Poświąteczna podróż

Całkiem niedawno, lecz wyjątkowo szybko i niezwykle głęboko zakorzenił się zwyczaj spędzania świąt z dala od domu. Starodawne zwyczaje spędzania najważniejszych świąt w gronie licznej rodziny, zostały wyrzucone do kubła na śmieci i zostały zastąpione wyjazdami na wypoczynek w tym okresie. Najważniejsza stała się dla nas wygoda, a nie wielogodzinne stanie w kuchni przy garach, poprzedzone kilkudniowym gromadzeniem produktów. Jeszcze odpada problem ze świątecznymi porządkami, z przyjazdami gości i ich noclegiem. Skoro my nie organizujemy spotkań świątecznych i nikogo nie zapraszamy, przez to sami też nie dostajemy podobnych propozycji. Tradycja zanikła, więc nastała pora gdzieś wcisnąć swoje cztery litery, najszybciej i najłatwiej do uroczystości tworzonych z myślą o zysku. Jednak w miarę rozprzestrzeniania się mody na unikanie oglądania rodzinnych gęb i wysłuchiwania przy stole jakiś głupich starych historii z przed lat, co raz trudniej o wolne miejsce w atrakcyjnych turystycznie miejscowościach. Zapobiegliwi rezerwują sobie turnus świąteczny ze znacznym wyprzedzeniem i bez stresu czekają na termin wyjazdu. Są w społeczeństwie też tacy ludzie, którzy do ostatnich dni czekają na zaproszenie na święta i mają nadzieję usłyszenia upragnionego połączenia telefonicznego. Kiedy ich nadzieja umarła, jako ostatnia, budzą się z ręką w nocniku i zastanawiają się, co w te dni z sobą zrobić.

Szybkie przeglądanie wolnych miejsc w hotelach i ośrodkach oraz w agroturystyce coraz bardziej nas oddala od miejscowości zamieszkania i tej wymarzonej. Zaczynamy jeździć palcem po mapie w poszukiwaniu w miarę wygodnego dojazdu. Akurat mój paluch zawędrował poza granicę kraju do południowych sąsiadów, którzy mimo tego, że jeszcze posiadają własną walutę, nie robią problemu z płatnościami, ponieważ plastikowy liść z imieniem i nazwiskiem zastępuje wszystko. Wiadomo o resztę zadba nasz bank naliczając sobie przy tym jak zawsze sutą prowizję.

Autko lepsze, lub gorsze ma każdy, więc wskakuję za kierownicę i obieram kierunek na południe. Trasa prawie pusta, wszyscy narwańcy dawno przejechali, jedni dotarli do celu, a inni do szpitala i tam na wspólnej sali spędzą święta. Drogami lepszymi i gorszymi docieram w sobotnie popołudnie do pensjonatu. Parking zapełniony przeróżnymi samochodami, w większości z Polski, wciskam samochód w najdalszy kąt, nie bacząc na możliwość późniejszego porysowania karoserii. Wyboru odnośnie pokoju podobnie nie mam, zajmuję ku uciesze kierownictwa ostatni. Zapełnienie stu procentowe automatycznie spycha mnie na stołówce do drugiej tury. Trudno mówię do siebie i mam nadzieję, ze coś do jedzenia po wcześniejszych łakomczuchach pozostanie.

Kolację konsumuję popijając piwem bezalkoholowym w butelkach półlitrowych, choć w barze są oferowane inne browary z różną zawartością procentową w takich samych opakowaniach. Jednak wybór padł na te, bez, ponieważ na moją kamicę nerkową to istny balsam.

Kiedy lekarz powiedział mi o piciu piwa, a ja miałem z przyjęciem tego do wiadomości problem, dodał.

- Zawsze ma pan jakieś wyjście, piwo, lekarstwa, lub zaniedbać i zakończyć żywot na dializach.

Wtedy po wyjściu z gabinetu pomyślałem, nie mam wyjścia, choć po piwie brzuch rośnie, to jest lepsze rozwiązanie niż chemia.

Najtrudniej jest znaleźć tani sklep, moje bezalkoholowe w malutkiej butelce kosztuje w zależności od sprzedawcy od dwóch dwadzieścia do trzech pięćdziesiąt. Wtedy z zazdrością spoglądam na piwa o połowę tańsze, lecz zawartość alkoholu w takich sięga nawet siedem procent. Tylko ja nie chcę się upić, tylko napić, również mogę przerzucić się na wodę butelkowaną i wyżłopać dla równowagi hektolitr. Jednocześnie wraz z nią spożyję taką dużą ilość środków konserwujących, że mi zęby szybciej wypadną niżbym miał szkorbut.

Trudno, człowiek chcąc się ratować, musi płacić i płakać, widocznie u nas innego wyjścia nie ma. Właśnie z takim nastawieniem przystąpiłem do płacenia rachunku i doznałem miłego zaskoczenia. Piwo bezalkoholowe w Czechach jest naprawdę tanie, nie to, co u nas. Pani obsługująca bar widząc moją minę, przypominającą karpia wyciągniętego z wody, uświadomiła mnie.

- Tradycyjne piwo sprzedawane u nas, zawiera małą ilość alkoholu przeważnie od półtora procenta do trzech i pół, ponieważ jest to napój. Natomiast te na eksport, między innymi do Polski, zawiera prawie zawsze pięć i pół, innego nie kupujecie.

Wiadomo jak tanio to kupuje się więcej i ja postąpiłem podobnie. Jednak w połowie trzeciego bezalkoholowego czując się pełny, postanowiłem na powrót do domu kupić kilka skrzynek piwa. Znacznie taniej mnie to będzie kosztować niż w kraju, a jeszcze zaoszczędzę na zdrowiu i kasie na lekarstwach.

Pobyt mijał mi na intensywnym przepłukiwaniu nerek, wypiłem piwa więcej niż kiedykolwiek. Świętowałem tak do poniedziałku, w obiad wypiłem przed powrotem ostatnie bezalkoholowe. Pisuarowi zrobiłem solidny dyngus i dopiero późnym wieczorem wsiadłem do samochodu. Spokojnie, drogami o małym natężeniu ruchu, wracałem do domu.

Bagażniki i tył samochodu zapełniłem wcześniej skrzyneczkami z browarkiem, przez to musiałem bardzo uważać żeby nic z cennej zawartości nie uszkodzić. Prawdopodobnie moja zbyt spokojna jazda, tak odmienna od innych użytkowników dróg, zwróciła uwagę patrolu drogówki. Krótki ich pościg został zakończony pełnym sukcesem. Następnie prawie natychmiast po zatrzymaniu, nastąpiło dmuchanie w alkomat, który niczego nie wykazał. Jednak nos funkcjonariusza według jego oceny nie mógł go mylić, więc z bagażnika radiowozu przyniósł następny. Ponowiona próba alkoholu w moim organizmie nie wykryła, dlatego zostałem zabrany na komendę.

Funkcjonariusze nowego patrolu pozostawieni przy moim aucie, prawie natychmiast odkryli prawdziwą kontrabandę. Pełni dobrej wiary i przekonania o słuszności decyzji, powiadomili zaprzyjaźnione służby.

Silna grupa wsparta psem do poszukiwania narkotyków, zdemolowała mi autko swoimi działaniami. Czym więcej czasu tracili na poszukiwaniach, tym byli bardziej zdenerwowani. Podobnie mundurowi na komisariacie podchodząc kolejno do mnie, mówili.

- Chuchnij.

Następowało nosowe powanianie i kolejne polecenie.

- Dmuchaj.

Takie słowa jak pan, proszę, nie mieściły się w słowniku branżowym i przez to nie były używane. Jednak na koniec nieskutecznej ich zdaniem interwencji, zostałem pouczony o możliwości złożenia skargi.

- Działania organów państwowych nie dziwią mnie, ponieważ z pewnością jest to pierwszy przypadek wwożenia do kraju piwa bezalkoholowego – odpowiedziałem.

Prawdopodobnie są to pierwsze święta przynoszące przełom w walce z przemytem w hurtowych ilościach. Teraz czekam, żeby się dowiedzieć ile skarb państwa stracił na kontrabandzie w moim wykonaniu.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Marian 19.04.2017
    Doskonałe! Samo życie! Jakbym tam był.
    Malutkie uwagi formalne:
    1. "Tradycja zanikła, więc nastała pora gdzieś wcisnąć swoje cztery litery, najszybciej i najłatwiej do uroczystości tworzonych z myślą o zysku."
    Chyba powinno być: "Tradycja zanikła, więc nastała pora, żeby gdzieś wcisnąć... "
    2. "...wcisnąć swoje cztery litery, najszybciej i najłatwiej do uroczystości tworzonych z myślą o zysku."
    Wcisnąć swoje cztery litery do uroczystości? To jakoś nie niezgrabnie brzmi.
    3. "... starych historii z przed lat,"
    To jest błąd. Pisze się "sprzed lat".
    Pozdrawia serdecznie.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania