PoG2dS - Dojrzałe do spontanicznego porodu
Stanąć w kałużach słonej wody. Spojrzeć, dryblować po gniewnej otchłani i srogim obrazie, mrugać powiekami pod wiatr, pod ołowiany blask morza.
Daleko przed horyzontem krzywy kształt łodzi i garby zgięte nad patykami wioseł, umierają bez namaszczenia.
Morze łuszczy się jak druciana kolczuga, nieme i puste. Czasem ptak zaleci i zakrzyczy, by barytować głębię czerni i kontrastu. Taki lotny, niezapisany cień.
Głębina, niczym monstrancja napęczniała istnieniem i mrowiem wodnych błąkanów.
To, dlaczego dla oka, wydaje się ono martwym?
Zastraszone czekoladowe urwisko posypane niebieskim łupkiem, aż po fioletowy gradient, tworzy zasadowy odcień głębokich purpur, lawendy i granatu.
Jak zapatrzona latarnia na wzburzone fale, które wyszorowały jego kamienne pięty do białości. Jest i cisza, która pragnie scalać dale i bliże.
A morze staje się płaskie jak stół. Wtedy nachodzą nieznane westchnienia, regularne i zaciężkie dla zmęczonego brzegu. W zetknięciu z lądem, zmienia swe oblicze. Przychodzi i milknie, by nagle walnąć pięścią o skalną ścianę, aby adnotować swoje panowanie.
Po chwili znika, spokojnie wzdychając, aby w dali zapienić się na spiczastej grani.
Na prawo niebo huczy i przydeptuje, wbijając fale w wybrzeże. Po lewej uniżone z ciemną zielenią północy zaczyna krępować ruchy. W ten szczelny kocioł, z każdym przypływem wtłacza się słony wlew.
Otchłań załamuje się promieniem w pryzmacie. Rozpalony żywioł nadciąga jak pierwiastka przed porodem, wpada w ten wylot ze stękaniem. Pomiędzy skurczami ma czas, by się cofnąć odbiciem. Skosem nadbiega parcie i tnie jak kosa, napotyka trzecią zapaśniczkę.
Zawahanie, chaos i strzał w górę rzygającym gejzerem. Ogromny wachlarz wściekłości zawodzi w powietrzu. Zaczyna szosować, rzucać deszczem i mgłą. By potem lekko sfolgować i po chwili wybuchnąć gniewem.
To nie narodziny, to taniec śmierci, a diabeł do taktu zaczyna kpinkować, potrząsając monstrualną tykwą zanurza się w złocistą toń whisky, puszczając perskie oko, w stronę córki morza.
Spienione grona, jak zaśniady groniaste czepiają się kamieni. Płaczą słonym spazmem nad pustą kołyską. Morze ryczy i pluje. A jego cudaczny, kaczkowaty chód przybiera pozycję wyjściową do ataku. Niezrozumiałe i obojętne, bije bezpamiętnie i pożera ziemię, ostatni kęs czekolady zabiera spod stóp urwiska.
Po prostu egzemplifikacja.
Na horyzoncie już nie widać krzywej łodzi… Arkadyjski spokój między człowiekiem, a naturą się dokonał.
Komentarze (6)
Niebezpieczny, nieobliczalny, niesamowity spektakl natury. Ten poród jedynie, tak wyrzucił mnie na chwilę z toni. Wody odeszły, sam przebieg ogromnego bólu, może dla Ziemi to podobnie wygląda.
Mroczno, nikt się nie narodził poza spokojem.
Potem przychodzi spokój, jakby nic nie było.
Wszystko rodzi się w bólu, tylko próg dla każdego jest inny.
Pozdrawiam
Nie musiałeś, ale dzięki że się zdecydowaeś.
Pozdrawiam
Niepozorność, tu niby powinno się czytać a się czuje. O dziwo spokój, mimo że czuć gdzieś w tle Danse Macabre, wyłączyć się można.
Intensywność opisowa, ja myślę, że taka miała być. By zająć percepcję. Wtedy, niby te agresywne momenty, wydają się...
Naturalne. Bo w sumie takie są.
Mnie właśnie burzowe klimaty uspokajają i może dlatego ten stan.
Miłego
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania