PoG2dS – Przerwana lekcja chemii

Tegoroczna zima w miejscowości Święty Spokój, gdzieś w północno-wschodniej Polsce, nie brała jeńców. Za oknami liceum im. Adama Mickiewicza hulał porywisty wiatr, a w sali numer 212 panował arktyczny chłód, którego nie był w stanie pokonać żaden kaloryfer.

Profesor Adam Zabawa był pogodnym, pełnym niepohamowanego entuzjazmu pedagogiem, którego nieco groteskowy uśmiech i KACZKOWATY CHÓD były swego rodzaju znakiem rozpoznawczym wśród uczniów i nauczycieli. Często miał w zwyczaju KPINKOWAĆ z ambicji swoich podopiecznych, doprawiając każdy żart szczyptą ostrego sarkazmu. Taki już był: nonszalancki, z nietuzinkowym poczuciem humoru, ale w jego swobodzie było coś demonicznego, co zamiast bawić, budziło dreszcz niepokoju. Pod biurkiem trzymał zawsze piersiówkę, w której bursztynowa WHISKY pomagała mu zapomnieć o czasach, gdy jeszcze jako młody student wierzył, że życie może być ARKADYJSKO wolne od goryczy.

Tego dnia było inaczej.

Zabawa siedział przy katedrze nieruchomo. Wpatrywał się w sufit, jakby szukał tam ratunku dla ULOTNYCH wspomnień o świecie, w którym szkolne mury były azylem, a jedynym zadaniem nauczyciela było ADNOTOWAĆ postępy uczniów, a nie liczyć ich ostatnie oddechy.

W pierwszej ławce siedziała Lena, niepokorna CÓRKA lokalnego stróża prawa, która zwykle kochała zwracać na siebie uwagę, a teraz siedziała niepokojąco cicha i spokojna. Jej twarz, dla wielu nazbyt CUDACZNA i przerysowana, przypominała maskę z wosku, a jej SPICZASTY profil odcinał się ostro na tle szarej tablicy. Obok był Damian. Chłopak po mistrzowsku DRYBLOWAŁ piłkę na boisku, lecz dziś nie potrafił nawet otworzyć ust, by potwierdzić swoją obecność na zajęciach. Mało kto wiedział, że jego skrywaną pasją było rzemiosło, a konkretnie stara fotografia – godzinami BARYTOWAŁ odbitki w ciemni, próbując SCALAĆ kawałki swojej rozbitej rodziny w jedną całość.

Nawet Marek, klasowy buntownik, który zwykle miał odpowiedź na wszystko, teraz milczał jak sparaliżowany; strach zaczął go KRĘPOWAĆ niczym za ciasny gorset, miażdżąc żebra i odbierając dech przy każdej próbie wydobycia z siebie choćby jednego słowa.

W tej martwej ciszy było słychać tylko Artura. Chłopak przechadzał się w tę i z powrotem, od czasu do czasu PRZYDEPTUJĄC krawędź wykładziny, której fantazyjny, kolisty wzór do złudzenia przypominał mu coś na kształt sakralnej MONSTRANCJI.

— Profesorze? Nie będzie już żadnej EGZEMPLIFIKACJI? — Artur uniósł podbródek i zuchwale spojrzał prosto w załzawione oczy Zabawy, jakby rzucał mu wyzwanie, na które tamten nie miał siły odpowiedzieć.

— A wy co?! Myślicie, że możecie SZOSOWAĆ przez życie bez konsekwencji? — rzucił, tym razem do reszty klasy, patrząc z dziką furią tętniącą pod powiekami. — Myślicie, że wam SFOLGUJĘ? O nie! Nie ze mną te numery!

W końcu Artur wyszedł na środek sali i czubkiem buta trącił leżący tam podłużny rulon wykonany ze starego, PERSKIEGO dywanu. Ze środka wytoczyło się wątłe, nieruchome ciało mężczyzny, które padło u jego stóp jak porzucony, bezużyteczny manekin.

Artur rzucił okiem na rzędy szklanych naczyń ustawionych na wysokim, drewnianym regale, zatrzymując wzrok na zlewce wypełnionej ZASADOWYM roztworem; beznamiętna natura tej substancji fascynowała go bardziej niż histeryczne błagania, które dyrektor zdążył wykrztusić przed śmiercią.

— Widzi pan, panie dyrektorze? Wreszcie pan nie przerywa. Uczył nas pan, że dyscyplina to fundament, a najwyższą formą dyscypliny jest przecież cisza.

Artur uśmiechnął się, wskazując na sine usta dyrektora, które zostały precyzyjnie zaszyte złotą nicią, i dodał z lodowatym spokojem do reszty zebranych:

— Przecież zawsze nam powtarzał, że milczenie jest złotem.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • drzewo herbaciane godzinę temu
    dobry wieczór, co za koincydencja 😉
  • Mniszka godzinę temu
    tak. czy my już gdzieś, się nie spotkaliśmy ?

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania