(PoG2dS) - Kapitan tonącego salonu.
Bianca ze stoickim spokojem patrzyła w lustro, masując napiętą skórę, mocno wystającego i zaokrąglonego brzucha. Z perspektywy czasu oceniała jak długą, krętą i wyboistą drogę musiała pokonać, aby znaleźć się w tym punkcie i stanąć u progu macierzyństwa. Przez lata towarzyszyła jej niechęć do odstawienia antykoncepcji; pamiętała każdy hormon, który fundował jej te wszystkie zawirowania i zmienne nastroje. A wszystko to tylko po to, by kilka miesięcy później czuć się jak wyeksploatowana, ociężała klacz u schyłku życia. Miała wrażenie, że wystarczyło ją tylko osiodłać i mocno popręgować, aby wreszcie mogła wyruszyć w tę swoją ostatnią, najważniejszą podróż.
Odetchnęła głęboko, kierując zaniepokojony wzrok na stopy, które brodziły w ciepłej kałuży o nieco mdłym i słodkawym zapachu. „Nie jest tak źle jak mówili” – pomyślała z goryczą, zastanawiając się, czy delikatne szarpnięcia, które od piętnastu minut czuła nieco poniżej pępka to te słynne bóle porodowe.
– Wypad po samochód, jedziemy rodzić! – rzuciła w stronę męża, który na dźwięk tych słów wystrzelił w górę znad sterty papierów niczym oparzony, pozwalając, by plastikowy kątomierz z głośnym brzękiem wylądował na podłodze.
– To już?! – wydobył z siebie ledwo zrozumiały pomruk, jakby komunikacja w ojczystym języku właśnie go przerosła.
Bianca niekrzepliwe powlokła nogę za nogą, powoli i niechętnie zmierzając do przedpokoju, w którym czekała podręczna torba i walizka na kółkach. Zanim chwyciła za płaszcz niedbale zawieszony na wysokiej garderobie, weszła do łazienki w poszukiwaniu różowo-niebieskiego flakonu. Uległa ostatniemu, przedporodowemu kaprysowi i z niemal rytualną starannością uperfumowała się ulubioną kompozycją – słodką mieszanką wanilii, piżma i świeżego kwiatu bzu.
Adam, jej nieco pozbawiony rezonu małżonek, zamiast pobiec po kluczyki, zaczął krążyć po salonie jak helikopter w trybie awaryjnym.
– Widziałaś moją kartę? Wiesz, tę główną, którą płacimy za jedzenie i rachunki? – zawołał rozpaczliwie, gorączkowo przeszukując szufladę z bielizną. – Przecież musimy czymś zapłacić za szpitalny parking!
Po kilku sekundach bezowocnych poszukiwań wysunął głowę zza futryny, pytając z lekką dozą nieśmiałości:
– Myślisz, że odholują samochód w razie niepłatności?
Bianca, z dłonią na brzuchu, patrzyła na niego z fascynacją godną biologa obserwującego rzadki gatunek żuka.
– Kochanie, jest w portfelu… tam, gdzie jej osobisty właściciel trzyma ją od pięciu lat…
Mężczyzna dopadł do przedpokoju i w przypływie adrenaliny chwycił pierwszy lepszy element garderoby. Zamiast płaszcza, narzucił na ramiona stary kostium z balu przebierańców – granatową marynarkę, której jedyny ocalały, złoty epolet zwisał teraz smętnie, dyndając mu przed nosem przy każdym gwałtownym ruchu. Wyglądał jak kapitan tonącego statku, a raczej salonu.
– Wyglądasz... bojowo – mruknęła prześmiewczo Bianca, gdy wypychał ją na klatkę schodową.
– Nie drwij! Muszę być przygotowany na wielość scenariuszy! – wyrzucił na ostatnim wydechu. – A co, jeśli po drodze zgłodniejesz? Mam w kieszeni twój ulubiony hummus madras i paczkę chipsów o smaku brassica… to chyba kapusta, prawda? Zdrowa jest!
Bianca powoli wsiadła do samochodu, podczas gdy on próbował odpalić silnik, jednocześnie wpisując w nawigację hasło: „najkrótsza droga do wybawienia”.
– Słuchaj – zaczął z nadzieją w głosie – jak powiem na izbie przyjęć, że jestem influencerem, to myślisz, że mogliby nas zrabatować?
Kobieta bez słowa przewróciła oczami, skupiając się już tylko na rytmicznym oddechu.
– O, zobacz, co jeszcze znalazłem – odezwał się ponownie, wyciągając z lewej kieszeni niewielkie, jednorazowe opakowanie jakiegoś sosu. – Dib czosnkowy, będzie idealny do tych chipsów z brassicą.
– Chyba dip…
– No przecież mówię!
Bianca zamknęła oczy, czując kolejny skurcz.
– Zamknij się już i gaz do dechy. Inaczej urodzę ci tę kapustę na skórzanej tapicerce!
Komentarze (2)
Lekko, chociaż ciężki stan bohaterki. :)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania