Poprzednie częściLBnP – 4 Ostatni...

LBnP –8 Północny lot

Początek:

https://www.opowi.pl/fotozabawa-nr-10-ufo-a125483/

 

*

 

– Miotło, wychodź z tego bączka! Pali mi się łupież na głowie, wracamy na Ziemię!

– Zaklinował się, złam szczotkę i spadaj!

Lot wyznaczony na północ trwałby i trwał, gdyby nie najmniejszy prószek na drodze Wiedźmy.

 

Odbiła się od niego jak od trampoliny i wesoło zmieniła trajektorię w stronę jej rodzinnego miasta. Łysa Góra, była osadzona na czubku nosa tak zwanego wzniesienia też płaskim ryjem geograficznym. Stała się wylęgarnią czarów i wyrastających z gruntu karmiącyc się makowym mlekiem bękartów magów.

– Och! Mój przytułek, moje dziedzictwo! – Wiedźma wypatrywała dachu porośniętego kocim futrem. Sam dom był sierściuchem i przez komin mruczał mrukliwie.

Mruk, murowany z ulepków błotnistych przeciągnął się nadmiernie. Zatrzeszczał kondygnacją, nastroszył dach i pierdnął drzwiami.

– Ożeż! – wystraszył się syku i prawie zerwał fundamenty, ale nic z tego, bo przed jego dwa okna spadła lekko i zgrabnie Wiedźma na koci ogon, ze ścieżki porośniętej chwastami.

– Spodziewałem się ciebie w następnym zaćmieniu Wiedźmo, co cię przygnało?

– Lepiej nie pytaj, mam już dosyć nadpalony stos myśli. Przygotuj mi arsenał eliksirów. Nie mam na czym latać.

– A co! Z tą wyszczekaną, rozczochraną od pyskowania zamiataczką, straciłaś panowanie w locie? – Kocia chata mruknął zadowolony, już nie będzie znosić uporczywego drapania szczotki do metalu, bo tak była ostra w swoich dogryzaniach i szorowaniu sufo–brzucha, że gdy tylko jej właścicielka znikała tylnymi drzwiami, niby tylko po wodę ze studni, ona przechodziła do pucowania obejścia.

 

– Co trzymasz za pazuchą? – ciekawskie oczyska hacjendy, gapiły się podejrzliwie. – Znała ten wystający pas wroga, zniszczony od ekscytacji znęcania się nad nim od środka.

– Nic, to jest, znaczy, że... – Końcówka miotły ugryzła ją w palec, aż kurzajki zawyły.

– Zdrajczyni! Powiedz mu, jak uratowałam ci ten głupi czerep! – Mądra część miotły odgryzłaby jej głowę, ale jedynie co mogła zrobić bez kija, to próbować użyć ręki swojej twórczyni do wywijania i kłucia jej gdzie popadnie.

– Dosyć! – Kocochatka miauknął z wyrzutem.

Przez moment szczotka zawiesiła się na kudłach nadpalonych dredów Wiedźmy.

Kocochatka wypluł kłaczek z jakimś długim kołkiem. I zamruczała magicznym tonem.

– Oto kołek na wampiry, bierz go i namaszczaj wysysaczy. Najpierw krzyżem po grzbiecie, tak jak lubią drapanie, a później wal prosto w te wysuszone pompy, które łakną życiodajnej cieczy.

Wiedźma spojrzała na część gaduły bez kija i skrzywiła się na samą myśl o połączeniu kołka z jej dawnym pojazdem.

Miotła wyrywała się od nabijania na palik, była pierwszą wyszczotkowaną vampirzą bronią. Zaostrzony trzon drugą stroną spełniał swoją funkcję rzucany niczym oszczep przez Wiedźmę. Miała niecny plan jak zgładzić podstępem mieszkającego na trzeciej górze od rzeki sąsiada. Zatrudniła się jako pomoc domowa u Wampira.

Szczerze go nie znosiła, infantylny w za krótkich spodenkach upozorowany starszy pan. Z podejrzanie dziwnym mutantowym głosem.

Nadawał się perfekcyjnie do testu rzutem oszczepowym turbo szczotkowym odrzutowcem.

I już miała go na tarczy gdy...

kiedy zobaczyła, że on nosi sztuczne zęby i topi je w szklance z krwią, bo jego mleczaki były jeszcze w pełni niedojrzałe na wymianę do stałej szuflady.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania