Posągi
Długi, wąski korytarz, opatulony kożuchem ciężkich kotar, napawał niewytłumaczalną niechęcią do tego dziwnego miejsca. Światło dzienne sączyło się mdło przez lufciki okien przyziemia, stwarzając przygnębiające wrażenie wiecznego półmroku. Sutereny dzierżawione za olbrzymie pieniądze, kryły pracownie różnej maści niewyobrażalnie bogatych dziwaków.
Zdarzyło mi się otrzeć tu o brodacza uśmiechającego się sardonicznie swymi wąskimi, sinymi ustami, albo tego drugiego chudzielca o nad wyraz długich jak skrzydła groteskowego ptaka rękach i oczach ekscentrycznego filozofa zagubionego w bezmiarach falującej wyobraźni.
Nawiedzeni artyści? Czy, ki diabeł,
zresztą mało mnie to obchodziło.
Obchodził mnie Marek, z którym ostatnio działo się coś niedobrego. Smutny lecz zrównoważony z natury, popadł nagle w nerwowość graniczącą z rozkojarzeniem.
Drzwi do jego pracowni były mocne dębowe. Ukryty za nimi magiczny świat wzbudzał we mnie mieszane uczucia, był jak gdyby granicą dwu różnych stanów egzystencji, czymś zupełnie dla mnie niezrozumiałym.
To był jego, Marka świat. Wiedziałem, że jestem tutaj intruzem, a jednak nie mogłem się powstrzymać od zaskakiwania go swymi niezapowiedzianymi wizytami.
Byłem chyba jedyną osobą, poza Jerrym, agentem giełdowym, której obecność tolerował. Łączyła nas wspólna przeszłość akademicka i dziwne zaufanie, którym niewiadomo dlaczego zawsze mnie darzył.
Bywało, że siadaliśmy razem w ustronnym miejscu, milcząc o troskach i radościach, stojąc u progu wielkiej niewiadomej zwanej życiem. Może dlatego właśnie wytworzyła się między nami ta tajemna więź, której obydwaj hołdowaliśmy, każdy na swój własny, oryginalny sposób.
Czułem, że byłem ostatnim ogniwem wiążącym go z rzeczywistością. Tą zwykłą szarą w swoich schematach rzeczywistością istot psychologicznie prostych, do których i ja siebie łaskawie zaliczałem.
A on był dla mnie powiewem wymiarów których istnienia mogłem się tylko domyślać.
Próby zaaklimatyzowania się w tej tak zwanej normalności nie przyniosły Markowi ani szczęścia, ani duchowego ukojenia. Dwie kobiety, dwa wielkie rozczarowania, choć serce miał przecież większe niż cały ten paskudny gmach.
Pierwsza odeszła z innym mężczyzną, zanim jeszcze zyskał sobie sławę genialnego rzeźbiarza. Druga odeszła z pieniędzmi za jego pierwsze wielkie dzieło-rzeźbę, która na aukcji w Londynie uzyskała zawrotną cenę dwóch milionów funtów.
Potem zawsze był już sam, zamknięty w niedostępnym świecie własnego geniuszu.
Uniosłem pięść, gotów zastukać w dębowe, okute żelazem dechy.
- Marka dzisiaj tu nie ma- usłyszałem za sobą ochrypły baryton.
Za moimi plecami stał brodacz którego, tak... napewno go już tu kiedyś widziałem. Patrzył na mnie wzrokiem Bazyliszka, a z jego oczu bił fizycznie wręcz odczuwalny chłód.
-To nieprawda.
Ni stąd, ni z owąd przyszedł mi w sukurs chuderlawy długoręki, jak go kiedyś w myślach nazwałem, wyłaniając się z półmroku niczym duch. Ich skrzyżowane spojrzenia zdawały się iskrzyć, elektryzując powietrze.
Zgrzytnął zamek. W półotwartych drzwiach ukazała się postać Marka. Odwróciłem się, by stwierdzić, że tamci dwaj zniknęli, jak gdyby wogóle ich tutaj przed chwilą nie było.
Potrząsnąłem głową z niedowierzaniem.
"Ki czort"- przekląłem w myślach.
W pracowni jak zawsze płonęły świece, przygrywając cieniom harcującym po ścianach. Na prostym gazowym piecyku pyrkotał czajnik.
- Dobrze ,że jesteś- powiedział cicho.
Piliśmy mocną kawę, jak zawsze w milczeniu.
- Czy wiesz, co to jest szczęście?- zapytał niespodziewanie.
Byłem zaskoczony tym niepasującym do jego skrytej osobowości pytaniem i przez dobrą chwilę nie mogłem zebrac myśli. Nie czekając na mą odpowiedź, podszedł do przesłoniętego białą płachtą przedmiotu stojącego na drewnianym postumencie.
- Nowe dzieło -skonkludowałem, pozytywnie zaskoczony.
Od roku już nie rzeźbił. Snuł się tylko po pracowni, rozmyślając o czymś zawzięcie, z błyskiem w stalowoszarych ,smutnych oczach, co najbardziej martwiło z pewnością Jerrego, któremu Marek oddawał dwadzieścia procent ze sprzedaży prac osiągających astronomiczne wręcz ceny na światowych aukcjach.
Jednym energicznym ruchem obnażył posąg kobiety. Oniemiałem z wrażenia. Było w tej rzeźbie coś niezwykłego, pulsująca życiem istota zaklęta w kamień. Nie zdziwiłbym się, gdyby za chwilę wykonała jakiś nieokreślony ruch.
Nie mogłem oderwać wzroku od tego fenomenu kamiennej kobiety. Brakowało jej tylko twarzy.
" Jeszcze nie dokończył"- pomyślałem, lecz nawet brak wizerunku twarzy nie mącił idealnej harmoni kształtów.
Marek czytał w moich myślach.
- W twarzy jest mrok, który przyćmiewa perfekcję przyczyny istnienia ideał męskiej imaginacji piękna. To twarz magazynuje w sobie całe zło i perwersję pokus powodując upadek prawdziwych nienapiętnowanych piekłem uczuć. Twarz to nic innego jak maska oblicza duszy. To dzięki swoim twarzom kobiety stają sie kameleonami życiowej dżungli. Kobieta bez twarzy jest jedyną, której można zaufać bezgranicznie i do samego dna. Kobieta bez twarzy... to jedyna kobieta, którą mógłbym jeszcze pokochać.
W jego głosie była energia, której istnienia nigdy bym nie przeczuwał, choć wydawało mi się, że znam tego człowieka jak nikt inny, a ta tyrada to chyba najdłuższy monolog, jaki w życiu swym wygłosił.
- Spójrz sam. Czy nie jest to najpiękniejsza istota, jaką można sobie wyobrazić? -dopowiedział szeptem.
Miał rację. Jakaś dziwna siła emanowała z tego posągu.
Marek tego wieczoru nie powiedział już więcej nic.
Terkot telefonu zabrzmiał jak alarm. Kątem oka zawadziłem o wyświetlacz zegara- była trzecia rano. Kogo tam cholera niesie?
Podniosłem wściekły słuchawkę. Jego głos był spokojny, lecz stanowczy.
-Piotr posłuchaj uważnie. Odchodzę, odchodzę z nią.
Nie wiedziałem, o czym mówi. Chciałem ...... jak zawsze czytał w moich myślach.
Proszę nie przerywaj mi. To ważne, abyś wysłuchał mnie do końca. Ty jeden domyślisz się wszystkiego. Wiem o tym i chcę, aby moja tajemnica pozostała z tobą i tylko z tobą. Nie ważne, co pomyśli świat. Nie obchodzi mnie to. Tam, dokąd idę, istnieje tylko szczęście, moje własne szczęście. Ty jeden to zrozumiesz. Ty jeden będziesz wiedział. Żegnaj mój jedyny przyjacielu.
Nim zdążyłem powiedzieć cokolwiek, w słuchawce monotonnie szumiała juz tylko cisza.
Miejska noc, rozjaśniona światłem elektrycznych latarni, zalewana falami drobnego deszczu, migała za oknami mojego Jaguara. W niecałe piętnaście minut byłem na rogu Piętnastej i Appleby.
Olbrzymi budynek muzeum sztuki nowoczesnej straszył owalami wyrafinowanych form architektonicznych. Niecierpliwie zastukałem w szybę dyżurki.
- Ach to pan - lakonicznie powitał mnie strażnik, nie dziwiąc się zupełnie porą mojej wizyty- Pan Marek zostawił instrukcję, aby udostępnić panu klucze do pracowni niezależnie od pory dnia czy nocy.
Zbiegłem po schodach, przyświecając sobie zapalniczką. Brnąłem do drzwi jego pracowni. Nigdzie nie mogłem znaleźć włącznika prądu.
Korytarz sprawiał upiorne wrażenie tunelu do piekła. Drzwi nie były zamknięte. Uchyliły się bezszelestnie pod lekkim naporem mojej dłoni.
Ze środka biła poświata dziesiątek palących się świec. Brodacz z grymasem wściekłości na dziwnie znajomym, złym obliczu wpatrywał się w kąt pokoju, mrucząc przekleństwa pod adresem długorękiego.
Ten klęczał przed bryłą zasłoniętego białą płachtą kształtu, nieprzypominającego wcale tamtego wczorajszego.
Ta niezrozumiała w swej absurdalności scena na sekundę sparaliżowała moje ciało. Opanowany szalonym przeczuciem dygotałem z przejęcia.
"To przecież nie możliwe" wyszeptałem bezwiednie.
- Załatwił mnie gnojek- harczał brodacz.
-Miałem dla niego takie miejsce.
Po twarzy długorękiego spływały łzy koegzystujące z błogim uśmiechem.
Zrobiłem dwa kroki do przodu. Pod białą płachtą ukryte były dwa posągi, stanowiące jedną nierozłączną całość.
Kobieta bez twarzy miłośnie tuliła do swych piersi głowę mężczyzny obejmującego ją gestem, który mógł oznaczać tylko jedno.
Marek miał rację. W jednej chwili zrozumiałem wszystko.
Z zadumy wyrwał mnie zaniepokojony głos strażnika.
- Czy wszystko w porządku ? Czy wszystko w porządku ? -powtórzył.
-Tak teraz już wszystko ...... wszystko jest w porządku -odpowiedziałem.
Naelektryzowane powietrze zatrzaskało milionem mikroskopijnych wyładowań.
Komentarze (1)
...i jeśli przychodzi chwila, w której mam coś rzec o pięknie, to
w Twoim tekście jest piękno w najczystszej postaci...
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania