(PoG2dS) Ćma
Matko przenajświętsza, jestem samotną matką.
Powinnam rozplanować dalsze działania, wezwać kogoś, kto ma większe moce, może księdza, moja ćma Motte, będzie bardziej dosięgalny w tym stanie? Nie mam już siły, nie wiem co robić. On mój pierworodny, jedyny... Potrzebuje mnie, ja go potrzebuję.
Drzwi otworzyły się lekko, zaduch wisiał wczepiony we wszystkie ściany.
– Motte?! Słyszysz mnie, już czas – Matka odsłoniła okno, ale ja czułem, że pierzyna jest za ciężka. Pochowałem się na żywca w tym łóżku, mój nagrobek z datą urodzenia na wiszącym na ścianie rysunku. Mój autoportret, moja przerwana linia życia na mapie do Manhattanu.
– Matko wyjdź! – błagałem odwróconym spojrzeniem w stronę okna. Ona ten filar, który trzyma mnie przy: otwórz oczy, zamknij oczy. Okno kotara, wschód, zachód. Tkwię z nią w telepatycznej więzi zmartwień. Wiem, że ona jest jak reokupacja, zrzucała na mnie pociski z samolotu pancernego w postaci wyrzutów słabości, bezradne wykrzykiwanie dlaczego?
Mam dwadzieścia cztery lata, na francuskiej ziemi chowałem się za maquis. Nie umiem tego opisać, więc poczuj. Było to oktet, w momencie, gdy struny wojny kazały nam śpiewać w szaleństwie kul, granatów, w euforii przeżycia. Dosięgalny świst przeszywający powietrze przy głowach. Nasze dusze wisiały na ramionach. Szliśmy zachowując okopowy szyk granic. W przenośni tego znaczenia chcieliśmy zrównać głowy z ziemią. Uzurpować prawo do wolności, ale co mi po niej. Leżę, aby smarnąć odruchem niezalania posłania. Nie mam nogi, straciłem ją, wojna amputacja.
Czuję nieprzerywalny ucisk kikuta. Szuka, kolana stopy. Jest tam pochowana na wzniesieniu, kości nadają sygnał. Poprosiłem, aby podmurować boki, nie chcę, żeby do mnie przyszła.
Chcę być na to obojętny jak neutron, proporcjonalność mojego bytu zależy od matki.
Komentarze (1)
Dom, matka i syn i obok PTSD
Pozdrawiam
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania