(PoG2dS) Po tych co nie posadzili drzew...
Lato w pełni. Tymczasowość w przemijaniu. Po szybie chodzi śnięta mucha. Upajam się aromatyczną kawą z ekspresu marki Siemens i spoglądam w życie.
Babka, ciągle zmarznięta w tweedowej sukience układa pasjansa, a matka krząta się bezszelestnie, gderając pod nosem. Na werandzie, wiecznie milcząca ciotka zawieszona w hamaku, drzemie. Nitrogliceryna podjęzykowo uspokaja jej skołatane serce. Dlatego taka senna.
Przyjechała wyrzygiwać się i odpocząć po pogrzebie męża i odpoczywa już trzy lata. Miejsca dosyć jest po zmarłych, dwa łóżka stały zimne, dwa pokoje, dwie miski do wymoczenia zmęczonych pięt.
Trzy wdowy w czasoprzestrzeni tworzą endemizm. Jednostkowy patriarchat bez mężczyzn. Wykręcają spalone żarówki, kopią rowy melioracyjne, prowadzą księgi rachunkowe stolarni. W podwórcu... po pradziadku.
Wiedzą, jaki gwóźdź wbić do trumny i jak poszywać jej wnętrze na drogę do wieczności. Taki ergonomiczny los. Moi rodzice nie zdążyli począć syna.
Uczę się więc heblowania, smakowania dębowego oddechu i rzeźbienia w lipie. Miękko wchodzi w nią dłuto przodków. Uczę się być charakterną, lubię jak ptak pogwizdywać przy obróbce drewna. Przecież mam być wybawieniem dla tego miejsca, jeśli urodzę mężczyznę.
Spoglądam na seniorkę. Jej łono też nie wydało potomka dla służby, tylko odziedziczyła zły cholesterol i żylaki w posagu. Skurczone życiem grona, wyglądają jak sułtańskie rodzynki, a żylaki matki i ciotki szklą się niczym szafiry, tworząc kropkowany rzucik po nogach. Moje jeszcze nie wyszły.
Ciszę przerywa głos klaksonu. Przyjechały po trumnę dwie kobiety, dwie siostry. Matka czuwa przy zmarłym pierworodnym. Wybitny umysł. Rektor. Czterdziestopięcioletni jedynak, zmarł na nowotwór epididymis. Rodzicielka zapewne przesuwa paciorki różańca pomiędzy lamentacją. Godzi się na przemijanie.
Za gorąco, żeby odchodzić w taki nieswojski czas. Przecież złoto na polu się kładzie, wicie się powoju pomiędzy, oznacza żniwa. Z dojrzałych kłosów wyskakują miniaturki ziaren. Już czas. Kto zwiezie do spichlerza chleb?.
Nah. Ona nie wybiera czasu na zabieranie, nie czeka. Nieustająco kosi niedojrzałe kłosy.
Wciskam znowu pauzę. Leniwa mucha kładzie na lepie skrzydła. Próbuje je rozkloszować, by poderwać do lotu. Nadaremnie. Rozmyślam. Mamy siebie nawzajem, mamy talię kart, wyheblowane deski w podróż. Nie potrzebujemy zbytecznego towarzystwa. Wykształcone, umiemy korespondować z tym miejscem i cyceronować ze sobą. Słyszymy o zmierzchu szeptania, dzięki którym dyskurs obnaża wnętrze i staje się bezbronnym nośnikiem władzy. Elementem podporządkowania świata. Obnaża chaos, w którym można poszukiwać niesłyszalnych dotąd głosów, nieobecnych, uciszonych inaczej.
Komentarze (11)
Dziękuję
Oczywiście nie będę wiedzieć jak głosowa, tak dużo tutaj tych konkursów, że się gubię :D
Trochę na wyrost :)
Ale dziękuję
Pozdrawiam
Miłego
Miłego świętowania Pasjo, bo tydzień na bogato :)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania