(PoG2dS) – Trygramy

Wieczór zasnuwał się ciężkimi chmurami, tylko jedno miejsce zastanawiało. Rudoczerwony obłok. Wił się jak zaskroniec pomiędzy domami i syczał przerywanym łkaniem.

Martwo zawieszona chmura żyła i kłębiła się, i rzedła. Napływały do niej z dołu w sukurs, kłęby tłuste i świeże.

Pali się – pomyślałem i poszedłem w stronę, czerwonego dymu. Droga wąska i kręta, jakby linia życia, a po obu stronach ciągnął się ubogi pas maguis. Żwir zgrzytał pod podeszwami i szemrał daleki ruch uliczny.

 

– Panie, mistrzuniu kochany, da pan szluga? – wyrwał mnie z zamyślenia czyiś głos.

 

Mówił najohydniejszym slangiem pod chmurami, a kiedy podpalał papierosa, ujrzałem dłonie o palcach wrażliwych i długich. Ciepłym piaskiem zachrypiał:

 

– Jestem autsajder, pianista bez przyszłości – ksywa Mozart.

 

Czarne gałęzie drzew na tle zielonych ścian skłotu, wcinały się jak nieprzerywalny szydełkowy splot na mahoniowej lace. Niczym nagrobek porośnięty dzikim winem. Niesamowite. Jak można tak rozplanować piękno natury.

Zakratowane okna, a drzwi na szeroko otwarte bez klucza, wołały. Wszedł w podwoje zimnego motte, a ja za nim sunąłem po szorstkim jak pumeks linoleum. Mijałem czerwone płatki żalu, oczy szeroko otwarte patrzyły spod powiek, jak zamglone perły zatrzaśnięte w ostrygach. Niczym neutrony zbudowane z kwarków. Odbijały niepodzielny stan okopowy. Strach przed reokupacją, a zarazem dosięgalny tajemnicy wszechświata.

 

Ich Manhattan, kolebka spokoju.

"Czas nieutracony"– napis na suficie proporcjonalnie zlewał się z klimatem tego miejsca. Pod nim przestrzeń ciężka jak pierzyna bez przeszyć, wypchana obojętnością.

Zrodzone w ciszy telepatyczne wejście bez słów i zmysłów w obszar innego umysłu. Ciągły kołowrotek myśli.

Ktoś próbował podmurowywać odpadający tynk ze ścian i stworzył znak nieskończoności. Oktet, obraz ośmiu symboli: niebo, ziemia, grzmot, wiatr, woda, ogień, góra, jezioro. Lustro Bagua.

 

Jego Filharmonia. Puste łóżko i sprężyny niczym dźwięki orkiestry… I fortepian? Wybrakowany, bez kilku klawiszy, bez klapy. Napis złoty, wytarty - ski i Syn. Politura spękana od zmierzchu, jak pięta starej kobiety. Obok taboret bez nogi, za kulę służył „Szpital Przemienienia”. Jak filar dźwigający przemijanie.

Usiadł i nacisnął dłońmi gałki oczne, jeszcze zanim palce położył na klawiszach, zanim uderzył. Rozległa się gigantyczna symfonia dźwięków, wypalona erupcja wulkanu, orgia drgających kolorów. Widmo płomieni, rzeczy niewyobrażalnych – koncert bez publiki, karnetów, bez owacji.

I nikt nie mógł sobie uzurpować prawa do jego talentów, do życia.

 

Tylko wiatr zaglądał przez dziurawe okna i rozwiewał smarną nadzieję na jutro, na chwilę, na dom, co gdzieś (nie) czeka. Gdyby w dom ten dziś wchodził ktoś bliski, rzekłby:

 

– Mamo, kurwa to złodziej.

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (4)

  • Spektakularne widowisko.
    Nazwałabym ten przyrodniczy zakątek artystycznym językowo.
    Ale koniec jest po prostu w punkt!
    "– Mamo, kurwa to złodziej."
  • Pasja godzinę temu
    Dzięki.:)
    Ale ciężkie słowa wybrano.

    Pozdrawiam
  • A i jeszcze, sprawdz słowo nr. 13
  • Pasja godzinę temu
    Dzięki za oko :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania