Poszukując miejsca

Wyjeżdżamy z tunelu. Moim oczom ukazuje sie przerażający widok. Kątem oka widze mur miasta, wielki I biały, wyglądający niemal sakralnie na tle tych wszystkich maszyn. Rozciąga się przedemną sieć fabryk I magazynóW. Wszystko połączone ze sobą mniej lub bardziej. Unoszący sie ciemny dym z kominów,wszystko wydaje się tutaj ożywione jak człowiek wyobraża sobie piekło. Wielkie czarne misy wypełnione dziwnymi płynami tryskające gorącem niczym sama lawa w zaswiatach. Widok mrożący krew w żyłach. Zastanawiam sie co się dzieje. Moje myśli wirują dookoła tworząc coraz to bardziej niewiarygodne wizje. Czuję jak robi mi sie nie dobrze. Zaczynam panikować.

Wstaje gwałtownie I rozglądam sie po przedziale. Nikogo. Podchodze do drzwi wyglądam przez okno w nich ale nic nie widze. Wszedzie jest ciemno. Uderzam z siła I krzycze, wołąm o pomoc. Nic. Cofam się na miejsce I otwieram laptopa, moim oczom ukazuje sie ostrzezenie o braku zasięgu. Zamieram. Nagle potężnie szarpie koleją. Jakby zjechało na gruzowisko chociaz dalej jest w powietrzu. Wygladam I widze, że wjechalismy na stare zardzewiale tory. Hałas się wzmaga. Otwieram okno. Słysze metal, słysze całą tą maszynerie, poruszające sie kołą zębate napędzające całę to środowisko.

“Czy to wszystko napedza miasto? Gdzie te innowacyjne rozwiazania o których było mowa?! Co sie do licha dzieje?” nie mogłęm dłużej wytrzymać tego dźwięku. Zamykam okno I siadam, bezradny, bezsilny, czekam.

“Dlaczego?. Najpierw samo miasto, jakby zamarłe w stagnacji jednak idące na przód. Czy rzeczywiście? Ludzie żyjący dla państwa, skupieni tylko I wyłaczni na nowoczesności.co za zepsute społęczeństwo. - uderzam ze złością pięscia w pulpit. - Winston Smith opowiedział o świecie, gdzię człowiek przestaje myśleć.wystarczająco przerażająca wizja by ją sobie wyobrażać. Ale ten świat? Gdzie człowiek dalej myśli , coraz to bardziej skomplikowanie? Czemu to społęczeństwo tak żyje? Wszystko jest niby wporządku, chyba że sie zatrzymasz I poobserwujesz Ich monotonnie, ich automatyczne ruchy, wykrztałcone maszyny by bezwarunkowo działać w społeczeństwie. Brak myśli, brak porównania. Nikt nie wyobraża sobie nic innego I jest szczęśliwy. Tak jak mówił Pascal. Człowiek któRy myśli jest nieszcześliwy bo zdaje sobie sprawę z własnej nedzy, natomiast Ci ludzie ograniczyli sie do ciągłego podążania za nowościa, za tworzeniem. Nie mają czasu na myślenie. Zakłądają rodizny, gdyż uważają to za produktywne I potrzebne. Nie tak żę nie ma tu miłości, wręcz przeciwnie. Ale I ona buduje sie automatycznie, to juz nawet nie jest naturalny instynk, a wyuczona szybka, podswiadoma analiza swot. Ale to nie może tak zostać. Nie może… dlaczego… czuje że oni są zamknieci? Chociaż wiem żę są szczęsliwi?… niewiem…”

Gwałtowne szarpnięcie. Wagon sie zatrzymuje. Wyglądam przez okno. Przełykam wielką gule, która pojawiłą sie w moim gardle. Widze ludzi, wszystkich ubruzganych w mundurach. Pracujących. Jeden pcha taczkę z wyraźnym wysiłkiem z pełna zawartością jakiś dziwnych metali, z innej ktoś natarczywie przesypuje węgiel widze jakby mase niewolniczą, ale wszyscy są uśmiechnieci. Nikt nie rozmawia, kazdy robi to co do niego należy. Nagle czuję sie niesamowicie samotny. Chciałbym z kims porozmawiac… z człowiekiem… wracam myślami do domu. Do rodziny.

-wstawać! - do wagonu wparowuje przewodnik ubrany na biało. Postanawiam wykonac cierpliwie polecenia. Juz kiedys próbowałem z nimi rozmawiać , ale to jak grochem o sciane.

Zostaje brutalnie wypchnięty na zewnatrza. O mało nie potykam się o własne nogi. Prostuje sie, starając sie zachować godność. Dopiero teraz zdaje sobie sprawe, ze nie jechałem sam. Z innych wagonów wypychane są kolejne osoby.

Nagle jakiś chłopak zaczyna uciekać. Rusza biegiem w zdłuż pociągu, a strażnicy nawet nie drgnęli. Poczułem lekkie uczucie nadziei, że tak przyćmione umysły nie przypuszczają takich ewentualności. Myliłem się. Nagle w oddalającego sie już chłopaka został wystrzelony poćisk. Trafił prosto w skroń, odrzucając go na wagon, po czym osunął się I padł martwy. Nikt się nie obrócil.

Zrobiło mi się niedobrze. Spojrzałem w góre I zobacyzłem rusztowania wzdłóż kolumn, gdzie stali tym razem na czarno ubrani, z jakimiś googlami, pewnie termo wizyjnymi, trzymającymi duze karabiny snajperskie.

Poczułem dziwne ukłucie w srodku. Napływającą gorycz. “Nie. Nie może to być nie możliwe… musze wrócić , złożyłem obietnice…”

Ustawili nas w rzędzie. Naliczyłem 8 strażników , po dwóch po bokach I czterej na przeciwko w równoległych odstępach. Wyposarzeni byli w metalowe pałki, iskrące lekko prądem. Posiadali też pistolety przyczepione do pasa. Podchodzili do nas kolejno I sprawdzali nasze zdrowie. Zauwazyłęm ze jeden z nich wyposarzony był w stetoskop I patyczki do gardła. Strażnik wydał polecenie o rozebraniu sie do bielizny. W tym momencie zobacyzłem, żę w srod nas są także dziewczyny, szcególnie przykułą moją uwagę jedna, z długimi blond włosami, ale to nie jej włosy przykuły moją uwage, ale oczy. Ciekawe oczy spogladajace z zainteresowaniem choć lekkim strachem. Nasze spojrzenia sie spotkały, przez chwile patrzeliśmy na siebiepotem opóściła wzrok I lekko sie odwróciłą, zauważyłem, że chce wykonać polecenie strażnika. Zawstydzony pośpiesznie zrobiłęm to samo.

Przebiegłem wszystkich wzrokiem spodziewając się ujrzeć wygłodniałych, na kresu życia ludzi jak opisywanych w holocauscie, ale ku mojemu zdziwieniu wszyscy wydawali sie wyjatkowo zdrowi I odzywieni, zadnych sladów nedzy czy biedy. Całkowicie zaskoczony, nastawiony na przerażające wizje zauważam, że Ci ludzie w róznorakim wieku, różnorakiej narodowości wcale się nie boja. Płynnie I zwinnie wykonują polecenia bez zająkniecie. “ No tak. Bezwarunkowe odruchy, automatyczne posłuszenstwo, brak strachu tylko lojalnosc I szczescie” - poczułem głęboką nienawiść, tak potężną, żę miałem ochote każdemu z nich roztrzaskać kamień na głowie. Opanowałem myśli..

Potrzedł do mnie doktor.sprawdził reakcje moich zrenic, gardło przesłuchał płuca sprawdził kręgosłup. Poklepał 2 razy po ramieniu. Podszedł☻ do mnie strażnik I pociągnał do siebie, nastpenie wskazał w którą stronę mam iść - idz za nimi. Przydzielą Cie do pracy. - “pracy? No tak… wszystkie te magazyny I hurtownie.

Posłusznie udałem się za osobami uznanymi zdatnymi. Szlismy gesiego, zobaczyłem tą dziewczyne z wczesniej, obróciłem sie na tych którzy zostali na swoich miejscach. Byli to przeważnie bardziej chudzi badz z różnymi niepełnosprawnościami ludzie. Jeden miał opaske na oczach, inny poruszał sie o kuli. na Tym zatrzymałem wzrok. Spojrzał na mnie, a ja pierwszy raz zobacyzłem rozpacz I w oczach tych ludzi. Czyli musiałbyć również z poza rejonu, ze starego świata. Widząc, żę rozumiem go, usmiechnął sie blado I poruszył niemo ustami z których wyczytałem “znajdź mnie”. Lekko oszołomiony odwróciłem wzrok I ruszyłem dalej. Wpoiłem sobie twarz nieznajomego, chociaż wiedziałem, żę poznam go po kuli.

Zaprowadzili nas do wielkiego budynku, gdzie zobaczylismy bardziej roznorodnie ubrania. Doszedłem do wniosku, że odznaczają one zajęcia jakimi sie prawajązerknałem na pozostałych, niektórzy już dostali jakieś nowe ubrania I kierunek w którym mają sie udać. Gdzie bedziemy spac? Od czego to wszystko zalezy? Co z nami z robia? Nieustanne pytanie, ktore szybko sie rozwiały. Ani na chwile się nie zatrzymując, idąc w kolejce dotarłęm do jakiegoś Starszego pracownika ubranego w szary mundur. Patrzał na nas obojętnie, kiedy przyszła kolej na mnie wręczył I strój, I plakietke z numerem “262M”. Przygladałem sie jej z zaciekawieniem. - numer do pawilonu, litera oznacza dystrykt, ten akurat znajduje się w części “M”, pokażesz go jak wyjdziesz, dostaniesz instrukcje. - odpowiedział na moje nei zadane pytanie. Chciałem podziękowac (co wydało mi sie z lekka dziwne), ale wrócił już do rozdawania nastepnym osobom, któRym wyjasnienia zdawały sie nie potrzebne. Czysta obojętność.

Ruszyłem zatem do kolejnych drzwi. Na zewnątrz uderzy\ł mnie podmuch wiatru rozgarniający mi włosy, które spadły na o czy. Zauważyłem wozy ustawione I politerowane. “Zapewne dystrykty” domyśliłem si\e I uda\lem sie w kierunku wozu z rejestracja “M”. Pojady te przypominały transportowe wozy wojskowe, tyle że były całę czarne. Przed pojazdem stał kolejny mundurowy. Pokazałem mu plakietke - Włazić - odparł po czym wsiadłem I zająłęm wolne miejsce przy koncu. Łącznie w wozie byłę nas teraz sześciu, troche się ciaśniliśmy,a potem doszło jeszcze trzech, wiec całe pół godziny jazdy sprawiły, żę zdrętwiały mi wszystkie konczyny. Czułem lekki smród bo wszyscy zaczeli sie pocic. Dopiero zdałęm sobie sprawe ze na ca\lym terenie faktorii, panuje wysoka temp. Pewni spowodowana natezeniem pieców czy innych rzeczy.

Zobaczyłem ze mijamy znak oznakowany “M”, wiec odetchnalem troche z ulgą nie mogąc sie doczekać wyjścia. Wyjechalismy lekko poza siec faktorii I znalezlismy sie bardziej na terenie magazynó gdzie wzdłuż siebie postawione były z czarnego materiału pawilony, kazdy oznakowany numerem. Zatrzymalismy sie I czym predzej wyskoczylem I rozprostowałem nogi po których przebiegł teraz nieprzyjemny dreszcz. Zaczałęm sie rozgladac. Bylismy teraz w widocznie bardziej mieszkalnym , jakkolwiek miejscu. Postawione były tu widoczne wieże z tymi samymi strażnikami w goglach, gdzie niegdzie siatki porozciąganie między domami. Ogolnie wydawało się ze jest to teren całkowicie przeznaczony dla nas czego sie nei mylilem. Przed soba zauwazylem pare wiekszych budynkóW z który unosiła sie dym. “ Moze jadalnie? “ Pomyslalem po czym przywr\ocił mnie do porzadku głos straznika. - cieszcie sie, gdyż jesteście zaszcyceni odpokutowac swoja bezuzyteczność na rzecz nowego świata, któRe zostanie docenione. - Ale pieprzenie. Rozejrzałem sie po wspol wiezniach I zdawało mi sie ze widziałęm w niektórych wyraz całkowitego uniesienia I spełnienie. Ochyda. - TEraz udajcie się do swoich pawilonóW, następnie czekajcie na rekwizytorów, którzy przydzielą was do waszych zadań. Na ten moment chciałbym wam tylko dodać, że jesteście woli robić wszystko tutaj, spacerować, rozmawiać spotykać sie na zewnątzr. Sa specjalne zorganizowane miejsca na zabawe. - nei mogłęm wydusic słowa. Nie rozumiałęm co sie dzieje. - wszystko czego zapragniecie mozecie pytać. Nawet współżycie nie jest zabronione, oczywiście z odpowiednim zabezpieczeniem, badź gdy zdecydujecie sie na dziecko, macie prawo domagać sie tego, jesli zdecydujecie dać mu zycie w pracy dla Nowego miasta. I tak. Warunki są już jak podejrzewam nakreślone. Bedziecie przydzielani do prac, w zależności od umiejętności I aktualnej potrzeby. Bedziecie pracowac w godzinach 8am - 6pm, badz na nocne zmiany od 6pm do 8am. Ponieważ potrzebny jest nieustanna kontrola I placa. Bedziecie za prace otrzymywać czy porcje jedzenia na dzien, a również wypłate walutową w starych polskich złotówkach, za któRe bedziecie mieli możliwość zakupu czy względnego jedzenia czy jakich kolwiek innych rezczy czy używek do których zaliczane sa tylko papierosy, gdyż alkochole I srodki psychoaktywne mogą zaburzać waszą prace umysłu co zmniejszyło by produktywność - CZemu to wszystko brzmi tak swietnie? Nawet ja ktory czuje sie jak w zamkniecziu, jestem oszołomiony warunkami jakie nam proponują, wrecz z ulgą, ciesze się żę nie bedziemy traktowani jak za czasów wojen. Są to rzeczy których sie nie spodziewałem I rzeczy o kt\órych musze sie jeszcze wiele dowiedzie nauczyc przezyc. Wiem ze na ten moment nie jestem w stanie nic zrobic, zdazylem wywnioskowac juz ze jestesmy tutaj “na zawsze” chociaz nikt nie wypowiedział tego słowa. Tak samo jak nikt nie wspomniał o konsekwencjach, ale idąc z prądem produktywnoości, z wpomnieniem biednego chłopaka na początku I strażników uzbrojonych, \łatwo jest wywnioskować, żę wszelka nie dyscyplina, naruszenie zasad czy jakie kolwiek inne niesuubordynactwo karanie bedzie natychmiastowo bez jakichkolwiek lagodnosci , czy ustapien, gdyz sprzeczne jest to z idea Produktywności. Aczkolwiek po twarzach zgromadzonych nie wyczułem przejęcia tym, włąsciwie samemu trudno mi było nie przystać na te warunki, poczułem natychmiastowa odraze do samego siebie wraz z wypowiedzeniem tych mysli. Cos jest całkowicie nie tak. Rozumiem.. Inne traktowanie niz za dawnych czasów.. Ale jestesmy trzymani w klatce. Chodowani jak świnie by pracować tu do smierci, nie bedąc nawet \swiadomymi tego, gdyz ograniczeni bedizey do wyuczonych automatycznych instynkt\ow niczym zwierzeta. Wszystko za zgrozą braku wiedzy humanistycznej I skupieniu sie na logistycze - na ten moment to koniec - konczył straznik. - udajcie sie do swoich pawilonóW. Reszte jak powiedziałem, zostaniecie doinformowani potem.

- przepraszam! - wyskoczyłęm z szeredu podnosząc uprzejmie ręke. Strażnik ogromnie zdumiony cofnął sie o dwa kroki. Patrzał na mnie sparaliżówany - chciałbym , jesli oczywiscie to możliwe, dowiedzieć sie co stanie się z osobami które zostały przy kolei. - zapytalem wspominając chłopaka o kuli. Straznik wydawał sie dochodzic do siebie I odpowiedział rzeczowo. - zostaną przydizeleni do odpowiednich im stanom umiej\etnosci pracy. Tak samo jak wy..

- zakwaterowanie w pawilonach tez dostaną? - nie moglem sie powstrzymac od pytan. Chociaz czułem ze wbiegam w bagno. Straznik wydawał sie lekko unosic. Z wysilkiem syczacym głosem odpowiedział unosząc pałke.

- Powiedziałem, że zostaniecie doinformowani potem…

- ale…- straznik nie wytrzymał. Niespodziewanie wymierzył mi potężny cioś pałką prosto w twarz. Ogłuszony padłem na ziemie przetaczając sie na bok. Poczulem napływajaca krew. “Czemu oberwałęm?” czeka\\łęm na kolejny cios, ale jak sie odwrocile zobaczylem ze straznik wskoczyl na woz I odjechał a reszta wspoł wiezniów udałą sie w poszukiwaniu włąsnego lokum. Pare osob zatrzymało sie na chwile I spogłądało na mnie.

- czego sie gapicie?- warknałem. Odwrócili sie szybko z przestrachem I ruszyli w swoje strony. - pieprzone roboty..- mruknalem pod nosem. Odnoscnie straznika wielka zaduma, a wzgledem mnie strach? Jakies ogromne gowno.

Wstałem otarłem buzie I ruszyłem wzdłuż ulic pawilonów które zdawały sie nie konczyc w poszukiwaniu swojego miejsca. Pawiolony były w dosc duzych odstepach od siebie. A co mnie najbeardziej zdziwiło, zauwazylem ze nie sa takie same. Pierwsze rzedy wydawały sie zwykła bryła prostokątu, ale hektary dalej zdawało mi sie dostrzegac nawet takie z tarasami, czy podwójnym piętrem. Widziałem krzatających sie ludzi, którzy poubierani byli w ciuchy któRe znałem, nie w typowe białe mundury, ale w t—shirty I jeansy. Rozmawiali ze soba zdawali sie wiesc tutaj naprawde normalne zycie. Bylem pogubiony.

Chwile pozniej odnalazlem swoj pawilon ktory byl, tylko zwyczajna bryłą prostokątu. Sprawidziłem jeszcze raz nuemer “262” I nacisnałem na klamke. Zamarłem w progu. Przede mna na na łożku siedziałą do połowy rozebrana dziewczyna. Zauwazyłem, żę byłą to ta sama która obserwowałem w szeregu. Szybko zamknałem drzwi I postanowiłem zapukac. Po chwili otworzyla drzwi z lekko zmierzwionymi włosami…

-Charles. - powiedziała w porgu I przypatrywałą mi sie bezemocjonalnie. Czeka? Skad zna moje imie?

-skad ty?

-mundur. - odparłą szybko. Zerknałem w trzymany w rece mundur, z plakietka z moim imieniem. Niewiarygodne. Z niedowierzaniem przygladalem sie przedmiotowi.

-tak. Tez się zdziwiłam, że nie ma numeru. Jestem Emilia - powiedziała usmiechajac sie lekko I podała mi dłoń która delikatni uja\lem. Wszedłem z nia do środka.

Poczułem się troche nieswojo. Zobaczyłem ze nasze łóżka sa niemal obok siebie, a I jeszce jedno stało z drugiej strony. W pokoju byla jeszce umywalka I tylnie drzwi. Skromnie, ale dziwnie przytulnie. Patrzałęm zakłopotany na łożka. “Mieszac z dziewczyna? Sami? Przed takimi ogloszeniami? Czemu to działa na takiej podstawie, przeceiz to..

-wiem o czym myslisz. Powiedziała lekko sie rumieniac I unikajac wzroku. - robią tto specjalnie. Chca zebysmy nie czuli sie ograniczani…

- czy ty?

- tak. Tez nie jestem z nowego swiata. Pochodze z polnocnej francji. Gdy mialam 8 lat zostalismy przeniesieni do miast, gdzie ciezko bylo nam sie zaklimatyzowac mimo ze nowa europa starala sie jak najbardziej nam dogodzic kupujac I fundujac nam wszystko. Ale bylismy prostymi farmerami, zycie w miescie zdala od codziennych prac nas wykanczalo. Wkoncu czesciowo zaczeli nas zabierac, my myslelismy, ze to cos w rodzaju nagrody, ale nikt nie wracał. Wkoncu I mnie zabrano pare lat pozniej, gdy sama juz nie dawałbla blabla. I tak znalazlam sie tutaj

Nie moglem uwiezyc w to co slyszne. Poczulem sie szczescliwszy. “ Czyli nie jestem sam. Musi tu byc wiecej mi podobnych, moze jest jakas szansa”

- lepiej sie przebierz. Czeka nas dzisiaj jeszcze praca. Slyszałem jak mowili. - skorzystałem wiec z rady I zaczałem sciagac koszule I rozpinac spodnie, gdy sobie przypomnialem ze mam obserwatora. Spojrzalem na Emilie. Stałą teraz patrzac prosto na mnie I taskujac mnie wzrokiem. Poczulem sie jeszce dziwniej zwłąszcza, ze mielismy mieszkac tu sami.. Spojrzała mu w oczy po czym lekko sie usmiechneła - haha, rozumiem. Nie rpzejmuj sie, wkrotce bedziesz chodzil nago. - po czym wyszla. Nie zrozumialem co miala na mysli, a przeszlo mi przez głowe tlko jedno. Poczułem ze moj puls przyspiesza. Zrzucilem szybko ubrania I wskoczylem w mundur. Szybko dowiedziałem sie o co jej chodzi.

Zostalismy nawołąni I znowu przewiezieniu w tych samych grupach. Wysadzono nas przed kolejnym budynkiem, a w srodku czkal nas przysznic. Zobaczyłęm ze wszyscy zaczynają sie rozbierać I zostawiać swoje mundury. Rzeczywiscie. Wszyscy jestesmy na go, nawet dziewczyny ida z niami w grupie. Poczulem sie zdecydowanie dziwnie. Przeszlismy kolejka. U niektórych chłopaków zauważyłem nawet stojącego, co nie było wcale dziwne gdyż dziewczyny wcale nie wygladały zle, wrecz bym powiedział, zę zadziwiajaco dobrze. Samemu troche zaklopotany zakrylem swoje ciałem. Zostalismy nakazani do umycia siebie, nastepnie do ogolenie przez specjalene osoby w celu zachowania odpowiedniej higedy w takich miejscach pracy I nakazani by co tydzien udawac sie na takie zabiegi, a co wieczor udawac sie do publicznych najblizzszych lazni.

Po calym tym spektaklu przesadzono nas na inne wago I odesłano w kierunku obozu w ktorym mielismy pracowac. Nie bylo emilii ze mna, pracowałem w grupie pietnastu osob I musielismy na taczka przenosic przedmioty do spalenia, prawie jak z wysypiska, tylko my przewozilismy przedmioty starego swiata. Palilismy pozostalosci. Odcieci od swiata nie mogacy sie tym podzielic, zmuszeni wiecznie usó♣wać nasze popszednie zycia. Nie skupiałem sie na tym co robie . Caly czas myslalem by zdobyc cos do pisania, gdyz laptopa mi zrekwirowali. Musze opisac reszte, wszystko co tu widzialem I zobacze. Czulem ze taka jest moja powinnosc jako osoby uczestniczacej, ale juz wtedy zdawalem sobie spprawe, ze wykracza to poza warunki ktorych mamy przestrzegac, inaczej bysmy starych pism nie pisali ,by pisac nowe.

Czas uplynal szybko. Bylem bardzo zmeczony, I przepocony. Zostalismy nakazani do udania sie do najblizszej lazni co zrobilismy z wielka przyjemnoscia. Umylismy cały brod w chlodnej wodzie, nawet szampony I plyny byly na m dostarczone. Czysci I odswiezeni udalismy sie na posilek zaserwowany w wysokim budynku otapetowanych scianach, pokazujacych wspanialosc nowej europy. Dostalismy tace z jedzeniem. I udalem sie na poszukiwanie miejsca. Bylo niesamowicie tłoczno, wszystko zdawało sie jednak poruszac plynnie. Zadnych zatrzyman zwolnien, kazdy znal swoje miejsce. Zauwazylem Emilie. Siedziala I rozmawiala z kims przy stole. Ruszylem w jej kierunku.

Zlozylem tace na stole. Emilia podniosłą na mnie wzrok I lekko sie usmiechneła

-Charles. Poznaj Eliasa. - spojrzałem w strone rozmówcy. I zaniemowilem. Był to ten sam chlopak o kuli ktorego widzialem wczesniej. Spojrzał wymownie w moja strone I podał mi reke. Zauwazylem ze kula znikneła.

-Witaj. Tak, zabrali mi kule I zopoerowali noge. Teraz jestem wstanie chodzic dzieki mechanicznym czesciom. - odpowiedzial na moje nie zadane pytanie. Wydawal sie ow wiele szczesliwszy niz za pierwszym razem gdy go widzialem.

- JAk mnie znalazles? -spytalem. Gdyz wydalo mi sie to wielce nieprawdopodobne jego obecnosc tutaj.

- przejezdzałem do dystryktu “n” gdy zobaczyłęm jak idziesz w kierunku swojego. Zdziwilem sie ze widzialem cie samego, ale emila juz powiedziala mi ze zadawałes pytania, daltego cie pokeireszowano. - niewiedzialem co powiedziec. Usiadlem wiec I zabralem sie za jedzenie.

Na tacy znajdowaa sie sałątka z kurczakiem do tegomleko I kakao w pudełku. Kolejny zdumiewajace zjawisko. Juz nie wiedzialem co mowic.

Jedlismy w ciszy. Chcialem po posiłku porozmawiac z Eliasem, ale ten wreczył mi tylko ukradkiem moj notes.

- innym razem powiedzial.

- ale jak?

- widzialem jak ci rekwiruja, potem zobaczylem ze wrzucaja to na jedna grupe, udalem ze sie potknalem o kuli I chwycilem szybko do kieszeni. To nie ma znaczenia. Pobedziesz troche z tymi ludzmi zauwazysz, ze sa pewne rzeczy ktore jestesmy w stanie przeciagnac na nasza strone. A teraz idz. Bedziemy mieli duzo czasu.

Udałem sie wraz z Emilia w droge powrotna. Skakałą I odbijałą sie od nogi robiac obroty.”Niesamowity entuzjazm pomyslalem”

-czemu jestes taka szczesliwa? - zapytalem zniesmaczony

-kiedys ci powiem. - zasmiala sie I dalej podskakiwala. Weszlismy do pawilonu. Uswiadomilem sobie ze musimy sie przebrac, I ze takowe ubrania zostaly na mdostarczone. Spodenki I koszulka dla mnie I taki sam zestaw z dluzzsza koszulka dla niej. Odwrocilem sie chcac wyjsc by dac jej czas na przebranie, ale chwycila szybko drzwi. Odwrocilem sie w jej strone.

 

 

 

 

 

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------ kolejny fragment, czas nieokreślony

 

Widze jak młody chłopak w spazmach bólu upada na ziemie upuszczając wszystko na podłoge. Dźwięk uderzanych wzajemnie o siebie płyt rur I metali roznosi się echem. Chłopak doznaje drgawek w cały ciele, nieświadomy już nie poczuł jak metal rozcina kawałki jego skóry. “ Już nie żyje” pomyślałem. Odwracałem się w strone włąsnego stanowiska, gdy mój wzrok przykuł wzburzony Przewodnik, idący szybkim krokiem w strone biednego nieboszczyka. Zaciekawiony nie mogłem oderwać wzroku.

-Ej ty tam! Co to ma być?! Podnoś to!- krzyczał na niesłyszącego już nieruchomego chłopaka. Podszedł do niego I kopnął w obojczyk. Coś we mnie przeskoczyło. Odwróciłem się na pozostałych, nie zmącony zaistniałą sytuacją, bez przerywania pracujacych. Chłopak dostał kolejnego kopniaka tym razem w głowe - słyszysz do cholery? Nie żyjesz , hy? - I kolejny. Nie wytrzymałem.

-Przepraszam, ale czy nie zauważył pan może braków oznak życia u poszkodowanego? - zapytałem z nutka ironi. Strażnik drgnął lekko nie zauważając jak podszedłem na dzwiek mojego głosu.

-braków oznak? Czekaj! Wracaj do roboty szczylu! - warknął z furia w moją strone po czym wrócił do pastwienia sie nad leżącym.

- czy mogłby pan przestać? - powiedziałem już mocno rozdrażniony.

- Ty dalej tutaj? Już Cie naucze! - machnął pałką w moją strone. Zdążyłęm w ostatniej chwili sie schylić, ale nie zauważyłęm nadchodzącego kolana, które potężnie zmiażdżyło mi nos, aż poleciałem do tyłu. - taki cwaniak z Ciebie szczeniaku? - cios w brzuch. Coś mi przeskoczyło we wnątrz. Przeszył mnie ból.automatycznie złapałem za miejsce uderzenia I Wyplułęm przed siebie krew zmieszaną ze śliną. Następny kopniak naciągnał mi szczekę, wyginając ciało porządnie do tyłu. Poczułem napływającą krew I szczypanie na twarzy. Resztkami sił starałem się podnieść I spróbować jakkolwiek wpłynąć na zdrowie napastnika, ale to był błąd. Otrzymałem potężny cios pałką w twarz I padłem nieprzytomny na ziemie.

 

——————

 

-Charlie! Charlie! Cekaj! - mały Willie biegnie w moją strone wymijając mame w progu. Skacze a ja łąpie go w locie. - obiecaj, że wrócis! Prose, nie bede miał s kim grac w piłke! - odsuwam go troche od siebie I patrze u w oczy.

-Jesteś moim największym powodem dla którego napewno wróce. Wiesz przecież, żę nie jade tam na zawsze, zobaczę tylko kawałek świata I pokupuję Ci świetne zabawki jak piłkarskie emulatory na zywo, albo interaktywne piłki - mowię szturchając go lekko I doprawadzając do śmiechu. - zobaczysz wróce, bede napewno już inną osobą, a Ty bedziesz już duży, ale wróce I poznamy siebie oboje.

 

——————

 

Świadomość powoli do mnie wraca. Czuje, że jestem nieźle potłuczony, ale nie boli tak jak się spodziewałem. Cośmiękkiego mam pod głową. Otwieram powoli oczy I widze twarz. Emilia.

-nigdy Ci sie to nie znudzi co? - uśmiecha się do mnie. Jej blond włosy spływają kaskadą muskając moją twarz, pachną zadziwiająco wspaniale.

-Im napewno - odpowiadam z uśmiechem, który wywołuje fale bólu w okolicy szczeki. Z rozciętej wargi płynie świeża strużka krwi, szybko zatamowana przez przyłożenie do niej gazy. Emilia delikatnie wyciera krew, lekko obgryzając przy tym wargi

- nie rób tak więcej. To w niczym nie pomaga. - chce odpowiedzieć, ale wyczuwam jej zmartwienie. Nie chce by tak czuła. Krople spadają mi na twarz. Łzy. Podnosze sie lekko I przytulam ją do swojego ramienia.

- obiecuje. Nie długo stad odejdziemy, nie bede mial powodu…

- nie! - podnosi lekko głos I z powaga spogląda mi w oczy lekko sie odsuwając. Jej oczy świecą. - wiesz co sie stało z moim bratem.. Nie możesz zakłądać czegoś tak nieprawdopodobnego.. Aż tak źle Ci tutaj? Mamy jedzenie, mamy gdzie spać..

- to nie są warunki dla człowieka! A ja nie żyje dla nikogo łaski! - zirytowany odsuwam sie bardziej I wstaje. Nie mogę patrzeć na jej twarz przepełnioną bólem. Odwracam wzrok podchodzę do framugi, robiącej za okno. Spoglądam na roztaczającą sie pajęczyne faktorii, widze w oddali mur. Wielki majestatyczny. Biały jak bramy do raju na tle tych ciemności. Niewiem od ilu dni, miesięcy wpatruje sie w to czując…- żyjemy jak w klatce, to nie jest nasza strona. Wszystko jest nie wporzadku… - czuje jak szczypią mnie oczy. Zakrywam ze złością twarz I osuwam sie na kolana. Czuje ból wspomnień. Czasami zazdroszcze Emilii ich braku. Tej mozliwości akceptacji, któRej ja nigdy nie osiagne.

Przytula mnie od tyłu. Kładzie głowe na moich plecach. Czuje jak drży. Nie cierpie sam. A może to ja powoduje, żę I ona cierpi? Odwracam sie do niej nasze nosy sie stykaja.

- Bedzie dobrze, zobaczysz. Nie moze to byc wieczne. Jezeli to co mowisz jest prawda, wkoncu przyjedzie wiecej osob, wszystko wyjdzie na jaw, ktos tu musi dotrzec. - pocieszamnie głaszcząc po głowie. wiem, żę szanse na uratowanie śą bliskie zeru ale tego nie mowie. Skupiam sie na chwili obecnej. Czuje jej oddech. Moj zaczyna przyspieszac. Emilia uprzedza mnie I sklada na moich ustach długi, słony od łez pocałunek. Powoli wplątuje moje palce w jej włosy I delikatnie rozchylam jej wargi. Przyciska mnie mocniej do siebie. Siadam do tyłu, a ona idzie zamna I siada mi na kolanach. Przenosze drugą ręke na jej plecy delikatnie muskając jej nagą skóre. Czuje jak przechodzą ją dreszcze. Cicho stęka.zwalniamy troche.

- Dlaczego tak nie moze byc? Czy nie wystarczam Ci tutaj? - patrzy na mnie błągalnie. Opuszczam rece I spoglądam w dół. - moglibyśmy wypracować więcej, możę dostać własne mieszkanie na obrzeżach, oddać sie uprawie moglibysmy…

- nie. - przerywam jej delikatnie - nie moglibysmy. Wiesz o tym tak samo jak ja. - Emilia wstaje nie przekonana I udaje sie w strone łóżka. Wchodzi pod kołdre I odwraca sie w strone ściany. Wychodze po cichu. Słysze jak płacze.

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Rebley 12.08.2015
    Historia ciekawa, jest jednak wiele błędów interpunkcyjnych i literówek. 3
  • Charles 15.08.2015
    rozumiem. Pisałem to ciągiem i nie skupiałem się na błedach. Dlatego mogło mi sporo umknąć xP

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania