Polski Bus
Polski Bus
Warszawa Młociny. Autobus piętrowy z wielkim napisem Polski Bus parkuję przede mną. Zostawiwszy walizkę w bagażniku wsiadam by zająć swoje miejsce. Wybrałem to na pięterku, a co ciekawe nie wybrał nikt miejsca koło mnie.
Jest godzina 22.00. W Berlinie mamy być o 7.00. W drogę!
Lampkę zapaliłem nad głową i sobie Jolkę rozwiązuję. Mózg lubię trenować. Kiedyś też biegałem, ale mózg mój woli krzyżówki więc uległem, bo on tu rządzi.
Pączków wziąłem sześć na drogę. Niby z nadzieniem, a beznadziejne jakieś. Chociaż za dwa złote to nawet niezłe.
- Mieszanie alkoholi? - pyta Jolka.
- Kupa(hehe)żowanie - wpisuję w kratki.
- Dobrze! - mówi Jolka.
Kierowca mijając Poznań krzyczy, że zatrzymamy się i będzie 15 minut przerwy, więc jak ktoś chce na papierosa, czy do sklepu to szybko.
Papierosa zapaliłem i pączka zjadłem trzeciego. Za dwa złote to dobre gówno, pomyślałem. Szkoda, że tylko sześć kupiłem.
- Chcesz pan pączka? Bo widzę, że pan jesz jakbyś pan pierwszy raz w życiu jadł pączka - mówi jakiś grubas na parkingu patrząc na mnie.
- Chcę, bo mi tylko trzy zostały.
- Ja już sześć zjadłem, a mam jeszcze dziesięć, bo do Berlina daleko, to lepiej mieć jak nie mieć, a po dwa złote były.
- I co pan o nich myślisz? - spytałem ciekawy.
- Na początku myślałem, że straszne gówno, ale potem sobie myślę, że za dwa złote to dobre gówno. Trzy mogę dać.
- A ja trzy mogę wziąć.
I siedzę sobie nad moją ukochaną krzyżówką Jolką i jem szóstego pączka w momencie przekraczania granicy z Niemcami.
- Wielki ubaw (potocznie)? Dwa wyrazy - pyta Jolka.
- Kupa śmiechu - odpowiadam.
- Dobrze! - krzyczy Jolka.
O szóstej rano już jasno za oknem się zrobiło, gdy jadłem dziewiątego pączka. Wtedy grubas mnie szturchnął, to się uśmiechnęłam oblizując usta z lukru.
- Ale mnie sranie wzięło po tych pączkach! Biegnę, bo się zesram normalnie - i znikł.
W Polskim Busie jest toaleta mniejsza niż w samolocie i zacząłem sobie wyobrażać, jak pan tych gabarytów się tam zmieści.
W mojej wyobraźni się nie zmieścił.
- Za 45 minut jesteśmy na miejscu! - krzyczy kierowca.
Jedziemy. Przedmieście Berlina za oknem. Czuję, że i mnie sranie bierze po tych pączkach. I to tak na ostro. Myślę - wytrzymam do stacji.
- Jego noc w przesilenie letnie? - pyta Jolka.
Wtedy grubas mnie trąca cały czerwony na gębie, która potem mu ocieka.
- Panie, katastrofa. Co tam się działo!
- Co?
- Katastrofa! - i poszedł na swoje miejsce.
Jego historia jakoś mnie w żołądku ścisnęła i myślę, że nie wytrzymam.
- Jesteśmy za dziesięć minut na miejscu! - krzyczy kierowca.
- Jego noc w przesilenie letnie? - pyta Jolka.
- Kupałaaaaaa!
Otwieram ten klaustrokibel, podnoszę deskę, a tam katastrofa o której mówił grubas. Prostak śmierdzący! Nie mam wyboru. Siadam i robię to co on, na to co on. Pocę się cały i czuję, jak czerwień wypływa na moją twarz. Katastrofa!
- Za pięć minut jesteśmy! - krzyczy kierowca.
Podcieram tyłek i czuję, że wyrzuciłem z siebie jakiegoś demona. Spuszczam wodę. Woda się nie spuszcza, a ja w myślach przepraszam grubasa i myślę jebać, już Berlin. Wysiadamy.
Otwieram drzwi, a przede mną dwudziestoletnia dziewczyna piękna, jak żona którą chciałbym kiedyś mieć. I nasze oczy się spotkały. Jej niewinne. Moje też.
- Jak coś to strasznie nasrane - mówię.
- Wiem, ja tu srałam przed Poznaniem.
- I co myślisz o pączkach?
- Na początku myślałam, że straszne gówno, ale potem, że za dwa złote to dobre gówno.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania