Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Powrót do przeszłości
Samochód sunął po mokrej od deszczu drodze wijącej się wśród łąk i pól. Padało od wielu godzin — niezbyt intensywnie, ale nieprzerwanie. Wycieraczki miarowo odświeżały widok na czerń drogi i stalową szarość ciężkich od wody chmur. Mijane pola wyglądały jak zmoknięty pies i przedstawiały raczej żałosny widok. A przecież był już czas żniw. W pełnym słońcu te same łany kłaniają się na wszystkie strony, falując miarowo w rytm wiatru i tworząc sielski obraz, pocztówkę spokojnego życia.
Kierowca nie musiał niczego zgadywać ani uruchamiać wyobraźni. On to wiedział. On to pamiętał. Minęło co prawda wiele lat, ale łany, jak to łany, odradzały się przecież co roku, by — jak co roku — paść pod kosami i kombajnami. Tak to zapamiętał. To były obrazy dzieciństwa. Jego dzieciństwa. Wiedział też, że za parę kilometrów droga poprowadzi przez gęsty bór świerkowy. Zarówno latem, jak i zimą przejazd przez tę świerczynę miał w sobie coś magicznego, nieco nierealnego. Tyle że wtedy na ten bór patrzyły oczy dzieciaka. Czy teraz, po tylu latach, kiedy na ten sam obraz spojrzą oczy dorosłego, już nieco doświadczonego życiem człowieka, coś zmieni się w percepcji tego lasu i tych pól? Pogoda niespecjalnie temu sprzyjała. Było mokro, szaro, ponuro. Widoczność też pozostawiała wiele do życzenia. Swoją drogą, pogoda wydawała się dobrze dostosowywać do okoliczności i celu podróży. Tuż za borem będzie skrzyżowanie, a przy nim stacja benzynowa i knajpa „Złoty Pstrąg”. Na skrzyżowaniu powinien skręcić w prawo, by dotrzeć do... przeszłości, do miasta swojego dzieciństwa, swojej młodości. Bardzo rzadko ktoś skręcał w prawo. Przejeżdżający tędy tankowali, czasami coś zjedli, a potem jechali dalej. W „Złotym Pstrągu” najczęściej bywali mieszkańcy owego miasteczka. Kiedyś i on tu bywał. Wszyscy wpadali tu na piwo, z rzadka na zagrychę. Przyjeżdżali na rowerach, popatrzeć przez witryny knajpy na przejeżdżające samochody i pomarzyć. A marzyli pewnie o tym, że oni też kiedyś wyjadą, jak te samochody, bez oglądania się za siebie. Chcieli wierzyć, że to jest możliwe. I tak długo, jak działało piwo w ich organizmach, a właściciel dolewał kolejne, tak długo trwały magia i wiara. Potem, kiedy magia się kończyła, gdy brakowało piwa lub pieniędzy, znów wsiadali na rowery i wracali do miasteczka polną drogą, przez niewielki od tej strony miasta zagajnik. To było wszystko, na co było ich stać. Ta krótka ucieczka, by pomarzyć. A potem wrócić.
Do tej pory się nad tym nie zastanawiał, ale „Złoty Pstrąg” to dziwna nazwa dla baru, który w menu nie miał ryb. W każdym razie na pewno nie na co dzień. I na pewno nigdy nie było w ofercie pstrąga. Zresztą niby jakim cudem miałby być, skoro w pobliżu nie było jeziora czy chociażby rzeki, z której można by wyłowić coś jadalnego. Cokolwiek. Ale to nigdy nie przeszkadzało bywalcom owego przybytku. Jemu zresztą też nie.
Wiedział o tym, bo kiedyś był jednym z nich. Był wówczas bardzo młody. To ojciec go tutaj zabierał, gdy chciał przeprowadzić jakąś męską rozmowę, cokolwiek by to znaczyło. Mogło chodzić o wybór szkoły, egzaminy, pracę, dziewczynę, pieniądze czy chorobę matki. Po śmierci matki też tutaj byli. I było to ich ostatnie spotkanie w „Złotym Pstrągu”. Wtedy coś w nim pękło. I dało mu siłę. On, jako jeden z nielicznych, zdobył się na wysiłek i naprawdę stąd wyjechał. Jak się okazało, wcale nie było to takie trudne. Wystarczyło wsiąść do PKS-u, który zatrzymywał się przy stacji benzynowej dwa razy dziennie — rano i w południe. Dokładnie tyle miał kursów. I dokładnie tyle było codziennie okazji, by stąd uciec.
Pamiętał to wszystko, chociaż nie miał pewności, czy ten świat jeszcze istnieje, czy nadal tak wygląda. Wyjechał stąd piętnaście lat temu i nie wracał aż do dzisiaj. W tym miasteczku czas płynął wolniej, ale z drugiej strony piętnaście lat to spory kawałek czasu. Przez tyle lat coś mogło się jednak zmienić. Na świecie upadały rządy i ustroje, przesuwały się granice, znikały jedne państwa, a powstawały inne. Czy jednak był to wystarczający powód, by cokolwiek zmieniło się w miasteczku jego dzieciństwa?
Po ucieczce z miasta jedyny kontakt z ojcem utrzymywał przez telefon. Później, z biegiem lat, zostały już właściwie tylko kartki z życzeniami na święta. Kartkę łatwiej wysłać. Przestrzeń na niej jest ograniczona do minimum. Nie ma miejsca na zbyt wiele pytań w rodzaju: jak zdrowie, co słychać, jak praca, kiedy przyjedziesz, ożeniłeś się już, co z dziećmi i tak dalej. Na kartce są tylko życzenia zdrowych i szczęśliwych świąt. Ewentualnie coś o radości i wesołości. Brak dociekań — samo życzenie jest równoznaczne ze stwierdzeniem, że jest radośnie, wesoło i zdrowo. Nigdy nie było listów. Aż do zeszłego tygodnia.
Pierwszy list z przeszłości, ze swojego miasteczka, otrzymał od dawnej nauczycielki języka polskiego, która mieszkała obok, w bloku na czwartym piętrze. W zasadzie był bardzo krótki, dość lakoniczny. Jego treść mogłaby zmieścić się na kartce pocztowej. A jednak wysłała list. Może po to, by ukryć treść przed oczami przypadkowych pracowników poczty, a może po prostu uznała — jako kobieta starszej daty i innego wychowania — że na kartce nie wypada. No bo jaką kartkę, z jakim widoczkiem, wybrać do treści:
„Drogi Tomku,
To jedyny kontakt do Ciebie, jaki znalazłam, więc mam nadzieję, że jest aktualny. I jedyna znana mi droga, by Cię poinformować, że Twój ojciec zmarł. Podobno udar. Tak stwierdził lekarz. Bardzo mi przykro.
Pogrzeb odbędzie się w środę, 3-go, o 14.00 w naszym kościele. Mam nadzieję, że uda Ci się dotrzeć.”
I podpis: „mgr Jolanta Kowalczyk”.
No i jaki widoczek dobrać do takiej treści? Chyba pani magister miała rację, chowając tę korespondencję do zielonkawej koperty. Zresztą jej kolor był raczej bez znaczenia.
Samochód wjeżdżał już w bór świerkowy. Jeszcze kilka kilometrów przez świerczynę, skrzyżowanie, stacja, „Złoty Pstrąg”. I skręt w prawo. Powrót do przeszłości. O ile to w ogóle możliwe. Czuł, jakby przekraczał granicę między swoim światem — teraźniejszością w metropolii — a przeszłością dzieciństwa w tym małym miasteczku, którego nie widział od ponad piętnastu lat. W miasteczku za lasem, z placem szumnie zwanym rynkiem, kościołem z dzwonnicą po jednej stronie i ratuszem po drugiej. Zastanawiał się, co bardziej uprawniało tę niewielką osadę do miana miasta: kościół czy ratusz. Do ratusza chodziło się załatwiać sprawy, ale nawet burmistrz częściej bywał w kościele niż przeciętny mieszkaniec w ratuszu. Burmistrz musiał liczyć się z głosem księdza. Na pewno bardziej niż ksiądz z głosem burmistrza. To w kościele rodziły się historie i plotki. Tutaj witano nowo narodzonych członków społeczności i żegnano zmarłych. Jutro o 14.00 pożegna ojca, tak jak przed laty, przed wyjazdem, pożegnał matkę.
Ojciec zostanie złożony do grobowca, w którym leży matka. Kupili go wiele lat temu. Już wtedy się szykowali. Wydawało mu się to wówczas trochę dziwne, trochę na wyrost. Może najpierw należałoby skupić się na życiu? Przynajmniej wtedy tak uważał. I chyba wciąż uważa. To matka wykupiła to miejsce. Ojciec pracował wówczas w resorcie mundurowym. Był komendantem: posterunku milicji służbowo, a straży pożarnej ochotniczo. Potem chyba coś się zmieniło w jego stosunku do Kościoła. Z tego, co wiedział z rozmów telefonicznych i kartek świątecznych, jeszcze przed śmiercią matki ojciec zbliżył się do Kościoła i proboszcza. Pewnie dlatego ksiądz nie chciał nic za pogrzeb. Stwierdził, że wszystko jest już uregulowane. W małym miasteczku wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą, więc zapewne wiedział, co mówi. A może dbał również o wizerunek Kościoła i postanowił pochować bez koperty z tradycyjnym „co łaska” starego, ale nawróconego komucha, który na dodatek służył w ochotniczej straży pożarnej.
Ojciec po śmierci matki nie ożenił się ponownie. Z drugiej strony, czy lokalna społeczność niezamężnych i owdowiałych kobiet byłaby szczególnie zainteresowana alkoholikiem? Owszem, kiedy jeszcze nosił mundur — może. Dość szybko jednak przeszedł na emeryturę, a wtedy miał więcej czasu na wizyty w „Złotym Pstrągu”. Szanse na znalezienie tam drugiej żony były raczej znikome. W knajpie pracowała właściwie tylko jedna kobieta — bufetowa, którą wszyscy darzyli szacunkiem, by nie powiedzieć wprost: bali się jej. Była kobietą słusznych rozmiarów i miała umiejętności idealnie odpowiadające wykonywanemu fachowi. Nieraz demonstrowała, jak radzi sobie z tymi, którym piwo zanadto rozdmuchało fantazję i ego. Szybko i bez zbędnych ceregieli sprowadzała takiego delikwenta do rzeczywistości. I nikt nigdy się nie skarżył. Kilka dni później ci, którzy doświadczyli wychowawczo-edukacyjnych metod bufetowej, wracali z podkulonymi ogonami i przepraszali za swoje zachowanie. Wiedzieli, że muszą. „Złoty Pstrąg” był jeden. Ojciec nigdy nie przepraszał, bo i nie musiał. W zasadzie trudno było nawet zauważyć, że pije. Owszem, czasami bywał zbyt wesoły, a czasami ewidentnie miał kaca, ale przecież był chłopem, milicjantem, strażakiem. Miał prawo czasem się napić. Przecież nigdy nie robił awantur, nie leżał pod płotem. Raz komuś przyłożył. Ale tylko raz. I pewnie miał powód. Jak to chłop.
Tomasz zastanawiał się, dlaczego jego rodzice żyli ze sobą tak długo. Chyba nie łączyło ich zbyt wiele. Przynajmniej emocjonalnie. W każdym razie nie przypominał sobie nadmiernej uczuciowości ani wylewności w ich relacjach. Matka, zanim zachorowała na raka, pracowała jako pielęgniarka w lokalnej przychodni. Robiąc zastrzyki, obejrzała chyba wszystkie tyłki w miasteczku — starych i młodych, kobiet i mężczyzn, nie robiąc nikomu wyjątków. Asystowała też czasami przy porodach, bo było to szybsze niż tłuc się dwadzieścia kilometrów do szpitala. A przynajmniej tak było ponad piętnaście lat temu. Tylko co ich trzymało razem? Co sprawiało, że tkwili w tym miejscu, w tym związku, w tej mieścinie? On wiedział, dlaczego chciał wyjechać. I dlaczego nigdy nie chciał wracać. Na pewno nie po śmierci matki.
Podczas tych rozmyślań samochód Tomka wjechał w świerczynę. Zrobiło się mroczniej. Do wieczora było jeszcze daleko, ale miał wrażenie, że noc zamierza objąć go swoimi mackami znacznie wcześniej, niemal wybiegając mu na spotkanie. Jakby czas zaczął płynąć inaczej. Albo jakby przekroczył jakąś barierę czasoprzestrzenną i na powrót zanurzał się w przeszłości.
Pogrzeb jest dopiero jutro. Tomasz zdecydował się przyjechać dzień wcześniej. Po pierwsze, by dać sobie trochę czasu na adaptację. W końcu nie widział tego miasteczka od piętnastu lat, choć przez większość tego czasu emocjonalnie go prześladowało. Nie miał zamiaru go zwiedzać. Zarezerwował pokój w hotelu i nie zamierzał go opuszczać. Chciał patrzeć na miasto przez szyby hotelowego pokoju i ewentualnie hotelowej kawiarni. Tam prawdopodobieństwo spotkania miejscowych było niewielkie.
Po drugie, rano, po przespanej nocy w hotelu, chciał osobiście dopilnować wszystkich formalności związanych z pogrzebem. A formalności mają tę zaletę, że załatwia się je z zawodowym podejściem. Owszem, pojawiają się pytania: kto, kiedy, gdzie, z kim, za ile, o której i w jakiej kolejności, ale dotyczą wyłącznie spraw organizacyjnych. Zadaje się je otwarcie i bez podtekstów. Nie mają w sobie nic osobistego, nie niosą ładunku emocjonalnego gotowego eksplodować w twarz, nie zostawiają miejsca na sentymentalizm. W tym kontekście mają tylko jedną twarz: formalną. A on chciał unikać jak ognia rozmów o zabarwieniu osobistym. Chciał uniknąć niepotrzebnych spotkań. Nie miał zamiaru rozdrapywać ran przed ludźmi, których nie widział od piętnastu lat. Ojciec był ostatnim ogniwem łączącym go z tym miasteczkiem, ale pozostali jeszcze dawna nauczycielka, kilku sąsiadów, była dziewczyna, kilku dawnych kolegów — jeśli nie wyjechali, jak on. Byli też znajomi ojca z komendy, straży pożarnej i „Złotego Pstrąga”. W tym ostatnim przypadku był to właściwie ten sam krąg ludzi. Był jeszcze ksiądz. I pewnie co najmniej połowa z nich chciałaby zapytać: dlaczego. Dlaczego tak długo nie przyjeżdżał? Dlaczego tak rzadko kontaktował się z ojcem? A on nie miał ochoty o tym rozmawiać. Może mógłby porozmawiać z ojcem, ale na to było już za późno. A może zawsze było za późno? Może mur między nim a ojcem był zbyt wysoki, by dało się go przebić, by przedostać się na drugą stronę. Trudno powiedzieć, kto wzniósł ten mur: on czy ojciec. Pewnie każdy z nich dokładał swoją cegłę każdego dnia, każdego miesiąca, każdego roku. To były pytania i odpowiedzi, których druga strona albo nie słyszała, albo nie chciała słyszeć. Jakby każdy z nich zbudował własny dom, własną rzeczywistość, i oczekiwał, że ten drugi będzie nimi zachwycony. A jeśli nie był, pojawiały się niezrozumienie, urażona duma, irytacja i złość.
Nie miał zamiaru otwierać się i rozmawiać o tym z ludźmi z przeszłości ojca. Dlatego przyjechał dzień wcześniej i zatrzymał się w hotelu, o czym nikomu nie powiedział. Zgłosił jedynie w zakładzie pogrzebowym, że w dniu pogrzebu od rana będzie w miasteczku, by dopełnić formalności. Będzie więc miał czas wyłącznie na sprawy związane z organizacją pogrzebu. A po pogrzebie musi wyjechać, bo następnego dnia od rana ma spotkania z klientami. Bierze cały dzień wolnego. O świcie wyjedzie, by przed południem dotrzeć do miasteczka, ale po pogrzebie od razu wróci do siebie, żeby odpocząć przed kolejnym dniem pracy. Nie była to prawda, ale właśnie taka miała być oficjalna wersja dla tych, którzy przyjdą na pogrzeb. Żadnej stypy. Żadnego: „wpadnij na kawę przed albo po pogrzebie”. Nic z tych rzeczy.
Ciemność boru gęstniała, sprawiając wrażenie, że naprawdę zapada noc. Tomasz spojrzał na zegarek. Było dopiero kilka minut po siedemnastej. Do zachodu słońca pozostawało jeszcze parę godzin. Chyba że czas tutaj płynął inaczej. Z jednej strony chciał przyspieszyć, by szybciej wyjechać z tego ciemnego boru, z drugiej jednak wcale mu się nie spieszyło. Mógłby nawet wydłużyć tę podróż, odwlekając powrót do przeszłości. Zresztą droga była mokra i śliska. Wciąż padało. Nie była to ulewa, ale deszcz był na tyle intensywny, że wycieraczki nieustannie pracowały. Było też dość ciemno. Powodów, by się nie spieszyć, było aż nadto. A może nawet należało zwolnić. Tyle że i tak jechał już nieco poniżej dopuszczalnej na tym odcinku prędkości.
Trudno byłoby zwolnić jeszcze bardziej. Nie było dużego ruchu, ale przecież nie był sam na drodze... Chociaż, gdy tylko o tym pomyślał, odruchowo spojrzał w lusterko. Nikogo za nim nie było. Nikt też nie nadjeżdżał z naprzeciwka. Najwyraźniej od pewnego czasu, mniej więcej od chwili, gdy wjechał w bór świerkowy, był na drodze zupełnie sam. W zasięgu wzroku nie było żadnego innego pojazdu. Fakt, pogoda nie zachęcała do jazdy, miasteczko było małe i nie generowało dużego ruchu. W dodatku kilka lat temu powstała autostrada, która łączyła duże metropolie szybciej, choć dłuższą trasą — taki paradoks. Były więc wszelkie powody, by ruch na starej szosie prowadzącej przez pola i świerkowy bór był mniejszy. I był. Ale mimo wszystko wcześniej nadjeżdżały samochody z naprzeciwka, widział też jakieś we wstecznym lusterku. Teraz był sam na drodze. Może do jego miasteczka, do skrzyżowania i do stacji benzynowej nikt już nie dojeżdżał, odbierając tym samym popołudniową atrakcję, rozrywkę i nadzieję bywalcom „Złotego Pstrąga”?
Miasteczko na pewno wciąż istniało. Choć przez ostatnie lata stawało się dla niego senną marą. Aż do chwili, gdy dostał list z wiadomością o pogrzebie. Wtedy znów nabrało realnych kształtów, jakby przywołane z niebytu. Przecież miasto, w którym odbywają się pogrzeby, zwłaszcza taki, w którym on ma uczestniczyć, musi istnieć naprawdę.
Zaczynało się przejaśniać, ale nie z powodu zmiany pogody. Bór przerzedzał się, wpuszczając więcej szarej poświaty deszczowego dnia na szosę. To oznaczało, że za chwilę zobaczy skrzyżowanie, stację benzynową i knajpę. Pomyślał, że dobrze byłoby od razu zatankować. Podskórnie czuł, że w drodze powrotnej będzie chciał jak najszybciej zostawić miasteczko i wspomnienia za sobą. Bardzo możliwe, że zrobi to tak szybko, iż nie zdecyduje się na postój ani tankowanie, dopóki zarys miasta, ciemność świerkowego boru i wspomnienia nie zostaną daleko w tyle, niewidoczne we wstecznym lusterku. W ten sposób będzie gotów do wyjazdu, zanim jeszcze wjedzie do miasteczka swojej przeszłości.
Mijany znak informował, że do stacji zostało jeszcze pięćset metrów. Po chwili już ją zobaczył. Zmienił się szyld, ale poza tym, przynajmniej na pierwszy rzut oka, wydawała się taka sama. Może tylko nieco odnowiona. Włączył kierunkowskaz i zjechał z drogi. Zatrzymał się przy dystrybutorze, wysiadł i rozejrzał się. W zasadzie wszystko wyglądało znajomo. Może różniły się drobiazgi, ale było mniej więcej tak, jak zapamiętał przed wyjazdem.
W jego stronę zmierzał pracownik stacji o trudnym do określenia wieku. Pewnie przez ten służbowy uniform unisex, w którym każdy tracił wiek, płeć, a trochę także osobowość.
– Do pełna? – zapytał, przechodząc do sedna bez zbędnych kurtuazji.
– Do pełna – potwierdził Tomasz.
– Można tutaj zjeść coś ciepłego? – zapytał Tomasz, wchodząc w rolę turysty.
– Można. Na stacji jest hot dog na wynos albo coś konkretniejszego w knajpce za stacją – wskazał ręką pracownik. – Tylko będzie pan musiał przeparkować samochód spod dystrybutora pod knajpę. Tam jest dużo miejsca.
Podczas tej krótkiej rozmowy Tomasz rozglądał się okiem turysty, choć doskonale znał i rozpoznawał wszystko wokół. W zasadzie nic się nie zmieniło. Piętnaście lat, a czas jakby się tutaj zatrzymał. Albo przynajmniej płynął wolniej.
– Ile płacę? – zapytał, gdy pracownik skończył tankować.
– Sto osiemdziesiąt. Zapraszam do kasy.
Po zapłaceniu Tomasz przeparkował samochód pod „Złotego Pstrąga”. Bo to wciąż był „Złoty Pstrąg”. Taki sam szyld. Może nawet ten sam. Takie same drewniane, chociaż odmalowane drzwi. Te same trzy betonowe schodki prowadzące do wejścia. Nawet dziury w tym betonie były w tych samych miejscach, co przed laty.
Przez chwilę siedział jeszcze w samochodzie, patrząc na ten relikt przeszłości i kontemplując upływ czasu, który najwyraźniej inaczej płynął w miejscach oddalonych od siebie o zaledwie kilkadziesiąt kilometrów. A jednak tak bardzo różnych.
W końcu zdecydował się. Myśl, że obiad w „Złotym Pstrągu” odłoży w czasie to, co nieuchronne — wjazd do miasteczka swojej przeszłości — przekonała go. Niech to będzie stopniowe zanurzanie się w czasie. Wysiadł z samochodu, jednym krokiem pokonał trzy schodki i wszedł do knajpy. Pomimo dużych witryn okiennych wewnątrz panował lekki półmrok. Nie przeszkadzał jednak w rozpoznaniu wnętrza. Nie był do końca pewien, ale wydawało mu się, że meble i wystrój wyglądały dokładnie tak samo jak piętnaście lat wcześniej, kiedy stąd wyjeżdżał. Powietrze smakowało tu tak samo jak kiedyś – pachniało starym, zaparzonym wielokrotnie chmielem, zimnym dymem tytoniowym uwięzionym w tkaninach zasłon oraz słodkawą nutą pasty do podłóg. Słabe światło muskało drewniane kontuary i mosiężne wykończenia, nadając wszystkiemu bursztynowy odcień. Przy stoliku pod oknem – tym samym, przy którym dawniej siadał z ojcem – wciąż stały te same ciężkie, lekko wyszczerbione krzesła z ciemnego buku. Blat nosił te same drobne blizny i zarysowania, w tym charakterystyczne wgłębienie przy krawędzi, w które ojciec lubił wsuwać kciuk podczas milczących rozważań nad kuflem piwa. Były to te nieliczne szczegóły, które mógł dostrzec, bo resztę sali spowijał półmrok. Wszystko wydawało się być na swoim miejscu – spłowiałe obrazy w prostych ramach, zapach starego drewna. Może to miejsce naprawdę zatrzymało się w czasie. Jakby czas rzeczywiście płynął tutaj inaczej. Jeśli w ogóle.
Większość stolików była wolna. Bywalcy zaczną tutaj zjeżdżać po robocie lub jak ich żona wypuści, po obiedzie. Bo przecież obiady je się w domu. W niedzielę czy tam od święta do knajpy na obiad, to i owszem. Ale na co dzień, raczej tylko na piwo. Lub dwa. Tomasz wybrał stolik w przeciwległym rogu sali. Był to doskonały punkt obserwacyjny, pozwalający objąć wzrokiem całą knajpę — od drzwi aż po kontuar. Przy okazji stolik niemal tonął w półmroku, dzięki czemu siedzący przy nim człowiek nie rzucał się w oczy. Nie sądził, by ktoś mógł go rozpoznać po tylu latach, ale podświadomie robił wszystko, by do jutra nie spotkać żadnej znajomej twarzy.
– Tomasz, to ty? – zapytała dość pulchna kelnerka o tlenionych blond włosach, która z kartą menu „Złotego Pstrąga” wyrosła znienacka przy stoliku.
„Noż kurwa…” – pomyślał, a jego pamięć wskoczyła na wysokie obroty, próbując odnaleźć tę pulchną twarz w swoich wspomnieniach.
– Nie poznajesz mnie? To ja, Iza – próbowała mu pomóc kelnerka. I udało jej się. No tak, nic dziwnego, że nie mógł odszukać tej twarzy w swoich wspomnieniach. Piętnaście lat temu była raczej szczupłą, osiemnastoletnią brunetką. Całkiem ładną, zresztą.
– O kurczę, Iza – powiedział. – Faktycznie, nie poznałem cię w pierwszej chwili. Zmieniłaś kolor włosów.
– I miałam dwadzieścia lat mniej.
– Piętnaście – poprawił ją.
– …i piętnaście kilo mniej – kontynuowała. – I trójkę dzieci mniej.
– Trójkę dzieci, no pięknie – powiedział. „No tak, to by wiele tłumaczyło. Przeżycie trzech ciąż i porodów musi zostawić ślad w kształtach i wadze” – pomyślał.
– Wyglądasz świetnie – skłamał. – Po prostu nie mogłem cię poznać jako blondynki – kłamał dalej.
Pamiętał Izę sprzed piętnastu lat. Szczupłą, małą brunetkę o jasnych oczach. Prawie zawsze uśmiechniętą. Była córką sąsiadów. Była też jego pierwszą dziewczyną. Z nią przeżył swój pierwszy raz. Dla niej również był to pierwszy. A potem były kolejne. I tak przez ponad rok. Nie, nie była miłością. Po prostu byli razem. Dlaczego, z jakiego powodu? No cóż, z powodu, jaki miał każdy chłopak w tym małym miasteczku. Po prostu w pewnym wieku trzeba było mieć dziewczynę. Inaczej było się frajerem. Albo pedałem. Szczególnie jeśli było się w szkolnej drużynie piłkarzy. A wartościowy chłopak w tak małej mieścinie, jeśli nie chciał być frajerem, powinien haratać w gałę i mieć laskę, która mu zrobi gałę. Przynajmniej tak mówili kumple, z którymi grywał. I tak mówił czasami ojciec, komendant posterunku służbowo i straży pożarnej ochotniczo, kiedy zaczął zabierać go do „Złotego Pstrąga” na piwo, by pogadać po męsku.
Dla Tomasza był to też ważny związek z innego powodu. Dzięki niemu zyskiwał w oczach kumpli z drużyny, w oczach ojca – owszem - ale dzięki Izie poznał Igora, jej starszego o dwa lata brata. I wówczas zaczął w sobie odkrywać coś nowego. Coś, czego nie rozumiał. Bał się tego, skrywał to jako największą tajemnicę, ale z drugiej strony było to tak silne, tak fascynujące, że nie był w stanie tego zagłuszyć. Lubił towarzystwo Igora. Najchętniej, gdy wychodzili gdzieś w czwórkę: on, Iza, Igor i jego dziewczyna. To mógł być wypad do „Złotego Pstrąga”, na imprezę do znajomych albo do kina, czyli do domu kultury, w którym raz w tygodniu, z reguły w soboty, coś grali. Nie pamiętał, co, bo to było nieistotne. Oni szli do kina, a nie na film. Wtedy też, obłapiając i całując Izę, odkrył, że najbardziej podnieca go obecność Igora, który siedział tuż obok niego i w tym samym czasie robił mniej więcej to samo ze swoją dziewczyną. Nie rozumiał tego, nie wiedział, jak to nazwać. Wiedział, że sam na sam z Izą nie rozpalało go to tak bardzo jak dodatkowa obecność Igora. I łapał się na tym, że myślał wówczas o Igorze, o tym, co on czuł w tych chwilach.
Sporo czasu zajęło mu znalezienie odpowiedzi, wyjaśnienie dręczących go niepewności. Lubił Igora. Podobał mu się, dobrze się czuł w jego obecności. Kiedy na imprezie wypił trochę więcej alkoholu, fantazjował o tym, że to on, a nie ta laska, robi Igorowi… laskę. A kiedy tylko trzeźwiał, zaczynał się bać. Co by było, gdyby jego fascynacja wyszła na jaw, gdyby odkryli to koledzy z drużyny, gdyby dowiedział się ojciec? A najbardziej przerażało go to, że mógłby to odkryć Igor. I pewnie by go znienawidził. Albo, co gorsza, wyśmiał. W każdej z tych opcji byłby skończony w tym miasteczku. Nosiłby piętno, którego nigdy by nie zmył. Gdzieś podświadomie, gdy już wytrzeźwiał po imprezie, czuł, że to jest piętno, że to jest grzech. Tak mu to wdrukowano w wychowaniu. Jest gejem, pedałem, ciotą – jak mawiali koledzy z drużyny i jego ojciec o takich jak on. Próbował to tłumić, był tak samo męski jak kumple z drużyny, śmiał się z ich dosadnych i prostackich żartów, sam wymyślał jeszcze dosadniejsze. Za każdym razem, gdy wyrzucił z siebie salwę śmiechu po kolejnym obleśnym dowcipie w szatni, najczęściej o pedałach albo o blondynkach, czuł się zbrukany. A gdy sam wymyślił jeszcze bardziej obleśny, czuł, jakby nurkował w gnojówce, która wypełniała mu nozdrza i gardło. Ale za tę cenę był samcem, a jego tajemnica była bezpieczna. Chociaż jego głowa pękała od domysłów, czy ktoś coś podejrzewa, czy się czymś zdradził. Był nawet gotów przyznać, że to jakaś forma choroby, że da się to leczyć, że powinien z tym przynajmniej próbować walczyć. No więc walczył, udowadniając każdego dnia, że nie jest gejem, pedałem, ciotą. Bo przecież tak pomyśleliby o nim kumple, tak pomyślałby ojciec, tak pomyślałby Igor.
Iza była świetną przykrywką. Ona mogła zaświadczyć, że jest męski, samczy, władczy, że często uprawiają seks. Robią to na imprezach, po wyjściu z kina, w parku. Iza nie musiała wiedzieć, że on myśli wtedy o Igorze. Nie miała dostępu do jego myśli. Byle się nie zdradzić. Wciąż czuł się zagrożony. Chciał o tym komuś powiedzieć, ale nie miał komu. Mama, jedyna osoba, która go rozumiała, a przynajmniej próbowała zrozumieć, już nie żyła. Nie powie przecież Izie, że woli jej brata. Z ojcem tym bardziej nie było jak. Z nim toczyła się swego rodzaju walka, teatrum, ogrywanie ról, które miały zmylić przeciwnika. Nie miał nikogo, z kim mógłby szczerze porozmawiać.
– Ty się w ogóle nie zmieniłeś, nic a nic – powiedziała Iza. – Co u ciebie, co porabiasz, skąd się w ogóle wziąłeś tutaj po tylu latach? – pytała.
– Przyjechałem na pogrzeb ojca.
– Ach tak, przepraszam. Idiotka ze mnie, no przecież. Twój staruszek… – nie dokończyła, spojrzała na niego niemal z czułością. – Pogrzeb jest jutro, prawda? – dopytała z tą samą czułością, tym razem w głosie.
Wydawała się szczera w tej trosce. Tomasz patrzył w jej jasne oczy. Nigdy nie był w niej zakochany. Nie pamiętał nawet, jak to się stało, że zostali parą. Pewnie jak większość rzeczy w tym miasteczku – przez nieporozumienie.
– Zostajesz na dłużej?
– Nie, jestem zawalony pracą. Udało mi się załatwić na szybko te dwa dni, dzisiaj i jutro, ale po pogrzebie wracam.
– Szkoda. Może kiedyś wpadniesz na dłużej. Fajnie byłoby się spotkać i powspominać.
Nie był pewien, czy to dobry pomysł. Starał się jak najwięcej zapomnieć. I do momentu listu o pogrzebie szło mu to całkiem nieźle.
– A co u ciebie? Ożeniłeś się, masz dzieci? – dopytywała Iza pytaniami, które dobrze znał. Często słyszał je od ojca. – Bo że masz pracę, już wiem – próbowała zażartować.
– Tak, mam żonę – skłamał, sam nie wiedząc dlaczego. Może bał się, że Iza wciąż byłaby nim zainteresowana, pomimo posiadania już trójki potomstwa. Albo jeszcze gorzej – ojca tej trójcy już nie było, a ona szuka zastępstwa. A może po prostu bliskość tego miasteczka sprawiała, że wszystko i wszystkich okrywał całun obłudy i gry pozorów, sprawiając, że kłamstwo było takie naturalne. Przecież sam to robił, kiedy tu jeszcze mieszkał, kłamał w rozmowach z ojcem, komendantem milicji, potem policji, który służbowo powinien wyłapywać ludzkie kłamstewka. Ale może właśnie o to chodziło. Umieć wyłapać, ale tylko te, które chcemy odkryć. Nigdy te, których nie chcemy dopuścić do swojej świadomości, by nie zburzyć tego delikatnego świata zbudowanego jak domek z kart, który większy podmuch mógłby zmieść z powierzchni ziemi. Skłamał więc jak za starych, niezbyt dobrych lat. To było tak, jakby wskoczył w stare, znoszone buty. Nie lubił ich, ale one tu były. I wciąż na niego pasowały.
– Nie mamy jednak dzieci – tym razem, o dziwo, już mówił prawdę. I poczuł się przez to nieco rozgrzeszony.
– Żałuj. Dzieci są cudowne, są moim oczkiem w głowie. Dzięki nim po prostu chce się żyć, chce się wstawać rano i pracować, chociażby jako kelnerka. Wszystko po to, by dać im szczęście, zdrowie, szanse na dobre życie. To cudowne móc obserwować, jak z takich małych brzdąców wyrastają dziewczyny i chłopak, a już za chwilę kobiety i mężczyzna. Człowiek chce dla nich jak najlepiej, chce zapewnić im przyszłość. Lubię sobie czasem pomarzyć, kim będą, jak już dorosną, gdzie znajdą swoje szczęście. Oczywiście nie za daleko ode mnie, bo świata bez nich sobie nie wyobrażam…
Iza rozwijała się coraz bardziej w pochwałach macierzyństwa i rozwoju nowych pokoleń. On słuchał coraz mniej. Myślał o swoich rodzicach. Co oni myśleli, kiedy on dojrzewał? Mama nie miała okazji zobaczyć go jako dorosłego mężczyzny. Ojciec… w pewnym sensie. W końcu, kiedy wyjeżdżał z miasteczka na studia, był już dorosły. Przynajmniej w kategoriach prawa. Może jeszcze nie dojrzałości, ale mógł już o sobie decydować.
Czego oczekiwali od niego jego rodzice? Żeby znalazł szczęście, które będzie ich szczęściem? Tylko co w przypadku, gdy dziecko ma własny pomysł na siebie i nie bardzo mieści się w oczekiwaniach i schematach ustalonych przez pokolenie jego rodziców? Sam nie wiedział, jak na to odpowiedzieć. Jednego był pewien — nie spełniał oczekiwań ojca. Wyjechał na studia, bo o to walczył i to wymusił. Ojciec mówił, że po maturze załatwi mu robotę na posterunku i po kilku, może kilkunastu latach, przejmie jego, znaczy ojca, stanowisko. Jak przekazanie tronu. Ale w małym miasteczku, takim jak to, nie było to nic nadzwyczajnego. Nepotyzm był normą. Jedynie proboszcz miałby z tym problem. I nie dlatego, że nie miałby kogo obsadzić, bo plotka głosiła, że miał syna. Raczej dlatego, że jego władza zwierzchnia miała tutaj znacznie więcej do powiedzenia i lubiła ten głos wykorzystywać.
Tomasz jednak nie miał ochoty podążać taką ścieżką kariery. Kłamał ojcu, że nie chce w ten sposób dostać posady, że woli najpierw zdobyć wykształcenie, a potem uczciwie znaleźć pracę. Dlatego, że się nadaje, a nie dlatego, że ma protektora. Kłamał, bo przede wszystkim i nade wszystko chciał wyjechać. Wizja, że będzie przywiązany do tego miasteczka posadą, przerażała go. Ojciec chyba wierzył w te kłamstwa. Sądził, że to nieszkodliwa młodzieńcza naiwność. Bez protektora. Uczciwie. Jasne. Tomasz też miał co do tego wątpliwości, ale przynajmniej chciał spróbować. I nie potrafił sobie wyobrazić siebie jako gliniarza w małym miasteczku, kolesia, którego autorytet wyrasta z munduru i niczego więcej.
Ojciec zgodził się na studia techniczne, bo to jakoś odpowiadało jego pojęciu dobrego i sensownego wykształcenia. Chociaż sam nigdy nie skończył żadnej uczelni. Była to cena, którą Tomasz był gotów zapłacić za możliwość wyrwania się z tego miasteczka. Zrobiłby to za wszelką cenę, więc bez oporów zrobił to za cenę wyboru studiów na politechnice. Wytrwał tam aż do zdobycia tytułu inżyniera. Potem złożył papiery na ASP, na grafikę. Ku swemu zdziwieniu dostał się. Nie czuł się artystą, ale grafika czy rysunek, ciekawa kreska zawsze go fascynowały. Uwielbiał komiksy. Potem pojawiły się plakaty, okładki płyt. Ojciec miał jakiś stary, poradziecki aparat fotograficzny, więc tutaj trochę się bawił fotografią, a przede wszystkim kolażami fotograficznymi, nakładaniem na siebie różnych zdjęć, naświetlaniem. Z różnym skutkiem. Nie zrażały go porażki. Fascynował sam proces. Podczas studiów na politechnice ta miłość odżyła za sprawą rysunków. Co prawda technicznych, ale jednak rysunków. Wówczas też zaczął rysować więcej szkiców, portretów kolegów i koleżanek ze studiów. Aż w końcu odważył się spróbować nieco poważniej zająć się tematem. Wiedział, że politechnika nie była najlepszym wyborem. Zaczął nowe studia. Przez rok nie informował ojca o tej zmianie. Kiedy po pierwszym roku udało mu się znaleźć pracę, dorywczą, ale dającą poczucie samowystarczalności, powiedział ojcu prawdę. A ten zareagował tak, jak Tomasz się spodziewał. Przestał wysyłać pieniądze. Przestał się też odzywać. Myślał pewnie, że w ten sposób złamie wolę syna. I tu się pomylił. Tomaszowi było to na rękę. Poczuł się wolny. Nie musiał ojca o nic prosić, nie musiał się tłumaczyć. Nie spełniał oczekiwań ojca – trudno.. Ale znalazł swoje szczęście, chociaż nie tam, gdzie ojciec chciał, by je znalazł.
– Kurczę, przepraszam cię, tak się rozgadałam, a ty pewnie jesteś głodny – przerwała swój monolog i jego rozmyślania Iza.
– A wiesz co, faktycznie jestem głodny i trochę zmęczony po podróży.
– No pewnie. Zaraz ci dam to, co mamy dzisiaj najlepszego. Zapomnij o menu. Do picia chcesz piwo?
– W zasadzie prowadzę, ale do posiłku niech będzie. Ale po obiedzie poproszę o kawę, żeby się jeszcze rozbudzić przed dojazdem do hotelu.
– Żaden problem. Zresztą nie masz się czego obawiać. Hotel jest rzut beretem stąd. A jak cię zatrzyma nasza dzielna brygada niebieska – tutaj mrugnęła do Tomka – to im tylko powiedz, jak się nazywasz i że jedziesz na pogrzeb ojca, komendanta.
– Byłego komendanta, od wielu lat emeryta.
– Były, nie były, ważne, że komendant. Zresztą to twój ojciec ich wszystkich wprowadzał do służby, więc na pewno znają go bardzo dobrze.
– Dobra, w razie czego powołam się na nazwisko. Poproszę cię więc o to, co dzisiaj macie najlepszego w „Złotym Pstrągu”, piwo i kawę po obiedzie. A ja może skoczę do łazienki umyć ręce.
– Trafisz? Pamiętasz, gdzie jest?
– Wyobraź sobie, że pamiętam. Nic się tu nie zmieniło.
Iza się roześmiała i poszła do kuchni, a Tomasz skierował się do łazienki.
Kiedy wrócił, sala „Złotego Pstrąga” była pogrążona w jeszcze większym mroku.
„Zdaje się, pogoda nie odpuszcza. Niebo ciemnieje i będzie lać do rana” – pomyślał.
Kątem oka dostrzegł, że sala nieco opustoszała. Tylko dwa stoliki były okupowane przez osoby bliżej nieokreślonego wieku i płci. Raczej mężczyzn, chociaż pewności nie miał. Nie przyglądał się im bliżej, bo niemal całą uwagę skupił na swoim stoliku, na którym czekał już obiad, dość intensywnie parujący i zdradzający temperaturę posiłku. Obok talerza stał kufel piwa. Był też element dodatkowy, który zaskakiwał i psuł kompozycję. I to właśnie ten element przykuł uwagę Tomasza. Przy jego stoliku ktoś siedział. Nie miał pojęcia kto, bo nieznajomy był w tej chwili odwrócony do niego plecami. Ale sam fakt, że ktoś się dosiadł, zirytował go.
„No tak, pewnie Iza wypaplała jakiemuś znajomkowi ojca, że syn marnotrawny powrócił, więc teraz ów znajomek chce sobie poużywać” – pomyślał. „Może jednak decyzja zjedzeniu czegoś w tej knajpie z nadzieją, że nikt mnie nie rozpozna, nie była najlepszym pomysłem.”
Powoli zbliżył się do stolika. Usiadł naprzeciw nieznajomego, nie patrząc mu w twarz, i zapytał:
– Pan ma do mnie sprawę?
– Witaj, Tomku. Co ty mi tu z tym panem? – odparł nowy kompan głosem, który coś Tomkowi przypominał.
„A więc jednak. Iza nie mogła się powstrzymać” – pomyślał. Mężczyzna, bo bez wątpienia był to mężczyzna, znał go. Mógł mieć między czterdzieści a pięćdziesiąt lat. W półmroku sali i oparach – trzeba przyznać – smakowicie pachnącego, gorącego obiadu trudno było o bardziej precyzyjną ocenę nieznajomego. Co było dziwne, biorąc pod uwagę niewielki stolik i fakt, że siedzieli naprzeciw siebie. A jednak rysy nieznajomego rozpływały się w półmroku, tworząc raczej niejasny obraz rozmówcy.
„Iza mogłaby jednak włączyć światło na sali. Albo przynajmniej zainwestować w świeczki na stoliki” – pomyślał. „Koszt nieduży, doda uroku knajpie, szczególnie w oczach młodszej klienteli. A dodatkowo pozwoli mieć pewność, kto, u diabła, siedzi przy twoim stoliku”.
– Miło z twojej strony, że w końcu dotarłeś – powiedział nieznajomy.
„No to się zaczęło” – pomyślał Tomasz.
– Tak długo nie było żadnych wiadomości od ciebie – kontynuował nieznajomy. – Jak się żyje w wielkim mieście?
– Dziękuję, całkiem nieźle.
– Skończyłeś to ASP? Zostałeś w końcu artystą?
Jak się okazało, nieznajomy był dość dobrze zorientowany. Najwyraźniej ojciec miał jakiegoś powiernika, przed którym mógł użalać się na niewdzięcznego syna. Prawie na pewno robił to tutaj, w „Złotym Pstrągu”.
– Tak, skończyłem. Nawet z wyróżnieniem.
– I co? Jak się żyje artyście na tym świecie?
– Nie narzekam. Pracuję jako grafik dla agencji reklamowej i wydawnictwa. Mam też własną pracownię i tam wyżywam się jako niezależny artysta. I także tutaj coś sprzedaję. Od czasu nagrody na Biennale moje prace zaczęły wypływać w świat.
– Wypływać?
– Tak, w sensie dosłownym. Mam kupców za oceanem.
– Czyli odniosłeś sukces?
– Chyba tak. Trudno to tak jednoznacznie ocenić.
– Robisz swoje, w sensie: to, co chcesz.Nikt ci niczego nie narzuca, przynajmniej temu niezależnemu artyście. Masz sukcesy. I możesz się z tego utrzymać. Czy to nie jest kryterium sukcesu?
– No tak, jeśli spojrzeć na to w tych kategoriach, to owszem, odniosłem sukces.
– Nie brzmisz jak ktoś, kto jest o tym przekonany. Cóż można więcej? Jakie są inne kryteria sukcesu? Życie to nie bajka. Trzeba twardo stąpać po ziemi, bo jak się ma głowę w chmurach, to można znienacka po dupie dostać i nie zauważyć od kogo.
Sentencje, które kojarzył głównie z ojcem, są najwyraźniej nieco popularniejsze w tym miasteczku. „Swoją drogą, ciekawe, skąd ten jegomość znał mojego ojca. Jest ze dwadzieścia–trzydzieści lat od niego młodszy” – pomyślał.
– Można — odparł Tomasz. – Ale twarde stąpanie po ziemi nie gwarantuje, że takiego kopa od życia się nie dostanie.
– Przynajmniej wiadomo od kogo i komu będzie można oddać.
„Jeśli dla kogoś istotne jest, by oddać” – pomyślał. I dodał na głos:
– Sięganie wzrokiem tylko tam, gdzie stopa staje, może sprawić, że nigdy nie dostrzeże się słońca. Będzie tylko cień.
– Jak słyszę, to i poezję lubisz – powiedział nieznajomy nieco sarkastycznie, ale potem zmienił ton. – A wiesz, że ja kiedyś też lubiłem? – wydawał się być daleko stąd, jakby właśnie odbył długą drogę do własnej przeszłości i wspominał dawno utraconą miłość.
– Nawet coś sam pisywałem – kontynuował. – Wiersze, opowiadania, takie tam. Zdarzyło się parę konkursów wygrać, coś nawet opublikować w prasie literackiej. Ale to była młodość i jej fanaberie – wracał do swego naturalnego tembru, który żywo przypominał Tomaszowi głos ojca. Ten dość władczy, nieco oschły, wszystko wiedzący głos.
– Życie mnie ustawiło do pionu – nieznajomy znów twardo stąpał po ziemi. – A w zasadzie życie i mój ojciec. Załatwił mi pracę, dobrą pracę. Mogłem się ożenić, mieć mieszkanie. A właśnie, Tomku, ożeniłeś się już?
– Nie – tym razem Tomasz nie miał ochoty kłamać.
– Małżeństwo jest ważne, trzeba mieć kogoś.
– W pełni się zgadzam. Dobrze mieć kogoś, kogo się kocha. I mam kogoś.
– Jak się ludzie żenią i wychodzą za mąż, to w końcu się pokochają.
– To ciekawa koncepcja. Chyba już ją słyszałem. Czym więc jest miłość?
– Powinnością. Kochasz kogoś, bo jest twoim małżonkiem lub dzieckiem.
– Wolę myśleć o miłości jako o wyborze. Kochać kogoś można, jeśli jest małżonkiem lub nie – status nie jest ważny. Miłość to nie obowiązek, tylko bezinteresowna chęć dzielenia życia z kimś, jego pasji, wzlotów i upadków, jego lepszych i gorszych dni.
– Widzę, że i tutaj masz bardzo romantyczne podejście. Romantyzm jest dobry, ale dla młodych. Potem przychodzi proza życia i trzeba sobie jakoś radzić.
Nieznajomy popatrzył na obiad, który stał przed Tomkiem i przestał już intensywnie parować.
– Jedz, Tomku, wystygnie ci.
Tomasz zaczął powoli jeść, obserwując nieznajomego. Przypominał mu ojca. Prawdy życiowe potwierdzone jego własnym doświadczeniem, czyli niepodważalne, wypowiadane przez człowieka, który jest pewien wszystkiego, co mówi. Nawet fraz używał podobnych.
– Czyli rozumiem, że dzieci też nie masz – rzucił nieznajomy.
Tomek przełknął i popił piwem, powoli, bez pośpiechu.
– Nie, nie mam – odpowiedział spokojnie.
– Może to i lepiej. Nie zrozum mnie źle, ale czy artysta miałby czas i miejsce dla dzieci?
Tomasz nie odpowiedział. Myślał o tym kiedyś. Nie, to nie to. Czas i miejsce by znalazł. Ale przed adopcją, bo to była jedyna droga i nie miał ochoty tego tłumaczyć nieznajomemu, powstrzymywało go coś innego. Wątpliwość, czy będzie dobrym rodzicem. Czy byłby na tyle otwarty i uważny, by dostrzec w dziecku przyszłego dorosłego człowieka i zawczasu pielęgnować jego naturalne zdolności? Czy może będzie próbował narzucić mu własny sposób patrzenia na świat, swój system wartości, którego dziecko nie będzie chciało zaakceptować?
– Nie wiem. Może byłbym zdolny do bycia rodzicem. Chociaż zastanawiam się, czy zdołałbym nie tłamsić potrzeb i ducha tego dziecka, jego potencjału.
– Czyli żeby nie zawiodło twoich oczekiwań?
– No właśnie nie. Czy można mieć oczekiwania wobec drugiej istoty, która jest odrębna i będzie prowadzić własne życie, będzie je budować własnymi narzędziami i talentami? Po prostu dać dziecku miłość i bezpieczeństwo. Plus możliwość próbowania różnych ścieżek. A potem niech wybiera samo.
– Dziecko jest jak puste naczynie. Rodzic powinien je wypełnić.
– Czym?
– Wiarą, umiejętnością dokonywania właściwych wyborów.
– Właściwych wyborów, czyli zgodnych z wyborem rodziców?
– A co w tym złego? Przecież rodzice chcą jak najlepiej dla swoich dzieci.
– I wiarą w to, że rodzice się nie mylą.
– Może i się czasem mylą, w końcu są tylko ludźmi, ale należy czcić matkę swoją i ojca swego.
– Tak, znam to. Słyszałem to tysiące razy. Ale ja nie chciałbym czci. Wolałbym szacunek, miłość, partnerstwo.
– To w zasadzie to samo.
– Nie byłbym tego taki pewny.
– Rodzice wskazują dziecku drogę, którą powinno iść, by zostać dobrym człowiekiem i dobrym członkiem społeczności.
– A co w przypadku, gdy społeczność opiera się na schematach, półprawdach, zabobonach i akceptuje tylko tych, którzy dostosują się, ugną, przyjmą wiarę społeczeństwa i wejdą w ramy oczekiwań i standardów przez to społeczeństwo narzuconych? A resztę będą odrzucać.
– To chyba normalne i naturalne. Społeczeństwo to organizm, który odrzuca ciała, które rozpoznaje jako obce, które nie pasują.
Zaczynał coraz mocniej czuć się jak podczas rozmów ze swoim ojcem. Dopił piwo. Głównie po to, by zmyć z siebie to uczucie. Działało niezbyt skutecznie. Odstawił kufel. Momentami miał wrażenie, że siedzi przed nim ojciec sprzed dwudziestu lat. Siedzą na piwie w „Złotym Pstrągu”, czyli są w trybie poważnych męskich rozmów. On tłumaczy, dlaczego nie chce wskakiwać w mundur, chce wyjechać na studia i dlatego nie powinien myśleć o ożenku z Izą. Zaczął więc się bronić tak, jak jeszcze tego nigdy nie robił.
– Społeczeństwo to nie monokultura. Każda monokultura jest słaba i narażona na choroby. To właśnie różnorodność i otwartość na odmienność mogą wnieść coś do społeczeństwa, pozwala mu się rozwijać i próbować nowych dróg. Bo nie ma jednej, jedynie słusznej.
W tym momencie przerwał. Niemal ugryzł się w język, bo czuł, że na końcu tego zdania chciał dodać „tato”. Nie był pewien czy bardziej go to zdumiało, czy wystraszyło.
W sumie to nie wiedział, dlaczego tak szczerze rozmawiał z nieznajomym, dlaczego się tak otwierał i pozwalał pokazać swoje prawdziwe emocje i przekonania. Nigdy nie robił tego wobec ojca, nigdy tak otwarcie, zawsze toczył grę. Właśnie tutaj, w „Złotym Pstrągu”, na piwie, podczas męskich rozmów. I teraz z nieznajomym pozwalał sobie na taką szczerość. Zamiast go zbyć wyświechtanymi banałami. Pancerz obłudy małego miasteczka jego przeszłości chyba przestawał działać. Tomasz odłożył nóź i widelec na stół.
– Zresztą społeczeństwo najczęściej bywa obłudne – dodał po chwili.
– Co masz na myśli?
– Weźmy to miasteczko – zaczął Tomasz. – Nauczyciel moralności i etyki, ksiądz proboszcz, ma dziecko. Nie ożenił się, nie przyznał się do syna, nie dał mu domu ani ojcowskiej miłości. Ale poucza o tym innych. Ten sam proboszcz, jeszcze jako młody kleryk, miał kochanka, chociaż naucza i straszy, że to grzech śmiertelny. Burmistrz utrzymuje dwie kochanki, w dwóch różnych mieszkaniach, ale niemal po sąsiedzku. Co niedziela jest jednak w kościele, z rąk proboszcza przyjmuje komunię i opowiada o rodzinie jako fundamencie społeczności. Największy lokalny zakład jest jednocześnie największym lokalnym trucicielem, który zniszczył całe połacie boru i zrobił ściek z jedynej rzeczki, która kiedyś płynęła w pobliżu miasteczka. Nawiasem mówiąc, często zastanawiałem się, skąd wzięła się nazwa tej knajpy – „Złoty Pstrąg”. Czy kiedy powstawała, w tej odległej rzeczułce, jedynym otwartym rezerwuarze wody w okolicy, były jeszcze jakieś ryby? I dlaczego syn właściciela tej fabryki, kiedy przejął knajpę, nie zadał sobie nawet trudu, by zmienić jej nazwę? Dyrektor szkoły dopuszcza do matury i zalicza egzaminy największym idiotkom w szkole, ale pod warunkiem, że najpierw spędzą z nim weekend w jego leśniczówce. Podobno zastępca dyrektora ma podobny układ, ale ze szkolnymi sportowcami, którzy mają problem z używaniem intelektu i nie potrafią o własnych siłach zdać matury. Jest jeszcze lokalna policja, która niczego nie widzi i nie słyszy. Za to na procesjach błyszczy galowymi mundurami i sztandarami. Czy to jest zdrowe społeczeństwo, które odrzuca ciała obce, czy po prostu fałsz i obłuda?
Nieznajomy wpatrywał się w Tomka. Dwa jasne punkty w jego fizjonomii, która była skryta za jakimś cieniem, bez emocji obserwowały Tomka.
– Czasami obłuda ratuje przed rozpadem – odparł po chwili nieznajomy. – A chodzi o to, by społeczeństwo się nie rozpadło, żeby każda komórka tego społeczeństwa trwała na swoim miejscu, dostosowując się, jeśli trzeba, także do obłudy. Celem jest przetrwanie społeczności, a nie sprawiedliwość dziejowa i zbudowanie raju na ziemi. Ja na przykład nie kochałem swojej żony. Ślub nie pomógł, nie pokochałem jej. Ale zostałem częścią społeczności, miałem rodzinę, żonę, dziecko. I dbałem o nich, dbałem o żonę, szanowałem ją, wychowywałem syna, trwałem przy nich. Mówisz, że proboszcz, jako młody kleryk, miał kochanka. – utaj towarzysz Tomka na chwilę zamilkł. Wziął oddech, patrząc w stół, kontynuował: - Nie wiem, skąd to wiesz, ale skoro tak, to poznaj całą historię. Tak, to prawda. Tyle że nie kochanka, bo to wulgarne. Dwoje młodych ludzi, już nie chłopców, jeszcze nie mężczyzn, czuło wzajemne przyciąganie. Chcieli spróbować czegoś innego, nowej, innej drogi. Sam o tym mówiłeś. Z tym że oni dojrzeli i zdali sobie sprawę, że to nie jest naturalne, że to tylko szum młodości, szaleństwo dojrzewających młodych ludzi.
Tutaj nieznajomy podniósł wzrok.
- Nie patrz tak. Zastanawiasz się, skąd to wiem? Bo to ja byłem tym kochankiem – kontynuował ściszonym głosem. – Co za paskudne słowo. Byliśmy blisko, może momentami zbyt blisko, przekroczyliśmy pewne granice cielesności, niesieni młodzieńczą naiwnością i porywczością. Ale nie jesteśmy i nie byliśmy homoseksualistami, bo to grzech. Jeżeli grzeszyliśmy, to słuchaniem porywów serca. A może innych organów. Ale takie rzeczy zdarzają się młodym. Jak się okazuje, słuchanie głosu serca może być zwodnicze. Dlatego lepiej analizować życie na chłodno, brać coś na logikę, zostawiając emocje z boku. A młody kleryk, gdy już został proboszczem, sprawił, że ja dostałem awans na komendanta. Nigdy nie wracaliśmy do błędów i szaleństw młodości. Razem tworzyliśmy, budowaliśmy i wspieraliśmy tę społeczność, jej rozwój, jej wiarę, moralność. Tak, moralność. Bo świat nie jest czarno-biały, Tomku. Czasami potrzebuje nieco obłudy, ale w dobrych celach. Na przykład wtedy, kiedy chroniliśmy naszego fabrykanta, który dawał zatrudnienie połowie miasteczka, płacił podatki do gminy i finansował remont kościoła dla naszej społeczności. Bo tak się buduje społeczność, mój synu.
Tomasz drżał. Wpatrywał się w nieznajomego, którego rysy twarzy nagle zaczęły przebijać się do jego świadomości. Chociaż wcale nie zrobiło się jaśniej w sali „Złotego Pstrąga”. Patrzył i nie wierzył w to, co widzi. Dreszcz przebiegł przez każdy mięsień jego ciała. Czuł zawroty głowy, szum w uszach, przez który przebijały się ostatnie słowa nieznajomego, odbijając się echem w jego głowie. Miał wrażenie, że za chwilę będzie miał udar. Albo że już go ma. Świat zaczął mu wirować przed oczami. Nie był w stanie uwierzyć w to, co widział. Nie chciał, nie mógł w to uwierzyć. Jego ojciec, jak ze zdjęcia sprzed dwudziestu–trzydziestu lat, bez munduru.
– To niemożliwe – wyszeptał cicho, drżącym głosem.
– Przecież to ty wierzysz, że wszystko jest możliwe – odpowiedział nieznajomy, patrząc Tomkowi prosto w twarz.
Tomasz gwałtownie wstał od stołu, odrzucając krzesło. Spojrzał raz jeszcze na nieznajomego. Potem bez słowa, resztką sił zaczął iść, jak pijany, w stronę łazienki. Chciał oprzeć się o ścianę, ale miał wrażenie, że te zaczynają się odkształcać, jakby były wykonane z gumy lub topiącego się wosku. Przyspieszył kroku, wpadł do łazienki, odkręcił kurek z zimną wodą i wsadził głowę pod lodowaty strumień. Czuł, że serce wali mu w piersi jak bokser. Był rozpalony.
„To niemożliwe” – pomyślał.
Następną rzeczą, jaką sobie uświadomił, był chłód posadzki, na której leżał. Najwyraźniej stracił przytomność. Nie wiedział, ile czasu minęło. Kilka sekund? Kilka minut? Jedynym dźwiękiem był szum wody uderzającej o umywalkę. Przez chwilę nie pamiętał nawet, gdzie jest. Bardzo powoli wstał. Woda z kranu wciąż się lała. Zaczął pić zimną kranówkę. Oblał sobie nią twarz i kark. Powoli czuł, że wraca do życia. Spojrzał w lustro. To był on, może trochę bledszy, ale on. Uderzył się dłonią w policzek. Zapiekło, więc raczej nie śnił. Zakręcił wodę, wytarł się papierowymi ręcznikami, wziął kilka głębokich oddechów i wyszedł z toalety.
W sali zrobiło się jaśniej, chociaż wciąż nie paliły się lampy. Wszystko wydawało się jednak normalne i naturalne. Przy jego stoliku nikogo nie było. Na stoliku stała kawa. Nie siadając, wypił ją drżącą jeszcze lekko ręką, nieco parząc się w język. Zapłacił Izie i, żeby nie wdawać się w dyskusję, obiecał, że wpadnie jeszcze do niej na kawę przed wyjazdem. Nie wiedział, czy dotrzyma słowa, ale to nie miało znaczenia. Chciał wyjść. Uciec.
Wychodząc ze „Złotego Pstrąga”, wciąż był roztrzęsiony. Na zewnątrz wziął jeszcze kilka głębokich oddechów, wpuszczając chłodne, wilgotne, przesiąknięte zapachem igliwia, z lekką nutą benzyny, powietrze. Wsiadł do samochodu. Powoli zapadał już zmierzch. Musiał spędzić w knajpie więcej czasu niż mu się zdawało. Nie przyszło mu do głowy, by spojrzeć na zegarek.
Nagle włączyły się miejskie latarnie. A Iza w końcu włączyła lampy w „Złotym Pstrągu”, co zobaczył przez witryny knajpy. Tomasz miał wrażenie, że wraca do rzeczywistości. Tej, którą znał.
„Co to, kurwa, było?” – łudził się, że znajdzie odpowiedź na dręczący go koszmar.
Bieganina myśli niczego nie wniosła. Rzeczywistość, która go otaczała, wydawała się… normalna. Nie śnił. Siedział w samochodzie. Zjadł obiad, wypił kawę, rozmawiał z Izą. No i ze swoim ojcem. Chyba że zwariował…
- Przecież nie mogłem się upić jednym piwem – powiedział do siebie na głos.
Siedział w samochodzie i analizował to, co się wydarzyło. To znaczy, próbował. I jeśli to się w ogóle wydarzyło. A jeśli się nie wydarzyło, to… czym było? Omamem? Oznakami szaleństwa? Próbą pogodzenia się z własną przeszłością, z decyzjami, które podjął? Może coś było w piwie? Iza mogła mu coś dorzucić… nie, bez przesady, to już tworzenie teorii spiskowych. Przecież nawet nie wiedziała, że przyjedzie.
Postanowił zmienić plan. Nie pojedzie do hotelu. Pojedzie do mieszkania ojca i przejrzy jego papiery, dokumenty i inne szpargały. Nie bardzo wiedział, czego ma szukać. Nie spodziewał się znaleźć zdjęć ojca z młodym klerykiem, żadnych listów czy czegoś w tym stylu. Jeżeli to, co mu się śniło na jawie, miało w sobie chociaż ziarno prawdy, to nie znajdzie takiego potwierdzenia. Jeżeli kiedykolwiek istniały takie zdjęcia lub listy, to ojciec na pewno je zniszczył. To, co się wydarzyło w „Złotym Pstrągu”, nie mogło się wydarzyć. Ale Tomasz chciał dowodu, że sam nie zaczyna wariować. Może znajdzie jakieś wiersze lub opowiadania ojca. Nigdy nie wiedział o tym, że ojciec próbował coś pisać. Ale jeśli znajdzie jakieś prace ojca, to znajdzie potwierdzenie tego dziwnego popołudnia. To pewnie tylko fantazje, ale musi to sprawdzić. Upewnić się, że nie postradał zmysłów. Jeśli były jakieś wiersze, to ojciec mógł je schować tak głęboko, jak tylko potrafił. Mógł się obawiać, że ktoś odkryje jego fascynacje i wykorzysta je przeciwko niemu. W końcu komendant nie pisze wierszy. To już tylko krok do bycia… no właśnie, kim? Człowiekiem? Może, ale nie w tym miasteczku. Tutaj to oznaczałoby bycie pomyleńcem, dziwakiem, frajerem. Niemal ciotą. Takich ludzi nie wsadza się na stanowiska mundurowe.
Ale jeśli to kochał, to na pewno nie zniszczył tych zapisków. Po prostu je ukrył. Był gliniarzem, więc wiedział, jak tworzyć dobre schowki. Przynajmniej na potrzeby wścibskich z tego małego miasteczka. Musiał to gdzieś zachować.
Z drugiej jednak strony, co jeśli coś znajdzie? Czy to będzie oznaczać, że dzisiaj przy obiedzie w „Złotym Pstrągu”, pierwszym od piętnastu lat, spotkał swojego ojca sprzed dwudziestu–trzydziestu lat? A co, jeśli ojciec był kochankiem młodego kleryka? I nie uważał, by słowo „kochanek” było wulgarne. Chociaż w tym zestawieniu wydarzeń i emocji, jego odczucia względem języka były najmniej istotne.
Nagle uderzyło go coś innego. Pewna myśl przebiła się na powierzchnię jego rozdygotanej świadomości. Przecież to mogła być też jego własna historia. Gdyby zgodził się na układ z ojcem, gdyby został w tym mieście, przyjął propozycję protekcji ojca w sprawie pracy w policji, a potem pewnie ożeniłby się z Izą, to jego losy mogłyby potoczyć się niemal tak samo.
Z tego, co słyszał, Igor poszedł do seminarium. Chociaż oni, Tomasz i Igor, nigdy się aż tak nie zbliżyli. To znaczy tak, jak – podobno – ojciec i młody kleryk, przyszły proboszcz. Z drugiej jednak strony, ciekawe, dlaczego Igor wybrał seminarium. Może on też czuł… Nie, to już czyste fantazje. Kolejna teoria spiskowa. To popołudnie rozstroiło go kompletnie. Ale co by się stało, gdyby Igor został klerykiem i wrócił do miasteczka? Czy on sam nie próbowałby nawiązać z nim bliższych relacji?
Pojedzie do mieszkania ojca i będzie szukał. Jeśli to będzie konieczne, to całą noc. Bez względu na efekty poszukiwań. Potem pochowa ojca. A kiedy wróci do siebie, to napisze do niego list. Pierwszy, być może ostatni. Na pewno długi. Nie wyśle go, ale w liście opowie ojcu wszystko, co czuł, gdy wyjeżdżał, dlaczego wyjeżdżał i co robił przez te piętnaście lat. I napisze prawdę, całą prawdę, na jaką będzie go tylko stać. Niczego nie będzie ukrywał, przynajmniej świadomie. Będzie to jego rozmowa z ojcem. Prawdziwa. Szczera. Taka, której nigdy nie odbył. Poza tym dziwnym zjawiskiem podczas obiadu w „Złotym Pstrągu”.
Uruchomił silnik. Wyjechał na drogę. Na skrzyżowaniu skręcił w prawo. Jego samochód zmierzał w stronę miasteczka jego przeszłości, przeszłości jego ojca, jego matki. Czerwone światła samochodu powoli oddalały się od skrzyżowania. Nadciągała noc. Ale deszcz już nie padał. Były spore szanse, że jutro wyjdzie słońce. W końcu już powinny zaczynać się żniwa.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania