Powódź wspomnień
To były piękne dni, jak w tej piosence. No, może nie całkiem piękne, ale na pewno ciekawe. W radiu rozbrzmiewały przeboje Bad Boys Blue i Modern Talking, sklepowe półki świeciły pustkami, a nam, dzieciom, po głowach chodziło tylko jedno słowo: przygoda.
Moja paczka liczyła wtedy sześciu chłopaków, wliczając mnie, choć sam miałem najwyżej sześć lat. Najoryginalniejszy i najstarszy był Adaś, który podczas słuchania muzyki kołysał się w przód i w tył, jakby próbował złapać rytm całym ciałem. Bad Boys Blue. Modern Talking. I Adaś. Wyglądało to nader dziwnie, ale w tamtym wieku nie takie rzeczy uchodziły za normalne. Z tamtych czasów zapamiętałem jeszcze małego, przenośnego Kasprzaka. I powódź. Tak, powódź.
Pewnego ranka przyszedłem do kuchni na śniadanie i od razu wyczułem, że coś jest nie tak. Mama z babcią siedziały przy stole, pochylone ku sobie, i rozmawiały przyciszonymi głosami. Na ich twarzach malował się niepokój.
— Mamy wodę w piwnicy — powiedziała zatroskana babcia. — U Staszyńskich pół stodoły zalało.
Stodołę zalało? Musiałem to zobaczyć.
Woda w piwnicy nie robiła na mnie większego wrażenia, ale zalana stodoła? Fiu, fiu, to już było coś. Nie bardzo wiedziałem, jak wygląda prawdziwa powódź, ale jedno było pewne: skoro dzieje się coś niezwykłego, nie można siedzieć w domu. Potrzebowałem gumowców. Odpowiedniego ubrania. Raz, dwa i już byłem gotów do działania.
Pomyślałem o Bogusiu, koledze z klasy, mniej oryginalnym od Adasia, który mieszkał w domu położonym niżej i który był wnuczkiem pana Staszyńskiego. Znałem go na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że nie trzeba go długo namawiać do żadnej awentury. I rzeczywiście — jakby na zawołanie pojawił się w progu.
— Cześć, Maciuś! Wiesz, że nas zalało? — rzucił z mieszaniną sensacji i smutku w głosie. Po chwili jednak na jego twarzy pojawił się uśmiech. — Będziemy pływać. Chcesz pływać?
— Niby czym? — zapytałem.
— Ze starych drzwi zrobimy sobie tratwę, postawimy maszt i w rejs! Możemy popłynąć w kierunku wału przeciwpowodziowego.
Powiedział to tak, jakby proponował zwyczajną wyprawę nad rzekę, a nie rejs przez zalane podwórka, łąki i pola. W jego głosie nie było ani krzty wahania.
— Możemy — przytaknąłem.
Nie zastanawiałem się, czy drzwi utrzymają dwóch chłopaków, jak głęboka jest woda ani co właściwie może nam grozić. Wystarczyło, że Boguś miał pomysł, a ja mogłem wziąć udział w czymś, o czym później będzie co opowiadać. Wypadłem z domu, rzucając przez ramię:
— Babciu, mamo! Będziemy uważać!
Babcia nie zdążyła nawet odpowiedzieć, jak już biegliśmy. Ja, rzecz jasna, w gumowcach.
Szybko przebiegliśmy na drugą stronę ulicy, otworzyliśmy furtkę i znaleźliśmy się w Bogusiowym królestwie. Zaskoczyło mnie, jak wysoko sięgała woda. Do drzwi domostwa brakowało już niewiele. Minęliśmy podwórko i zatrzymaliśmy się w szopie. Pamiętała lepsze czasy — te, kiedy bawiliśmy się na sianie, a pan Staszyński gotował nam ziemniaki. To znaczy, gotował je dla świń, ale i nam coś z tego przypadało, choć mnie akurat uważano za niejadka.
Szopa była przestronna i pusta jak sala koncertowa przed występem. O maszcie zapomnieliśmy, za to wiosło znalazło się prędko. Wypatrzył je Boguś: kawałek deski, odpowiednio spiłowanej. Spod szopy wyciągnęliśmy ciężkie, masywne drzwi — nasz przyszły statek — i ruszyliśmy nieotynkowanym przesmykiem między budynkami. Nie wiem, co bardziej pochłaniało uwagę Bogusia: piaszczysta zaprawa, osypująca się tu i ówdzie ze ścian, czy woda, której poziom z każdą chwilą rósł. Zwodowaliśmy nasze drzwi, wdrapaliśmy się na nie ostrożnie i ruszyliśmy przed siebie. Pomagałem Bogusiowi, jak mogłem, odpychając się od muru, a on pełnił funkcję kapitana.
Minęliśmy cały przesmyk, a potem zaczął się ogród, aż chciałoby się dodać: podwodny. A jeszcze dalej — łąka. Ogrodzenia nie było. Albo było, tylko przepłynęliśmy ponad nim. Nie pamiętam, kiedy dno zaczęło tracić ostrość. Woda była przejrzysta, choć nie aż tak, jak sugerowałoby utarte, poetyckie porównanie z kryształem. Z każdą chwilą coraz trudniej było dostrzec, co znajduje się pod nami. Może winny był brak światła, a może po prostu wiosenny, pochmurny dzień. I wtedy ukazał nam się wał przeciwpowodziowy.
— Oho! Przeszkoda. Przeprawiamy się czy co? — zapytałem.
— A jak! — odkrzyknął.
Przenieśliśmy drzwi przez wał i po drugiej stronie ponownie je zwodowaliśmy. Teraz mieliśmy przed sobą bezkresne jezioro. A może nie jezioro, tylko samą wodę, rozciągającą się we wszystkich kierunkach, bez widocznego brzegu. Dno, o ile w ogóle tam było, ginęło w głębi, której nie potrafiłem ocenić.
Odepchnęliśmy się od wału. Drzwi zakołysały się lekko i popłynęły w głąb rozlewiska.
Wtedy spojrzałem w dół.
Pod nami, na samym dnie, stał człowiek. Nie poruszał się. Nie unosił rąk, nie próbował zaczerpnąć powietrza. Stał wyprostowany, jakby woda wcale go nie dotyczyła. Nie widziałem jego twarzy, ale miałem nieprzyjemne wrażenie, że patrzy prosto na mnie.
Mrugnąłem. Dno zniknęło.
— Co jest? — zapytał zaniepokojony kumpel.
— Nic — szepnąłem bez przekonania. — A wiesz, że nasza rzeka pochłonęła mnóstwo istnień ludzkich?
Dokładnie tak się wyraziłem. Powiedziałem „istnień ludzkich” z taką naturalnością, że Boguś na moment zwątpił. Jakby to było zwyczajne słownictwo sześciolatka.
— Ale w sumie nic — powtórzyłem.
Byliśmy przecież złaknieni przygód i iście męskich doświadczeń. Nie zamierzaliśmy zawracać. Nie po to wyruszyliśmy. A topielcy? Byli od zawsze. Nie tylko tutaj. W każdej rzece.
Rozglądaliśmy się dookoła, nie kryjąc radości i podekscytowania. Nigdy wcześniej nie widzieliśmy takiej masy wody. Tyle jej płynęło, że trudno było ogarnąć wzrokiem całe to rozlewisko. Powódź zaczynała mi się podobać. Nie potrafiliśmy odgadnąć, gdzie przebiega właściwe koryto Osobłogi, choć kąpaliśmy się w niej setki razy.
I wtedy to zobaczyłem.
Lej.
Ale nie taki zwyczajny, jaki tworzy się na powierzchni wody. Nie wir. To było coś innego. Jakby otwór do innego wymiaru, zawieszony poziomo tuż nad taflą, zbudowany z samej wody. Unosił się nieruchomo, a jego ściany zdawały się skrywać coś, czego nie potrafiłem sobie nawet wyobrazić.
— Widzisz to, co ja? — zapytałem, ciężko dysząc.
Widział. Nie okazywał strachu. Ja również nie.
— Co robimy? Wpakujemy się w to? Chcesz zbadać? Bo ja chcę. To może być… — urwałem na moment. — To może być niepowtarzalna okazja.
Pamiętam, że się nie bałem. Pamiętam też, że nie słyszałem żadnego świstu, kiedy przez to przepływaliśmy. A przepływać się dało. Jakby ten osobliwy twór nie był przeszkodą, lecz przejściem, przez które wystarczyło się przedostać.
Zerkałem to na Bogusia, to na nieme ściany z wody, za którymi kryła się nieodkryta póki co tajemnica. W końcu dotarliśmy do wylotu i znaleźliśmy się po drugiej stronie tego czegoś.
I nic. Nie zatrzęsła się racławicka ziemia. Świat nie stanął na głowie. Nic nie wybuchło, nic nie błysnęło, nie rozległ się żaden złowieszczy dźwięk. Zmieniła się tylko woda. Stała się gumowata, sprężysta, jakby ktoś rozciągnął na niej niewidzialną warstwę kauczuku. Można było po niej chodzić.
— Idziemy? — rzucił Boguś i już ostrożnie stawiał stopę na wodzie.
— Patrz! Jestem Jezus! No patrz!
Skakał, wymachując rękami, jakby chciał się upewnić, że to nie sen.
— A ja święty Piotr! On też czynił cuda, a coś ty myślał? — odparł Boguś, któremu dobry humor najwyraźniej nie zamierzał ustąpić miejsca nawet najdziwniejszym okolicznościom.
Zaczęliśmy podskakiwać. Działało. Potem biegać, odbijać się od wody i wybijać w górę. Działało nadal. Śmialiśmy się, zachwyceni tym, że świat nagle pozwolił nam robić coś, co dotąd było niemożliwe.
W końcu zauważyliśmy coś jeszcze.
W miejscach, w których stawialiśmy stopy, woda zmieniała kolor. Tuż pod podeszwami pojawiały się czerwone plamy, początkowo blade i niewielkie. Po chwili ciemniały, nabierając barwy świeżej krwi. Nie rozmywały się ani nie znikały. Zostawały za nami, jak ślady, które ktoś postanowił zachować.
Przystanąłem i uniosłem nogę. Pod butem wciąż widniała czerwona plama.
Kolorek nam się nie spodobał. Jeszcze nic się nie wydarzyło, ale nagle przestało mi być do śmiechu.
— Dobra, wystarczy, wracamy! — zarządziłem.
Boguś nie zaprotestował. Widocznie i jemu starczyło już wrażeń na ten dzień. Wsiedliśmy na nasz niby-statek i skierowaliśmy się ku wirowi, który miał nas przenieść z powrotem do naszego wymiaru.
Tym razem nie bawiliśmy się w odkrywców. Boguś przestał żartować, a ja pilnowałem, żeby nie patrzeć w dół. Nie wiem, czego właściwie się spodziewałem. Że znów zobaczę tamtego człowieka? Że tym razem będzie bliżej?
Przepłynęliśmy przez wodne przejście bez słowa, nie oglądając się za siebie, i skierowaliśmy się ku gospodarstwu pana Staszyńskiego. Dopiero po drugiej stronie odważyłem się spojrzeć na wodę. Była zwyczajna. Mętna, rozlana po łące, taka jak wszędzie podczas powodzi.
Wróciliśmy inną trasą, co może mieć pewne znaczenie dramatyczne dla tej opowiastki. A mianowicie przez ogród, w którym chodziły kury, kaczki i gęsi. Te ostatnie zachowywały się wobec nas agresywnie: syczały i próbowały kąsać. Po wcześniejszych przygodach szybko sprowadziło nas to na ziemię.
— Boguś, to gęsi twojego dziadka, zrób coś! — krzyczałem.
Ale Boguś też się bał. Wyciągnęliśmy drzwi na brzeg i rzuciliśmy się do ucieczki przed wyjątkowo wojowniczo nastawionymi ptakami.
— A sio! Sio! Sio!!!
W końcu znaleźliśmy się w bezpiecznej odległości. Zamknęliśmy furtkę na skobel i przystąpiliśmy do snucia planów na zaś.
— Jutro też płyniemy, co nie? — zagaiłem z nadzieją w głosie.
Zapomniałem, że cały następny dzień miałem spędzić na nudnych zakupach w pobliskim Głogówku. Przypomniała mi o tym babcia, z którą miałem jechać. Pomyślałem: „No cóż. Pojutrze też jest dzień. Co się odwlecze, nie uciecze. Powódź i sraczka tak szybko nie mijają”.
W nocy przyśnił mi się koszmar. Z początku go zlekceważyłem. Dopiero później nabrał sensu.
Płynąłem i nagle spojrzałem w dół. Na samym dnie stał człowiek. Nie unosił rąk i nie próbował zaczerpnąć powietrza. Stał wyprostowany, jakby hektolitry klęski żywiołowej miał za nic. Od razu rozpoznałem twarz Bogusia. Tak, Bogusia. Przeraziłem się i natychmiast obudziłem.
Kolejne dni przyniosły wyjaśnienie snu, ale i nową straszną zagadkę: gdzie podział się najdroższy mój kumpel? No gdzie!?
Nikt nie wiedział, nawet milicja. Przeczesywano wodę. Szukano ciała, ubrania, czegokolwiek, ale niczego nie odnaleziono. Drzwi też zniknęły. Zniknęły również wiry, o których, chcąc nie chcąc, musiałem opowiedzieć jak na spowiedzi. Musiałem wskazać miejsce, w którym się znajdowały. I wskazałem. Samo miejsce, bo po lejach, jako się rzekło, nie było śladu.
Całe Racławice o tym gadały, wszyscy opłakiwali Bogusia i współczuli jego bliskim.
Adaś nadal słuchał Bad Boys Blue i Modern Talking, bujając się w przód i w tył. Teraz jednak jego ruchy przypominały pożegnanie. A może zawsze tak było, jak w jakimś proroctwie, tylko wcześniej nie umiałem tego dostrzec.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania