(PoG2dS) - Szklane instrukcje bruku

Bezwietrzny koniec września. Jak co tydzień wybrałem się na dłuższy spacer po krakowskich plantach. Fellah, czworonogi przyjaciel biegł obok. Dochodziła szesnasta i moja pora obiadu. Załapałem się na pierogi u Zalipianek. A labrador na miskę wody. Nadchodził powoli zmierzch. Wieczór zasnuwał się ciężkimi chmurami. Ich aluminiowy kolor zmieniał się jak w kalejdoskopie, poprzez grafitowy, aż po ciemnogranatowy. Siedmiokrotny powtarzający się barwny cykl, tworzył niesamowity wachlarz kolorów. Tylko w jednym miejscu psuł się ten kolor na szarorudoczerwony. I na tle innych martwo zawieszonych, żył, dymił, mieszał napływające z dołu tłuste kłęby i wzniecał iskry. Wtedy uprzytomniłem sobie, że to nie chmura, tylko pożar. Podążyłem w tamtą stronę. Koło poczty zgrzytnęło szkło pod podeszwą. Rolety jubilerskiego sklepu wisiały krzywo, a tafla wystawowej szyby roztrzaskana na kawałki walała się wokoło. Stary właściciel zbierał coś z płyt chodnikowych. Zapewne ekspozycje z wystawy. Samotnik niczym morświn strzegł swój dobytek przed drapieżnymi szczupakami.

Chaos zaczął drażnić mojego psa. Kompulsywne lizanie łap świadczyło o jakimś lęku. Pogłaskałem go po głowie i ruszyliśmy w stronę Podwawelskiej, gdzie za zakrętem ujrzałem czerwone iskry buzujące w powietrzu, a ognista łuna próbowała współkształtować się z szynami tramwajowymi. W poprzek ulicy leżał wywrócony tramwaj. Był taki przecywilizowany i wydawał się mocno ażurowy bez szyb. Szklany pył i mianownik były nie do określenia.

Czerwony jak szminka do ust, a jego spód jak podbrzusze chrabąszcza, brzydki i inny od gładkiego malowanego nadwozia. Ukazywał ukrytą nagość maszynerii i skomplikowany system pneumatycznych hamulców. Jeszcze był palny, jeszcze dyszał, ale powoli tracił ruchliwość. Wybuchowy zrzut wody z wozu strażackiego niczym z krateru, mieszał zimno z ogniem. Ogrom żelastwa wydawał się tandetny, jak zabawka nakręcana kluczem, popsuta i zostawiona w nieładzie na środku dziecięcego pokoju.

Dobij, zabij krzyczały kasztanowce na plantach. Potakiwała fontanna.

Nagle usłyszałem za sobą znajomy głos:

– Do dupy – rozumiesz? – do dupy z całym humanitaryzmem i resztą. Czy wiesz, ilu ludzi dzisiaj obrobiłem? – chował poplamione mankiety fartucha.

 

Ich plan podróży zakończył się na ostatnim zakręcie…

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania