(PoG2dS) - Ona wciąż idzie...
Pamiętam rzekę z dzieciństwa. Płynęła nieopodal naszego domu, kąsając brzeg, zmieniała łożysko po wielokroć. Jedynie kolankowate zakole trwało niezmiennie i omijało dom. Stał na zielonym garbie pośród grabiny, dębów, buków i patrzył z góry na żywioł. Czyżby współpracowali ze sobą?
Jako mała dziewczynka chodziłam tam, by poćwierkiwać z jej wielkością. Siadywałam na brzegu i godzinami wypatrywałam głębi. Taka mała wobec czegoś tak ogromnego. Niesamowite wyobrażenie malowało się w mojej niedojrzałej głowie.
Kiedy wzburzona zbierała żniwo... Bałam się jej.
Lekka, a zarazem spieniona w wirze, wyrzucała na wierzch kłęby śmietanowej piany. Panna Cotta swojego raju, swojej wikliny nadbrzeżnej, łopuchów i swoich kamieni wrośniętych w brzeg. To były jej włości. Płynęła chłodna i nie/spokojna. Przed wiosną zmieniała się w furiatkę, rozjuszoną samurę. Wzburzona łamała drzewa, porywała gniazda perkozów i zwalała mosty. Głuche detonacje niosły po okolicy strach. Szalała i ryła nowe koryto. Kochała się zamordowywać ponad siły, by po wszystkim dumnie i pięknie unosić swoje łono. Łatała pęknięcia i leczyła rany. Rekonstytut siły i ambicji.
Ileż to ciał złożyła w swoim wnętrzu. Nigdy niczego nie oddawała.
Wokół rozciągała się dolina wciąż młoda i kwitnąca. Karmiła pół świata, kiedy mile pszennego urodzaju kładły złote kłosy pod kosy żniwiarzy. Najsmakowitsze kęsy białego chleba znikały w doustnych kęsach i złociły uśmiechy na dziecięcych buziach.
Latem bawiła się, niosąc nas na swoich ramionach, a prześwitujący z dna piasek głaskał stopy. Zimą zamarzała. W jedną noc potrafiła mrozem zmozaikować swoją skórę, dając nam taflę lodowiska.
Krajobraz tamtej wody srebrzystej, czystej i lustrzanej był zmienny; jak kobieta ubarwiała się w szaty, w zależności od pory roku.
Wyjeżdżałam stamtąd, by powracać i zachwycać się widokiem. Wyprawa tamtego lipcowego popołudnia zabrała to, co kochałam. W zachodzącym słońcu zakończyłam dziennik pisany dla Towarzystwa Historycznego Yonkers.
Zostawiłam na dwie dekady morderczą rzekę. A kiedy wróciłam, aby zamknąć tamten czas, ujrzałam skurczoną pomiędzy szarym betonem. Już nie była taka czysta i dumna. Nie było nikogo z wczoraj. Tylko nasz dom stał na wzgórzu pośród szczelin. Bezdrzewna pustka. Jedynie ogród skalny niczym fresk przetrwał niezwyciężony.
Zatrzymałam się jak dawniej przy wejściu i spoglądałam w przeszłość. Cała tajemniczość i duma domu mieściła się w dębowych stopniach. Trwał do końca i już nie należał do rzeki. Pewnie żałowała, że nie zabrała go tamtej wiosny.
Dzisiaj nie może już zaakompaniować z naturą. Zacementowano brzegi, a życie zalutowano w kolorowych puszkach. Zapudełkowani ludzie zajeżdżają stalowymi rumakami, by zatokować pod mamucimi sklepami o dziwnej nazwie Witan. Olbrzymia pustynia z przeżutymi resztkami maszynowej produkcji rozciąga się nad mętną wodą. Trwa nieprzerwany rozładunek zakonserwowanej żywności. Wokół wysoko sterczą kominy, a z nich czarny dym węglowy wypala nadzieję. Wygasza zapomniane piece chlebowe, karmi spulchniaczami i gotuje nam nowe jutro.
A rzeka idzie przed nami. Inna, ale wciąż groźna i milcząca. Czeka na czas, by odpłacić pięknym za nadobne.
Komentarze (8)
Pozdrawiam
Miłego dnia
Jutra nas nie czekają, są już każdym dzisiaj. Brutalne, betonowe, zaborcze.
Nie wiem czy dobrze czytam i czy wystarczająco piszę o tym jak czytam, ale bardzo, bardzo mi się podoba to co napisałaś.
Dobrze ujęte przemijanie, które też jest mgnieniem.
Pozdrawiam
Unosząc w przeszłość tamte dni"
Bawi mnie myśl, że każde pokolenie wspomina rzekę ze swojej młodości, jako tą najpiękniejszą. Zjawisko to śmiało mogę nazwać astygmatyzmem czasu. Tekst świetny. Szumi, pieni się i... jakże inaczej - płynie.
Pozdrawiam (tradycyjnie)
Rzeka? Tak jest wpisana w nasze życie od urodzenia.
Dziękuję za spojrzenie.
Miłego
Ja miałam małą rzeczkę, nadal tam jest, ale staw już nie ten sam. Nikt w nim nie pływa.
Czas i rzeka. Obok przemijanie...
Pozdrawiam
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania