Porcja Beskidów
Moje Beskidy, niczym dziecięce puzzle, rozsypują się tu i tam. Tak trudno je odnaleźć i złożyć w jedną całość.
Dziś w Górkach Wielkich odkryłem trasę, której — choć trudno mi w to uwierzyć — wcześniej nie znałem. Do tej pory sądziłem, że przemierzyłem każdy metr tej wsi. A jednak się myliłem. Przypomniałem sobie, że tę drogę pokonałem raz, zaraz po przeprowadzce, kilka lat temu, z Adasiem z Krakowa. Czyżbym trafił na Szlak Wspomnień?
Szedłem trawersem myśliwskim, który długo wydawał mi się ślepą ścieżką. Prowadził na polankę, o której wiedziałem tylko tyle, że istnieje. Przez lata nie potrafiłem na nią trafić — a dziś się udało. Trawers doprowadził mnie w końcu do zupełnie egzotycznej części miejscowości. Jakże dziwne to uczucie: nagle znaleźć się w innym świecie.
Najpierw był las. Potem stare domostwa o sypiącym się, zszarzałym tynku — biedne, mizerne. Zastanawiałem się, kto mieszka w tych na pierwszy rzut oka opuszczonych chałupach. Tubylcy? Zbieracze runa? Przybysze z pradziejów? W oknach żarzyły się krwistoczerwone lampiony, w powietrzu unosił się zapach juchy zaszlachtowanych kogutów. W jednej chałupie duchy grały w karty, w innej kanibale rozwalili się przed starym telewizorem, wcinali płaty soczystego mięsa i dudlili bimber prosto z gwinta.
Ci kanibale — ach, ten miejscowy folk-horror — to wcale nie relikty słowiańskich demonów, lecz przybysze z wielkich miast. Przyjechali tu po „autentyczne doświadczenie”, kupili chałupy za grosze, pomalowali je na instagramowo, a teraz pożerają wszystko, co tradycyjne: ciszę, widok, stary sad, nawet powietrze. Zjadają Beskidy kawałek po kawałku, zostawiając po sobie jedynie resztki — powietrzne frytkownie, plastikowe tarasy i opowieści o tym, jak tu „dziko”. A my, starzy mieszkańcy, możemy tylko patrzeć, jak trawią nas żywcem.
Ile jest Beskidów w Beskidach? Może dziesięć procent, a może dwa. To klimat, który ginie w cywilizacji mozaikowej — nowe miesza się ze starym, piękne z brzydkim, biedne z bogatym, tradycyjne z nowoczesnym, niepowtarzalne z szablonowym, ludowe z napływowym. Tę szczególną atmosferę tworzą przede wszystkim starzy ludzie, stare drzewa i stare domy.
Brnąłem więc w ekstrakt góralsko-ludowy, w polskość i słowiańskość, w południce i chochoły. Potem skończył się las; minąłem wrota miejscowości, stare zabudowania i góreckie opłotki. Wdepnąłem w śmierdzącą kupę nowoczesności i nijakości. Czy kanibale mnie dopadli? Gonili, aż wreszcie capnęli? Nie — nic podobnego. Ale to dzięki nim, ich nienasyconemu apetytowi, mam teraz o czym pisać.
Co zapamiętałem? Drewniane chatki ze stromymi, strzechą krytymi dachami. Limbę na zakręcie ścieżyny. Kapliczkę na rozstaju dróg. Pofałdowany teren, zdziczałe sady, tarasy widokowe — kiedyś ogrody lub poletka. Zabudowę kaskadową, ślepe wjazdy upstrzone drzewami i chaszczami, potęgujące wrażenie głębi i intymności. Stare drzewka owocowe, z kropelkami wody na poskręcanych gałązkach. Mgłę — widomy znak, że las i łąka oddychają. Drabinki oparte o ściany szop niczym łęki przyporowe o mury katedr. Wysoki kamienny pas podmurówki starego góreckiego domu. Samotną limbę na krańcu wąwozu, na krańcu świata. Różne oblicza ciszy; wszak zimą w lesie jest wyjątkowo cicho i spokojnie. Grudniową szarówkę, błoto, mokry, topniejący śnieg, brak konturów — i mnóstwo zapomnianych zakamarków, które urzekają właśnie tym, że zostały zapomniane.
Ech, moje Beskidy. Rozsypują się jak puzzle — i tak trudno je złożyć w koherentną całość.
Komentarze (3)
happy new year!
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania