Wilczyński, spoczywała na atłasowych poduszkach w głębi swego pysznego, pałacowego gabinetu, w którym zapach drogich cygar plątał się w pośmiertnym tańcu z wonią świeżo przelanej, purpurowej krwi. Jego oczy – niegdyś pełne bezwzględnej chciwości – przypominały teraz dwa mętne, szklane paciorki, w których zgasł ostatni płomień ziemskich namiętności. Czerwona plama na wykwintnym koszula-żabocie kwitła niby mroczna, aksamitna róża w szczycie swojego przerażającego rozkwitu.

— Kolejny poemat zbrodni zrealizowany ręką wirtuoza zła... — zaszeptał sam do siebie komisarz, wyciągając z kieszeni płaszcza mosiężną zapalniczkę, której ogień rozbłysnął na moment, oświetlając wyrazisty rysunek jego zmartwionej, przeoranej bruzdami doświadczeń twarzy.

Za futryną hebanowych drzwi stała ona – hrabina Aurelia, niewiasta o urodzie zjawiskowej i niszczycielskiej zarazem. Jej oczy, niczym dwa szmaragdy wyłowione z najgłębszych otchłani oceanu, błyszczały łzami, lecz na jej purpurowych wargach, namalowanych z najwyższą precyzją, błąkał się ledwie dostrzegalny, urokliwy cień tajemnicy. Owinięta w szal z lisa, spoglądała na martwego męża bez cienia ciepła – była niczym lodowa rzeźba dłuta zapomnianego mistrza.

— Czy sądzi pan, komisarzu, że dusza humanitarna zatrzyma się nad tym nieszczęsnym padołem, by zapłakać nad człowiekiem, który potrafił kupić cały świat, lecz przegrał z zimnym ostrzem losu? — jej głos brzmiał jak melodia skrzypiec, na których pękła najważniejsza ze strun.

Jaworski nie dał się jednak zahipnotyzować tej syreniej pieśni. Powoli zbliżył się do kominka, w którym dogasały węgle, wyrzucając w górę ostatnie iskry niby konstelacje miniaturowych, konających gwiazd. Wśród popiołu dostrzegł skrawek nadpalonego pergaminu z kaligrafowanym napisem, z którego wyzierała obietnica zdrady.

— Pani hrabino — odezwał się komisarz, a jego słowa powoli opadały na marmurową posadzkę z ciężarem ołowianych kul — ludzka chciwość tworzy niesamowite tragedie, lecz to zawsze pycha pisze ich ostatni, najbardziej krwawy rozdział. A ten sztylet... jego rękojeść pachnie perfumami z dzikiego jaśminu, dokładnie takimi, jakimi pachnie kark pani...

Słowa te zawisły w gęstym powietrzu gabinetu niczym topór kata gotowy do spadnięcia. Szmaragdowe oczy hrabiny zgasły, a pałacowa cisza stała się tak przejmująca, że słychać było jedynie miarowe, pośpieszne tykanie uwięzionego w złotej kopercie zegara. Trop nie kończył się jednak w tym złotym klatkowisku – ślady prowadziły głębiej, w mroczne trzewia metropolii.

Cienie wewnątrz lokalu „Pod Srebrną Saksofonową Łzą” kłębiły się w rytm dusznego, synkopowanego kontrabasu, który niczym żałobny bęben wyznaczał rytm upadku tej zepsutej metropolii. Dym tytoniowy gęstymi, sinymi chmurami spowijał kryształowe żyrandole, z których kapał nie wosk, lecz gęsty pot nocy. W tym podziemnym labiryncie grzechu, gdzie zapach taniego absyntu mieszał się z wonią potu i spalonej ambry, komisarz Edward Jaworski szukał kliszy łączącej zmarłego barona z nocnym królestwem cieni.

Przy stoliku z politurą zszarzałą od lat spoczywał człowiek bez twarzy, z wielkim cygarem w kąciku ust, znany w półświatku jako maestro iluzji. Podał Jaworskiemu kieliszek gęstego, rubinowego trunku, w którym lśniły drobinki prawdziwego złota.

— Szukasz odpowiedzi w złych miejscach, komisarzu — wychrypiał mrocznym, głębokim głosem, który zlewał się z zawodzeniem trąbki z głębi sceny. — Hieronim Wilczyński nie zginął przez zazdrość kobiety. On podpisał wyrok śmierci w chwili, gdy zaryzykował grę z kartami, których nikt nie potrafi kontrolować.

— Mów dalej, zanim cierpliwość moja wygaśnie szybciej niż te nędzne płomienie — odparł chłodno Jaworski, muskając rękojeść swojej służbowej broni, schowanej głęboko w zakamarkach wełnianego płaszcza.

— To loża "Błękitnej Ćmy" — zaśmiał się cicho nieznajomy, a w jego oczach błysnął niebezpieczny ogień. — Towarzystwo ludzi, dla których całe to miasto jest jedynie marionetkowym teatrem. Hieronim próbował ukraść im księgę dłużników. Kto podnosi rękę na skarbiec cieni, ten kończy ze sztyletem jaśminem pachnącym...

W tym momencie muzyka gwałtownie ucichła, a w gęstym mroku rozległ się jeden, pojedynczy, mrożący krew w żyłach wystrzał.

Mrok po wystrzale osiadł na sali niczym ciężka, aksamitna całunowa płachta. Gdy dym z pistoletu rozproszył się w dusznej atmosferze klubu, komisarz Edward Jaworski nie wahał się ani chwili. Podążając za chłodnym powiewem powietrza, zstąpił w głąb podziemi, gdzie za ukrytym hebanowym portalem otwierały się wrota do sanktuarium loży „Błękitna Ćma”.

Komnata skąpana była w głębokim, szafirowym świetle, a na jej środku, na tronie wyściełanym purpurowym jedwabiem, spoczywał człowiek w hebanowej masce przedstawiającej skrzydła ćmy. W jego dłoni błyszczał kielich z najprzedniejszym rocznikiem wina, którego woń mieszała się z upiornym zapachem mirry i spalonego kadzidła.

— A więc to pan jest architektem tej krwawiącej iluzji — rzekł komisarz Jaworski, a jego głos odbił się ostrym echem od marmurowych ścian. — Pociąga pan za sznurki marionetek, wierząc, że śmierć Hieronima Wilczyńskiego przejdzie bez echa w szumie miejskiego deszczu.

Tajemniczy mocodawca powoli uniósł dłoń ozdobioną sygnetem z czarnego diamentu. Kąciki ust ukryte pod maską wykrzywiły się w gorzkim, pełnym wyższości uśmiechu.

— Och, komisarzu... — odezwał się głos czysty, miękki i niepokojąco znajomy, niczym aksamitny dotyk nocnego wiatru. — Wilczyński był tylko pionkiem na tej złoconej planszy, zachłannym głupcem, który uważał, że potrafi kupić nieśmiertelność. Sztylet, który przebił jego pierś, nie był wyrokiem zemsty, lecz aktu poetyckiej sprawiedliwości. W tym mieście to nie prawo pisze scenariusze, lecz ludzkie pragnienia, gęste i mroczne jak smoła.

Jaworski postąpił krok naprzód, a blask szafirowych lamp odbił się w stalowym ostrzu jego spojrzenia.

— Każdy poemat zbrodni ma swój finał, a pan właśnie dotarł do ostatniej zwrotki.

Powietrze w podziemnym sanktuarium zstąpiło do temperatury lodu, gdy klask aksamitnych dłoni przeciął szafirową ciszę niby cięcie gilotyny. Z cienia, niczym zrodzony z pociemniałego koszmaru fantom, wyłoniła się hrabina Aurelia. Jej szmaragdowe oczy, które jeszcze kilka godzin temu wylewały fałszywe łzy nad ciałem męża, teraz pałały dzikim, gorączkowym blaskiem triumfu.

— Ach, komisarzu... Jakaż to pyszna tragedia, kiedy śledczy staje się ofiarą własnego wirtuozostwa! — zaśmiała się, a jej głos rozbrzmiał pośród marmurów niczym kaskada spadających szklistych sopli.

Mocodawca w hebanowej masce powoli pstryknął palcami. Dwa osaczające komisarza cienie – potężni osiłkowie o twarzach przypominających wykute z granitu maszkarony – skoczyli naprzód z pędem podziemnego huraganu. Jaworski nie czekał. Jego ruchy były precyzyjne i gwałtowne jak uderzenie pioruna w pędzący kondukt żałobny. Pierwszego z napastników powalił ciosem mosiężnej zapalniczki prosto w skroń; człowiek ten osunął się na posadzkę bezgłośnie, niby zrzucony z wieszaka ciężki, wełniany płaszcz.

Drugi z cieni zamachnął się zakrzywionym, lśniącym stalą sztyletem. Ostrze przemknęło tuż przy twarzy komisarza, rozcinając powietrze z poświstującym jękiem. Jaworski chwycił nadgarstek zamachowca, skręcił go w poetyckim akcie samoobrony i z głuchym trzaskiem łamanej kości pchnął go na szafirowy tron.

W tym samym ułamku sekundy mocodawca sięgnął pod jedwabną szatę po miniaturowy, zdobiony perłową macicą rewolwer. Komisarz był jednak szybszy. Wyciągnął swój służbowy rewolwer – ciężki, pozbawiony ozdób i chłodny niczym sam wyrok śmierci. Huk eksplozji rozerwał duszny opar mirry i kadzidła, rozbijając kryształowy żyrandol powyżej.

Tysiące szklanych odłamków spadły na komnatę niczym deszcz diamentowych łez, gasząc szafirowe światła i spowijając wszystko w aksamitnym mroku.

Gdy mgła powystrzałowa opadła, w słabym blasku dogasających świec ukazał się widok pełen ponurego majestatu. Hrabina Aurelia stała sparaliżowana strachem, a mocodawca osunął się na marmurową posadzkę. Jego hebanowa maska pękła na pół, odsłaniając twarz – twarz samą w sobie będącą największym oszustwem tej metropolii. Maskę zrzucił nie kto inny, jak sam wiceprezydent miasta, szanowany filantrop, którego dłonie, niegdyś czyste i pachnące różanym olejem, teraz broczyły szkarłatem zranionej dumy i przegranej gry.

— Twój poemat zbrodni dobiegł końca, panie wiceprezydencie... — zaszeptał Edward Jaworski, chowając dymiącą broń do kieszeni swego poturbowanego płaszcza. — A ty, hrabino, zatańczysz swój ostatni taniec, lecz nie w pałacowych salonach, a za żelaznymi kratami miejskiego więzienia, gdzie deszcz nigdy nie przestaje pukać w parapet.

Komisarz odwrócił się na pięcie i wyszedł w noc, w gęstą, nieustającą mgłę, która spowijała miasto – miasto, które na chwilę odetchnęło czystszym powietrzem, choć jego grzechy wciąż czaiły się na każdym rogu.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania