Porządki

Podniosłem się z fotela. Życie stało się żartem dla mojej wiecznie niezadowolonej żony. To już czterdzieści lat i ten sam, stary skrzypiący fotel. Życie faktycznie śmieje nam się w twarz. Gdybym tak mógł być obrzydliwie bogaty, choćby przez chwilę. Po prostu sobie pożyć. Tymczasem skąpię nawet na gazetę.

Żona podsiadła mi fotel i głośno wzdychnęła.

– Ech i ach…

Brzmiało to dosyć nienaturalnie, jakby nie ona. Poprawiła wymiętą sukienkę i spojrzała złowrogo.

– Całe życie bujasz się na moich plecach! – odpaliła niespodziewanie.

Poczułem jak krew przebija się przez tłuste, wąskie tunele eksplodując w głowie. Przetarłem oczy ze zdumienia, a może powinienem uszy. Nieważne. Ponury, ochrypły głos kobiety mojego życia wydobywał się subtelnie z jej trzewi, układając się w zawistną skargę.

– Że co? – zapytałem zdumiony, udając przesłyszenie.

– Bujasz się i to za darmo! – krzyknęła.

Pobladłem. W górnej części ciała nie było już ani kropli życiodajnej cieczy. W błyskawicznym tempie odpłynęła w dolne partie, ale tam też za długo nie zabawiła. Gdzie się podziała? Nie wiem. Zupełnie nie wiem. Padłem jak długi na ziemię. Nie zrobiło to na wybrance mojego serca najmniejszego wrażenia. Leżąc twarzą wbity w podłogę, obmyślałem sensowne scenariusze, ale żaden nie był wart puszczania choćby pary z ust. Miała mnie w garści. W końcu mnie dopadła.

– I ten twój wielki nochal – odburknęła z nonszalancją.

Łzy leciały ciurkiem zahaczając niezdarnie o spiczasty kinol. Moja duma. Nos dodaje twarzy wyrazistości. Kiedyś moja druga połówka potrafiła to docenić, teraz, jak widać, robi sobie z niego żarty. Czuję ukłucie, boli. Mocne, zdecydowane ruchy dłoni pozbawiają mnie tchu. To naprawdę nóż? Co ona mi robi?

– Ukochana, jakże to? – pytam szeptem. – Po tylu latach? Co cię opętało?

Łkam głośno. Patrzę z wyrzutem na jej oziębłą twarz. Szukam zrozumienia. Bez mrugnięcia okiem pokazuje mi papier, czarny od tuszu.

– Nic nie rozumiem – odpowiadam cały skonfundowany.

– To dla ciebie mój skarbeńku.

Ciśnie we mnie kartką jak jakimś zgniłym jajkiem. Skubana. Nic jej nie umknęło. Śmieje mi się w twarz. Po czterdziestu latach, nawet miłość ma swoją cenę, a ja jestem nędzarzem. Leżę i dogorywam. Na usta wylała mi się jakaś dziwna piana. Na czole usiadł pająk, jakby chciał mnie dobić, gdyż nienawidzę pajęczaków. Proszę żeby zszedł, ale on ma swoje sprawy. Wstyd mi. Patrzy się, jakby chciał coś powiedzieć.

– Mów do cholery! – krzyczę w bezsilności.

– Pomachaj jej – odpowiada.

To jakieś szaleństwo. Przecież nie zwariowałem. A może jednak. W pokoju rozpętała się wichura, okna trzaskają głośno. Na ziemię upada obraz. Unoszę głowę i widzę, jak zstępuje z niego podejrzana postać. Kłania się i mówi, że jest Amigos. Nie mam powodów nie wierzyć. Chłop całkiem przystojny choć trochę niski. Moja uradowana żona rzuca mu się na szyję. Ściana pęka w samym środku odsłaniając tajemniczą przepaść. Wskakują do niej niezgrabnie trzymając się za ręce. Słyszę głośny rechot.

Mijają minuty, godziny, a ja nie mogę się obudzić i już nie płaczę wcale. Oddycham z ulgą.

Średnia ocena: 3.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania