PoG2dS – Astrid starcie z kobiercem
Otwarta przestrzeń zamarzniętego jeziora skupiała różnych miłośników jazdy po lodzie.
Młodzi chłopcy z pobliskiej szkoły niedzielnej przy zakrystii w czasie przerw wybiegali na lodowisko z kijami, aby dryblować zamarzniętym jabłkiem. Astrid szosowała z górki na sankach, kiedy jeden z grupy jabłkowego hokeja strzelił zamiast w bramkę strzelił jadącą dziewczynę za boiskiem w czoło. Trafiona spadła na tor saneczkowy. Ujrzała arkadyjski obraz siebie w błogim stanie ogłuszenia.
Gdy powoli otwierała oczy, ujrzała Leona poraz pierwszy chciała scalić ten stan z rzeczewistością, barytować bez znaczenia. Zamiast tego stanęli na kobiercu zaledwie pięć lat od tego wypadku. Umowa, w której Pastor musiał adnotować, że zasadowy odczyn uszkadza cyrograf. Podpisywali go w białych rękawiczkach, aby nie miał kontaktu ze skórą. Doprecyzował też co znaczy w kalendarzyku małużeńskim opis szczegółowy, egzemplifikacja była zbędna po tym jak para narzeczona uśmiechała się szeroko. Dziecko było już poczęte.
Pastor wysłał ich do konfesjonału, tłumacząc jak mogli sobie tak pofolgować, że to zabronione, grzech i teraz ulotność poślubna zmusi go do odprawienia ich do samej kostuchy.
W pośpiechu cudaczny pomysł pastora wdrążono w proces zaślubin.
Była jak monstrancja złota jak whisky przydeptywała sobie kaczym chodem kremową suknię, lekko pochylając się do przodu. Bukiecik z hiacyntów roznosił wonny cud ogłaszając ją naście minut wcześniej żoną. Obok pierścionka w wiktoriańskim stylu z bursztynem wtoczyło się kółko z wygrawerowanymi "love love". Okręciła palcem miłość dwa razy i spojrzała na męża. Fotograf dyskretnie scalał kadry.
Wyjście z kościoła było udekorowane białymi hortensjami. Kroczyli po perskim dywanie zakłopotani obecnością niewygodnych świadków zalegalizowania paktu z ręki śmierci. Dozgonnie jej obiecywali, dozgonność.
Zanim na schodach salwa ryżu spadła na nich szturmem z każdej strony ojciec panny młodej krzyknął na powitanie.
– Moja córka! – przecierał spiczasty nos szmacianą chusteczką.
– Ojcze, spotkamy się na weselu – zrobiła ukłon i pomknęła do dorożki z dwoma białymi końmi.
Matki nie było, brakowało jej w tym jednym z najważniejszych dni jej życia. Odziedziczyła po niej karłowatość. Długo czekała aż znajdzie się wybranek, który nie będzie kpinkować z jej zewnętrznej powłoki.
Komentarze (6)
Dzięki.
Piszesz w tej edycji?
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania