Pokażę wam wszystkim . 1

Tomaszek miał dwa latka, kiedy zaczął chodzić. Był najmłodszy z czworga rodzeństwa, które było od niego znacznie starsze. Mama urodziła Tomka, mając już czterdzieści jeden lat, a ojciec zbliżał się do pięćdziesiątki.

Wszyscy tego małego szkraba, jak go nazywali, chronili przed jakimkolwiek niebezpieczeństwem. Tomaszkowi nie mogła dziać się krzywda.

Chuchano na niego i dmuchano, a on robił słodkie minki, spoglądał tymi swoimi czarnymi jak węgielki oczkami, otoczonymi długimi i gęstymi rzęsami.

W tych oczkach już jednak czaiło się coś – może nie złego, ale miał w nich takie „kurwiki”, jak mówiła o nim najstarsza z sióstr, Renia.

Jak zaczął chodzić w wieku dwóch lat, to trudno go już było zatrzymać. Wszyscy mieszkali na wsi, do miasta powiatowego było około dziesięciu kilometrów.

Wieś była dosyć duża, liczyła sto dwadzieścia gospodarstw i w każdym mieszkali rodzice z dziećmi, mniejszymi lub większymi.

Wraz z nauką chodzenia Tomek szybko zaczął mówić. W wieku trzech lat wypowiadał się już pełnymi zdaniami i, o dziwo, nie seplenił jak inne dzieci w jego wieku.

Był mądrym chłopczykiem, ale też szybko przyswajał sobie różne słowa, których znać jeszcze nie powinien.

Rodzice mieli duże gospodarstwo: duży, piętrowy dom, kilka krów, kaczki, kury, gęsi, a w chlewiku mieszkało kilka świnek, do których Tomek bardzo lubił biegać. Mieli też sporo pola do uprawy i z tej racji starsze dzieci musiały pomagać w prowadzeniu gospodarki – siostry w obejściu i w domu, a bracia w polu. Tylko Tomek, jako że był jeszcze malutki, żył sobie bezstresowo.

Któregoś letniego dnia Tomek zaginął. Chodzili wszyscy, szukali i znaleźć nie mogli, nawoływali, aż w końcu Renia krzyknęła:

– Jest! Jest, biegnie!

Tomaszek, cały oblepiony czarnym świństwem, biegł w stronę domu.

– Tomciu! – matka złapała go na ręce. – Synku, gdzie ty byłeś?

– Mamusiu, bawiłem się ze świnkami

– Jak ze świnkami? Tomeczku, co ty zrobiłeś?

Pobiegli do chlewika, którego bramka zrobiona z desek była otwarta, a świnki biegały sobie po podwórku.

Okazało się, że Tomek po szczebelkach furteczki wszedł do chlewika i kiedy zadzierał nóżkę, żeby przejść na drugą stronę, po prostu wpadł i wytarzał się w świńskich odchodach. Chciał się wydostać, jego mała główka intensywnie myślała jak, aż w końcu zauważył mały skobelek. Wyjął z niego jakieś narzędzie połączone z krótkim łańcuchem i otworzył drzwi. Świnki wyskoczyły na wolność pierwsze, a za nimi utytłany błotem Tomek. Ojciec w pierwszej chwili chciał mu dać kilka klapsów, ale matka nie pozwoliła.

– Tomeczku, tam nie wolno wchodzić – tłumaczyła, kiedy mały siedział już w wannie wypełnionej wodą.

– A dlaczego, mamusiu? – pytał

– Bo jesteś malutki, świnki są duże i jest ich pięć, mogłyby ci zrobić krzywdę.

– Ja się nie boję, mamusiu. Jestem już duży, mam trzy latka.

– Nie jesteś duży, syneczku, nie wolno ci tam chodzić.

Kiedy mały, wykąpany i najedzony, smacznie spał w swoim łóżeczku, w kuchni rodzice i rodzeństwo rozmawiali o tym, czy nie zapisać Tomka do przedszkola letniego. Działało ono w okresie od wiosny do jesieni – wtedy, kiedy było najwięcej prac polowych i rodzice nie mieli czasu, żeby tak bardzo zajmować się dziećmi.

– To dobry pomysł – mówiła Renia, a druga siostra, Basia, jej przytakiwała.

Bracia się nie odzywali, ojciec też nie, ale mama miała obawy:

– A co będzie, jak go inne dzieciaki będą przezywały albo będą się z niego śmiały?

– Nie będą, mamo. Tomek powinien przebywać wśród rówieśników, tu jest tylko z nami. On już nawet nie zachowuje się jak dziecko, tylko jak dorosły – przekonywała Renia.

– Co to za dzieciństwo, cały czas widzi tylko nas, krowy, świnie. Nie wie, jak się dzieci bawią.

– Córka ma rację – odezwał się w końcu ojciec. – Zosia, to dobrze wpłynie na naszego Tomka. Niech chłopak uczy się od dzieci czegoś innego niż do tej pory. Renia, pójdź jutro do przedszkolanki i pogadaj z nią – zwrócił się do córki. – Zapytaj, ile trzeba zapłacić i tak w ogóle.

– Dobrze, tato, pójdę – obiecała.

Jak obiecała, tak zrobiła. Wzięła Tomaszka za rękę i poszli na koniec wsi do przedszkola. Pani, która przedstawiła się jako kierowniczka, podeszła do chłopca, zmierzwiła mu czarne włoski, pochwaliła, że takie kręcone, i zapytała:

– A ile latek ma Tomeczek?

– Mam już trzy lata – odpowiedział z naciskiem.

– Ooo – zdziwiła się. – Jak ty ładnie mówisz. No dobrze, proszę go jutro przyprowadzić po śniadaniu, bo u nas są tylko obiady. Wie pani, mamy tylko jedną panią kucharkę i pomoc kuchenną. No i dwie panie opiekujące się dziećmi.

– To może jakieś kanapki też mu dam? – zaproponowała Renia.

– Tak, to bardzo wskazane. Tomeczku, widzimy się zatem jutro?

– Ja nie chcę, żeby pani mówiła „Tomeczku” – odpowiedział.

– Ach tak? A jak mam mówić?

– Tomek. – Spojrzał na nią tymi czarnymi oczami, a ona mogłaby przysiąc, że w tych oczach widziała zalotne iskierki.

– Dobrze, Tomku, to widzimy się jutro o dziewiątej.

Następnego dnia Tomek punktualnie został przyprowadzony do przedszkola. Znał dzieci z widzenia, ale nie wiedział, jak które ma na imię i w którym domu mieszka.

Jako że był chłopcem śmiałym – takim, którego wszędzie było pełno – szybko zawierał znajomości i, o dziwo, od razu zapamiętywał imiona kolegów i koleżanek.

Szczególnie przypadł mu do gustu Janek, chłopiec starszy od niego o rok i prawie tak samo żywiołowy. Po tygodniu byli już najlepszymi przyjaciółmi. Zadowolony Tomek codziennie opowiadał w domu, co robił, w co się bawił i z kim spędzał czas.

Któregoś dnia po powrocie z przedszkola zapytał Renię, czy ma chłopaka. Kiedy siostra potwierdziła, tylko pokiwał głową. Dopiero przy niedzielnym obiedzie, gdy wszyscy siedzieli przy stole, przypomniało mu się, o co jeszcze chciał ją zapytać.

– Renia, a twój chłopak ma pompkę? – rzucił nagle.

Wszyscy spojrzeli na niego ze zdziwieniem, nie wiedząc, o co mu chodzi.

– Pewnie ma, bo jeździ rowerem – odpowiedziała zaskoczona Renia. – Ale dlaczego pytasz?

– No bo Janek powiedział, że jego tata ma dużą pompkę i jak idzie spać, to najpierw musi pompować mamę. A ciebie twój też pompuje?

Obaj bracia wybuchli głośnym śmiechem, młodsza siostra też zaczęła chichotać, a Renia momentalnie poczerwieniała na twarzy. Ojciec pod wąsem również się uśmiechał, ale milczał. Za to mama szybko przejęła inicjatywę i zaczęła tłumaczyć, że Jankowi na pewno coś się pomyliło: tata po prostu pompuje koła w rowerze, a mama mu w tym pomaga.

Starsi synowie nie wytrzymali tego wykładu i ze śmiechem wybiegli na dwór.

– Ten Janek to też niezły numer! – śmiał się Arek do Czarka.

– A ty pompujesz już swoją Kaśkę czy jeszcze nie?

– Jeszcze nie – odpowiedział ze śmiechem Czarek. – Ale chyba niedługo pozwoli. Wejście już widziałem!

Bracia mieli osiemnaście i siedemnaście lat, więc oczywiście interesowały ich już dziewczyny. Natomiast najstarsza, dwudziestoletnia Renia, miała starszego o pięć lat partnera, a młodsza, piętnastoletnia Lidka, na razie chłopakami przejmowała się tylko tyle, o ile.

Wszyscy pewnie szybko by o tej historii zapomnieli, gdyby nie to, że następnego dnia w drodze do przedszkola Tomek taszczył ze sobą rowerową pompkę.

– Zostaw to! Po co ci ona? – Renia próbowała mu ją odebrać.

– Nie oddam! W przedszkolu jest Hania, to ją może napompujemy z Jankiem.

– Tomek! – pogroziła mu siostra. – W tej chwili odstawiasz ją na miejsce albo zostajesz w domu.

– No dobra – ustąpił w końcu. – Ale i tak zapytam tatę, to mi powie, jak się pompuje dziewczynę.

Tamtego dnia Tomek zakończył swoją przygodę z przedszkolem, ale jego przyjaźń z Jankiem na tym nie ucierpiała. Przyjaźnili się przez całą podstawówkę, a później razem poszli do szkoły zawodowej. Ani jeden, ani drugi nie chcieli uczyć się w szkole o profilu rolniczym – obaj wybrali „samochodówkę”. To ich naprawdę interesowało i temu poświęcili trzy lata nauki. Po ukończeniu szkoły zatrudnili się w prywatnym warsztacie u pana Stanisława, u którego wcześniej odbywali praktyki.

O ile jednak Janek garnął się do pracy, o tyle Tomka ta rutyna szybko znudziła. Nie chciało mu się rano wstawać i dojeżdżać autobusem ze wsi do miasta.

– Więc co ty chcesz w ogóle robić? – pytał go ojciec, który coraz bardziej podupadał na zdrowiu. – Zostaniesz na gospodarce? My z mamą nie mamy już siły. Twoje siostry poszły do miasta, bracia też, to chociaż ty zostań.

– A dlaczego ja? Nie znam się na tym i nie zamierzam spędzić tu całego życia – odpowiadał twardo. – Też chcę do miasta.

– Gospodarka ma iść na zmarnowanie?! – płakała matka. – Tomek, synku...

– Mamo, ja tu jestem tylko na chwilę. Jak tylko znajdę coś w mieście, to i tak wyjadę.

– Dobrze! – Ojciec z wściekłością rąbnął pięścią w stół. – Dobrze! Pakuj się i już dzisiaj wyjeżdżaj, nic tu po tobie!

– Tak tata mówi?! – zaperzył się chłopak. – Dobrze, wyjadę z samego rana!

Nie wiedział, dokąd pojedzie ani za co. Nie miał ani grosza, ani nagranej pracy, ale duma nie pozwalała mu prosić rodziców o pomoc. Mimo to rano, gdy przekraczał próg domu, mama wcisnęła mu w dłoń zwitek banknotów i reklamówkę z kanapkami.

– Synku, jak ci będzie źle, to wracaj. Tacie przejdzie złość – szepnęła ze łzami w oczach.

Pożegnał się i poszedł na przystanek. Dojechał do miasteczka, a stamtąd ruszył na stację kolejową, gdzie kupił bilet w jedną stronę – do Warszawy.

„Pokażę wam wszystkim, że dam radę. Będę mieszkał w Warszawie i będę bogaty” – powtarzał sobie w duchu.

Wiedział, że pieniądze od mamy wystarczą na zaledwie kilka dni skromnego życia, a o opłaceniu jakiegoś noclegu nie ma nawet co marzyć. W pociągu kupił gazetę i zaczął przeglądać ogłoszenia o pracy. Jedno od razu rzuciło mu się w oczy: „Praca w ogrodnictwie z zamieszkaniem”.

Zadzwonił pod podany numer. Mężczyzna po drugiej stronie słuchawki kazał mu przyjechać na Sadybę. Gdy Tomek przyznał, że zupełnie nie zna Warszawy i pojęcia nie ma, jak tam trafić, usłyszał, że za pół godziny ktoś po niego podjedzie. Miał czekać przy dworcu Śródmieście.

Rzeczywiście, wkrótce zgarnął go stamtąd młody chłopak, który już tam pracował. W drodze opowiedział mu trochę o szczegółach. Wyjaśnił, że praca jest w miarę lekka, zarobki w porządku, a co najważniejsze – jest darmowy dach nad głową i codzienne obiady.

Kiedy zajechali na miejsce, przyjął go sam właściciel.

– No, witaj – mężczyzna wyciągnął rękę do Tomka. – Usiądź. Jak masz na imię?

– Tomek – odpowiedział chłopak.

– Dobrze, to od kiedy możesz zacząć pracować?

– Choćby od jutra. Bardzo mi zależy, bo szczerze mówiąc, nie mam nawet gdzie dzisiaj nocować.

– Oczywiście. Będziesz w pokoju razem z Piotrkiem, tym chłopakiem, który cię tu przywiózł. Jest w porządku, wszystko ci pokaże.

Właściciel zawołał Piotrka, a kiedy ten wszedł do gabinetu, wskazał na Tomka:

– Będziecie razem mieszkać. Pokaż mu wszystko, od jutra zaczyna pracę.

– Dobra, szefie. Chodź ze mną – odezwał się do Tomka.

Poszli do małego domku stojącego na posesji. Znajdowały się tam trzy pokoje dla pracowników, wspólna kuchnia i łazienka.

– To nasz – Piotrek otworzył drzwi.

Pokój był całkiem duży: dwa tapczany, stół, szafa na ubrania, dwa krzesła i szafki nocne.

– I jak? – zapytał Piotrek.

– W porządku. A w ogóle, to Tomek jestem. – Podali sobie ręce. – Powiedz, Piotrek, jak szef płaci? Można tu zarobić?

– Można. Kto chce, ten bierze tygodniówki, ale można też umawiać się co dwa tygodnie albo co miesiąc, kwestia dogadania. Wiesz, szef jest fajny, ale to badylarz, ma kasy jak lodu.

– A ma jakąś rodzinę? – dopytywał Tomek.

– Żona go zostawiła i wyjechała za granicę. Zabrała ze sobą dwie córki.

– A ty długo już tu pracujesz?

– Dwa lata. Sam pochodzę ze wsi, w domu była bieda, więc przyjechałem do Warszawy i nie żałuję. A ty? Skąd jesteś?

– Ja też ze wsi, ale nie chciałem zostać na gospodarstwie. Ojciec się wkurzył i wyszła awantura. Wiesz, jak to jest.

– Wiem – Piotrek pokiwał głową ze zrozumieniem. – To co? Chcesz się wykąpać? Pokażę ci, gdzie jest łazienka. Jadłeś coś w ogóle?

– Tak, ale szczerze mówiąc, głodny już jestem. Jest tu gdzieś w pobliżu jakiś sklep?

– Mam jedzenie, starczy dla nas dwóch. Na śniadanie też coś się znajdzie, a obiad mamy o trzynastej, więc damy radę. Jutro po pracy możemy pojechać na większe zakupy do centrum, szef pewnie pożyczy nam auto.

Tomek poszedł pod prysznic, a Piotrek w tym czasie przygotował kolację. Najedzeni do syta, położyli się do łóżek. Tuż przed zaśnięciem Tomek odezwał się jeszcze:

– Piotrek, a jakieś fajne dupy kręcą się w okolicy?

– Stary, te najfajniejsze to przyjeżdżają prosto do szefa. Ale ty wyglądasz trochę jak facet z południa, z tą karnacją i czarnymi lokami na pewno jakąś szybko poderwiesz. Dobranoc.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Barmaria 2 godz. temu

    Witaj
    Coś nowego , zaczyna się ciekawie

  • Grażyna godzinę temu

    Witaj . Chyba jednak te opowiadania lepiej mi wychodzą niż wierszyki . Mam nadzieję że to uda mi sie napisać całe w ciekawy dosyć sposób . Pozdrawiam i dziekuję za gwiazdki .

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania