Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Portfel

Cieniutka igiełka przeciska się przez twoją głowę prosto w stronę prawego oka. Penetrując mózg, zwiększa swoją średnicę i kiedy dociera do twardówki, staje się małym wiertełkiem. Świdruje gałkę oczną jak spróchniały ząb. Możesz przysiąc, że słyszysz świst wysokoobrotowej turbiny. Jakbyś siedział na fotelu u dentysty. Zamykasz oczy i ściskasz palcami podłokietniki. Łudzisz się, że może zaraz przejdzie.

Że nie będzie tak źle.

Wiertło jednak przebija się do środka. Praktycznie słyszysz ciche chrupnięcie. Wokół oczodołu rozpływa się fala gorąca. Twoje oko za chwilę pęknie. Mała igiełka wbija się prosto w nerw. Zaciskasz zęby. Masujesz twarz. Mrużysz powieki.

Jest coraz gorzej.

Świder wkręca się na wolnych obrotach w głąb skroni. Jęczysz. Przecierasz policzki. Oddychasz głęboko. Próbujesz uciec myślami, ale kiedy na chwilę odpływasz, w twoim oku pojawia się kolejny impuls. Wiertło przeciska się przez miękkie ciało szkliste i rozrywa soczewkę. Rozrywa rogówkę. Wychodzi na powierzchnię, a ty błagasz już tylko o nagłą zapaść. O atak serca albo udar mózgu. Otwierasz okno i przez chwilę myślisz, że może to jest jakieś wyjście, ale zanim wspinasz się na parapet, instynkt nakazuje ci wrócić do łóżka. Kładziesz głowę na poduszce i godzisz się z własnym losem. Twoja skroń pulsuje. Twoje oko wpada w niewidzialne imadło. Kiedy jesteś pewien, że za chwilę wybuchnie, żelazne szczęki odpuszczają, przynosząc chwilową ulgę. Cykl ten powtarza się przez pięć minut. Przez dziesięć, jeśli masz pecha. Raz na jakiś czas nawet godzinę. Potem powoli się rozmywa. Wiertło zwalnia. Igiełka znika. Nagle wszystko wraca do normy.

To jest właśnie klasterowy ból głowy. Nikt nie wie czego jest przyczyną i nie ma na niego żadnego lekarstwa. Jeśli chcesz, możesz spróbować dietyloamidu kwasu D–lizergowego – to znaczy LSD – i zacząć słuchać zapachów. Możesz też zażyć psylocybiny, ale nie znajdziesz tego w żadnej aptece. Żaden lekarz nie zapisze ci tego na recepcie. Kiedy pójdziesz po poradę, zleci ci różne badania. Przepisze jakieś gówniane leki. Poradzi byś spróbował w czasie napadu oddychać czystym tlenem. Nic z tego jednak nie pomoże. Klasterowy ból głowy trafia się jednemu na tysiąc i jeżeli akurat ty jesteś tym nieszczęśliwcem, to masz totalnie przejebane. No chyba że zostaniesz ćpunem. Chyba że wyjdziesz przez okno z czwartego piętra. Klasterowy ból głowy pozostanie przy tobie aż do samego końca. Mnie dopadł zaraz po dwudziestce i od tamtej pory odwiedza mnie regularnie. Mój upiorny przyjaciel. Moje przekleństwo. Dopada mnie zawsze w najmniej spodziewanym momencie. Czuję, że już się zbliża, kiedy facet poprawia koszulę i prosi mnie, żebym opowiedział mu wszystko od początku. Na spokojnie. Ze wszystkimi szczegółami. Bez żadnych skrótów myślowych. Nie wiem o co tak naprawdę mu chodzi. Może nie potrafi w to uwierzyć? Może myśli, że ściemniam? W sumie mu się nie dziwię. Palce szczypią mnie od przeraźliwego mrozu, którego ślady widzę na zaparowanej szybie. W ciemności dostrzegam reflektory jakiegoś samochodu.

– To jak? – pyta facet.

Przecieram twarz i mówię, że zaczęło się zaraz po wyjściu z pracy.

 

*

 

Było tak zimno, że usłyszałem stukot własnej szczęki. Wcisnąłem ręce do kieszeni, ale nadal czułem w palcach ostre igiełki mrozu. Pociągnąłem suwak pod samą szyję i włożyłem słuchawki do uszu. Ruszyłem przed siebie marząc tylko o ciepłych kaloryferach i wannie zalanej wrzątkiem.

Szedłem do domu tą samą drogą co zwykle. Skręciłem na rogu przy starym warsztacie ślusarskim i dalej ruszyłem w dół mijając piekarnię i biuro podróży. Potem w prawo, brukowaną ulicą, aż do wiaduktu niedaleko oczyszczalni ścieków. Później przez park Zamkowy do fontanny, przez most nad rzeką i dalej parkiem, pod górkę, aż do bloków przy Robotniczej. Mijałem je po trzeciej, albo czwartej piosence. Przy piątej wchodziłem już na swoje osiedle. Przynajmniej tak było zazwyczaj. Tego dnia jednak zatrzymałem się przy przejściu dla pieszych, bo zobaczyłem, że na chodniku leżał portfel. Rozejrzałem się dookoła, ale nie zauważyłem nigdzie potencjalnego właściciela. Jedynie na przystanku, kilkadziesiąt metrów dalej, dreptała w miejscu starsza kobieta, ale portfel wyglądał raczej na męski. Podniosłem go z ziemi. Zacząłem się trząść, bo był mokry, a że miałem już zielone światło, schowałem go do kieszeni i kilkoma skokami, omijając brunatną śnieżną breję, przeleciałem na drugą stronę. Próbowałem pod latarnią zobaczyć co było w środku, ale nie mogłem zapanować nad drżącymi rękami. Postanowiłem odłożyć to na powrót do domu. Z Robotniczej skręciłem w Zygmunta Augusta i po jeszcze jednej piosence wszedłem do bloku numer osiem. Potem windą na czwarte piętro, do mojego mieszkania.

 

*

 

– Wystrój też mam opisać? – pytam trochę zdenerwowany. Masuję obolałe nadgarstki. Facet nie odpowiada. Prosi tylko, żebym mówił dalej.

Znowu coś zgniata moją głowę. Mrużę powieki i pytam go, czy ma jakiś Paracetamol albo Ibuprom. Może być nawet Aspiryna. Pytam go, chociaż i tak wiem, że ten syf mi nie pomoże. Mówi, że jak mu wszystko opowiem, to załatwi mi co tylko będę potrzebował. Czuję, że się z nim nie dogadam, więc zaczynam mówić dalej.

 

*

 

Nie mogłem trafić w otwór zamka. Musiałem pomóc sobie drugą dłonią. Gdyby nie to, pewnie zamarzłbym przed wejściem do bloku. W końcu otworzyłem te cholerne drzwi i wszedłem na klatkę schodową. Klikanie zębami nagle ucichło. Oddychanie przestało mi wreszcie sprawiać ból. Wbiegłem po schodach na czwarte piętro i wtoczyłem się przez podrapane, podwójne drzwi na dwadzieścia cztery metry kwadratowe mojej grubo przecenionej stancji. Zrzuciłem z siebie kurtkę i głośno stękając, schyliłem się by zdjąć buty. Wtedy z plasknięciem na terakotę spadł brązowy, skórzany portfel, który znalazłem przy przejściu. Biorąc go do ręki poczułem ukłucie rozpływające się od palców aż po nadgarstek. Portfel ciągle miał temperaturę zamarzania. Drżącymi łapami zajrzałem do środka i jak każdy normalny, biedny człowiek sprawdziłem najpierw przegrodę na banknoty. Znalazłem w niej dziesięć oślizgłych plastrów stuzłotówek, które skrupulatnie rozłożyłem nad grzejnikiem. Portfel miał jeszcze kilka mniejszych kieszonek z dwiema kartami płatniczymi, kartą do biblioteki, dowodem osobistym i prawem jazdy. W przegrodzie z suwakiem znalazłem kilka groszy. Wyjąłem dowód i obejrzałem sobie dokładnie podobiznę właściciela. Jak już przewidziałem był nim facet. Antoni Murawski. Lat pięćdziesiąt jeden. Zaawansowana łysina, piwne oczy i metr siedemdziesiąt wzrostu. W to ostatnie akurat wątpiłem. Sam według mojego dowodu kończyłem się na stu osiemdziesięciu centymetrach, ale nie sięgałem tylu nawet stojąc na palcach. Zawsze chciałem mieć metr osiemdziesiąt, dlatego kiedy wypełniałem formularz przed wyrobieniem dowodu, wpisałem sobie tyle wzrostu. Wtedy myślałem, że oszukuję system, ale teraz już wiem, że robił tak prawie każdy facet. Każdy dodawał sobie kilka centymetrów. Szczególnie ci, którym brakowało ich sporo do metra osiemdziesięciu. Facet, który oficjalnie przyznaje się, że mierzy sto siedemdziesiąt, pewnie jest niższy przynajmniej o pięć centymetrów. Pomyślałem o tym spoglądając na jego adres zamieszkania. Nie było żadnej ulicy. Tylko miejscowość i numer domu. To znaczyło, że mieszkał na jakimś zadupiu.

 

*

 

– Tak? – mruczy facet unosząc nagle łeb z nad notesu, po którym skrobał długopisem od momentu, gdy zaprowadził mnie do tego pokoju. Pochylam się na oparciu sfatygowanego fotela, który podsunął mi do tylnej ścianki swojego obdrapanego biurka. Słyszę piszczenie kondensatorów dochodzące ze szpar w pożółkłej obudowie kineskopowego monitora. Blask jego ekranu jeszcze bardziej rozjaśnia bladą twarz mojego rozmówcy.

– Proszę kontynuować – mówi facet, kiedy pisk zaczyna przeradzać się w świst dentystycznego wiertła.

– Mogę chociaż prosić o szklankę wody? – pytam. – Miałem bardzo ciężki dzień.

– Jak tylko skończymy – odpowiada facet z uśmiechem manekina na twarzy.

Oprócz świstu w uszach nie słyszę żadnych innych odgłosów. Zastanawiam się, czy na tym posterunku jest jeszcze ktoś poza mną i tym gliniarzem. Zamiast jednak go o to zapytać, zaczynam dalej powtarzać historię mojego zjebanego weekendu.

 

*

 

Odkładając portfel na stolik przypomniałem sobie, że po drodze do domu wdepnąłem w kałużę ukrytą pod cienką warstwą lodu. Część tej kałuży zaczęła przesączać się przez moje obdarte zimowe buty i teraz ta chłodna breja odmarzała mi moje styrane stopy. Siadłem na łóżku, które w ciągu dnia robiło mi za kanapę i powoli odlepiłem skarpety z nóg. To niesprawiedliwe – pomyślałem, zastanawiając się na co wydam schnące na grzejniku banknoty. Facet miał w życiu prawdziwego pecha. Nie dość, że był z metra cięty i prawie całkiem łysy to jeszcze zgubił taką forsę.

Po przebraniu się w domowe szmaty znowu wyciągnąłem z portfela dowód osobisty i przyjrzałem się czarno-białemu portretowi jego właściciela. Dobrze mu patrzyło z oczu. Teoretycznie zabierając jego pieniądze wcale go nie okradałem. Przecież je znalazłem. Coś mi się chyba należało od mojego beznadziejnego życia? Zaraz jednak pomyślałem, że jemu chyba bardziej przydałoby się szczęśliwe zrządzenie losu. Wyciągając z rzężącej lodówki opakowanie z jajkami, doszedłem do wniosku, że powinienem zwrócić gościowi portfel dokładnie w takim stanie, w jakim go znalazłem. No, może trochę mniej mokry. Mogłem sobie wmawiać, co chciałem, ale zabierając jego pieniądze, niczym bym się nie różnił od zwykłego złodzieja.

 

*

 

Siedziałem przy moim małym, składanym stoliku i patrzyłem na portfel. Wciskając widelcem do ust przypaloną jajecznicę obserwowałem jego postrzępione rogi. Pęknięcia na grzbiecie. Małe, blaszane logo firmy ledwo trzymające się powierzchni fałszywej skóry. Było tak wytarte, że nie szło nic z niego odczytać. Kończąc kolację byłem pewien, że ten portfel nie należał do bogatego człowieka. Te dziesięć mokrych banknotów schnących na moim kaloryferze mogło być resztą jego miesięcznej wypłaty. Nagle poczułem na twarzy podmuch zimnego powietrza. Mroźny wiatr przebijał się przez szczeliny okna. Podszedłem bliżej i docisnąłem taśmę do szpary między ościeżnicą i skrzydłem. Uszczelka między nimi już dawno sparciała i nie było komu jej wymienić. Jak tylko ją zakleiłem, poczułem złudne ciepło. Spojrzałem przez szybę na kiwające się drzewa. Smagały się nawzajem gałęziami jak rozwydrzone dzieciaki. Pod nimi, długimi falami, przesuwał się po chodnikach biały pył. Miliardy drobnych płatków śniegu zamrożonych gdzieś wysoko nad miastem, mieniących się teraz w mdłym blasku osiedlowych latarni. Wyobraziłem sobie jak biedny Antoni broczy gdzieś przez tą zamieć, szukając swojego małego, brązowego majątku, który leżał teraz na moim składanym stoliku. Poczułem ukłucie żalu, ale przecież nie mogłem nic na to poradzić. Stało się i tyle. Nie było w tym żadnej mojej winy.

Posprzątałem po swojej kolacji. Odłożyłem portfel przy kaloryferze, obok jego mokrej zawartości, i wlazłem do łazienki. Szybko wcisnąłem się do kabiny prysznicowej i puściłem sobie na głowę strumień ukropu. W oparach gorącej wody, szorując się twardą gąbką, próbowałem zmyć z siebie resztki mrozu. Wciąż czułem nieprzyjemne kłucie w końcówkach odmrożonych palców. Moje stopy były jak zrobione z litego kamienia. Nawet zakrywając się grubą kołdrą drżałem delikatnie za każdym razem, gdy wiatr z szumem przedzierał się do mojej kawalerki przez oblepione taśmą okna.

 

*

 

Obudziłem się ze szpilką w oku. Wpijała się w dokładnie w mały kącik przy nosie, w miejscu gdzie łączyły się dolna i górna powieka. Wchodziła coraz głębiej i głębiej, aż całkiem zniknęła wewnątrz mojej głowy. Myślałem, że to koniec, ale nagle coś wybuchło. Po głowie rozlał mi się żrący kwas. Przepalał się przez każdy zakątek mojego mózgu. Zamknąłem powieki. Potem przycisnąłem palce do obu gałek ocznych. Masując je czułem pod opuszkami małe wzniesienia ukrywające pod sobą źrenice. Ból przelewał się z jednej strony do drugiej. Był mocniejszy niż zwykle. Bardziej nieprzewidywalny. Wziąłem kilka głębokich wdechów i usiadłem na krawędzi łóżka. Spojrzałem na zegarek wskazujący kilka minut po siódmej. Zdecydowanie za wcześniej jak na wolną sobotę. Wiedząc, że o spaniu mogę już zapomnieć, podniosłem się na równe nogi, wcisnąłem lodowate stopy w kapcie i poszedłem do łazienki. Gorący prysznic nie potrafił zatrzymać ataku, ale pozwalał mi przynajmniej na chwilę o nim zapomnieć. Po dziesięciu minutach smagania się wrzątkiem trochę mi ulżyło. Umyłem zęby, uporządkowałem przydługie włosy i wyszedłem z łazienki na korytarz niewiele większy od wycieraczki. Banknoty leżące na kaloryferze były już suche. Tak samo portfel, o którym całkowicie zapomniałem. Biorąc go do ręki poczułem się nieswojo. Zacząłem żałować, że w ogóle go podniosłem. Te tysiąc złotych nie było w stanie wynagrodzić mi problemów, jakich sobie przez niego narobiłem. Wszystko przez to, że musiałem go oddać właścicielowi. Moje durne sumienie nie pozwalało mi postąpić inaczej. Szkoda tylko, że nie wiedziałem do czego mnie to zaprowadzi.

 

*

 

Facet spogląda na zegarek tak jakby czegoś oczekiwał. Potem poprawia kołnierz koszuli. Pytam go dlaczego muszę znowu opowiadać to samo. Gość skrobie po zeszycie i mówi mi, że może sobie coś jeszcze przypomnę. Że najlepiej składać zeznania na świeżo, zanim zapomnimy wszystkie szczegóły. Brzmi to nawet rozsądnie, ale mój upiorny przyjaciel nie pozwala mi myśleć. Facet obraca długopis między palcami. Nagle upuszcza go na ziemię. Kiedy się schyla, zauważam, że zaczyna łysieć na czubku głowy. Niespodziewanie pyta czy chcę herbatę. Jestem tak skołowany, że przez moment milczę jak debil, a potem kiwam głową. Kolejna fala szpilek przelatuje przez wnętrze mojego mózgu. Bolą mnie pokaleczone stopy. Wciąż nie czuję dłoni.

 

*

 

Kiedy facet wraca z herbatą, w mojej głowie trochę się przejaśnia. Myślenie już nie sprawia mi takich trudności. Gość stawia przede mną kubek parującej, brunatnej wody. Na jej powierzchni widać białe pasemka piany. To znaczy, że woda się nie dogotowała. Obracam kubek o dziewięćdziesiąt stopni. Jest cały popękany i w paru miejscach przy krawędzi mocno ukruszony. Na dnie widzę cienką warstwę granulek herbaty. Robi mi się niedobrze. Najchętniej odstawiłbym go na bok, ale chce mi się pić, więc podnoszę go w obu dłoniach do twarzy i upijam łyk z miejsca, gdzie przez lata używania zebrało się najmniej brunatnego osadu. Smakuje jak kałuża.

– I co było dalej? – powtarza facet pstrykając długopisem.

– Dalej – mówię – wszystko się pojebało.

 

*

 

Miałem do wyboru kilka mniej lub bardziej rozsądnych sposobów. Mogłem na przykład olać swoje głupie wyrzuty sumienia, wywalić portfel, zabrać kasę i zapomnieć o wszystkim kupując sobie coś ładnego na pocieszenie. Mogłem też postarać się trochę ukoić wyrzuty sumienia anonimowo wysyłając dokumenty i karty właścicielowi, zostawiając sobie kasę i zapominając o całej reszcie. Mogłem pójść na policję i oddać im portfel licząc na to, że dostarczą go razem z forsą właścicielowi. Mogłem też zrobić coś idiotycznego i wybrać się osobiście na to jebane zadupie żeby oddać zgubę Murawskiemu, potrącając sobie z jego szmalu jedynie koszty podróży. Po krótkim przemyśleniu sprawy postanowiłem tak właśnie zrobić.

 

*

 

Była sobota. Mój jedyny naprawdę wolny dzień w tygodniu. W piątek chodziłem do pracy, a w niedzielę musiałem iść wcześniej spać, więc tylko w sobotę miałem pełną swobodę. Jeszcze nie wiedziałem, co będę robił wieczorem, ale po obiedzie miałem wybrać się w podróż za miasto. Murawski mieszkał niecałe dwadzieścia kilometrów ode mnie, więc sądziłem, że uda mi się załatwić sprawę maksymalnie w dwie godziny. Zjadłem odgrzewanego kurczaka, założyłem bluzę z kapturem i kurtkę, która bardziej nadawała się na jesień niż zimę. Schowałem w kieszeni portfel Murawskiego, do którego włożyłem dziesięć, suchych jak pieprz banknotów. Wziąłem do ręki kluczyki od samochodu oraz mieszkania i wyszedłem na klatkę schodową. Zamknąłem drzwi, a potem zszedłem na dół.

 

*

 

Mój samochód był starszy ode mnie, ale w dodatniej temperaturze działał jak trzeba. Odbijało mu tylko podczas mrozów. Nie sprawdzałem temperatury, ale wychodząc z bloku zadrżałem z zimna. Głowa automatycznie wtuliła mi się między ramiona. Chciałem wrócić po cieplejszą kurtkę, ale nie było sensu. Od samochodu dzieliło mnie tylko kilka kroków. Podbiegłem do niego truchtem, wcisnąłem kluczyk w zamek i szarpnąłem za drzwi odrywając przy okazji kawałek uszczelki.

Kiedy mój samochód wariował przeważnie nie dało się go odpalić. Rozrusznik rzęził kręcąc wałem, ale nie dochodziło do zapłonu. Czasami udawało się po kilku próbach. Czasami tylko rozładowywał się akumulator. Cokolwiek by się nie działo, zawsze jednak udawało mi się zakręcić. Tym razem, jak na złość, po przekręceniu kluczyka usłyszałem tylko pojedyncze kliknięcie. Nic więcej. Spróbowałem jeszcze kilka razy, ale na marne. Usłyszałem jak za szybą zaczął szumieć wiatr. Od samego dźwięku zaszczękałem zębami. Pociągnąłem za uchwyt od maski i wyszedłem na zewnątrz. Stopy natychmiast zdrętwiały mi od mrozu. Miałem wrażenie, że moje buty ciągle były jeszcze wilgotne. Otworzyłem maskę zgarniając z niej grubą warstwę śniegu. Sprawdziłem poziom oleju i płynu do spryskiwaczy. Nie miałem zielonego pojęcia, co dalej robić, więc z hukiem zamknąłem pokrywę i wróciłem do samochodu. Przyrzekłem sobie, że przekręcę kluczyk trzy razy i jeśli nie zaskoczy, to dam sobie spokój. Zostawię portfel w pierwszym lepszym komisariacie i o wszystkim zapomnę. Na pewno nie będę już nic więcej kombinował. Nie bardzo wiedząc, czego właściwie oczekiwałem, spróbowałem jeszcze raz przekręcić kluczyk. Na moje nieszczęście silnik odpalił.

 

*

 

Nie padało, ale i tak musiałem włączyć wycieraczki, bo wiatr co chwilę zawiewał śnieg z poboczy prosto na przednią szybę. W radiu przerywał jakiś nudny kawałek. Chociaż na zegarku minęła dopiero piętnasta, na zewnątrz zaczynało się już ściemniać. Oparłem się łokciem o drzwi i położyłem policzek na dłoni . Odkąd przekroczyłem granicę miasta nie minąłem się z ani jednym samochodem. Nikt też nie jechał za mną. Byłem na drodze sam. Tylko ja i biała trasa, odkrywająca się kawałek po kawałku w świetle reflektorów.

 

*

 

Mój najlepszy kumpel z dzieciństwa dostał kiedyś na dziesiąte urodziny gameboy'a. Nikt na osiedlu nie miał takiego, więc prawie codziennie spotykaliśmy się popołudniu na placu zabaw i graliśmy na zmianę aż do wyczerpania baterii. Siadaliśmy we trzech czy czterech na oparciu ławki i wlepialiśmy wzrok w mały ekranik, patrząc jak zlepek pikseli skakał z jednej platformy na drugą.

Tak mało potrzebowaliśmy do szczęścia.

Pewnego razu, w najlepszym momencie gry, obok ekranu zapaliła się czerwona lampka. Znaczyło to, że lada chwila wyczerpią się baterie, kończąc na dobre naszą zabawę. Kumple głośno westchnęli, bo nikt z nas nie miał kasy żeby kupić nowe. Uspokoiłem ich jednak mówiąc, że zaraz coś wykombinuję. Wstałem z ławki i ruszyłem pewnym krokiem w stronę osiedlowego sklepu.

Tego dnia nabrałem ochoty, żeby zrobić coś, o czym już od dawna myślałem.

Wchodząc do sklepu przystanąłem na jednym z popękanych, betonowych schodków i głęboko odetchnąłem. Schowałem spocone ręce do kieszeni. Potem rozejrzałem się i wszedłem do środka. Usłyszałem szum niedostrojonego radia, w tle którego leciała jakaś melodia. Za ladą siedziała starsza kobieta. Po jej lewej stronie warczała chłodziarka z mięsem, obok której stała rozwalona lodówka wypełniona butelkami z piwem. Powiedziałem “dzień dobry”, na co ekspedientka odburknęła coś niewyraźnie, nie podnosząc przy tym wzroku z nad pogryzdanej krzyżówki.

Ruszyłem między regały, oglądając się co chwilę przez ramię. Błądziłem wzrokiem po białych, zakurzonych pólkach, przy krawędzi których stały poustawiane butelki z tanim szamponem. Obok nich leżały kostki szarego mydła. Paczki solonych pestek słonecznika. Papierowe opakowania z mąką w trzech różnych rodzajach. Cukier. Skamieniała sól. Pasta do butów. Brązowe, białe i czarne sznurówki. Pudełko z blistrami baterii w różnych rozmiarach. Małe paluszki, dziewięciovoltowe, AA.

Od dłuższego czasu myślałem o tym, żeby spróbować zwinąć coś ze sklepu.

Wytarłem dłonie o wnętrze kieszeni i wyjrzałem zza regału w stronę lady. Ekspedientka wypełniała skrupulatnie kratki w swojej panoramicznej krzyżówce.

Chciałem zobaczyć jak to jest być złodziejem.

Wziąłem jeszcze jeden głęboki wdech i szybkim ruchem wsadziłem blister baterii AA za gumkę od spodenek. Twarda tektura opakowania od razu przylgnęła do wilgotnej skóry na moim brzuchu. Stanąłem jak wryty. Niestety, ale mój plan kradzieży na tym się kończył. W kieszeniach miałem tylko mokre od stresu dłonie, więc nie mogłem nic kupić, a nie chciałem wyjść z pustymi rękami, bo chociaż robiłem już tak wiele razy, tego dnia miałem wrażenie, że wzbudziłbym tym podejrzenia pani sklepowej. Po karku zaczęły spływać mi zimne krople potu. Koszulka przykleiła się do pleców. Opakowanie z bateriami gryzło mnie w brzuch. Wytarłem dłonie o spodenki i podszedłem w końcu do kasy.

– Jest oranżada? – zapytałem łamiącym się głosem.

Dopiero wtedy kobieta na mnie spojrzała. Z grymasem na twarzy wyszła na zaplecze i wróciła po chwili, oświadczając, że się skończyła. Westchnąłem i udając zawiedzionego, obróciłem się w stronę wyjścia.

– Zaczekaj – powiedziała nagle za moimi plecami. Przez kręgosłup przepłynął mi zimny dreszcz. – Mam jeszcze jedną. – Uśmiechnęła się, wyjmując spod lady butelkę wypełnioną pomarańczowym napojem.

Chciałem przełknąć ślinę, ale miałem sucho w ustach. Przez głowę przelatywało mi stado wymówek, by nie kupić tej cholernej oranżady, ale wszystkie zniknęły, kiedy poczułem, że opakowanie powoli ześlizguje się spod gumki opinającej w pasie moje krótkie spodenki. Wilgotna tektura osuwała się po mokrej skórze mojego brzucha. Wsadziłem rękę do kieszeni i z durnym uśmiechem na ustach powiedziałem, że chyba zapomniałem kasy. Pani sklepowa prychnęła, kręcąc przyjaźnie głową.

– Dobra, dam ci na krechę – powiedziała podając mi oranżadę.

Opakowanie zatrzymało się na łączeniu nogawek.

– Nie trzeba. – Próbowałem się wymigać.

– Oj bierz. – Ponaglała.

Chwytając w dłoń butelkę błagałem w myślach, by nie zauważyła wybrzuszania na moim kroczu. Obracając się do wyjścia marzyłem o tym, by opakowanie nie wyleciało do czasu aż wyjdę ze sklepu. Zrobiłem krok do przodu i poczułem, jak tektura osuwa się o moje majtki. Jak przekręca się w nogawce.

Ktoś zawołał ekspedientkę.

Baterie przeleciały po moim kolanie na podłogę. Temperatura w sklepie spadła nagle o dziesięć stopni Celsjusza. Ścisnąłem butelkę wysuwającą się z mojej oblepionej potem dłoni. Obróciłem się, ale pani sklepowa zniknęła na zapleczu. Błyskawicznym ruchem podniosłem baterie, krzyknąłem “do widzenia” i prawie wybiegłem ze sklepu.

Z oranżady, którą ze sobą przyniosłem, nie wziąłem ani jednego łyka. Nie mogłem, bo na samą myśl o tym, co zrobiłem, coś mnie ściskało w gardle. Kiedy kumpel zapytał, co się stało, powiedziałem, że się źle poczułem. Zaraz potem poszedłem do domu. Podobno tego dnia moi kumple grali na placu zabaw aż zaczęli ich szukać rodzice. Ja siedziałem w swoim pokoju i myślałem tylko o tym, że pani sklepowa będzie miała przeze mnie kłopoty. Że wyrzucą ją z pracy, bo nie potrafi upilnować towaru. Że to wszystko moja wina. Teraz wydaje mi się to śmieszne, ale wtedy było dla mnie naprawdę poważną sprawą.

Za oranżadę oddałem następnego dnia. Miałem wrażenie, że ekspedientka jakoś dziwnie na mnie patrzyła. Wmawiałem sobie, że wiedziała o mojej kradzieży, ale nic nie mówiła, bo nie mogła mi tego udowodnić. Nie pomyślałem, że gapiła się na mnie, bo oddając kasę moja twarz przypominała obrany burak.

 

*

 

Wszystko to przypomniało mi się kiedy zobaczyłem w oddali światła latarni.

 

*

 

Mój upiorny przyjaciel pojawia się i znika doprowadzając mnie do szału. Nie pomaga mi ani głębokie oddychanie, ani masowanie skroni. Ulgi nie przynosi też zaciskanie powiek. Cierpię gorzej niż zwykle, ale kiedy facet pyta mnie, czy nadal chcę coś na ból głowy, odpowiadam, że już nie trzeba. Odkąd dopadło mnie to cholerstwo, faszerowałem się każdym świństwem, jakie można dostać w aptece bez recepty. Aspiryną, Ibuprofenem, Paracetamolem. Najmocniejszą odmianą Panadolu. Pieprzonym Neurofenem. Wszystkim, co ma w nazwie ultra, hiper albo extra. Pigułkami, tabletkami, drażetkami. Gównianymi syropami z naturalnych składników. Wszystko na nic. Mogłem oblewać łeb zimną wodą, tarzać się w śniegu, wdychać gorące opary śmierdzących ziółek. Nie miało to żadnego znaczenia. Ból przechodził sam, kiedy miał tylko na to ochotę. Po dziesięciu minutach, po godzinie. Po całej nocy. Nie było w tym żadnej reguły.

Przez żarcie tego świństwa nabawiłem się odporności na leki. Ciężko mi było się upić. Jointy mogłem palić jak papierosy. Wszystkie te środki mój organizm traktował jak powietrze. Niespodziewanie pozbawiłem się sposobów na inne dolegliwości i kiedy dopadał mnie ból zęba albo brzucha, jedną opcją było dla mnie po prostu nie zwariować.

 

– Dojechał pan do wsi i co dalej? – pyta facet, a ja przewracam oczami. Chcę mu powiedzieć, że porwali mnie kosmici, ale boję się, że mi uwierzy. Głowa ciąży mi na karku. Prawie zasypiam. Marzę tylko o tym, żeby mieć to już za sobą. Odpowiadam, że przejechałem przez wieś szukając domu Antoniego Murawskiego ale nie mogłem go nigdzie znaleźć.

 

*

 

Wiatr huczał między budynkami zawiewając na drogę coraz więcej śniegu. Światła reflektorów przesuwały się po pustych chodnikach. Wokół nie było widać żywej duszy. Zacząłem się zastanawiać, czy wiocha nie była całkiem opuszczona. Odetchnąłem z ulgą dopiero, gdy zobaczyłem rozświetlony posterunek policji. Skręciłem za nim w wąską uliczkę i zatrzymałem samochód. Chciałem zostawić ten cholerny portfel w środku, ale pech chciał, że wychodząc z auta zobaczyłem gdzieś w oddali kilka jasnych punkcików. Wytężając wzrok dostrzegłem, że były to światła z chaty stojącej pośrodku całkowitego pustkowia. Dzieliło mnie od niej nie więcej niż kilometr drogi. Zmęczony i znużony podróżą, z objawami nadchodzącej migreny, przyrzekłem sobie, że to będzie ostatni cel mojej podróży, i jeśli znowu chybię, to wracam do domu.

 

*

 

Ścieżka była pokryta białym puchem grubym przynajmniej za kostki. Grzęznąc w nim przeklinałem swoje wielosezonowe opony. Ślizgałem się bez końca, buksując kołami na prawo i lewo przesuwając się do przodu po kilka metrów na minutę. Wiatr głośno huczał, zawiewając na przednią szybę więcej śniegu, niż były w stanie zebrać skrzeczące rytmicznie wycieraczki.

Z radia słuchać było tylko szum.

Metr po metrze brnąłem przez zamieć. Lewą ręką próbowałem zapanować nad ślizgającym się samochodem, a prawą masowałem na przemian skroń i oko. Miałem wrażenie, że gdzieś pomiędzy hukiem wiatru, a przerywającą audycją radiową, słyszałem w tle świst wiertarki.

 

*

 

Upijam kolejny łyk herbaty. Smakuje jak piasek z wodą. Zaczyna mnie boleć gardło.

 

*

 

Kilkanaście metrów od chaty samochód w końcu się poddał i utknąłem w grząskim śniegu. Wsadziłem portfel do kieszeni, przekląłem kilka razy pod nosem i wygrzebałem się z mojego gruchota. Nawet nie trudziłem się, by zamknąć kluczykiem drzwi. Mrużąc oczy, prawie po omacku przebrnąłem przez głęboki śnieg aż do drzwi. Koło nich przybita była czaszka jelenia. Między jej rogami tkwiła drewniana tabliczka z wyrzeźbioną dziewiątką. To był adres Murawskiego. Nie wiedziałem, czy miałem się cieszyć, że w końcu go znalazłem, czy wkurwić, że tyle czasu zmarnowałem na jego szukanie.

Zapukałem do drzwi. Przy okazji mimowolnie zacząłem szczękać zębami. Byłem pewny, że temperatura spadła grubo poniżej zera. Stałem, drepcząc w miejscu, z rękami wciśniętymi głęboko w kieszenie mojej jesiennej kurtki. Spoglądając w okno zauważyłem, że szyby były od środka zaparowane. Wewnątrz musiało być naprawdę ciepło.

Zapukałem jeszcze raz. Miałem wrażenie, że walę knykciami o kamień. Schowałem głowę między ramionami i wtuliłem się w lodowaty kołnierz. Usłyszałem jak po drugiej stronie ktoś przesuwa skobel, przekręca zamek, i zdejmuje łańcuch. Majstruje jeszcze przez chwilę kluczem i dopiero po tym mi otwiera. To był ten facet. Antoni Murawski we własnej osobie. Nawet po małym, czarno-białym zdjęciu z dowodu osobistego mogłem go bez problemu rozpoznać.

– Czego? – powiedział, ściskając brwi. Był jeszcze bardziej łysy niż się spodziewałem. Gładka skóra na jego głowie odbijała światło wypływające z wnętrza domu.

– Pan Murawski? – zapytałem, chociaż byłem pewny, że to on.

– No – odpowiedział.

Sięgał mi do brody, co znaczyło, że rzeczywiście trochę ściemnił z tym wzrostem. Na zdjęciu z dowodu nie było jednak widać tego, że poniżej szyi był mocno przy kości. Spod napiętej flanelowej koszuli wylewał mu się solidny brzuch. Z podwiniętych rękawów wyrastały grube jak pieńki przedramiona.

Pomyślałem, że jak na takiego kurdupla, to kawał był z niego chłopa.

Na chwilę zapanowałem nad klekotaniem szczęki i wybełkotałem – zaciskając zęby – że mam coś, co do niego należy. Facet uniósł brwi do góry i powiedział, żebym wlazł do przedpokoju bo śnieg zawiewa do środka. Zrobiłem krok do przodu i postawiłem swoje trapery na wytartym dywanie, zamykając za sobą ciężkie drzwi. Murawski przecisnął się obok mnie i przekręcił klucz w zamku. Stałem oparty o ścianę i grzejnik, który zaczynał mnie parzyć przez dżinsy.

– Co pan ma? – zapytał, ustępując mi miejsca.

Poklepałem się po kieszeniach. W korytarzu było gorąco jak w oranżerii. Po twarzy zaczęły mi spływać krople topniejącego śniegu. Przetarłem oczy i podałem Murawskiemu portfel, uśmiechając się na widok jego absolutnego zaskoczenia.

– Cały dzień go szukałem! – powiedział. – To niemożliwe! – Zajrzał do środka i szybko przeliczył banknoty. Potem wlepił we mnie wzrok. – Przecież tu były dwa tysiące – rzekł.

Chociaż grzejnik nadal parzył mnie w łydki, nagle zrobiło mi się gorąco. Zacząłem coś dukać o tym, że tak go znalazłem. Przysięgałem na matkę, że nic nie wziąłem oprócz dwóch dych na paliwo. Facet pokręcił głową, a potem trzasnął mnie dłonią w przedramię prawie wywalając mnie na postrzępiony dywan. Zaśmiał się i przyznał, że żartuje, wciskając mi jeszcze stówę do kieszeni.

– Wejdź pan – powiedział przechodząc do pokoju. – Chociaż herbaty panu zrobię.

Po termalnej euforii nagle zaczęły do mnie docierać nieciekawe zapachy roztaczające się w chacie Murawskiego. Mieszankę cynamonu i świeżo przewierconego metalu. Wszystkie ściany w środku były obłożone boazerią z ciemnego drewna. Na podłodze trzymały się już na słowo honoru stare deski, dawno już obdarte z lakieru, poprzykrywane kolorowymi chodnikami, które kiedyś pewnie wisiały na ścianach.

– Ale z pana to jest anioł – rzekł Murawski sadzając mnie przy dużym, rozkładanym stole. Drewniane krzesełko, prawdopodobnie z tego samego zestawu, niebezpiecznie się pode mną zachybotało.

– Ile pan słodzi? – zapytał już z kuchni, która była połączona z pokojem. Usłyszałem brzdęk szklanek i odpowiedziałem, że wcale. Żarówka, wkręcona w szklany abażur, nagle zamigotała. Starałem się nie przejmować, ale na myśl o nagłej przerwie w dostawie prądu dostałem gęsiej skórki. Kiedy Murawski był zajęty wstawianiem wody na gaz, rozejrzałem się trochę po salonie. Od środka dom wydawał się znacznie obszerniejszy. Pokój, w którym siedziałem, pomieściłby pewnie ze dwie moje kawalerki. Ściany w odcieniu łososia, w wielu miejscach łuszczyły się odkrywając kawałki poprzedniego koloru.

– Teraz to wie pan, rzadkość, żeby ktoś tak oddał portfel, a co dopiero pieniądze – powiedział Murawski wracając do salonu z dwoma porcelanowymi kubkami. Jeden był stary, biały i cały popękany. Drugi, czerwony z białym napisem “Nescafé” z boku, wyglądał na nowy. Domyśliłem się, że był zarezerwowany tylko dla gości. Nie chciało mi się pić, ale dobrze było złapać w dłonie coś ciepłego, dlatego objąłem go obiema rękami i przystawiłem krawędź do ust. W chacie było nieźle nagrzane, ale i tak nagle po kręgosłupie przeszedł mi zimny dreszcz.

– Przyjechał pan z miasta? – spytał gospodarz.

Herbata miała w sobie więcej cukru, niż puszka coli. Pomyślałem, że gościu nie dosłyszał, kiedy powiedziałem, że nie słodzę. Zemdliło mnie, ale postarałem się zachować kamienną twarz. Powiedziałem tylko, że tak, przyjechałem z miasta.

– Jeszcze w taki mróz – rzekł Murawski spoglądając w okno, za którym szalała w najlepsze śnieżyca. – Prawdziwy anioł z pana.

Ciężki, metaliczny zapach stawał się nie do zniesienia. Na domiar złego poczułem, jak przez skórę za uchem wbija mi się cienka igiełka.

 

*

 

– To jak to się stało? – spytał właściciel portfela.

Zmarszczyłem brwi.

– No, gdzie go pan znalazł – wyjaśnił.

Powiedziałem, że przy przejściu przez ulicę, niedaleko przystanku na Robotniczej.

Gościu zaśmiał się, a potem pokręcił głową i stwierdził, że wypadł mu, gdy biegł przez pasy.

– Te zielone to nigdy na człowieka nie zaczeka – powiedział.

Pokiwałem głową i upiłem kolejny łyk herbaty. Pachniała miodem, ale nie czułem jego smaku.

– Ładny obraz – powiedziałem, przerywając chwilową ciszę. Murawski obejrzał się za siebie na olejny portret jakiejś kobiety.

– Moja żona – wyjaśnił, odwracając się w moją stronę. – Zmarła kilka lat temu.

– Aha – odparłem i szybko zakryłem usta kubkiem. Błądziłem oczami po całym salonie starannie omijając wzrokiem gospodarza.

– Miała jakiegoś guza – powiedział.

– Hmm?

– Raka – wyjaśnił znowu spoglądając na obraz. – Ciągle narzekała, że boli ją głowa.

Przełknąłem z trudem gorzką ślinę.

– Tak ją bolała, że przymykała oko.

Igła przebiła się do wnętrza mojej czaszki.

– No i raz poszła na ogródek pielić. Ja siedziałem w domu i oglądałem telewizję. Zaczęło się ściemniać, a ona nie wracała, więc wyszedłem na podwórko i zobaczyłem ją w tulipanach. Wyglądała jak żywa. Miała otwarte oczy, ale chodziły po nich mrówki.

Nie wiedziałem, co powiedzieć, więc milczałem. Murawski jednak nie wyglądał na przesadnie zasmuconego. Przez chwilę gapił się na obraz, a potem znowu spojrzał na mnie.

– Suka jebana – powiedział przez zaciśnięte zęby. – Nawet po ślubie kurwiła się we wsi. Dobrze wiedziałem, co robiła, ale nic nie mówiłem. Teraz to bym od razu przypierdolił porządnie i wyrzucił na zbity pysk. Poszukał jakiejś normalnej baby. No a tak to zdechła mi w krzakach i zostałem sam.

Po tym co powiedział byłem już pewien, że z facetem było coś nie tak.

– Masz pan żonę? – zapytał.

Pokręciłem głową.

– Jakąś pannę na boku?

– Nie – odparłem nadal zszokowany.

– To się pan ciesz.

“Jasne” chciałem odpowiedzieć, ale wypiłem tylko kolejny łyk herbaty. Spojrzałem za okno. Na zewnątrz sypał śnieg. Białe, grube płatki opadały powoli za krawędź parapetu. Przetarłem powieki. Miałem wrażenie, że przez dziurkę od nosa wbijał się w moje zatoki zimny szpikulec. Czułem, jak ocierał się o moje prawe oko.

Facet milczał. Zawartość jego kubka parowała delikatnie, powoli nabierając pokojowej temperatury. Znowu na mnie patrzył.

– Słucham? – powiedziałem. – Coś pan mówił?

Murawski nawet nie drgnął.

Słyszałem świst. Ktoś gwizdał mi do ucha. Zacząłem pocierać trzęsące się dłonie.

– Dlaczego pan oddał mi ten portfel? – spytał Murawski.

– Bo tak trzeba – odpowiedziałem. – Trzeba być uczciwym.

Gospodarz zmarszczył brwi. Być może dlatego, że zacząłem się kiwać na krzesełku, które co chwilę cicho skrzeczało.

– Dobrze się pan czujesz? – spytał.

Pokiwałem głową, chociaż wcale nie próbowałem przytaknąć.

– Pewnie jesteś pan zmęczony. Herbata zaraz postawi pana na nogi – powiedział spoglądając na mój kubek.

Dopiłem jego zawartość do końca. Była okropnie gorzka.

Murawski wstał i obszedł powoli stół podchodząc do okna.

– Straszna dzisiaj pogoda – stwierdził. – Raczej pan nie dasz rady wyjechać przez te zaspy.

Szczęka mi zdrętwiała.

– Nie – powiedziałem. – Muszę. Muszę jechać.

– Rzadko kiedy mam gości – oznajmił. – Właściwie to nigdy. – Zaśmiał się. – A tych co mam, to muszę sam do siebie sprowadzać.

Odlepił wzrok od gęstego śniegu i nie spiesząc się, wrócił na swoje miejsce.

– Zośka miała siostrę w mieście – powiedział. – Jeździła do niej raz w miesiącu. Niby w odwiedziny.

Zaschło mi w gardle. Ból głowy pojawiał się i znikał. Czułem, jak pulsował pod moją skórą.

– Ale przejrzałem kurwę na wylot. Do gacha jeździła pieprzona – mówił.

Spróbowałem się napić, ale kubek był już pusty.

– Smakowało? – spytał.

Pokiwałem głową. Czas zwolnił swój bieg. Przez ściany do pokoju zaczęła sączyć się gęsta mgła. Odchyliłem się do tyłu. Krzesełko głośno zaskrzypiało, więc poprawiłem odruchowo swoją postawę.

– Mam swój specjalny przepis – wyznał Murawski.

– Słucham?

– Na herbatę – powiedział.

Mruknąłem coś pod nosem.

– Nauczyła mnie go moja babka – oznajmił znowu wstając. – Czarna herbata, trochę soku malinowego, plasterek pomarańczy i goździk. Do tego odrobina miodu.

Okrążył stół i stanął za moimi plecami. Obaj spojrzeliśmy na portret jego żony.

– Z czasem jednak zacząłem też dodawać coś od siebie – powiedział, kładąc wielkie łapska na moich ramionach. Poczułem jego gorący oddech przy uchu.

– Dziesięć miligramów Hypnogenu – szepnął.

W mojej głowie coś eksplodowało.

– Odrobina Lorafenu – mówił dalej. – Trochę Kodeiny i Manseryny.

– Co?

– Ciesz się pan, że nie podałem tego, co żonie. – Zaśmiał się.

Próbowałem wstać, ale usadził mnie z powrotem na krzesełku. Potem uderzyłem czołem w stół.

 

*

 

Ręce latają mi na boki jak opętane. Herbata jest ohydna, ale piję ją, bo suszy mnie jak cholera. Facet bazgrze coś po notatniku.

– Ktoś do niego pojechał? – pytam.

Gość odrywa wzrok od kartki papieru i patrzy na mnie z uniesionymi brwiami.

– Do tego pojeba – tłumaczę.

– Oczywiście – odpowiada, a potem znowu pyta mnie, co było dalej.

Chce mi się rzygać.

 

*

 

Mój brat lubił mnie czasami wiązać. Łapał mnie w domu, kiedy nasi rodzice byli w pracy, i krępował mi ręce za plecami mocnym węzłem. Opadałem na klatkę i wiłem się jak wilk we wnykach, próbując zrzucić z siebie cienki sznurek. On za to patrzył na mnie prawie płacząc ze śmiechu. Trwało to do czasu aż skończyłem podstawówkę. Za każdym razem, kiedy zostawaliśmy sami, mój żołądek kurczył się w oczekiwaniu, aż znowu zostanę skrępowany. Obracałem się po podłodze, obtaczając w zebranym na niej kurzu, wyrywając ręce z morderczego uścisku, który wzmacniał się proporcjonalnie do siły z jaką próbowałem się uwolnić

W końcu jednak zmądrzałem.

Kiedy kolejny raz mój brat zacisnął mi na rękach linę, położyłem się na ziemi i spróbowałem zapanować nad swoim gniewem. Oddychając w równych odstępach wyobrażałem sobie supeł między nadgarstkami i próbowałem powolnymi ruchami przegubów trochę go rozluźnić. Nie udało mi się za pierwszym razem. Nie udało też za drugim. Tak samo za trzecim i czwartym. Nadal jednak próbowałem trzymać się w ryzach i pewnego jesiennego popołudnia delikatnym ruchem dłoni wreszcie się oswobodziłem.

– Nieźle młody – skwitował ten wyczyn mój brat. – Może będzie jeszcze z ciebie harcerz.

Nie przestał mnie wiązać, ale od tego momentu prawie za każdym razem udawało mi się uwolnić. Czasami po pięciu minutach. Nie raz nawet po dwóch. Z czasem praktycznie zaraz po tym, jak brat powalił mnie na ziemię.

Kiedy kończyłem szkołę podstawową, nie straszne były mi żadne węzły. Ósemki, dziewiątki, kluczki i wyblinki. Nic nie było mnie w stanie powstrzymać. W końcu stałem się tak dobry, że nasza zabawa przestała mieć jakikolwiek sens. Brat zrozumiał, że nie mógł mnie już więcej uwięzić.

 

*

 

Ocknąłem się na zimnej podłodze, oparty o ścianę, w całkowitej ciemności. Gruba lina wrzynała się w moje odrętwiałe nadgarstki. Na palcach dłoni czułem mrowienie. Spróbowałem się podnieść, ale zabrakło mi sił. Przez zapchane uszy dotarło do mnie klekotanie mojej własnej szczęki. Zaraz potem usłyszałem cichy szum. Znałem ten dźwięk, ale nie potrafiłem go rozszyfrować.

– Obudzony? – usłyszałem. – To dobrze. – Głos należał do Murawskiego. – Zaraz pewnie pożałujesz, że jeszcze nie zdechłeś – mówił.

Dźwięk dochodził z słuchawek wciśniętych w moje uszy. Szumiała przewijana taśma kasety.

– Jeżeli słuchasz tego nagrania, to znaczy, że leżysz teraz w mojej piwnicy.

Przycisnąłem kolanem oczodół, ale mój upiorny przyjaciel nie chciał zostawić mnie w spokoju. Ból nasilał się z każdą sekundą.

– Pewnie się zastanawiasz, o co w tym wszystkim chodzi – mówił głos. – Próbujesz zrozumieć, w co się wpakowałeś.

W ustach czułem jeszcze gorzki posmak herbaty.

– Już ci wyjaśniam – powiedział. – Widzisz, tak to jest ze mną, że muszę się od czasu do czasu rozładować.

Byłem cały oblepiony potem.

– Muszę się wyżyć. Wyrwać jakiegoś chwasta. Znajduję więc takie mendy jak ty i zabieram je do swojej piwnicy.

Czułem mocne pulsowanie pod mostkiem. Zaschło mi w gardle. Próbowałem ściągnąć przepaskę z oczu, ale przykleiła mi się do twarzy.

– Teraz czeka cię długa droga na drugą stronę – mówił. – Najpierw jednak muszę się upewnić, że mi nie spierdolisz, więc na początek poprzecinam ci ścięgna.

Pod bosymi stopami czułem drobne kamyki i zimny beton. Chłód ściany przesączał się przez bluzę i podkoszulkę aż do mojego kręgosłupa.

– Albo połamię ci stopy młotkiem. Zależy, co znajdę pod ręką. No chyba, że sam wolisz wybrać. – W słuchawkach rozległ się głośny rechot. – Nie krępuj się.

Zwolniłem swój oddech. Zginałem i rozginałem pięści żeby przelać trochę krwi do palców.

– Podobno bez żarcia można przeżyć trzy tygodnie. – Usłyszałem w słuchawkach. Ciągle nie byłem pewien, czy to dzieje się naprawdę. – Zobaczymy ile ty wytrzymasz – powiedział głos.

Obróciłem linę na nadgarstkach.

– Każdego dnia będę ci zrywał skórę z rąk. Wiesz jak to się robi? Ano tak, że tnie się na łapie literę L. Potem podważa skórę i podcina od spodu żeby oddzielić ją od mięśni. Jeśli wyjdzie dobrze, to można zerwać cały płat jednym pociągnięciem. Jak się podetnie za mało, to nie raz coś się urwie. – Śmiech. – Będziesz pewnie tracił przytomność z bólu, ale ja jestem cierpliwy. Będę czekał aż się obudzisz, a jak już skończę z twoimi łapami to wyrwę ci wszystkie paznokcie i zęby. Najlepiej robi się to tępymi obcęgami albo kombinerkami. Zęby można jeszcze wykręcić końcówką młotka do wyciągania gwoździ. Nakłada się ją na ząb i szybko przekręca. Jak da się dobrze siły, to kły od razu wylatują. Inaczej trzeba się trochę namęczyć.

Po krótkiej pauzie Murawski powiedział do mnie, że jak już będę błagał o śmierć, zawiesi mnie na hakach od świń i zrobi mi dziurę w brzuchu tak żeby wyślizgnęły się z niej jelita. Powiedział, że jak już mnie otworzy to wytnie mi powieki. Powiedział, że wszystko zależy od jego fantazji.

– Pewnie zastanawiasz się czemu to robię – spytał.

– Bo lubię – odpowiedział sam sobie.

– Najdłużej miałem gościa prawie miesiąc. Dwadzieścia osiem dni dokładnie – sprecyzował. – Niewiele z niego zostało, kiedy z nim skończyłem i nie chodzi mi tylko o to, że obciąłem mu wszystko co się dało.

Przełknąłem ślinę, ale poczułem tylko gorycz w ustach.

– Podsumowując, to masz chłopie nieźle przejebane – powiedział i nagle szum się zatrzymał.

Traciłem czucie w stopach. Od chłodu dostawałem delirki. Z trudem skupiałem się na oddechu. Ból promieniował już na połowę mojej twarzy. Nagle słuchawki wyślizgnęły mi się z uszu. Ktoś zdjął przepaskę z moich oczu. Blask gołej żarówki oślepił mnie na kilka sekund.

– Podobało się nagranie? – spytał Murawski przysłaniając swoją łysą banią światło.

– Spierdalaj – odpowiedziałem plując mu pianą pod nogi. Suchy język kaleczył mi podniebienie.

Skurwiel się uśmiechnął i złapał mnie za ramię. Potem podniósł do góry.

– Nie spodziewałem się ciebie, ale darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda – powiedział.

Kiedy wstałem, ostre kamyki zaczęły wbijać się w moje stopy. Ból ten był jednak niczym w porównaniu z huraganem w mojej głowie.

– Pewnie pierwszy raz wziąłeś tyle prochów – mówił. – Nie martw się. Niedługo oprzytomniejesz.

Przeprowadził mnie do innego pokoju. W mdłym świetle przerywającej jarzeniówki widziałem grube haki wiszące na łańcuchach pod sufitem. Na jednym z nich wisiał rozcięty w połowie świniak. Krew ściekała z niego prosto do kratki w podłodze. Kropla po kropli, drażniła moje nozdrza metalicznym zapachem.

Murawski posadził mnie na krześle, w samym środku pomieszczenia. Kiwałem głową na prawo i lewo, jakbym miał za chwilę stracić przytomność. Jęknąłem coś pod nosem.

– I tak nikt nie usłyszy – oznajmił, wyciągając mi za plecami dłonie przez szczebelki i wiążąc je niedbale po drugiej stronie oparcia.

– Dawno nie miałem żadnego gościa – powiedział podchodząc do stolika pod ścianą. Wciągając powietrze przez nos dodał, że dłuższy czas go męczyło pragnienie. Że znowu chciał kogoś zaszlachtować.

Kątem oka dostrzegłem, że wziął do ręki cienki nożyk. Wyglądał jak skalpel.

– Takie gówno, a jak przyciśniesz mocno to i kość przetnie – powiedział kucając między moimi nogami. Złapał mnie za kostkę i palcami przejechał po ścięgnie.

– Ktoś puka – wyszeptałem.

Dziad popatrzył na mnie spode łba.

– Ktoś puka do drzwi – powiedziałem głośniej.

Radziłem sobie z mocniejszymi węzłami w piątej klasie.

– Co ty kurwa pierdolisz?

– Ktoś puka – powtórzyłem.

Murawski podniósł się na równe nogi i podszedł do drzwi. Przez chwilę nasłuchiwał. Kiedy się obrócił, stałem już przed nim. Zanim zrozumiał, co się stało, wyjebałem mu głową prosto w nos. Upadł natychmiast na podłogę i zanim się podniósł, potraktowałem go kopem w twarz. Przywaliłem mu tak mocno, że jego zęby wbiły się w podeszwę mojej stopy. Kiedy głowa opadła mu bezwładnie na ziemię, wylazłem na korytarz. Kulejąc doczłapałem się do schodów.

– Zakurwię cię bydlaku! – Usłyszałem za plecami, ale się nie odwróciłem. Serce kołatało mi w piersi jak seria z kałacha. Wchodząc po nierównych, betonowych schodach jeszcze mocniej pokaleczyłem sobie stopę.

– Zapierdolę cię! – darł mordę Murawski, ale nie zwracałem na to uwagi. Wyleciałem jak pocisk przez drzwi do chaty i poślizgnąłem się na własnej krwi. Upadając przejechałem prawą ręką po deskach. Spojrzałem na dłoń pod światło i zobaczyłem ciemną kreseczkę pod skórą i kawałek ostrej drzazgi wystający z małej ranki. Wokół drewienka rozrastała się siateczka krwi. Wyrywając ją przytłumiłem na chwilę ból głowy. Zaciskając szczękę zaskrzypiałem zębami, a potem podskakując na jednej nodze, wydostałem się z chaty na zewnątrz. Podmuch wiatru prawie przewrócił mnie na ziemię. Na szczęście w porę złapałem równowagę i wskoczyłem stopami w śnieg. Przestało padać, ale wokół mnie panowała absolutna ciemność. Nie widziałem ani swojego samochodu, ani ścieżki, którą przyjechałem. Jedyne, co rzuciło mi się w oczy, to małe, ledwo widoczne światełko gdzieś daleko przede mną.

Posterunek.

Usłyszałem trzeszczenie drzwi i nawet się nie zastanawiając, ruszyłem biegiem w stronę wioski. Nie myślałem już o Murawskim, ani o swoim samochodzie. Chciałem tylko uciec. Znaleźć się w bezpiecznym miejscu. Świadomość tego, że ktoś przed chwilą próbował mnie zabić, ciągle wisiała gdzieś w moim umyśle, ale była dla mnie sceną z cudzego życia. To stało się komuś innemu.

Wydaje mi się, że byłem jeszcze w szoku. Nawet nie czułem, że odmrażam sobie palce u rąk. Słyszałem jak Murawski sapie brodząc przez śnieg gdzieś za moimi plecami. Myślałem, że coś krzyczy, ale się nie odwracałem. Zablokowałem swój wzrok na jarzących się przyjemnym, ciepłym blaskiem oknach posterunku. To był mój jedyny cel.

Brakowało mi oddechu, ale biegłem dalej. Na rzęsach krystalizowały mi się małe sopelki lodu. Każdy podmuch powietrza działał jak eksplozja, zatykając mi nos i uszy. Każdy wdech przypominał połykanie igieł.

Wybiegłem wreszcie na ulicę i pognałem prosto na posterunek. Nie rozglądałem się na boki. Nie było po co. Wszystkie domy wyglądały na opuszczone. W żadnym z nich nie paliło się światło. Nie miałem pojęcia ile czasu spędziłem u Murawskiego, ale musiał być środek nocy. Zostawiając za sobą czerwone ślady, wbiegłem – ciągle utykając – po schodkach, prosto na posterunek.

 

*

 

– Dalszy ciąg już pan zna – mówię chowając głowę w dłoniach.

Kręcę się jak na karuzeli, chociaż nadal siedzę w miejscu. Kubek już całkiem ostygł. Na dnie zostały tylko dziwne fusy. Z trudem utrzymuję otwarte powieki.

Facet coś tam dopisuje w notatniku i mówi, że to bardzo poważna sprawa.

– Nie pierdol – szepczę.

– Jak stopy? – pyta.

Spoglądam na dół, na poklejone plastrami nogi.

– Chyba przeżyję – mówię. – Pojechaliście do niego? – pytam podnosząc głowę.

– Tak – odpowiada facet.

– I co?

– Zaraz będę wiedział – mówi i chyba zbiera się do wyjścia.

– Co teraz będzie? – pytam, zanim otwiera drzwi od pokoju.

– Musimy poczekać na komendanta. To bardzo poważna sprawa.

“No jasne” – myślę.

Drzwi się zamykają i zostaję w środku sam. Masuję powieki, chociaż wiem, że mi to nie pomoże. Ból się nasila. Muszę podtrzymywać głowę żeby nie opadła mi na blat stołu. Znowu mam sucho w gardle i nie mogę przełknąć śliny. Wzdycham. Nawet nie obchodzi mnie to czy go złapią. Chcę tylko się wyspać. Wsunąć pod ciepłą kołdrę. Zawinąć stopy w prześcieradło.

Wciąż czuję szczypanie mrozu w palcach.

W myślach powtarzam sobie, że już nigdy nie będę próbował udawać świętego. Upewniam się, że cokolwiek złego nie zrobiłem w swoim życiu, tego wieczoru za wszystko odpokutowałem. Opieram głowę na prawej dłoni. Słyszę jak ktoś przekręca klamkę w drzwiach. W progu pojawia się policjant i natychmiast staje pod ścianą.

– Mogę dostać szklankę wody? – mówię pod nosem, a potem unoszę głowę i odskakuję od stołu jak oparzony.

Murawski zamyka drzwi za swoimi plecami i staje obok policjanta.

Czuję jak strumienie krwi przelewają się błyskawicznie przez komory mojego serca. Jak skóra na twarzy traci kolor. Brakuje mi tchu.

– Nikogo po drodze nie spotkał? – pyta łysy dziad.

– Mówi, że nie – odpowiada policjant.

Nic z tego nie rozumiem.

– Zostaw nas samych – prosi Murawski.

Ledwo trzymam się na nogach. Patrzę na dziada i zaczynam drżeć. Skurwiel całą twarz ma posiniaczoną. Chyba brakuje mu kilku zębów. Jego dolna warga wygląda jak świeżo rozbity kotlet. Przełykam gorzką ślinę. Patrzę na pusty kubek. Obraz przed moimi oczami robi się zamglony. Przecieram powieki, ale to nie pomaga.

– Teraz – mówi Murawski – to masz naprawdę przejebane.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • Violet 21.08.2017
    Mrocznie, strasznie, długo i bardzo ciekawie. Dobrze napisane opowiadanie. 5
    Pozdrawiam.
  • KarolaKorman 22.08.2017
    ,,przekręca klamkę w drzwiach.'' - tu napisałabym: naciska, wiem, że jak klamka ma kształt gałki, to się ją przekręca, ale gdzieś to kulawo brzmi
    ,,– Pewnie zastanawiasz się czemu to robię – spytał.
    – Bo lubię – odpowiedział sam sobie.
    – Najdłużej miałem gościa ...'' - to wszystko mówi jedna osoba, więc powinno być napisane ciągiem a nie jak dialog jedno pod drugim
    ,,– Tak? – mruczy facet unosząc nagle łeb ... i następna kwestia ,,- Proszę kontynuować...'' - to też mówi ta sama osoba

    Rozwlokłeś to na tyle tekstu, że nie mogłam dotrzeć do końca :) Nie, to żart. Dobrze się czytało :) Zakończenie przewidziałam, bo skojarzyło mi się z jednym z moich tekstów, ale nie podarowałam sobie, by doczytać do ostatniego słowa. Było bardzo naturalnie. Zostawiam 5, pozdrawiam :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania