Pozytywka

Mieli nadciągnąć całą watahą, i wkroczyć za godzinę. Nie winiłam ich za nic. Byli pionkami, bezwolnymi narzędziami w rękach szaleńców. Wykonywali tylko rozkazy, bezgranicznie wierząc, że prawda leży po ich stronie. Błądzili jak ślepcy we mgle, a ja zrozumiałam to dopiero tu, wśród nasyconych energią murów.

Zapowiadała się królewska uczta, tym bardziej, że otoczenie nadawało właściwej oprawy, i nikt nie miał interesu, żeby cokolwiek zniszczyć. Nie bałam się. U mego boku stał potężny sprzymierzeniec. Pradawna moc zbudziła się po raz pierwszy od tysiąc pięćset dziewięćdziesiątego szóstego. Była głodna, zła na warcholstwo i zaprzaństwo. Błyskawicznie chciała nadrobić stracony czas, przywrócić potęgę i majestat, oddać koronie to, co do niej należy.

Patrzyłam z zadumą na obrazy, podziwiałam arrasy, i różne inne przedmioty, ze smutkiem myśląc o utraconej energii milionów Polaków. Żal mi się zrobiło biednych ludzi, którzy, przymuszeni, zajmowali się małymi, przyziemnymi sprawami, i wyciśnięci jak cytryna, nie mieli ochoty na nic więcej.

O dziwo nie rozpaczałam nad tym, co zdarzyło się w moim własnym życiu, no może poza tym, że nigdy nie pojmowałam we właściwy sposób roli zabytków, zarówno tych małych, jak i tych dużych.

Niektórzy uważali, że mają duszę. Nie potrafili przejść obok żadnego z nich, a ja śmiałam się do rozpuku. Nie mogłam zrozumieć, jak można zbierać monety i znaczki, czy ekscytować się parówkowymi tramwajami, w których każdy kawałek metalu wył, jęczał, i protestował, nie chcąc wykonywać ciężkiej pracy. Ale nie tylko to. Nigdy nie czułam potrzeby wąchania smrodliwych spalin, nie szukałam złomu, ani nie skakałam z radości, gdy archaiczny komputer zamienił zero w jedynkę.

Choć dostrzegałam pewne elementy ulotnego piękna, to nie zwracałam na nie uwagi, tylko w każdej sytuacji szukałam korzyści. Pierwsza sprawa była oczywista, druga wiązała się z pierwszą, choć nie wprost, i nie bezpośrednio. Kiedyś, gdy coś robiono, najczęściej jakoś wyglądało. Na ukochanych targach staroci zbierałam ładne przedmioty, słusznie główkując, że będą cenne. Nauczył mnie tego tatulo, niech mu ziemia lekką będzie, a ja, zdolna uczennica, szybko zauważyłam, że zyskuję zainteresowanie starszych chłopców. Zaczęło się niewinnie, od kapsli i gum Turbo, a skończyło na kolekcjonowaniu wszystkiego, jak leci, zupełnie jak samców, którzy spełniali moje małe, niewinne zachcianki. Sprawy były jasne i proste, aż do momentu, gdy trafiłam na pozytywkę.

 

Tydzień wcześniej

– Ty głupia pindolino. Co z tobą nie tak? – Siedziałam na tronie z bolącą głową, i gapiłam się w odbicie w lustrze, strojąc śmieszne miny.

Jakże ja byłam durna. Miałam trzydziestkę. Wciąż się łudziłam, że znajdę tego jedynego, księcia z bajki, który na mnie spojrzy, da wiechcia, zabierze do pałacu, każe leżeć i pachnieć, i zrobi tak dobrze, że doznam nie wiadomo jakich uniesień.

– Żałosna jesteś. W chuj. I pizdę. – Wywaliłam jęzor, i beknęłam, roztaczając odór niestrawionej tequili.

Próbowałam już wszystkiego. Granie słodkiej idiotki. Tindery, i inne cuda. Prywatki. Kluby. Randki w ciemno. Zaczepki w tramwaju. Wyjścia do opery, i na koncerty.

Wszyscy faceci, zarówno miejscowi, jak zagraniczni, byli żałośni i gówno siebie warci. Nudzili się mniej więcej po tygodniu, a ja nie mogłam dojść, co z nimi nie tak. Z czasem obniżyłam wymagania, ale to nie pomogło. Nie szukałam nikogo z porsche, zrezygnowałam z bmw i mercedesów, tesli, a nawet audi, no ale, elo, były przecież jakieś granice.

Weźmy inteligentów, którzy trzymali się mamusinej spódnicy. Ciągle gadali o intercyzie i ledwo radzili sobie w łóżku, do tego mierzyli mniej niż ustawa przewiduje. Jak można poważnie brać kogoś, kto nie ma metra osiemdziesiąt? Co z tego, że dysponuje wolną chatą, i myśli o bachorach?

Nie chciałam też Sebiksa i weekendowych bzykanek w agroturystyce… gdzie księżniczka gapi się w zapleśniały sufit, bo ortalionowy rycerz utknął na bramce w Wanessie, i stać go na to, żeby dać w łapę znajomkowi, który załatwia zatęchłe pokoje w jednej z zapadłych dziur.

Byli oczywiście i inni. Ci zbyt często próbowali podrywu na kiepskie teksty. Doprowadzali mnie do białej gorączki. Cała ta klasyka, o aniele z nieba, i nie tylko, była oklepana aż do bólu. Gustowały w niej nie tylko karki, ale i krawaciarze z korpo. Nie szło się z nimi dogadać. Pracowali po osiem czy dziesięć godzin, pozjadali wszystkie rozumy świata, i choć mieli wszystko, nie bez powodu stołowali się na mieście, przebierając w towarze młodszym, głupszym, lepiej dającym, i mocniej myślącym, że jak łobuz, to kocha najmocniej.

Dotarło to do mnie, gdy ogłosiłam w szkole konkurs. Chciałam, żeby maturzyści zrobili prezentację. I co? Znalazłam błogosławieństwa z rynsztoka, mądrości z murów, masę banałów, do tego ciuchy za tysiące, doskonały montaż i jeszcze lepszy makijaż.

Momenty takie jak ten boleśnie odsłaniały nagą prawdę. Świat się zmienił, odkąd byłam małą dziewczynką. Dzieciaki zostały brutalnie obdarte z niewinności, zmuszone do szybkiego dorastania, pozbawione godności, i tego, co daje niezwykłą wrażliwość. Pokolenie emotikonek nie czytało książek, i opierało się głównie na obrazkach. Gówniarze mieli wszystko, ale nie trenowali wyobraźni, i skakali z tematu na temat. Za piękną fasadą kryła się wydmuszka, nikogo to jednak nie obchodziło, póki dawało się na tym zarobić.

Nie tylko to przerażało. Ich marketing często podpadał pod zmuszanie do obcowania podstępem, ale nikt się nie przejmował, i każdy korzystał w opór. W tym świecie wystarczył mały ruch kciuka, i można było wybierać z niekończącego się korowodu różności, wielkiej torby cukierków, potoku dużych, krzywych, prostych, a co lepsze, grubych pał. Zazdrościłam im. To życie było inne niż poznałam. Nikt nie kombinował w kiosku, jak wyrwać Wampa czy Playboya. Nikt nie biegł do wypożyczalni, żeby dostać kasetę spod lady, ani miesiącami nie czekał na nowy hit.

– Ja chcę bachora.

Matula cały czas powtarzała, że mam znaleźć chłopaka, bo inne już to zrobiły. Moja wina, że były obrotne, i na studiach zgarnęły wszystkich, którzy mieli choć trochę oleju? Gdzie popełniłam cholerny błąd? Dlaczego one opalały chude dupy i cycki, łaziły po kalifatach, uniach i stanach, a ja, choć miałam potencjał, tkwiłam w grajdołku, wśród Januszy i panów Areczków? Dlaczego marnowałam czas na strojenie się, malowanie i pindrzenie, a potem jeździłam wśród przepoconych pach, i gniłam w autobusach i tramwajach?

– Marzena, co się z tobą stało?

Pobeczałam, porozczulałam nad sobą, i posmarkałam. Nie mogłam poskładać się dobrą godzinę, potem nagle uspokoiłam, poprawiłam humor podwójnymi lodami i ruszyłam w tango.

Chodziłam bez celu między starymi kamieniczkami, aż w końcu trafiłam na wąską uliczkę. Nie do końca ją kojarzyłam. Omijałam masę dzieciaków i dorosłych w długich szatach, i śmiesznych spiczastych czapkach. Czułam zioło, ale to nie była ciotka maryśka, tylko coś innego, jakby z orientu. Patrzyłam na wszechobecne zwierzątka, i miałam wrażenie, że skądś wyskoczy Harry Potter, czy jak się teraz nazywa najnowsze bożyszcze pryszczatych nastolatków.

– Przepraszam, co to za impreza? – próbowałam zaczepić kilka osób, ale wszystkie uciekły na mój widok.

Poniekąd nie dziwiłam się. Byłam tu jedyną normalną osobą. W końcu znudziłam się, i to na tyle, że dałam za wygraną, i zaczęłam przyglądać mijanym witrynom. Przystanęłam przed najmniejszą z nich. Mój wzrok przykuł jeden z przedmiotów, a ja, niewiele myśląc, weszłam do przybytku, opisanego jako „Różności wszelakie. Klemens Wiercipiętek”.

– Dzień dobry. Kremowe coś na wystawie. Ile? – Rzuciłam do jegomościa za ladą, który uśmiechał się głupio, miał sweter w gruszki i bokobrody jak na stuletnich rycinach.

– Dwieście. I nie coś, tylko pozytywka – potwierdził bez mrugnięcia okiem, równocześnie składając wytworny ukłon. – Już podaję szanownej pani.

Po chwili miałam ją przed sobą.

Była przepiękna, ręcznie malowana, i w ogóle w pytę. Patrzyłam na sześciokątne pudełko, z kółkiem do nakręcania pod spodem. Czułam rosnącą fascynację, a sam przedmiot urzekł mnie podwójnie, gdy usłyszałam pierwsze tony.

Wiedziałam, co muszę zrobić. Takie chwile zdarzają się raz w życiu. Dla jednych to decyzja, żeby rzucić się z samolotu, dla innych zmiana kiepskiej pracy czy wyjazd do innego miasta, a jeszcze dla innych wejście w święty związek małżeński.

Ja nie miałam tego dnia takich odlotów, i wystarczyło, że wyciągnęłam pieniądze, i zapłaciłam. Wyczyściłam portfel, ale warto było. Odzyskałam humor. Poczułam szczęście. Zadziałała jakaś magia, bo dalej nie zwracałam uwagi na wystrój sklepu, patynę i stęchliznę, a po wyjściu wiedziałam, czego chcę, i gdzie jestem.

Swoje kroki skierowałam do słynnej Jubilatki, w której wypiłam kawę i zjadłam wuzetkę. Nie miałam ochoty na samców, i cały wieczór tylko siedziałam, patrząc na występ młodej studentki, która faktycznie miała potencjał. Wychodząc o mało nie zapomniałam torby z nowym nabytkiem. W domu znalazłam się grubo po północy.

 

Sześć dni wcześniej

Tej nocy miałam pierwszy od długiego czasu sen. Przyśniły mi się krasnoludki. Leżałam na miękkim mchu w cieniu w lesie, nieruchoma, i bezbronna. Patrzyłam w niebo, bardziej czując, niż widząc, jak otacza mnie zgraja małych ludzików w śmiesznych czapkach. Chłopaki zaczęli naradzać się między sobą, a ja, choć sparaliżowana, nie bałam się. Kilku z nich miało ochotę na dogłębną inspekcję słodkich tajemnic, które skrywałam pod ubraniem, ale dostało po łapach od towarzyszy. W końcu uradzili, że zabiorą mnie do siebie. Biedni byli. Nie wiedzieli, który złapie za ręce, który za nogi, a który chce iść z nosem w śmierdzioszce. To było takie miłe, i podniecające zarazem. Nie mogłam się doczekać dalszego ciągu, szczególnie, że doskonale słyszałam, co, i jak, chcieli zrobić.

Rano pamiętałam wszystkie szczegóły, a te były bardzo przyjemne. Gdy szłam do kuchni po kawę, rzuciłam wzrokiem na najnowszy zakup. Nakręciłam pozytywkę, i wsłuchałam się w jej dźwięk. Robiłam to wielokrotnie w trakcie dnia, tak często, aż wiekowy mechanizm w końcu zazgrzytał i przestał grać.

– Stary dziad – mruknęłam, mając na myśli sprzedawcę ze sklepu, który najwyraźniej wcisnął mi złom.

Wściekła na cały świat poszłam po śrubokręty. Posługiwanie się nimi było kolejną rzeczą, której nauczył mnie ojciec. Odkręciłam cztery śrubki, podniosłam spód, i… upuściłam wszystko na stół. Środek był ohydny, tak zakurzony, że po upadku wszystko uniosło się w powietrze. Zakręciło mi się w nosie. Potężnie kichnęłam, a to tylko pogorszyło sprawę. Miałam wrażenie, że brudu wciąż przybywa. Ratunkiem okazało się otwarcie okien na przestrzał.

 

Pięć dni wcześniej

Byłam naga, a krzyż ciepły. Bolały mnie ręce i nogi, w które wżynały się liczne zwoje suchego, szorstkiego sznura. Leżałam całkiem unieruchomiona, i mogłam patrzeć tylko przed siebie. Czułam swędzenie w strategicznych miejscach, do tego miałam spierzchnięty język. To było tak dzikie, tak pierwotne, że miałam ciągłą, nieodpartą chcicę.

Jak na złość, w głowie cały czas chodziły mi historyjki o jednorożcu, który pojawiał się znikąd, i wkładał róg w nieswoje sprawy. I o siostrach wiedźmach, które kreatywnie używały mioteł, odlatując na tysiąc i jeden sposobów. Albo o niedźwiedziu, który miast rozszarpać dziewice, zapłakał nad ich losem, i skończył na wylizywaniu miodu z ich słodkich ciał.

Rano miałam naprawdę potężnego kaca, a butelka przy łóżku jasno mówiła, co się stało. Choć lipcowe słońce prażyło, czułam przenikliwe zimno. Wzięłam prochy, ubrałam się w spodnie od dresu, i ulubioną białą bluzę, potem zabrałam za robienie śniadania. Przeceniłam swoje siły. Miałam dosyć, a właśnie nie ja, ale żołądek. Skończyło się na upojnych chwilach w kiblu, i jeszcze większym bólu głowy.

Zła i głodna usiadłam do sprawdzania zadań konkursu historycznego. Jeden z uczestników dosyć kreatywnie podszedł do regulaminu. W sumie tłumaczył to dosyć logicznie, i jego rozwiązanie miało nawet szansę, ale odrzuciłam je, bo tak zrobiły koleżanki.

Przypomniałam sobie elementy dnia poprzedniego. Pozytywka, cała i zdrowa, leżała na stole w kuchni, a ja nie pamiętałam, żebym coś z nią robiła. Było to mocno zastanawiające, niemniej jednak tylko wzruszyłam ramionami. Chciałam ją oddać, i nawet zaczęłam zbierać się do wyjścia, ale gdy ją nakręciłam, zaczęła grać.

Zamurowało mnie.

Dokładnie w tym momencie poczułam, że ktoś zadzwoni do drzwi. Wstrzymałam oddech, odliczając kolejne sekundy. Wzdrygnęłam się, gdy dokładnie po trzech usłyszałam dzwonek.

– Cześć, czy jest tu jakiś cwaniak? – Chłopak miał najwyżej piętnaście lat, ale stracił rezon, gdy rozsunęłam suwak bluzy.

– A jak jest, to co? – Patrzyłam, jak ślini się na widok stanika, który wprawdzie wszystko zakrywał, ale równocześnie dokładnie pokazywał, czego można się spodziewać pod spodem.

– A to pardom. Co złego, to nie ja. – Spiekł raka, i uciekł.

Otoczenie i kamienica wyglądały jak w filmie, ale podobne akcje zdarzały się raz w miesiącu, i nie bawiły już stałych mieszkańców. Normalnie bym się wściekała, tym razem jednak szczawik poprawił mi humor. Nie zastanawiałam się, skąd u mnie ta odwaga, za to wieczorem pogratulowałam sobie, pijąc lampkę wina.

 

Cztery dni wcześniej

Nie miałam tej nocy żadnego snu. Myślałam, że to dlatego, bo byłam zmęczona, albo hormony zrobiły swoje, i cykl miesiączkowy nie prowokował mnie do fantazjowania.

Myliłam się.

Zaczęło się niewinnie, od wizyty w ropuszce na rogu. Byłam tam jedyną klientką, i już miałam płacić, gdy zobaczyłam, że zapomniałam portfela. Chłopak w kasie zaczął wycofywać produkty, ale, nie wiedzieć czemu, delikatnie złożyłam dłoń, i dmuchnęłam mu powietrzem prosto w twarz, a potem powiedziałam, żeby za mnie założył.

Jego wzrok był pusty, ale potwierdził.

Przy śniadaniu zrozumiałam, że wydarzenia dnia poprzedniego związane były z kurzem. Dostrzegałam jego ślady na wszystkim, czego dotknęłam. Nie był taki czarny, jak w pozytywce, i w sumie nie przeszkadzał mi, do tego najwyraźniej pozwalał na zabawę innymi.

Czułam to w głowie, i wiedziałam, że dokładnie to mam poćwiczyć. Zrozumiałam też, że zostałam wybrana. Byłam nową Ewą. Stałam się naczyniem, workiem kości, który ma gościć istoty potężniejsze niż wszyscy prezesi razem wzięci.

Hipnotyzujący głos w mojej głowie, który spokojnie to wytłumaczył, ostatecznie przekonał mnie, że pewne sprawy trzeba zaakceptować. Miałam teraz zebrać ekipę. Nie wiedziałam jeszcze po co, ale to się nie liczyło. Nie opierałam się. Głos pchał mnie do działania, a ja czułam, że chce dla mnie dobrze.

I właśnie dlatego po południu siedziałam w knajpie na rynku, główkując, jak znaleźć mocnych samców. Wyglądałam szałowo w szpilkach od Manolo, idealnie dopasowanej sukience i lekkim makijażu. Wzbudzałam zainteresowanie, ale nie takie, jak chciałam. Okazywali je wąsacze z mięśniem piwnym, grubą żonką, i gromadką dzieci, nie na tym mi jednak zależało.

Długo rozważałam możliwe opcje, w końcu podeszłam do kiosku naprzeciw Kościoła Mariackiego, i najzwyczajniej w świecie zagadnęłam kioskarza:

– Panie, a gdzie tu się najlepiej zabawić?

Nie musiałam dodawać nic więcej. Zlustrował mnie łakomym wzrokiem, potem pokazał jeden z klubów, w których bogaci, zaprawieni w bojach, mężczyźni powinni ślinić się do kobiet, wytrenowanych w profesjonalnym wyciąganiu szmalu. Wcześniej tam nie bywałam, i nie do końca wiedziałam, czego się spodziewać, ale wszystko samo się ułożyło, i bramkarz bez problemu wpuścił mnie bez kolejki, tak samo łatwo i szybko dostałam drinka przy barze.

– Nowa? – Barman uśmiechnął się, gdy stawiał przede mną szklankę.

– A stara miała być?

Mężczyzna wzruszył ramionami, i wziął się do przecierania kufli, a ja siedziałam i obserwowałam otoczenie. Był środek dnia, mimo to w środku znajdowało się kilkadziesiąt osób. Wypiłam szota, a potem ruszyłam na parkiet. Świetnie się bawiłam, do tego od razu wytypowałam kilku panów, jak i jedną z tancerek.

Jej myśli dosłownie kotłowały się w mojej głowie. Wyglądały jak totalna sieczka, ale to tylko świadczyło o jej charyzmie i sile. Emilia była najmocniejsza ze wszystkich, i w przyszłości trzeba było na nią uważać, teraz jednak nie miało to większego znaczenia.

Ona, i kilku byczków, po krótkiej chwili byli do mojej dyspozycji. Wiedziałam, że muszą oswoić się z całą sytuacją. Wymieniliśmy się telefonami, a ja zdecydowałam, kiedy się spotkamy.

 

Trzy dni wcześniej

Moje możliwości wciąż rosły. Siedziałam na rynku, i spokojnie patrzyłam na ludzi, podziwiając aurę, jaką wokół siebie wytwarzają. To było coś zupełnie nowego. Z ich głów wyrastały nitki, gdy rozmawiali przez komórki. Mogłam odczytać emocje, zobaczyć, czy są zdrowi czy nie, albo w jakim otoczeniu się obracają.

Poczułam się trochę jak Lucy z kultowego filmu Bessona, i zastanawiałam, czy będę mieć takie zdolności jak ona.

Potrzebowałam jakiegoś speca od komputerów. Zastanawiałam się, jak rozwiązać tę drobną niedogodność, i coś mnie tknęło. Całkiem przystojny chłopak siedział w rogu jednej z knajp, i czytał coś na komórce. Miał dobre, czyste serce, ale był spętany. Choć jego aura świeciła niezwykle jasno, to przetykały ją liczne ciemne promyki, jak również małe chmurki z piorunami. Intuicja podpowiedziała mi, że ktoś dawno temu rzucił na niego jakąś klątwę, a ja mam się tym zająć. Nadawał się, i choć przez chwilę poczułam przykrość, że go wykorzystam, to od razu odsunęłam od siebie złe myśli, i przypomniałam, że cel uświęca środki.

Zadowolona wstałam i usiadłam przy stoliku naprzeciw, zamawiając przy okazji kawę. Nie zareagował. Zaczęłam w głowie zdejmować z niego ciemne promyki, a on coraz bardziej uśmiechał się, wciąż przy tym czytając. W końcu rozejrzał się. Najwyraźniej poczuł się lepiej, co dla mnie nie było dziwne.

– Cześć. Marzena. – Uśmiechnęłam się.

– Roman. – Patrzył mi głęboko w oczy, zapewne myśląc, jaki to z niego amant.

– Informatyk? – rzuciłam, widząc jego dżinsy i koszulkę, wybraną przez matkę lub starszą siostrę.

– Aż tak to widać? – westchnął.

Nic nie powiedziałam, tylko delikatnie potwierdziłam głową, trzymając przy ustach, oburącz, filiżankę z kawą.

Zapadła niezręczna cisza, którą przerwałam:

– Ale ja lubię inteligentnych facetów.

– Naprawdę?

Znów kiwnęłam głową, widząc, że jest mój.

– Co czytasz?

– A różne takie rzeczy. O tym, jak zabito polski program jądrowy. O bombie atomowej w ambasadzie polskiej w Moskwie. I o tym, jak pandemie służą do szukania najbardziej posłusznych.

– Wielbiciel teorii spiskowych?

– Raczej człowiek, który próbuje zrozumieć, co kryje się poza oficjalnym ściekiem, który nam serwują. No wiesz, całe to gówno, że najważniejszy jest proces gwiazdek z USA. Albo, że nie możemy pierdzieć, a już broń Boże, jeździć samochodami.

Kiwnęłam głową ze zrozumieniem.

 

Dwa dni wcześniej

Rano uśmiechnęłam się na myśl o tym, jak Roman dokonywał wczoraj cudów, a potem grzecznie udał się do siebie, gdy zrobił swoje.

Nie musiałam się spieszyć. Zebranie całej grupy zaplanowałam na dwunastą. Spotkaliśmy się pod grotą smoka, a ja zaczęłam bez ogródek:

– Trzeba zająć się kamerami w okolicy.

– Jasne. – Roman uśmiechnął się. – Nie będzie problemu. Te nanity są doskonałe. Jak w Stargate.

– Nanity?

– Nieważne.

– A wy? Wiecie, co zrobić? – rzuciłam do reszty.

Zarówno mężczyźni, jak i Emilia, nic nie odpowiedzieli. Nie musieli. Pył komunikował się między sobą, i na pewno zajął się wszystkim.

 

Dzień wcześniej

To był ostatni dzień w starym mieszkaniu. Wiedziałam, że jutro wpadnie tu oddział antyterrorystów, i przetrząśnie wszystko, od dołu do góry, od podłogi aż po sufit, a potem spakuje rzeczy, i zabierze je do magazynu. Nie bałam się. Nie zależało im na tym, żeby cokolwiek zniszczyć. Gdy wszystko się uda, to przyjdę, i odbiorę to, co moje. A jak się nie uda, to i tak nie będzie miało najmniejszego znaczenia, kto to zgarnie.

Coś mnie tknęło, że nie wypada robić złego wrażenia. Odkurzyłam i starłam kurze, przewietrzyłam pościel, umyłam okna i wyrzuciłam śmieci. Wszystko było gotowe, ale pomyślałam, że brakuje jakiegoś szczegółu. Nie mogłam się na nic zdecydować, w końcu uznałam, że najlepiej zostawić ciasteczka. Piekłam je, wkładając w to całe serce, a potem ułożyłam na talerzyku z karteczką „Dla szanownych Panów policjantów”.

I tyle. Nie zabierałam ze sobą wielkiego bagażu, w szczególności żadnych ubrań. Wiedziałam, że nie będą potrzebne. Spakowałam tylko mały plecak, do którego włożyłam butelkę wody, ładowarkę do telefonu, paszport i kilka złotych pierścionków, jak również pozytywkę i podpaski.

Te ostatnie wzięłam z przyzwyczajenia. Miałam je z poprzedniego życia. Niczym pies Pawłowa, uśmiechnęłam się szeroko, gdy Always wylądowały w środku.

Teraz naprawdę wszystko było na swoim miejscu.

 

Epilog

Na Wawel weszłam z Romanem i całą grupą. Wykupiliśmy zwiedzanie w pierwszym terminie. Od razu oceniłam, że wszechświat znów nas docenił. Staruszków było mało, dostałam za to wycieczkę z podstawówki, piętnastu silnych chłopa, i kilka młodych dziewczyn, wszystkie w wieku dwudziestu pięciu, może trzydziestu lat.

W środku nakręciłam pozytywkę, oddałam ją Romanowi, uśmiechnęłam się do pozostałych, i wyszłam, nucąc „I want it all”. Przewodniczka próbowała mnie zatrzymać, ale Stanisław i Mieczysław, bliźniaki czterojajowe, skutecznie usadzili ją na miejscu. Nie interesowało mnie, co dalej. Pozytywka, a raczej to, co w niej mieszkało, wiedziała, co robić.

W gablotach widziałam liczne kobiece szaty. Zaczęłam rozbijać kolejne szyby, potem zabrałam się do przymierzania. Jasna sukienka, z długimi bufiastymi rękawami, pasowała jak ulał, doskonale przykrywała ciążowy brzuszek, i, o dziwo, nawet nie śmierdziała. Było dobrze, a mnie najbardziej urzekły złote nitki, jak również liczne obszycia.

Moją uwagę przykuł też pierścień królów. Tu również sama się obsłużyłam. Po chwili miałam wiekową błyskotkę na środkowym palcu prawej dłoni. Początkowo nic się nie działo, za to po kilku minutach metal zaczął wtapiać się w skórę. Nic, a nic, nie bolało, a ja, zafascynowana, patrzyłam, jak obrączka powoli czernieje i rozpływa się niczym smar czy olej, powoli formując długą aż do łokcia rękawiczkę. To była magia, gdy materia pojawiała się jakby z powietrza, a błyszcząca powierzchnia coraz bardziej przypominała satynę.

Rękawiczka wyglądała niezwykle elegancko. Miała rękawek, ale dłoń przykrywała tylko z wierzchu, kończąc się trójkątnym materiałem, oczkiem z pierścienia Jagiellonów, i małą pętelką, która otaczała środkowy palec. Coś mi powiedziało, że nie powinnam się bać, i odtąd władać będę mocą tysiąc razy silniejszą niż matka natura. I rzeczywiście, gdy delikatnie złożyłam dłoń, zdolna byłam uformować nad nią kulę ognia. Pomyślałam, że powinnam poćwiczyć z jej ciskaniem, i można to zrobić wyłącznie na dziedzińcu.

– Pani?

Odwróciłam się gwałtownie, niesamowicie zła, że nie zwróciłam uwagi na kroki. Szybki rzut oka wystarczył, żebym nieco złagodniałam. Roman nie stanowił żadnego zagrożenia, i spokojnie klęczał na kolanie przy wejściu do sali, mając opuszczoną głowę.

– Czego? – warknęłam na wszelki wypadek.

– Przepraszam.

– Powstań sługo wierny. I wstąp do radości swojej królowej. – Podeszłam, wyprostowałam dłoń, poczekałam, aż piorun rozpłynie się w powietrzu, potem dotknęłam brody mężczyzny, i zmusiłam go do podniesienia wzroku. – Z czym przychodzisz?

– Pani, wszyscy są gotowi. Będą w stanie odeprzeć atak niewiernych.

– Doskonale – czułam, że wszystko jest na swoim miejscu, brakuje tylko jednego elementu, taniego pokazu fajerwerków dla szaraczków.

Zamknęłam oczy, a niebo nad Krakowem w kilka minut zasnuło się ciemnymi chmurami.

Byłam… byliśmy przygotowani.

Oczami wyobraźni widziałam pierwsze nagłówki „Niezrównoważona stara panna przeszła załamanie nerwowe, wzięła zakładników, i zabarykadowała na Wawelu, grożąc zniszczeniem dóbr kultury narodowej”.

Mimo wszystko nie bałam się. Wiedziałam, że Polska jest warta każdego poświęcenia. Czas magii i nowoczesnej technologii dopiero się rozpoczynał.

Średnia ocena: 4.2  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (3)

  • Tjeri 2 tygodnie temu
    Cudownie porąbany tekst :))
    Fabuła wiruje niczym woda w wannie bez korka. I mimo że wykonanie gdzieniegdzie wydało mi się dziwne, to ma to wszystko urok. Trochę absurdu, trochę humoru... fajnie się czytało. :)
  • Józef Kemilk ponad tydzień temu
    Dobre
    5
  • krajew34 tydzień temu
    Gdy zacząłem początek mówię to jest to, eh szkoda, że reszta nie była taka.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania