Pogorzelisko

Przed jedną z podmiejskich willi zajechała powoli olbrzymia koparka. Willa stała na opuszczonej, chociaż starannie zadbanej posesji, z nienagannie utrzymanym trawnikiem i równiutko przyciętym żywopłotem. Po krótkich oględzinach operator koparki uruchomił ramię dźwigu, dotykając potężnym młotem krawędzi dachu. Poleciały na ziemię dachówki; przez chwilę dom stawiał opór, jak człowiek osłaniający głowę przed uderzeniami cepa. Słychać było trzask rozrywanych cegłówek, ramię dźwigu dygotało z wysiłku, silnik wył coraz głośniej, aż wreszcie maszyna wzięła górę nad budowlą i olbrzymi kawał ściany runął na ziemię, wzbijając tuman kurzu wysoko ponad wierzchołki drzew.

— Co za strata — mruknął jakiś grubas, obserwujący rozbiórkę z bezpiecznej odległości. — Taki piękny dom…

— Gdyby Kuba żył, nigdy by do tego nie doszło — stwierdził stojący obok chudzielec.

— Ale nie żyje — zgasił go grubas, wskazując dyskretnie palcem na smukłą sylwetkę w długim płaszczu na końcu ulicy. — To ona go zabiła, a teraz niszczy gniazdko, w którym spędzili razem tyle czasu; chce usunąć wszystko, co ją z nim łączyło.

 

Przechodnie obserwowali w milczeniu, jak buldożer wjeżdża przez zawaloną ścianę do największego pokoju, rozgniatając wszystko na swojej drodze gąsienicami.

Po chwili dyskusję wznowiły te same głosy, w identycznej kolejności:

— Nie mogło być inaczej. Tak to jest, gdy pięćdziesięcioletni facet traci głowę dla dwa razy młodszej smarkuli. Ostrzegałem go: „porzuci cię jak psa, gdy będziesz stary, zniedołężniały i tym boleśniej odczujesz jej odejście”, a on z promienną twarzą odpowiadał: „ale co użyję młodego ciałka, to moje”.

— No i użył, lecz jakie to ma znaczenie? — podchwycił temat chudzielec. — To było dawno temu, a z małżeństwa to jedynie zostanie, czym go karmiła na samym końcu: pogardą, odtrąceniem, a może nawet i zdradą, któż to wie?

„Któż to wie?” — zawtórowało w umyśle grubasa, lecz niczemu nie zaprzeczył, a jeszcze pokiwał na zakończenie głową.

— Żaden to sekret, bo sam widziałem, jak ktoś regularnie odwoził ją do domu. Oczywiście parkował przecznicę stąd, żeby Kuba niczego nie podejrzewał. Chodziły słuchy, że jakiś niedoszły architekt.

— Ale żeby burzyć dom miesiąc po pogrzebie? Jak jej nie wstyd.

— Gazety pisały, że to z rozpaczy po utracie najdroższego małżonka, że wszędzie czuje jego obecność, nie może bez niego żyć i dopóki dom stoi, nie zazna spokoju.

— Fakt, ten dom był dorobkiem jego życia. Jednego nie mogę zrozumieć: jak z marnej pensji zdołał postawić taką hacjendę?…

— Opowiadał mi o tym. Długa historia.

— Chętnie posłucham. Demolka potrwa jeszcze z godzinę, a wiatr jest niezbyt dokuczliwy, możemy postać chwilkę.

 

Chudzielec wsunął dłonie do kieszeni na znak, że jest przygotowany na najdłuższy wywód.

— To skąd miał pieniądze? — ponaglał grubasa. — Wygrał na loterii?

— Kupił dom za gotówkę, zaraz po przyjeździe z Ameryki — wyjawił grubas, przygnieciony ewidentnie widokiem spustoszenia po drugiej stronie jezdni.

Chudzielec uniósł z niedowierzania brwi.

— Miał pozwolenie na wyjazd?

— Dostał zaproszenie od kuzyna. Ten kuzyn to ponoć mocno nadziany gość, właściciel modnej restauracji w Chicago. Obiecał znaleźć Kubie intratną posadę, a tak naprawdę zamierzał go wykorzystać, zagonić do roboty za połowę tego, co płacił Chińczykom.

— A co na to Kuba?

— Najpierw pomagał, gorliwie i zupełnie bezinteresownie, bo przecież kuzyn zapewniał mu dach nad głową i opierunek. Kuba kosił trawę, podlewał róże, czyścił rynny i wykonywał podobne czynności, a wtedy kuzyn odprawił cichaczem ogrodnika i sprzątaczkę.

— Uczciwy układ.

— Owszem, ale wkrótce kuzyn poprosił, a właściwie nalegał, żeby Kuba zastąpił pomocnika kucharskiego w restauracji, na co Kuba oświadczył, że może robić wszystko, tylko nie to, bo jest uczulony na zapach sosów, szczególnie cieknących ze stosu nieumytych talerzy. Tak tym wnerwił swego dobroczyńcę, że musiał opuścić jego dom i wylądował o północy z walizką na ulicy w nieznanej metropolii.

— No to faktycznie kiepsko.

— Na szczęście potrzebowali na gwałt ludzi w hucie i to go uratowało. O jednym wszakże nie wiedział: do takiej pracy nie było chętnych, bo to istne piekło, dwanaście godzin trzeba zaiwaniać wewnątrz wulkanu. Pokazywał mi zdjęcia: stoi w żaroodpornym kombinezonie, metaliczna osłona opada mu na kark i głowę w kasku, potem długą tyczką przebija wylot spustowy z pieca. Dostał nocleg w jakiejś norze, wstawał skoro świt, do huty chodził tydzień lub dwa, aż w końcu nie wytrzymał. „Czy ja kogoś zamordowałem, żeby harować jak niewolnik?” – wyrzucał swojemu odbiciu w lustrze…

— Też miałbym dosyć — wtrącił chudzielec, lecz grubas ciągnął dalej z prawdziwą pasją w głosie, jakby chodziło tu o epizod z jego własnego życia:

— Lustro otuchy mu nie przyniosło, duma nie pozwalała zginać kark jeden chociażby dzień dłużej, to cisnął z gniewem rękawice i poszedł na miasto.

Idzie promenadą, dzień jest ciepły i pogodny, przechodzący obok ludzie robią wrażenie przyjaznych, wszystko znowu jest barwne i ekscytujące. Zagląda w witryny mijanych sklepów, lecz zamiast dekoracji i eksponowanego towaru widzi rzędy liczb: bawełniana koszula – pół godziny pracy, eleganckie buty – trzy godziny, magnetofon kasetowy – nieco ponad tydzień pracy. Liczby nie dają mu spokoju, tańczą przed oczami, a on przelicza, sumuje, trotuar nagle znika mu spod nóg i znowu jest w hutniczej hali przed ziejącym ogniem piecem, wywija w morzu iskier żerdzią, zaciska zęby: jeszcze jedna godzina, jeszcze jeden dzień, tydzień, może miesiąc i będzie mieć to wszystko, wszystko o czym w Polsce mógł jedynie pomarzyć…

 

Grubas uciął niespodziewanie, bo na dworze zaległa cisza. Kierowca koparki wyszedł z kabiny i przystąpił do pałaszowania na drugie śniadanie bułki z salcesonem. Za jego plecami falował rząd rosłych świerków, których wcześniej nie było widać i tylko poszarpana siatka ogrodzeniowa wskazywała z grubsza miejsce, gdzie jeszcze dwie godziny temu stał imponujący dom. Otyły mężczyzna i chudzielec spoglądali w tamtym kierunku niepocieszeni.

— Wrócił do huty? — Przerwał smętną atmosferę wysuszony jegomość.

— Wrócił.

— Na długo?

— Dwa lata, dwa okrągłe lata i pięć miesięcy niewyobrażalnego tyrania, ale się opłaciło, bo w Polsce i przez sześćset lat tyle by nie zarobił.

— Taki z niego twardziel? A wyglądał bardziej na playboya: opalony, w ciemnej koszuli i białych spodniach, na szyi jakieś wisiorki, amulety…

— Takie ubranie zaczął nosić kiedy poznał Marzenę. Odmłodniał przy niej przynajmniej o dziesięć lat.

— Marzenę? Nie bardzo wiem, kogo pan ma na myśli.

— Przyszłą żonę… O, tę co stoi przy samochodzie i robi zdjęcia. Ten sam mercedes, który Kuba kupił dla niej, a obok garażu zainstalował beczkę z paliwem, żeby nie musiała jeździć na stację. Chodźmy stąd, bo jeszcze nas zaczepi.

 

Poszli na peron kolejki, żeby podjechać jeden przystanek do „Bachusa” i tam kontynuować rozmowę przy stoliku zastawionym kuflami piwa.

— Podobno to jakaś aktorka — zagaił niepewnie chudzielec.

— Żadna aktorka, chyba z podwórkowego teatrzyku — sprostował pobłażliwie grubas. — To Kuba wprowadził ją na scenę, a dokładnie jego przyjaciel, zajmujący kluczowe stanowisko w ministerstwie. O rolę w teatrze zabiegało wtedy wiele utalentowanych kandydatek, jednak zaangażowano właśnie Marzenę. Później grała nawet w pełnometrażowych filmach, lecz rzadko główną bohaterkę.

— Nic dziwnego, ładna dupeczka zawsze zrobi karierę — zarechotał chudzielec, ale spoważniał momentalnie, przygwożdżony karcącym spojrzeniem grubasa.

— Kuba to sprawił, jemu wszystko zawdzięcza. Gdyby nie on, prałaby skarpetki jakiemuś robolowi w zapadłej dziurze, gdzieś nad Nysą.

Skinął ręką na przechodzącego kelnera i zamówił więcej piwa.

— Był pan u nich w domu? — dociekał chudzielec.

— Zaledwie dwa razy, bo najczęściej mówiliśmy sobie „dzień dobry” przez płot.

— Więc z jakiego powodu pana zaprosił?

— Potrzebował pomocy w naprawie antycznego zegara. Jeździł wówczas regularnie po całym kraju, zaglądał na rzadko odwiedzane strychy poszukiwać wśród rupieci cennych znalezisk. Czasem przepłacał chłopu za bezużyteczny przedmiot, tylko po to, żeby odciągnąć jego uwagę od czegoś unikalnego i bezcennego; wystarczy wspomnieć komodę pamiętającą czasy króla Stanisława Augusta, tak zaniedbaną i zapuszczoną, iż wyglądem przypominała koryto dla świń. Później to czyścił, sztukował, politurował, przywracał dawną świetność. Miał tych eksponatów w domu całą kolekcję. W ogóle był człowiekiem pomysłowym i wielce uzdolnionym; na przykład alejkę od furtki do drzwi wejściowych wyłożył pięknym, kieleckim marmurem…

— Musiało kosztować fortunę.

— Nie jego. Budowali wtedy Dworzec Centralny, a on lubił wszędzie wściubiać nosa i zauważył, że podczas krycia posadzki, wiele płytek ulega uszkodzeniu i glazurnicy wyrzucają je do kosza. Przyniósł im kilka półlitrówek, uprzejmie poprosił, to pozwolili mu zabrać całą stertę potłuczonych kafelków. Robił to z myślą o Marzenie, żeby żyła jak królewna w pałacu, lecz kobiecie nic nie dogodzi.

— To prawda, ale może właśnie dzięki tym staraniom, przyciągnął jej uwagę.

— Ma pan absolutną rację — przytaknął grubas i badał przez moment wzrokiem swego rozmówcę, którego nie posądzał o piekielną bystrość. — Początkowo widziała w nim więcej niż w rówieśnikach: doświadczenie, wyrafinowany smak, status społeczny, a nader wszystko doceniała sposób w jaki ją traktował. — Grubas pociągnął solidny łyk z kufla i otarł sobie wąsy, nie bez widocznej przyjemności. — Akurat wtedy zastałem ich w wyśmienitych nastrojach, bo dopiero co wrócili z wakacji, wypoczęci i szczęśliwi. Marzena chodziła w zwiewnej sukience po domu, Kuba nie odrywał od niej wzroku; gdy tylko wyszła na moment do ogródka, natychmiast posępniał; ujrzał ją ponownie, wówczas twarz mu jaśniała blaskiem, jakby słońce zajrzało w głąb salonu lub anioł jakiś przystanął na progu. „Marzenko, moja Marzenko” — szeptał do niej, a Elea przedrzeźniała: „Mar’cenko, Mar’cenko!”

— Jaka Elea?

— Papuga, którą przywieźli z Grecji, jedyny powiernik ich miłości. Kuba żartował, że Elea powinna być świadkiem na ich ślubie. To były miłe chwile, dla niej, dla niego…

 

Chudzielec słuchał każdego słowa w skupieniu. Dokończyli pić piwo, a ponieważ wnętrze karczmy wypełniał coraz głośniejszy gwar oraz gęsty dym z papierosów, postanowili zaczerpnąć świeżego powietrza i wracać. Podczas jazdy kolejką padło nieuniknione pytanie:

— Gdzie jest pochowany?

— Na tutejszym cmentarzu.

— To może pójdźmy zobaczyć grób.

— Czemu nie, to niedaleko stąd.

Wysiedli z kolejki i przeszli na drugą stronę torów, postępując dalej poboczem drogi w kierunku przeciwnym do rezydencji Kuby, a właściwie tego, co po niej zostało. Nic nie mówiąc, skręcili w uśpioną uliczkę, biegnącą wzdłuż linii kolejowej, a wtedy mężczyzna o zapadniętych policzkach zapytał ponownie:

— Kiedy odwiedził ich pan ostatni raz?

Grubas zmarszczył czoło i myślał o czymś intensywnie…

— To miało miejsce chyba dwa lata temu… może dwa i pół, trudno powiedzieć. Tak, dwa i pół, bo jestem pewien, że to było na jesieni, nie tej słonecznej, złocistej, ale deszczowej i szarej, jakby rzeczywiście chodziło o zmierzch życia.

— Znowu popsuty sprzęt?

— Nie, tym razem nie potrzebował niczego naprawiać, raczej zwyczajnie pogadać przy czymś mocniejszym, no wie pan, dać upust rozgoryczeniu, jakby od wielu dni nie miał do kogo buzi otworzyć.

— Marzena była z nim?

— Była, lecz jakże odmieniona! Przywitała mnie krótko i zaraz odeszła do swojego pokoju, zostawiając nas samych. Kuba śledził ją uważnie, lecz w jego oczach nie widziałem nic oprócz smutku i niepokoju, jakby chciał rzec: „widzisz, jak ona mnie lekceważy”. Co czas zabrał jemu, podarował jej, bo wypiękniała i wysubtelniała; po dawnej naiwności i manierach prowincjuszki nie pozostał ślad, rozkwitała pełnią dojrzałości i osiągnęła ten rzadko uchwytny punkt, gdy kobieta wie doskonale, co ma powiedzieć, czym odeprzeć argument, a kiedy trzymać język za zębami. Niewątpliwie był to efekt obcowania ze śmietanką towarzyską, ale najwięcej zawdzięczała mężowi, który siedział teraz w fotelu postarzały, a nawet lekko zgrzybiały i narzekał jak dziecko: „Zobacz, ona nie chce usiąść mi na kolanach, przytulić się, pocałować jak dawniej. Marzenko, nie każ, żebym cię błagał, wypij z nami kieliszeczek nalewki”. Miał już pod sześćdziesiątkę, ona nie skończyła jeszcze trzydziestu pięciu lat i teraz różnica wieku była dewastacyjna; nic nie mogło trzymać ich dłużej razem.

— Nie chciał mieć z nią dzieci?

— A na co mu dziecko, skoro była dla niego adoptowaną córuchną.

 

Minęli nowoczesny kościół i dotarli do prostokątnego pola, stanowiącego cmentarz. Groby nie miały więcej niż kilkanaście lat i wyglądały na morze kamieni, poprzedzielanych w równych odstępach wąskim chodnikiem. Zajęło im sporo czasu, zanim po wielu zakrętach i okrążeniach, odnaleźli ocienioną rzędem anemicznych brzózek mogiłę Kuby.

— To tutaj — odsapnął grubas, ocierając pot z czoła.

— Całkiem niepozorny grób… kto by pomyślał.

— Sam pan rzekłeś: jemu już wszystko jedno; a ja powiem więcej: upał mu nie doskwiera, nie czuje zimna, ząb czasu także go nie rusza, sekunda i milion lat znaczą tyle samo, czyli nic.

— Ciekawe, jak często Marzena odwiedza to miejsce?

— Nigdy.

— Ale nagrobek wysprzątany i kwiaty świeże.

— Obsługa cmentarza ma za to płacone z góry.

— A może jednak czasem przychodzi… To niemożliwe całkowicie zapomnieć człowieka, z którym żyła tyle lat.

— Jeżeli przychodzi, to Kuba wstaje z martwych, a ona ściąga ubranie i siada okrakiem na kopczyku.

— Coś pan… — zaprotestował chudzielec. — Tak mówić nie wypada.

— Czemu? — odparł niewzruszony grubas. — Takiego końca Kuba pragnął: zażyć potrójną dawkę viagry, co przy kondycji jego serca byłoby eksperymentem fatalnym i wykorkować w najlepszym momencie; muskając dłonią jej nabrzmiałe piersi, czując na sobie słodki ucisk jej bioder…

Postali nad grobem do zachodu słońca, po czym ociężałym krokiem ruszyli do bramy wyjściowej, a dalej każdy w swoją stronę. Nie zdążyli odejść daleko, kiedy cmentarz spowił obłok chłodnej mgły i jakiś tajemniczy pył zaczął opadać na groby. W zapadającej ciemności słychać było urywane szepty, chichoty, nawoływania…

 

W międzyczasie na przeciwległym krańcu wioski z samochodu wysiadła kobieta, prowadząc za sobą przystojnego młodzieńca o fiołkowych oczach i czarnych, kręconych włosach. Weszli na działkę zasypaną gruzem i kawałkami drewna. Spod stóp dochodził chrzęst szkła i kamieni. Młody człowiek badał wzrokiem powierzchnię gruntu.

— Szkoda tych kafelków…

— Zapomnij o nich. Masz plan?

Mężczyzna wyciągnął z teczki plik arkuszy i zaczął obracać nimi w powietrzu.

— Tu będzie pokój główny, połączony z kuchnią i spiżarnią…

Kobieta przylgnęła blisko i oplotła sobie jego czuprynę wokół palców.

— A tutaj nasza sypialnia z łazienką… Chcę, żeby ogród przychodził do mnie we śnie, żeby po nocy spędzonej z tobą, budziła mnie woń konwalii…

Średnia ocena: 3.9  Głosów: 7

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (38)

  • Jezus Hitler 2 miesiące temu
    Coś wygląda, że to Ty dałeś mi pięć gwiazdek, potem poczytam co piszesz, grę komputerową retro będę robił, jeśli Cię to interesuje – gra od początku była właśnie tym upragnionym, ale nie wiedziałem jak :D
    Pozdrawiam :)
  • Narrator 2 miesiące temu
    Jezuskowi dwie, dla Hitlera trzy; razem pięć gwiazdek.😊

    A najzmyślniejszą grą jest życie, bo nikt zna jej zasad, ani celu.

    Heil Jesus! ϟϟ✋
  • Jezus Hitler 2 miesiące temu
    Narrator, o, ale extra, Heil 🕎
    Masz rację, to ma być dzieło sztuki przede wszystkim, statyczne, nieruchome krajobrazy ale zmieniające się stopniowo w świat bajkowy – czyli nasz :D
  • Joan Tiger 2 miesiące temu
    Fajny tekst. Dwoje ludzi wspomina umarlaka, podczas zacierania śladów po jego istnieniu. Ależ za życia był uparty. Przeliczał, kalkulował i dopiął swego. Szkoda tylko, że spełniał zachcianki partnerki. Gdyby nie posmakowała innego życia, może nadal byłaby pomiędzy nimi miłość, a nie tylko tolerowanie. Jego życie nie było usłane różami, a koniec – smutny, pomimo iż twierdził, że wziął od życia dużo. Ciekawe, co było powodem, że nigdy go nie odwiedziła na cmentarzu? Byli tacy szczęśliwi… do czasu. Fajne zakończenie. Powstanie nowy dom, nowi zakochani i zakończenie będzie podobne, bo już to nakreśliłeś. Jest takie odniesienie, że po wyjściu z cmentarza, coś się zadziało. Myślę, że umarły dokonał spełnienia – ktoś go w końcu odwiedził. Pozdrawiam. 😊 5
  • Narrator 2 miesiące temu
    Zwlekałem z publikacją, ale po przeczytaniu Twojego komentarza, oddycham z ulgą: mój trud nie poszedł na marne.

    Czemu Marzena nie padła krzyżem u stóp jego grobowca? Nie mam pojęcia; mogę tylko przypuszczać, że miała go dosyć, nigdy go nie kochała i chciała wymazać go z pamięci, choć oczywiście to jest niemożliwe.

    Dziękuję za ciekawy komentarz.🙏
  • Agrafka 2 miesiące temu
    Sensowniej chyba by było sprzedać dom i gdzieś się wyprowadzić.
    Bardzo podoba mi się początek, opis tej rozbiórki.
    A potem.. opierunek czy niektóre inne słowa niekoniecznie dobrze brzmiące w dialogu, trochę sztuczne, więc cała koncepcja pisania niezbyt dobrze się tutaj sprawdzia. I raczej potem jak opis marzenia włożony w czyjeś usta. Marzena?
    No i to akurat wydaje mi się bardzo ciekawe ✨
    Gdybym miała z tego zrobić film 😉 był by to dialog między duchami👻 to urealniloby moim zdaniem całą historię.
    Stare opuszczone domy też są potrzebne. W sumie na plus, bo można się nad tym zastanowić, co tu kogo dręczy. Mam nadzieję, że wybaczysz mi szczery czytelniczy komentarz. Lubię Twoje starannie skrojone opowiadania, a jeśli jest coś nie całkiem idealnego, przemawia to jednak na korzyść, bo jest to bardziej ludzkie.jak ludzki jest smutek samotności a raczej wizji samotności. Pzdr
  • Agrafka 2 miesiące temu
    Źle mi się pisze na komórce, przepraszam za literówki
  • Narrator 2 miesiące temu
    Pisanie na komórce w nietypowych miejscach (przykładowo: na karuzeli🎡), dodaje tylko komentarzom smaku.😋

    Akurat tym razem postanowiłem zrezygnować z opisu na rzecz dialogu, w którym łatwiej wyrazić przeciwstawne opinie, może dlatego dialogi brzmią nienaturalnie.

    Dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam.👋
  • Rubinowy 2 miesiące temu
    Bardzo ciekawie, niby lekko, a jednak nie lekceważąco. No i pasuje jak ulał kategoria " o życiu" :))
  • Narrator 2 miesiące temu
    A to miła niespodzianka, że gustujesz w tego typu historyjkach. Dziękuję za pokrzepiającą opinię.🤗
  • Jezus Hitler 2 miesiące temu
    Przeczytałem, ale bez zombi czy innych klątw to mało ciekawe, a koparka powinna transformować w robota... A tak to nie rozumiem. Żałosne życie byle kogo, dobrze mu tak...
  • Narrator 2 miesiące temu
    Zombie🧟 i koparka gadająca ludzkim głosem🚜💬 to byłby moim zdaniem literacki ekshibicjonizm, a opinia „mało ciekawe” wyrażona przez kogoś, kto nie czyta Prusa i nie słucha Bacewicz brzmi nieomal jak komplement.

    Dziękuję za 6️⃣ minut cennego czasu🕖 poświęconego na przeczytanie.
    감사합니다
  • Jezus Hitler 2 miesiące temu
    Narrator, Bacewicz? A kto to jest do cholery? Z ciekawości sprawdzę...
  • Jezus Hitler 2 miesiące temu
    Narrator, a, kompozytorka... Ty też nie słuchasz, bo Ona nie nagrała tego... No ale fakt, nie słucham niczego podobnego na codzień, Prusa nie czytam ani niczego innego, za to Ciebie tak. I co Ty na to?
  • Jezus Hitler 2 miesiące temu
    Narrator, Prus nie wiem, ale na przykład Sienkiewicz jest dla mnie fatalny (Andrzej Żulawski nawet chwalił Jego pisanie, czyli nie wierzę że czytał w dorosłości), Kraszewski umiał pisać, choć ciekawe tylko Jego bajki, niesamowita wyobraźnia, szkoda że fantasy wtedy nie było...
  • Narrator 2 miesiące temu
    Jezus Hitler

    W sumie trudno Tobie zaprzeczyć, bo w sztuce nie ma żadnych reguł; każdy pisze inaczej i każdy lubi czytać coś innego. Kiedyś występował w Australii🦘 tak zwany "farting artist", który posypywał sobie zadek talkiem, żeby puszczane bąki przypominały atomowy grzybek. 🍄 W przerwach wsadzał paluszek do dziurki, wąchał go i pocieszał widzów: „o, jeszcze nie jest tak źle”.💩💨

    To jest portal literacki, a ze wszystkich odmian zawiści, najgorsza jest zawiść o talent, dlatego znając Twoją nadwrażliwość, zalecam perspektywiczne i humorystyczne traktowanie komentarzy (moich również).😎
  • Jezus Hitler 2 miesiące temu
    Narrator, rzeczywiście, zawiśc o talent musi być, ale jest tak dobrze ukrywana, że w ogóle jej nie dostrzegam. Zresztą zawsze mówiłem, że nie ma czegoś takiego jak talent literacki, tylko słuch do języka po pierwsze, a inteligencja po drugie. Negatywne zdania o moich pismach akurat nie interesują mnie, świadczą o czytających; przykro tylko, że już tylko przez uprzejmość ostatni text otrzymuje, czyli już znikam ze świata wspólnego odczuwania do reszty...
  • Jezus Hitler 2 miesiące temu
    Narrator, negatywy na temat pisania mojego lubię, bawią mnie – z moim podręcznikowym egocentryzmem i megalomanją to rozrywka ;)
  • Jezus Hitler 2 miesiące temu
    Narrator, a bo zapomniałem: zad puszczający wiatry to instrument jak każdy inny: można być wirtuozem a nawet genjuszem bżdżenia :D :D :D
  • Narrator 2 miesiące temu
    Jezus Hitler

    To właśnie wydedukowałem z Twoich tekstów — boisz się, że znikniesz, przestaniesz być zauważany, odejdziesz w mrok zapomnienia, a jeżeli tak, to radzę: pisz, pisz jak najwięcej, codziennie wrzucaj stos słów, bo żeby coś złowić, niejedną sieć zarzucić należy; żeby coś upolować, wiele strzał z łuku trzeba wypuścić, tak samo, żeby COŚ napisać, trzeba dużo pisać. 🏹🦌🪶
  • Jezus Hitler 2 miesiące temu
    Narrator, nie wiem, dzięki za radę, za długo byłoby się ustosunkowywać, powiem tylko coś co mnie podłamało dzisiaj, zacząłem nagrywać wiersz "Świerßcz", który powstał do i chciałem wykonać czysto, ale okazało się, że jestem niezdolny trafiać w jakiekolwiek nuty, bo słowa mają własne tony, a raczej przebiegi, i co bym nie robił wychodzi tak samo, a efektem dla słuchacza będzie fałszowanie i brak melodji (niemożliwa jest taka sama melodja dla dwóch odmiennych wersów), a zresztą ja nie śpiewam samogłosek tylko całe wyrazy polskie, w których samogłoski odgrywają mniejszą rolę niż spółgłoski; ja próbując komponować coś kiedyś używałem mikrotonów, skale są mi obce, nie oddzielam w ogóle tonu od innych składowych; do tego zdażyło mi się nagrać coś co słyszę jako wow, a po posłuchaniu normalnej muzyki przez chwilę nie wiem co za gówno nagrałem, a potem znowu słyszę, że to jest to... Muszę usunąć te nagrania moje które są, bo one według innego słyszenia, a słuch mój od miesięcy kształtowany jest głównie naturalnym śpiewem miasta i pociągów metra :D
    Albo może nagram Świerßcza, i napiszę, że to według starożytnej teorji muzycznej :D
    A jeśli o pisanie chodzi, to Peiper wydawał czasopismo za swoje, a i tak nic z tego nie było. Podobnie moje pisanie prozą na sposób by nie udało się postawić przecinka: tego nie da się na pół gwizdka, żeby przyzwyczaić, bo to przeskok do innego myślenia. Dzięki za wysłuchanie :)
  • Jezus Hitler 2 miesiące temu
    Narrator, OK, odpowiedzieć jest łatwo, kłamałem: na publikowanie kolejnego textu wobec braku komentarza pod poprzednim honor mi nie pozwala. Zatem daję uroczyste słowo honoru, że więcej publikować nie będę, chyba, że ktoś mi będzie płacił; deklarowałem koniec z publikacjami kilkukrotnie, tym razem powrotu nie mam. O, jak lekko na duszy. Dziękuję, jestem Ci winien piwo co najmniej :D
  • Jezus Hitler 2 miesiące temu
    Narrator, żeby już się nie rozpisywać, rozgryzłem moje nagranie mojego textu, jest system, tony ustalone w czterech miejscach na wers, powtarzające się co drugi, tylko rytm miałem zły, bo całe słowa nieraz wypadają przed początkiem właściwej intonacji, która również wypada na spółgłoskach (bo nie widzę różnicy ;) – to akurat celowo. Przerwy muszę robić właściwe i będzie miód i kompletne niewiadomo co – czyli ideał.
  • Narrator 2 miesiące temu
    Jezus Hitler

    Po przeczytaniu trzech ostatnich komentarzy (napisanych w łącznym odstępie 11 godzin), zauważyłem między pierwszym, a ostatnim zmianę nastroju i dzięki temu doszedłem do wniosku, że do tych nut, słów, tonów, melodii i ogólnie rzecz biorąc: wszystkich elementów mowy i muzyki, powinieneś jeszcze dołączyć czas, który ma również wpływ na percepcję zjawisk. Ten sam utwór może brzmieć beznadziejnie jednego dnia, ale całkiem zadowalająco kilka dni później. Czasem, jeśli czujesz, że wszystko idzie źle, warto po prostu usiąść bezczynnie na pokładzie i dać żaglówce płynąć tam, dokąd zapędzi ją wiatr, aż czynnik czasu dokona pozytywnych zmian.

    Jeżeli to co robisz, sprawia Ci przyjemność, cel osiągnąłeś, bo tak chyba postępuje większość osób: tworzą dla siebie. A jeśli przy okazji sprawisz komuś swoim dziełem odrobinę radości, wzruszysz go w jakiś sposób, skłonisz do myślenia, będzie to więcej niż można oczekiwać.

    W najgorszym razie, zawsze możesz wyjawić, co Ci leży na sercu💜 i otrzymasz szczerą odpowiedź. 🤞🆗
  • Jezus Hitler 2 miesiące temu
    Narrator, o, ja właśnie usunąłem ten link, co Ci wkleiłem, przepraszam jak coś, zaraz się odniosę.
  • Jezus Hitler 2 miesiące temu
    Narrator, dziękuję, ostatnie wydarzenia i to, jak niedorzecznie brzmiało zapewne moje czytanie, jednak dla mnie przepięknie, mam nadzieję że jak inny język, choć pewnie jak brzęczenie (wspaniale!), było bardzo cenne, publikowanie jest niesamowitym katalizatorem dla mnie, bo motywuje mnie do czegoś gotowego. Dla siebie to niestety nie będzie coś do podzielenia się i wiesz, Kwiatem Paproci nie można się z nikim podzielić; gra miała stopniowo zmieniać język, a zmiany dotyczyć mają pozornie nienaruszalnych podstaw, jednak rezygnuję. Wcześniej myślałem o rękopisie (zresztą naszych liter drukowanych bez ligatur nienawidzę) stopniowo zmieniającym wszystko łącznie z zapisem, niesamowicie wzruszał mnie ten pomysł – Tadeusz Peiper i Jego 10 tys stron Xięgi Pamiętnikarza niedostępnej i rozsianej, i właśnie przed chwilą zdałem sobie sprawę, że wystarczy notować w celu upiększenia pisma, a to mogę dla siebie – pisać w obcym mi języku (polskim) nie mógłbym inaczej, niż by pokazać jakiś odblask (a samozachwyt nad pięknem pisma mojego mi wystarczy). Poezja potem ustna, połączona z najwyższą z form expresji, czyli sztuki – tańcem; czy to będzie do pokazania, będąc zupełnie niezrozumiałym, może, zależy, tylko po co. Kiedyś Ci pisałem, przy okazji odcinków o I Am Sexie, że będę pisał latami, nie dodałem, że to dlatego, że sam nie umiem wykonać tańca z wiatrem, więc nie mogę opisać. Takich rzeczy się nie pokazuje, pokazuje się tylko tańce sztuczne, nigdy innych nie widziałem. Uff, to tyle, dzięki, będę wpadał :)
  • Jezus Hitler 2 miesiące temu
    Rezygnuję z gry, nie z języka, bo niejasne było; rzeczy dla siebie w stylu kolorowania zdjęć i pewnie muzyki konkretnej (w grze miała być muzyka z dźwięków otoczenia, chociaż biorąc pod uwagę, że nie ma ani jednego utworu muzycznego z ptakami w roli instrumentów, który nie ingerowałby w ich tonalność aby upodobnić do ludzi, to też mało kto by)...
  • Jezus Hitler 2 miesiące temu
    Narrator, poprawka: jadę metrem, trzeba nagrać to na ludzkich instrumentach i zachować wszystko jak jest, tylko uporządkowane... Ja od początku istnienia jestem w tym zakochany, nowe wagony wcale nie gorsze, chyba lepsze... Nagrać tego to nie wiem czy w ogóle się te nakładające się nuty: po raz pierwszy tęsknię za Mozartem, On by to zapamiętał :(
  • Narrator 2 miesiące temu
    Jezus Hitler

    Szczerze, to niewiele z tego rozumiem, widzę jedynie, że przechodzisz przez jakiś burzliwy proces twórczy, tylko nie jestem w stanie odgadnąć, co jest jego celem ostatecznym: zrobić coś dla siebie, dla kogoś, dla ludzkości?… Może powinieneś napisać o tym osobny artykuł, wtedy przynajmniej poznasz reakcje czytelników.

    Co do Mozarta: podobno potrafił słyszeć wszystkie instrumenty orkiestry od początku do ostatniego taktu symfonii jednocześnie, no ale on znał nuty wcześniej niż słowa. 🎶🤩
  • Jezus Hitler 2 miesiące temu
    Narrator, tylko że tu niestety nie ma czytelników, nie ma ich także nigdzie indziej, jeśli chodzi o moich, nikogo z nich to nie obchodziło – kłamali wszyscy być może siebie i na pewno mnie. Odpowiem słowami Peiperze: "Bo wśród mych ścian światy, wśród mych ścian skomlą światy, światy z miast, miast które które morzą, morzą nie ludzi lecz gwiazdy, morzą śpiewem, śpiewem cedzącym niebo, cedzącym je przez głoski dumy, przez światła nowe jak wiosny zapalane modą, i że nie widzę rąk, dla których drzwi moje otworzyłem, i że nie widzę głów w których światy moje złożę, i że, że, że wśród was nie jestem". A Peiper nie pisał wierszy, gdy przestał publikować, tylko swego rodzaju Biblję – Xięgę Pamiętnikarza właśnie, gdzie zapewne wszystko było bez osłonek...
    Dzięki za info o Mozarcie, próbowałem znowu słuchać Freiburgerów coś, bo podobno dobre, ale jeszcze dalej ode mnie...
  • Narrator 2 miesiące temu
    Jezus Hitler

    Dziękuję za cytat z Peipera; jest naprawdę przepiękny i o to właśnie chodzi: przeżyć jeszcze jeden moment ekstazy; reszta jest szumem atomów… 🌌🤪
  • Jezus Hitler 2 miesiące temu
    Narrator, bardzo mi miło to słyszeć, pochwała słów Peipera o wiele więcej dla mnie znaczy, niż gdyby to były moje słowa :D
    Dzięki :)
  • Sufjen 2 miesiące temu
    Napisane wprawnie, bez uchybień, tudzież innych dziwactw fabularnotwórczych. Po prostu dobre.
  • Narrator 2 miesiące temu
    Miło przeczytać taką opinię, od osoby o wyrobionym smaku.🍓🤗
  • Dekaos Dondi 2 miesiące temu
    Narratorze↔Tekst jak zazwyczaj u Ciebie, poprawnie napisany. Można płynąć przez ów. W zasadzie, nie można mieć do czegokolwiek - w sensie formy - uwag. Tym bardziej, że bez... zaimka, co dla mnie oczywistym plusem (od jakiegoś czasu, też nie stosuje)
    Jednakowoż brakuje mi trochę... "drzazgi pod paznokciem" w fabule. Zapewne wiesz,co mam na myśli.
    Zbyt równo ta rzeka płynie. Ale to moje odczucie jeno:)↔Pozdrawiam🤗:)
  • Narrator 2 miesiące temu
    To chyba dlatego, że jestem minimalistą, uwielbiam oszczędny styl, nie cierpię upiększeń. Ideałem dla mnie jest wyrazić całą treść bez jednego słowa, bo tylko treść jest ważna, słowa niepotrzebne; poza tym z upływem czasu postrzegam rzeczy prostszymi, nie tak zawikłanymi i bardziej zrozumiałymi, aniżeli niegdyś.

    Oczywiście Twoje odczucia są jak najbardziej na miejscu; piszesz inaczej, więc to całkiem naturalne, że masz specyficzne oczekiwania i dobrze, że tak jest.

    Dziękuje serdecznie za cenne uwagi.🙏
  • Dekaos Dondi 2 miesiące temu
    Narratorze→Sądzę, że potrafiłbyś pisać mniej oszczędnie, jak ja, bardziej. Wybór między a i b, to nie zawsze to samo, co nie umieć→a lub b:)
    A tak a propos→Jak narysować czworokąt, o kształcie trójkąta?
  • Narrator 2 miesiące temu
    Dekaos Dondi

    Akurat uważam, że piszesz kwieciście i poetycko, co w literaturze polskiej jest typowe. Ja natomiast większą część biologicznego życia spędziłem na drugim końcu świata, gdzie ludzie wyrażają myśli oszczędnie i prozaicznie, więc na pewno ten sposób myślenia wywiera jakiś wpływ na mnie.

    „Jak narysować czworokąt, o kształcie trójkąta?” — nie mam pojęcia; nawet nie potrafię odgadnąć, jaki to ma związek z Twoim komentarzem. 🟩🔺😂⃤

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania