Powrót do dzieciństwa
Wracam tam,
gdzie wszystko było prostsze niż oddech,
gdzie świat nie krzyczał,
tylko szeptał w liściach drzew.
Wracam do małej dziewczynki
z brudnymi kolanami od biegania po trawie,
z oczami pełnymi zachwytu
nad światem, który jeszcze nie zdążył jej zranić.
Tam, gdzie pierwszy wiosenny kwiat
był wydarzeniem większym niż pierwsza w życiu wypłata.
Gdzie pszczoła na dłoni
była cudem,
nie zagrożeniem.
Gdzie motyl
był obietnicą wolności,
a nie tylko chwilowym zachwytem.
Byłam tam lekka.
Nie potrzebowałam niczego więcej
niż ziemi pod stopami,
wiatru we włosach
i nieba, które nigdy nie miało końca.
Nie znałam wtedy pojęcia „brak”.
Nie znałam ciężaru rzeczy.
Nie znałam potrzeby posiadania,
bo miałam wszystko —
w spojrzeniu, w oddechu, w chwili.
Ta dziewczynka
śmiała się bez powodu,
płakała krótko
i kochała świat
bez warunków.
Rozmawiała z drzewami,
rozumiała ptaki,
znała język deszczu
i ciszy wieczoru.
A potem gdzieś się zgubiłam.
Pomiędzy „muszę” i „powinnam”.
Pomiędzy dorosłością, która ważyła więcej niż skrzydła których nigdy nie rozwinęłam .
Pomiędzy światem, który nauczył mnie
patrzeć, ale nie widzieć.
Ale ona tam była.
Czekała.
Nie obraziła się.
Nie odeszła.
Tylko przycichła w środku mnie
jak iskra pod popiołem.
I teraz wracam.
Powoli.
Cicho.
Bez pośpiechu.
Dotykam ziemi i przypominam sobie,
że ona zawsze była moim domem.
Patrzę na liść i przypominam sobie,
że życie nie musi być wielkie,
żeby było pełne.
Wracam do radości z niczego,
która jest wszystkim.
Do zachwytu nad światłem
przechodzącym przez gałęzie drzew.
Do serca, które nie liczy,
tylko czuje.
Wracam do niej.
Do siebie.
I wiem już teraz,
że nigdy tak naprawdę jej nie straciłam.
Bo ona była we mnie —
cierpliwa, cicha, wierna.
Czekała, aż przestanę sie chować
i znów zacznę żyć.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania