PoG2ds — Ciekawe rzeczy na kozetce w sinym świetle Meliny

Brama do baru Melina była czynna przez całą dobę siedem dni w tygodniu. W lokalu można było śpiewać, pić, żartować, palić, kichać, przeklinać, uprawiać ogródek w doniczkach. A gdy przychodziła zima można było uprawiać nawet nierząd dla dobra narodu. Nie powiem, słyszało się głosy dezaprobaty. Największymi przeciwnikami Meliny była pewna cichodajka i święty rolnik, choć oboje byli częstymi gośćmi tego miejsca. Zimą również, a nawet szczególnie.

W ogóle z tym rolnikiem to śmieszna sprawa. W jego menu głównie gościła biała fasola, cebula i czosnek, a od święta słone paluszki. No i rozcieńczona gorzała, którą serwował Kazik Owca.

Rolnik zawsze miał przy sobie swoje zdjęcie z komunii, bo jak twierdził, wtedy ukazał mu się duch święty i nakazał pilnować niebiańskiego ładu we wsi, co czynił z lubością.

*

 

Melina była ulubionym miejscem spotkań społeczności dwóch wsi i jedynym barem w okolicy 66 kilometrów. Po lewej stronie od lady stał podrasowany Rubin, model 714p, który na przemian nadawał albo tvn24 albo republikę. W zależności kto pierwszy przyszedł ze swoim przeinstalowanym pilotem. Bo kto miał pilot, ten miał władzę.

 

Przed laty bar był zwykłą stodołą, kiedy jednak stary Owca się pochorował, Kazik zrobił licencję i rozkręcił z braćmi interes. Ruch mieli sinusoidalny, wiadomo latem mniej, bo ludzie w polu, zaś zimą zdecydowanie więcej.

Przychodzili wszyscy, którzy posiadali dowód osobisty i kasę w portfelu. Bowiem Kazik nienawidził nowoczesności i uznawał tylko gotówkę. Jak młode przychodzili płacić kartą albo telefonem, to Kazik wyganiał ich, wymachując brudną ścierą.

Latem na zewnątrz Owca z braćmi zrobili taras. Kilka desek na podłogę, słupki, plandeka, krzywe krzesła, parę stolików i siedzieli w weekendy do białego rana i całe dnie przy leniwie mijającym czasie. Ale kiedyś wpadł tam wściekły proboszcz. W szale chciał zdemolować taras i Melinę w środku, to musieli go w kaftan bezpieczeństwa wsadzić, tj obwiązać sznurem do snopowiązałek. Wrzeszczał, jak opętany, że te rozpasanie jest z winy Owcy, więc teraz czy ulewa czy mróz siarczysty, wszyscy grzecznie, choć na rauszu, maszerują na dziewiątą na mszę świętą.

*

 

Pewnego lata do wsi przyjechali letnicy z dużego miasta. Chcieli koledze urodziny wyprawić i ogień rozpalić na ognisko i świniaka upiec i żeby typowo wiejska zabawa była, cena akurat nie grała roli. Kazik to patrzył na nich trochę spode łba, bo trupia tekstura ich fizis była wyjątkowo odpychająca, ale jak  wpłacili sporą część gotówki, to Owca skwitował: Jak płacą, to porządne są. Mi to rypka, czy zombie.

 

W sobotę wczesnym wieczorem letnicy już trochę zamroczeni, mimo iż za dnia spali na sianie w towarzystwie Jednookiego Zenka,   zaczęli głupieć i szurać. No krzesłami szurali po deskach na tarasie i śpiewali Jedzie pociąg z daleka, udając, że jadą ciuchcią. Owca trochę bał się, że mu deski poniszczą, więc wyszedł do nich z propozycją, żeby po lesie poganiali, z łuku postrzelali, potrenowali trochę kondycję, to mu odpowiedzieli, że oni codziennie mają Trening Wyobraźni i nie potrzebują po lesie ganiać, jak zwierzęta. Owca wzruszył ramionami i wrócił do swoich zajęć niewzruszony.

 

Po wyjeździe mieszczuchów rytm życia lokalsów wrócił na właściwe tory spokojnego żywota, póki ktoś nie zauważył brak Jednookiego Zenka. Wszędzie szukali i kartki z treścią "ktokolwiek widział ktokolwiek wie" porozwieszali po dwóch wsiach. Proboszcz z ambony nawoływał, żeby zguby szukać, bo to legenda jest i postać ważna. Podejrzenia padły na przyjezdnych, że najpewniej zabrali Zenka  do miasta. Kiedy wszyscy stracili już nadzieję, po niedzielnej mszy proboszcz wyskoczył z kościoła krzycząc: oddaj Zenka, ladacznico! Cichodajka błagała proboszcza, żeby głośno nic nie mówił, bo to tajemnica spowiedzi i że jej po prostu było smutno samej. Proboszcz po drodze zabrał trzech chłopa i wszyscy zabrali Zenka od cichodajki. Do tej pory dziwią się skąd ona miała siłę, żeby przetransportować dwumetrowego stracha na wróble do swojego domu za polami rzepaku.

 

Odnalezienie Jednookiego Zenka uczczono w Melinie jak należy. Kazik Owca, niewiele myśląc, wyciągnął spod lady wielki korek od gąsiora z pędzoną, według ojca receptury, czyściochą i obwieścił, że pierwsze szkło na koszt firmy. Zenka postawili obok Rubina blisko kozetki, na której proboszcz czasami spowiadał. Wystarczyło, że usiadł, rozejrzał się po wnętrzu tym swoim przeszywającym wzrokiem, taki miał system, a kiedy trafił, to kiwał palcem wskazującym i przychodzili, jak na ścięcie. Czasami toczyły się rozmowy mentalne między miejscowymi filozofami.

 

W środku imprezy, po kilku głębszych święty rolnik podszedł do cichodajki i podarował jej prezent z prośbą, żeby samodzielnie włożyła go sobie na głowę. Kobieta także była po kilka głębszych, więc ochoczo przystała na prośbę. Wymyślna struktura z patyków i papieru toaletowego zgrabnie spoczęła na jej głowie i teraz dumnie chodziła wśród zebranych, bo w końcu ktoś okazał jej respekt. Bo jaka królowa, taka korona.

*

 

W Sylwestra znowu młodych najechało, bo Melina miała pięciogwiazdkową opinię w Google. Wtedy to Kazik Owca po raz pierwszy przyjął płatność kartą i to był krok w nowoczesność, na którą tylko Jednooki Zenek patrzył z niechęcią.

 

__

To jest żywy twór, po jednej, drobniutkiej edycji.

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (4)

  • Witaj w zbiórce dwudziestki. :)
    Zachowam odległość inyerpretacyjną na razie

  • Aisak 4 godz. temu

    Dzięki!

  • JagVetInte 4 godz. temu

    Kawał tekstu, ta melina jest... Gdzieś tam istnieje, co? Jak i rolnik z koleżanką 😏

    Pogadane. Ale tak warszawsko pogadane, nie mylić z przegadane. No. Chylę czółka 😁

  • Aisak 2 godz. temu

    Na pewno istnieje gdzieś tam, w okolicach złotych pól rzepaku😋

    Dzięki wielkie za miłą opinię!

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania