Port

Koniec lata, wieczór, malutka, nadmorska miejscowość, gdzieś na końcu świata. Wzdłuż falochronu niezbyt dużego portu przechadza się młody mężczyzna, zachowując jednak pewną odległość od wysokiego klocka z betonu. Swoją awersję doń tłumaczył arachnofobią (struktura istotnie była pokryta warstwami pajęczyn i powoli budzącymi się ich twórcami), choć dobrze wiedział, że w rzeczywistości po prostu nie chciał wpaść do wody. Stopniowo oddalając się od jednej strony solidnego pomostu nie zdawał sobie sprawy, że zbliżał się do drugiej, która zaś znacznie bardziej skandalicznie całowała otwarte morze, pozwalając, by chłodna woda raz po raz wylewała się na posadzkę. Gdy młodzieniec już zdecydowanie zbyt absurdalnie przysunął się do brzegu, lodowate kropelki jak dwie piranie ugryzły jego nogi i zmusiły do natychmiastowego samoopamiętania.

 

Tą samą trasą, jakoby śledząc chłopaka, szło jeszcze kilku ludzi, których wzrok ograniczał się wyraźnie do własnych partnerów, dzieci, interesów, i dzięki temu właśnie obłąkaniec pozostał prawie niezauważony. Obserwowała go jedynie około rok młodsza kobieta, która, widząc zaledwie tył jego głowy i rozmyty w słabym świetle kolor lnianej koszuli, przez parę momentów wyobrażała sobie związek, małżeństwo, życie z tym nieznajomym – wyobrażała sobie relację opartą na niewiadomych, domysłach... Kto wie, być może nieźle wyglądał, być może miał pieniądze, być może był wystarczająco dojrzały fizycznie, emocjonalnie, finansowo, żeby móc utrzymać rodzinę, być może miał podobne zainteresowania...

Nie, nie miał podobnych zainteresowań. Z pewnością. Kogo w końcu teraz interesuje wymagająca chociaż najbardziej powierzchownej interpretacji sztuka? Nie wiem, na pewno nie mnie. Jedno wiem – wiem, że, w przeciwieństwie do swojej chwilowej adoratorki, młodzieniec wcale nie sądził, że "zainteresowania", jak to się eufemistycznie mówi na niezdrowe obsesje i manie, kiedykolwiek powinny być wykorzystane jako karty przetargowe dla desperatów szukających szybkiej miłości (tej zresztą także nie był zwolennikiem).

 

Chłopak czuł się lepszym człowiekiem od otaczających go ludzi. Faktycznie, był lepszy. Obiektywnie, był lepszy, chociaż nie mogę absolutnie wskazać, dlaczego. Może to faktycznie przez sztukę, albo i... Nie, kim niby byłby ten dziwak, gdyby nie to, co wychodzi spod jego pióra, to, co z jego palców wylewa się przez pędzel na płótno lub prosto na klawiaturę instrumentu? Byłby dokładnie taki sam, jak tamci ludzie chodzący z nim po porcie. Byłby więc im równy, a to znaczy, że byłby od nich gorszy. Co na swoją obronę ma bowiem człowiek, który nie wyróżnia się niczym? Nic. Jest po prostu żałośnie, sromotnie gorszy, a to bez dwóch zdań jest smutne.

Smutny był także ten młody mężczyzna, bo trwała moda na bycie szczęśliwym, i modzie należy się przeciwstawiać. Doszedł mniej więcej do połowy długości pomostu, prezentując się nieistniejącej publiczności jakoby model na wybiegu. Zauważył też wtedy, pośród opuszczonych już na noc kutrów rybackich, i próżnych, metalowych pływających konstrukcji, należących do najbogatszych obywateli państwa, jedną, mikroskopijnie maluśką żaglówkę, na której siedziała trójka nieokazujących emocji starszych mężczyzn, rozmawiająca o przeszłości (bo to chyba jedyny temat, na który mogą dyskutować tacy ludzie). Bezczelnie ignorując prywatność debatujących starców, usiadł na przeciwległym kącie łodzi, jednocześnie pociągając za ręczny hamulec towarzyski i tym samym całkowicie zatrzymując bieg konwersacji. Posiedział tak z nimi w ciszy parę minut, aż w końcu począł bez słów prezentować każdemu z nich własne “dzieła” – malutkie płótna wypełnione nic nieznaczącymi kleksami farby. Zaskoczony brakiem emocjonalnej reakcji ze strony mężczyzn, przeczytał im wszystkie poematy, które kiedykolwiek napisał – lepsze, gorsze, skandaliczne, a w nagrodę otrzymał milczenie.

Czemu tak? Nie wiem, być może starcy przeżyli już na tyle długie życie, że takich majaczeń słyszeli już miliony, może utwory zaproponowane przez młodego po prostu nie były zbyt dobre, ale... Przecież był od nich... lepszy! Jak więc ludzie gorsi mogą nawet nie zauważyć człowieka lepszego? Może w tym niezauważaniu, tylko i wyłącznie, można ich nazwać lepszymi od niego.

 

Poddał się młodzieniec, znów zapadła cisza przerywana okresowym waleniem fal o korpus łodzi i beton. Starcy poczęli ignorować nieproszonego gościa, znów zaczęli rozmawiać – już nie o przeszłości, a o morzu, a mówili o nim z czułością taką, z jaką niewdzięczny syn mówi o swojej świętej pamięci matce, którą zdecydowanie mógł traktować lepiej.

 

Z portu odpłynął ostatni prom do większego miasta, w którym było lotnisko, z którego zaś wylatywały samoloty do miast jeszcze większych. Widząc to, młodzieniec wyciągnął z kieszeni bilet na ten właśnie rejs i podarł go na drobne części. Wiedział, że nie mógł tak po prostu opuścić łodzi. Wiedział jednak jeszcze wyraźniej, że nie wytrzyma zbyt długo słuchania, jak z należytym szacunkiem mężczyźni opiewają rozległość morza, jakoby tęsknili za własną matką. Rzucił się więc natychmiast wprost z żaglówki do wody...

...ale zabijać się też trzeba umieć. Głupi chłopak przypadkiem zaciągnął za sobą ciężki ładunek z pokładu, co zachwiało równowagą łodzi. Ten niespodziewany manewr wyrzucił starców w zimną taflę – wszyscy czterej zatonęli.

Możecie sobie mówić, że zabranie trzech innych osób ze sobą do grobu jest niezwykle egoistyczne. Co sądzę ja? Myślę, że aby własną śmiercią wywrzeć wpływ na życie trzech innych ludzi, faktycznie trzeba być wielką jednostką...

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania