Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Prąd płynie tam, gdzie ma łatwiej

Rozdział 1 — Dowody z okoliczności i z przyzwyczajenia

Szczecin pachnie wodą i rdzą. Nie w sposób romantyczny, tylko w ten prawdziwy: od strony Odry przychodzi chłód, czasem mgła, które wgryzają się pod kurtkę, nawet jeśli kurtka jest nowa, niebieska, sygnowana markowym logo, wyproszona od życia za cudze pieniądze i jedno moje wyszczerzone w uśmiechu „Guten Tag”. Urodziłem się millenialsem po tej stronie rzeki, gdzie człowiek z zasady idzie pod wiatr, a jak wiatr ucichnie, to znak, że zaraz coś się zacznie. I tym czymś jest deszcz. Skończyłem technikum elektryczne — co, proszę bardzo, brzmi poważnie — i naprawdę potrafię nazwać przewody: gdzie faza, gdzie zero, jak to wszystko grzecznie pogodzić, żeby pralka nie tańczyła oberka po łazience. Umiejętność pożyteczna, ale sama w sobie nie zapewnia człowiekowi stylu życia, który lubi posmakować i poczuć, przytulić szmulę na parkiecie, a nie tylko przeżuwać w kółko telewizję. Chciałem być jak te wszystkie modele na ekranach wyświetlające męskich jak billboard samców, przez które czuję woń drogich perfum i w obciskających biodra dżinsach tak granatowych, że aż czarnych.

Technikum dało mi solidny papier, koledzy — logistykę i oprogramowanie. W Szczecinie kumple to system operacyjny, bez którego twój komputer służy tylko do stawiania na nim Warcrafta. Bez przyjaciół, wszędzie widzisz tylko Ogry i masz na walkę z nimi mnóstwo wolnego czasu. Mamy swoje ksywki jak ikony na pulpicie: Miki (włosy zostawił jeszcze w podstawówce, honor — budował na siłce), Maniutek (nawiedzony chuligan, niewinny wzrok, który tak naprawdę jest szyfrem do cudzych kieszeni), Pająk (urodzony do wspinania się po rankingach głupich pomysłów) i ja — Heniek, elektryk, co rozumie nie tylko natężenie prądu, ale i natężenie spojrzeń ochroniarzy, gdy człowiek modnie pachnie, choć wygląda jak gość wyciągnięty siłą z przebieralni. Jeździliśmy do Niemiec. To brzmi jak wycieczka klasowa, a to była ekonomia międzynarodowa stosowana: Schwedt, Pasewalk, Prenzlau, czasem nawet Berlin — miasta, które od środka przypominają polskie galerie handlowe, tylko ekspedientki nie mówią „dzień dobry” tak pociesznie.

Nie będę tu robił edukacyjnej broszury o tym, jak młodzi wchodzą na ścieżki o zwiększonym ryzyku moralnym, bo to każdy wie: zaczyna się od ciekawości, potem wchodzi adrenalina, a na końcu stoi przy kasie głód — nie taki, co się go zaspokaja zupą, tylko ten, co się go karmi spojrzeniami kolegów, że „no i co, potrafisz?”. Potrafiłem. Miałem ręce ciche, kroki maślane, a oczy takie, że widziały kamery sklepowe jako element wystroju wnętrz: ładne, krągłe, ale przecież nie do rozmowy.

Pierwsze wyjazdy były śmiesznie poważne. Busik pożyczony od wujka, który wierzył, że jedziemy na „szparagi”, i mógłby nawet uwierzyć, że zbieramy je w grudniu, byle mu oddać bak pełny, tanią łychę i sztangę fajek. Granica — jak obiad u cioci; kontrola — jak gra w karty: niby wszyscy wiedzą, o co chodzi, ale każdemu zależy, żeby wyglądało, że to nie tylko rutyna. Ubrani w ciuchy robocze, ale czyste i markowe, byliśmy jak setki podobnych robiących zakupy w marketach wschodnioeuropejscy gastarbaiterzy. Po niemieckiej stronie świat wcale nie pachniał inaczej: wcale nie czyściej, wcale nie bardziej „cytrusowo”, nawet chodniki miały zapach jak te w Szczecinie, tylko może były bardziej zaszczane. Człowiek w głowie sobie dorabia oczekiwania, a w sumie wszędzie na świecie jest jednakowo. W marketach perfumy stały jak żołnierze, whisky jak ikony świąt, a dżinsy mówiły do mnie językiem prostym: „załóż mnie”, podobnie cudze zegarki, czapeczki z daszkiem, markowe okulary. Wszystko na wyciągnięcie ręki, za Euro, których nie miałem.

Oczywiście, że to nie dżins robi człowieka, ale proszę nie udawać, że człowiek w dobrym dżinsie nie czuje się lepiej. Zapach — też nie robi z nas gentlemana, ale ułatwia rozmowę; whisky — nie czyni z nas filozofa, ale sprawia, że poważna rozmowa przychodzi sama, z kolegami, do późnej nocy. Tak to się obraca: trochę tu, trochę tam, każdemu coś. Prześmiewczo nazywano to jumą i wszyscy wiedzieli, że nie ma w tym nic zdrożnego. Przecież niczego nie kradliśmy, tylko jumaliśmy w Rzeszy. Co przywiozłem, pachniało i błyszczało; co zostawiłem, nie pachniało już niczym — tylko pustką na półce i mankiem w kasie.

Wieczorami, kiedy wracaliśmy, Szczecin robił się miękki i lepki. Z Wałów Chrobrego światło spływało po wodzie jak po stole prześcieradło, a my, książęta drobnej inflacji, schodziliśmy do naszych barów, gdzie zapachy mieszały się jak rozdziały powieści o kimś lepszym. Wtedy rodzi się solidarność: człowiek postawi, bo może, bo go stać, bo kto, jeśli nie ja, i komu, jeśli nie wam. Czy to jest moralne? Dlaczego nie? Krzywda nikomu się nie działa, ale sprawiedliwość ma wiele odcieni, a jeden z nich to „pamiętaj, komu zawdzięczasz miły wieczór” - niemieckiemu okupantowi.

W technikum uczyli nas, że prąd płynie tam, gdzie ma łatwiej. Człowiek też. Praca legalna wymagała wstawania o szóstej, rękawic roboczych, glanów w błocie, a ja przecież umiałem więcej: przekonać ochroniarza, że patrzy nie tam, gdzie trzeba; przekonać butik, że towar bardziej mi służy niż im; przekonać kolegów, że są ze mną bezpieczni, bo mam radar na kłopoty. Tak przynajmniej mówiłem. A prawda była taka, że z każdym wyjazdem czułem rosnący apetyt — stara historia: człowiek zakłada ładniejszą kurtkę i nagle widzi, że jego buty są do wymiany; kupi ładniejsze buty i orientuje się, że zegarek to już nie tylko narzędzie, ale manifest; posmaruje się perfumami, to flakon musi być większy, bo „przecież to inwestycja w relacje społeczne”.

Technikum elektryczne wybrałem nie dlatego, że prąd kocham, tylko dlatego, że prąd lubi ludzi zdecydowanych. Lubi, gdy ktoś ma pewną rękę i nie plącze kabli, kiedy zdanie jest dłuższe niż trzy słowa. Poza językiem Niemieckim, do którego miałem ucho muzyczne ponoć po ojcu, w szkole nauczyli mnie rzeczy pożytecznych: że faza to nie przygoda, a zero nie zawsze znaczy nic; że izolacja bywa ważniejsza niż ekspresja; że jak coś iskrzy, to nie znaczy od razu, że to miłość. Na praktykach ustawiałem rozdzielnie, w których wszystko było podpisane jak w dobrym albumie rodzinnym: dziadek bezpiecznik, babcia różnicówka, wujek wyłącznik, i każdy miał swoje miejsce, byle go nie dotykać mokrą ręką po pijaku.

Mieliśmy jednego nauczyciela, pana Ryśka, co pachniał denaturatem i mądrą nostalgią. Przychodził w swetrze, który pamiętał pierwsze telewizory, i mówił tak: „Chłopaki, prąd płynie tam, gdzie mu łatwiej. A człowiek?”. I patrzył na nas, jakby pytał, czy ktoś już dzisiaj wstawił zupę. Wtedy pierwszy raz pomyślałem, że ja też będę płynął tam, gdzie łatwiej — ale nie po to, żeby się obijać, tylko po to, żeby nie marnować życia na podskakiwanie w kaloszach. Elektryka uczy pokory. Poczułem do niej czułość. Do dziś w tramwaju odruchowo liczę śruby w rozdzielni przy kabinie motorniczego.

Matka na to wszystko miała nos. Mieszkaliśmy wtedy jeszcze razem, w bloku, gdzie ściany mają uszy, a uszy lubią słuchać, bo co mają robić. Wracałem późno, zwykle nie wcześniej niż o czwartej, ale zawsze z tym poczuciem, że świat jest mi wdzięczny, bo go ubarwiłem. „Ja tylko po gitarę” — mówiłem, kiedy w środku nocy przypominało mi się, że przecież gdzieś na dnie duszy jestem artystą i muszę zagrać coś chłopakom; mama przewracała oczami jak włącznik światła, ale nie zapalała się już do rozmowy. Z rana — to znaczy o piętnastej — wychodziłem z pokoju jak król z sypialni, a matka strzelała do mnie kawą i westchnieniami.

— Heniek — zaczynała spokojnie, co było gorsze niż krzyk — człowiek pracuje.

— Oczywiście, mamo, i to najlepiej jak potrafi — odpowiadałem tonem, który mnie samego bawił, bo był tak ładnie nauczycielski.

— Nie żartuj ze mnie — patrzyła tak, że meble się wstydziły. — Ty śpisz, kiedy ludzie żyją.

No i tak, tu mnie miała. Bo ja naprawdę żyłem nocą, w mieście, które w nocy jest lepsze, bo się mniej widzi, a bardziej czuje. W dzień widać rachunki i kolejkę w urzędzie. W nocy — śmiech, cudzy zapach, swoje kroki.

Prawdę mówiąc, próbowałem czasem coś „normalnego”: zgłosiłem się do firmy elektrycznej, nawet byłem na jednym montażu. Zimno, ciężko, kurz w płucach, pan brygadzista, który patrzył, jakby każdy położony w bruzdach przewód był osobistą zniewagą. Zrobiłem poprawnie gniazdka, skrętki, szafy rozdzielcze, bardzo poprawnie, technikum nie poszło w las, ale kiedy na przerwie koledzy zaczęli opowiadać, jak to jednemu „wywaliło korki” w głowie i teraz jest „na ZUS-ie”, pomyślałem, że życie jest za krótkie, żeby je tracić szlifując tynkowe bruzdy we własnych płucach. A przecież miałem talent większy — byłem złotousty, lgnąłem do ludzi, do gitary, do bezgłośnego wchodzenia i wychodzenia w cudzych portfel.

Koledzy też rośli w umiejętnościach. Miki potrafił w sekundę rozbroić napiętą sytuację jednym zdaniem, Maniutek opanował sztukę tworzenia legend i równoległego planowania planów B, C i D, a Pająk… Pająk robił to, co zwykle robi Pająk: snuł sieci. To ja byłem frontmanem. Nie ze sceny, ale z drzwi do każdego butiku i marketu. Wchodziłem pierwszy, zagadywałem ekspedientki o perfumy dla szmuli, o zegarek dla ojca, okulary dla brata, ortezę dla szefa, który zerwał więzadło, wychodziłem ostatni, ze śmiechem i legalnie zakupionym drobiazgiem, które przykrywały sumienie jak puchowy koc. I to jest właśnie ten fach: nie kradzież, tylko atmosfera. Atmosfera, która sprawia, że ludzie czują się przy tobie lepiej, a sklepy gorzej — choć żaden z nich, to tak, od razu nie potrafi powiedzieć, dlaczego.

W niedziele, kiedy porządni ludzie chodzą na spacer po Jasnych Błoniach, ja oglądałem w lustrze nowego siebie: Heniek, wersja 2.1, dżins łapie światło, koszula kładzie się jak liść na ramionach, perfumy opowiadają historię o mężczyźnie, który zawsze ma plan. A plan był prosty: jedziemy. Jeszcze raz, jeszcze jeden wyjazd, bo teraz to już naprawdę koniec, ostatni, zamkniemy temat, rozwiążemy budżet, odetchniemy. I nigdy nie był ostatni. Ostatnie są tylko papierosy w paczce, ale i tak wiadomo, że za rogiem jest trafika, w której dostaniesz to co w Polsce najpotrzebniejsze, całodobowo: małpkę i szlugi.

Zdarzały się rzeczy nieprzyjemne. Ochroniarz, który patrzył za długo. Kamera, która wbrew logice miała oczy. Ekspedientka, która poczuła coś więcej niż piżmowe przyciąganie mojego papierosowego oddechu. Wtedy człowiek się uśmiecha i przeprasza, i zostawia rzeczy na miejscu, i wraca innym razem. Świat jest cierpliwy, jeśli się mówi do niego cicho i spokojnie. A jak raz czy drugi przytrafiła się rozmowa na zapleczu — no to trudno, to jest słowo „ryzyko” w praktyce. Nie chodzi o bohaterstwo, tylko o manierę: nie obrażać się na okoliczności, tylko je nazywać.

Bożena, moja matka, miała swoją manierę: milczeć, aż milczenie zaczynało wydawać dźwięki. Na przykład stuk filiżanki o spodek robił się głośniejszy, niż pozwala fizyka; wydech przy odkurzaniu gitary znaczył więcej niż słownik. Zdarzało się, że mówiła zdanie tak proste, że aż mnie dławiło:

— Synu, ja chcę być babcią, zanim będę cieniem.

Ja na to, że cała przyszłość jest przed nami, że plan mam rozwojowy, chęci szczere, że najpierw trzeba znaleźć biorczynię, a do tego potrzebna stabilizacja. Tylko jak się człowiek stabilizuje na wirującym krześle? Trzeba się najpierw wywrócić.

Któregoś razu — dzień był jasny, ale w moim pokoju noc, bo zasłony mam ciężkie — wstałem o piętnastej pięć, bo budzik w telefonie miał inne zdanie o życiu i już się z nim nie kłóciłem. Wyszedłem do kuchni w dżinsach, z których byłem dumny, i w koszulce, co to ją kiedyś zobaczyłem na wystawie i wiedziałem, że to ja muszę ją nosić, a nie jakiś plastikowy manekin. Matka siedziała przy stole, cisza siedziała obok niej, a na trzecim krześle siedziała ta Brytyjka z Warszawy, o której wtedy jeszcze nie wiedziałem. W sumie to siedziały we cztery, z czego trzy niewidzialne, dwie brzemienne w skutkach, a czwarta miała okazać się kiedyś prawdziwym przewrotem kopernikańskim.

— Heniek — powiedziała matka i nie było tam żadnej słodyczy. — Dość.

Cisza milczała, ja też.

— Nie pytasz, jak zwykle w czym problem? — pociągnęła matka. Uśmiechnąłem się, bo to mój odruch obronny, ale nawet nie nabrałem powietrza w oczekiwaniu.

— We wszystkim. W tym, że wracasz w nocy i budzisz sąsiadów swoim śpiewnym „ja tylko po gitarę”, jakby gitara była lekarstwem na bezsenność. W tym, że nie pracujesz, chociaż masz zawód, ręce i nogi. W tym, że ja chcę być babcią, a ty traktujesz kobiety jak perfumy: ładnie pachną, dopóki ci się nie znudzą. W tym, że śpisz do piętnastej, a na życie nie masz czasu.

Nie wiem, co odpowiedziałem, chyba nic, bo pamiętam tylko własną minę — tę, co zawsze mnie ratowała. Tym razem nie zadziałała. Zamiast niej doleciał do mnie dźwięk: klucz przekręcany w zamku od strony matki, nie od drzwi. To było śmieszne i straszne: symbol w praktyce.

— Spakowałam ci rzeczy — powiedziała. — Koszule, skarpety, twoje elektryczne szczypce też, żeby ci przypominały, kim miałeś być. Gitarę weź, skoro po nią ciągle wracasz. I wyjdź, zanim znów się zacznie noc.

Wstałem jak ten słup oświetleniowy, który potrafię postawić i podłączyć — stoję, niby stabilny, a w środku drży. Zawsze myślałem, że to ja wyrzucam świat na zewnątrz, gdy otwieram drzwi. Tego dnia świat wyrzucił mnie.

Za oknem przeleciała mewa i zapiszczała komentarz. Z korytarza dobiegł dźwięk windy, tej, która nigdy nie przyjeżdżała, gdy trzeba. Z radia sąsiadów doleciał kawałek wiadomości o kursie franka. Zegar stuknął. W kuchni mleko syknęło w garnku, bo zostawiłem gaz. Tyle dźwięków, a ja usłyszałem tylko jedno: trzask serca. Nie mojego — domu.

Wziąłem reklamówkę. Wsunąłem sobie gitarę na ramię. Włożyłem kurtkę, tę niebieską, co była jak mój płaszcz niewidzialności. Spojrzałem na matkę — z oczami czerwonymi od prawdy. Uśmiechnąłem się. Nie z bezczelności. Z wdzięczności. Że ktoś mi wreszcie powiedział, że istnieję, i że to ma konsekwencje.

Podszedłem, pocałowałem ją w czoło. Było ciepłe. Powiedziałem:

— Dziękuję.

— Za co? — Zdziwiła się szczerze.

— Za to, że jesteś twarda — odpowiedziałem.

Drzwi zamknęły się tak cicho, że to musiała być decyzja podjęta dawno.

Rozdział 2 — Tułacz w dżinsach, czyli legalizacja przez cegłę

Pierwszy raz w życiu nie wiedziałem, co przyniesie jutro. Zawsze miałem w kieszeni jakieś „zaraz”, jakąś dróżkę między regałami, jakiś uśmiech, którym się otwierało drzwi, nawet jeśli klamki się zapierały. A tu: torba, gitara, perfumy, które śmiały się ze mnie ciszej niż zwykle, i popołudnie, co nie chciało być moją wspólniczką. Miki zadzwonił w porę — jak budzik, który zna człowieka lepiej niż jego sumienie.

— Berlin. Robota. Jedziemy dziś — powiedział tonem lekarza od złamanych planów.

— A ja… — zacząłem, ale niby co miałem powiedzieć? Że mama mnie wymeldowała z dzieciństwa? — Jadę…

Pojechaliśmy. Volkswagen, który się przypałętał pewnego wieczoru jak bezdomny pies ciął nową autostradę jak nóż chleb tostowy. Granica była teraz jak powieka kochanki — otwiera się i zamyka, a człowiek nie myśli o mechanizmie, tylko głęboko zapada się w niej. Berlin pachniał kawą, mokrym szkłem i czymś, co nazywam „pewnością siebie chodników”: każdy idzie prosto i bez dygresji. “Ordnung mus sein”.

Mieszkanie wynajęte „na kogoś innego” znalazło nas, jakbyśmy byli wpisani w jego plan dnia. Klucze czekały w skrzynce pod schodami, kod przyszedł na telefon Mikiego od kogoś, kto znał kogoś, kto znał kogoś; klasyczna genealogia gościnności. Dla sąsiadów byliśmy Serbami na kontrakcie budowlanym. Kiedy weszliśmy, zobaczyłem biały salon, który udaje bibliotekę, i białą kuchnię, która udaje, że ty ktoś coś kiedyś gotował. Pomyślałem: „Tu się da żyć na chwilę. Tu można być sobą, znaleźć ciszę, a może stać nawet kimś lepszym”. Tylko że bycie sobą w moim wydaniu miało jedną zasadę: nie kala się własnego gniazda. Pierwsza i ostatnia reguła elegancji ulicznej. Kradzieże wokół domu — nie wchodziły w rachubę. To nie honor, to higiena.

Było nas czterech, ale horyzont zrobił się nagle krótszy, jakby ktoś przeciął mapę wzdłuż Odry. Maniutek zniknął. Nie tak, że „zaraz wrócę” i już go nie ma; raczej tak, jak znikają profesjonaliści: bez cienia, bez pożegnania, z numerami, które milczą. Kibic Pogoni Szczecin, w barwach, co mu przylegały jak druga skóra i dawały immunitet na własnym podwórku, od dawna nie chodził z nami, tylko przemykał inną stroną ulicy. Wszedł w szeregi tych od stadionowego dymu i logistyki po godzinach, a potem przeskoczył wyżej — do ludzi, którzy traktują przemyt jak dyscyplinę sportową: trening, rozgrzewka, wynik. My mieliśmy noc, on miał coś do pokazania światu.

Maniutek od początku był Planem B. Kiedy my uczyliśmy się uśmiechu do kamer, on pisał legendy do rozmów: gdzie byliśmy, kogo znaliśmy, dlaczego to nie my. Miał zeszyt w kratkę, w którym trzymał wszystkie alibi, oraz warianty zdarzeń — drogi objazdowe dla życia. Wiedział, gdzie nie parkować i jak nie pamiętać szczegółów. W jego słowniku „przypadek” był wrogiem, a „awaria” — scenariuszem. I był też wozakiem: kierownica w dłoniach, oczy jak dwa skanery, puls spokojny jak metronom. Z nim człowiek miał wrażenie, że miasto oddycha w naszym rytmie.

Potem przyszły „poważniejsze” tematy, od których nawet żart się cofa — ciężka przestępczość, „towar” w ilościach, o jakich nam się nawet nie śniło, kontakty, których się nie zapisuje w telefonie, tylko wydeptuje wieczornymi spotkaniami. Struktury przy stadionie dały mu parasol, a on im porządek. Chłopak z Pogodna, willowej dzielnicy, gdzie już za komuny było jakoś tak światowo. Nie pytaliśmy o korytarze, nazwy portów, kierunki wiatrów; wystarczyło, że plotki chodziły szybciej niż on. Zobaczyliśmy tylko efekt: pusty fotel kierowcy i ciszę, która dźwięczała w samochodzie jak brak trzeciego biegu.

Jego rolę za kierownicą musiał przejąć Pająk. Dał radę — bo Pająk zawsze daje — ale w kabinie zrobiło się inaczej. Wcześniej redundancja była Maniutkiem: dwa telefony, dwie trasy, dwie miny do tej samej rozmowy. Teraz jechaliśmy jednym wariantem, a ja pierwszy raz zrozumiałem, czym się różni szybkość od bezpieczeństwa. Pająk nawigował jak kapitan łodzi z jednym wiosłem: sprawnie, tylko bardziej nerwowo. Miki żartował głośniej, ja milczałem częściej, a noc, choć ta sama, zaczęła pachnieć innym ryzykiem.

[Przypis Protokolanta: „działalność zorganizowanych grup pseudokibiców” — w dokumentach: kwalifikacje ustawowe; w narracji: skrót emocjonalny.]

W nowym mieszkaniu zacząłem więc od porządków po polsku: otworzyłem laptopa, sprawdziłem, co w pudełkach ze „szparagów” (czytaj: fantach) zostało po wyjazdach; rozłożyłem to na sofie jak chirurg narzędzia: zegarki, flakony, okulary, dwa telefony, które lubiły wibrować bez powodu. Internet jest oceanem, a ja byłem wtedy bardzo wrażliwą meduzą. Wystawiłem ogłoszenia: „prawie nowe”, „kolekcjonerskie”, „prezent nietrafiony”. Zdjęcia zrobiłem na tle białej ściany — minimalizm dodaje wiarygodności. Pieniądze płynęły w jedną stronę, a paczki w drugą. Na początek uczciwie. Niech się kółko zakręci. Koledzy przywozili nowe fanty, rynek na Serbskim patencie się kręcił.

Ale apetyt rośnie i moralność gubi się argumentach. Po trzech tygodniach, może wcześniej — kto by liczył — pomyślałem, że skoro już jestem przedsiębiorcą, to należy poszerzyć asortyment. Nie będę tu opisywał rynku gadżetów dla dorosłych, bo każdy rynek jest dla dorosłych, tylko nie każdy jest również do zabawy. Powiem tak: popyt na gadżety przewyższał moją wyobraźnię, a wyobraźnia dalece przewyższała moje sumienie. Ogłoszenia pisałem grzecznie, z humorem, tak, żeby czytelnika nie peszyć, a jednak zapraszać. Były zdjęcia (z internetu), były opisy (po mojemu), były terminy (natychmiast!), było też to, co w handlu najważniejsze — wysyłka.

Paczki przygotowywałem z czułością. Kamienie zawijałem w folię bąbelkową, żeby nie rozbiły kartonu (nie jestem barbarzyńcą), cegły układałem w estetyczne bloczki, żeby nie wyglądało, że ktoś tu kogoś nie szanuje. Naklejałem naklejki „ostrożnie”, „uwaga szkło”, bo lubię ironię, ale profesjonalną. Do środka czasem dodawałem parę klocków, żeby brzęczało jak akcesoria. I wszystko się zgadzało: numer konta, numer przesyłki, numer mojej rosnącej odwagi. Berlin żył swoim trybem, a ja strumieniem gotówki.

[Przypis Protokolanta: „Sprzedaż wysyłkowa” — pojęcie pojemne. Elementy opisu odbiegają od standardów konsumenckich.]

Żeby jednak nie być na pierwszym ogniu, postanowiłem „zalegalizować się” na tyle, na ile człowiek z moim charakterem potrafi. Poszedłem na budowę. „Poszedłem” to za dużo powiedziane — zostałem tam zabrany przez przypadek, który miał twarz Pająka i jego znajomego, który był „Meisterem od kabli”. Na budowie zapach był prawdziwy: pył, cement, metal i pot człowieka, co umie i musi. Targałem przewody, a one targały mnie. Moje sprytne palce, wychowane na strunach gitary i złączkach RJ-45, nagle musiały zaprzyjaźnić się z ciężarem. Z zaciskarki korzystałem jak z instrumentu — cicho, pewnie, w rytmie, który sobie wystukałem. Po raz pierwszy w życiu poczułem, że mój dotyk robi coś dla świata, co nie znika po zamknięciu karty przeglądarki.

Meister miał na imię Dieter, ale do mnie mówił „Elektro-Polen”, co brzmiało jak marka piwa, a było jednak pochwałą.

— Gut, gut, schnell — powtarzał, a ja mu odpowiadałem „jasne”, bo „gut” i „schnell” to są słowa, które każdy rozumie w plecach. Nie rozgadywałem się nadto, po co miał wiedzieć, że czytywałem Göthego w oryginale. Dostałem żółtą kamizelkę, hełm, który mi nie pasował do fryzury, i ubezpieczenie, które było jak parasol: nie wiesz, czy potrzebujesz, ale lepiej mieć przy sobie.

Po pracy wracałem do naszego wynajętego „gdzieś na kogoś” mieszkania i robiłem drugą zmianę: pakowanie, adresowanie, wysyłanie. Lałem w siebie kawę i w internet obietnice. W nocy Berlin jest jak włączony odkurzacz: szumi cicho, a zbiera dużo. Czas mijał po berlińsku — szybko, precyzyjnie, z poczuciem, że tak ma być. Aż do dnia, w którym wszechświat zapukał do nas drzwiami, i to pięścią.

To był wieczór po imprezie, bo goście jak Miki i Pająk traktowali moje / nasze wynajęte mieszkanie jak klub disco, nawet jeśli salon był mniejszy niż nasze ambicje. Muzyka, śmiech, wspomnienia o Polsce sprowadzane na talerzu jak pierogi z zamrażarki. W pewnym momencie ktoś wyłączył muzykę nie palcem, tylko swoim istnieniem. Drzwi były pełne człowieka — nie, człowiek był pełny drzwi. Dryblas. Taki, co od progu robi ci inwentaryzację sumienia.

— Guten Abend — powiedział i nie było w tym wieczoru. — Ich habe eine Frage. Eine große.

W jego ręku zobaczyłem karton po piwach, a w kartonie kopie: wydruk ogłoszenia, wydruk przelewu, wydruk listu przewozowego (jakim cudem podałem prawdziwy adres zwrotny?!) Na wierzchu leżała cegła — nie moja, ale bardzo rodzinna.

— Gumowa lalka — powiedział, starannie składając niemieckie słowa jak meble z instrukcją. — Tausend Euro. Cegła nie jest gumowa - tyle zrozumiałem.

Miki parsknął, bo to czasem głupi odruch śmiechu w niewłaściwym momencie. Pająk odsunął się do drzwi w kąt salonu. Ja zaś uśmiechnąłem się na autopilocie, bo to mój system ratunkowy, i mówiłem,

— To musi być pomyłka w logistyce, podmiana przez kuriera.

— Logistyka? — powtórzył, jakby to było nowe słowo na „sprawiedliwość”. — Policja. Ordnungsamt. — wskazał schody. — Ich rufe gleich.

Zrozumiałem, że biznes się skończył. Uśmiech zgasł, bo nie miał czym się karmić. Dryblas nie był kimś, kogo można było zagadać, ani kimś, kto lubi ironiczne naklejki „ostrożnie”. Był elementem systemu immunologicznego miasta. Taki makrofag w polarze. „To może być ten moment — pomyślałem — kiedy człowiek zaczyna moralnie dojrzewać i przyznaje się do winy i chce naprawić błędy”. Albo ucieka.

— Oddamy pieniądze — powiedziałem szybko, bo to była jedyna mowa, jaką rozumiało to pomieszczenie. — Dziś.

— Haute? — zapytał.

— Dziś — przytaknąłem, a w środku zaczął mi się nakręcać mechanizm: jadę, jadę stąd jeszcze dziś?

Miki spojrzał na mnie z błagalnym wyrzutem (to jest rzadki gatunek spojrzenia), Pająk skinął głową tak nieznacznie, że musiałem sobie dopowiedzieć ruch. Wytargowaliśmy godzinę, no bo trzeba będzie jechać do bankomatu i to pewnie nie jednego. Dryblas zostawił nam cegłę jak zastaw moralny i powiedział, że wróci „z kim trzeba”. Kiedy drzwi się zamknęły, mieszkanie zrobiło się mniejsze o połowę. Powietrze zwęziło się do korytarza, z którego nie było wyjścia.

— Nie czekamy na Ordnungsamt — powiedział Miki.

— Nie czekamy nawet na tego gościa — dodał Pająk. — Pakować się.

Pakowanie we trzech właściwie tylko mojego dobytku to akt łaski. Człowiek nagle wie, co należy do niego naprawdę: dokument, telefon, trochę pieniędzy, kurtka, w której da się spać, gitara, co nigdy nie zawodzi kiedy trzeba rozkręcić imprezę, perfumy (bo godność), i jeden flakon whisky, bo jak już się pali za plecami, to lepiej, żeby paliło się czymś przyjemnym. Wyłączyliśmy czajnik, choć nie był włączony; zgasiliśmy światła, choć i tak miały iść spać.

Volkswagen, który na nas czekał pod klatką, nie był nasz w sensie prawnym, ale czuł nas. Niemiecka solidność działała w nim wszędzie, tylko nie w sumieniu. Tankował daleko od Berlina, na kradzionych tablicach, których miałem już komplet na miesiące. Jechał miękko, jakby wiedział, że to jest jazda graniczna. Kiedy wjechaliśmy na autostradę, poczułem ulgi tyle, ile metrów za nami zostało.

— Wiecie chłopaki nigdy nie byłem w Warszawie? — powiedział Miki.

— Warszawa… — powtórzyłem, jakby to było słowo na przebaczenie, bo to znowu ja zawaliłem.

— Warszawa — potwierdził Pająk, który rzadko po kimś powtarza, więc to musiało być ważne.

Za oknem mijaliśmy obce znaki i trwającą już od kilku lat przygodę z Raichem. W głowie miałem puste półki — tam, gdzie powinny stać plany. Dotąd moje jutro było katalogiem możliwości: „wyjść tu, wejść tam (albo odwrotnie), zadzwonić do niego, uśmiechnąć się do niej, wymyślić to, sprzedać tamto”. Teraz ponownie jutro było jak czarna skrzynka: dopiero się okaże, co nagrało, ale dopiero gdy się rozbijemy. W środku, obok flakonu perfum, który udawał odwagę, rosło we mnie coś nowego: wstyd przemieszany z ciekawością. Może to się nazywa dorosłość? A może zwyczajny strach?

Z tyłu, na siedzeniu, cegła leżała cicho, kolejna, owinięta w folię bąbelkową, jak niemowlę w kołderkę. Zawiozłem w życiu różne rzeczy w różne miejsca, ale pierwszy raz miałem wrażenie, że to rzecz wiezie mnie. Że moja kariera sprzedawcy obietnic się zakończyła, a właśnie dostałem czek, bez pokrycia. Za szybą ciemniało, a światła autostrady stawały się moim różańcem. Odmawiałem na nich modlitwę, której nigdy się nie nauczyłem: „Niech się stanie, co się ma stać, ale niech ja będę gotów”.

[Przypis Protokolanta: „Ucieczka” — sformułowanie osadzone w narracji. W dokumentach: „zmiana miejsca pobytu w trybie przyspieszonym”.]

Gdzieś między Frankfurtem a Słubicami poczułem, że Berlin już mnie nie pamięta. Miasta, jak przypadkowi ludzie poznani w pracy, już tak mają: zapominają. To jest ich łaska dla nas. Warszawa na pewno mnie nie pamiętała, ale miała dobre predyspozycje, żeby się polubić z moimi problemami. Siedzieliśmy we trzech, każdy sam, w niemieckim samochodzie, co miał polskie przeznaczenie. W radiu leciał jakiś angielski refren o miłości, która wraca, a ja myślałem o mojej matce i o tym zdaniu: „Chcę być babcią, zanim będę cieniem”. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, jak bardzo to zdanie wplącze mi się w życie jak kabel w nogi.

W zadymionym samochodzie szukałem szyberdachu, choć go nie było. To stary odruch: człowiek chce przewietrzyć niebo. A niebo było niskie i pełne pytań. Czy jutro mnie dopadnie? Czy jutro da się sprawdzić kod do skrzynki pod kolejnymi schodami życia? Czy w Warszawie znajdę ląd, czy tylko następny przystanek?

— Heniek — odezwał się Miki cicho — masz jeszcze ten zapach? Celsius? Jak to leciało? - dodał - Śmierdzący jak kac kupa.

— Mam — odpowiedziałem, odkręcając korek.

— Daj — powiedział Pająk. — Niech chociaż jedzie z nami coś przyzwoitego od Diora, bo nie zniosę tych bułgarskich fajek Mikiego.

Psiknąłem w powietrze i przez sekundę w aucie zrobiło się jak w reklamie: mroczne, piżmowe męskie, pełne obietnic pozostawionej po sobie pełnej muszli klozetowej o poranku. Potem zapach usiadł nam na barkach i jechał dalej, tak jak my: bez adresu zameldowania, bez ubezpieczenia na jutro, którego nikt nam jeszcze nie podpisał.

W Warszawie czekały światła, hotele, ludzie, co lubią śmiać się za głośno na ulicach po północy. Czekały też drzwi, przez które człowiek wchodzi w paradę, gdy mu się wydaje, że jest nieśmiertelny. Ale to będzie później. Na razie byłem rozbitkiem, który wciąż wygląda jak z okładki: dżins, koszula, perfumy, uśmiech. I serce, które nie jest z gumy. Cegła z tyłu milczała, Niemcy stawały się wspomnieniem, a Polska znów była obietnicą, którą ktoś kiedyś wypowie wraz z moim imieniem.

Rozdział 3 — Pijany spin Warszawy, czyli cennik na oddech

Warszawa nie spała, Warszawa chodziła po suficie, a my z nią, na rękach, na kolanach, na kacu i na kredyt świateł, które nie gasły nigdy, bo po co, skoro wszystko miało się zdarzyć za godzinę, dwie, trzy — a potem jeszcze raz, z innym refrenem. Kluby wypluwały nas jak pestki z czereśni: słodko, lepiąco, bez wstydu, i od razu braliśmy kurs na hotele, korytarze wyłożone dywanami, które tłumiły sumienie, i windy, które jechały szybciej niż myśl, że może warto zmienić życie. Mieliśmy „towar” i miny, które mówiły „przyjacielu, noc jest jeszcze młoda”, a noc, jak to noc, dawała się namówić, szczególnie w języku angielskim i niemieckim, które w hotelach i kasynach układają się w stosiki jak waluta: solidne, gładkie, bez kantów.

Pająk woził nas Uberem, ale tak naprawdę woził nas po mapie swojej sieci: nitki prowadziły od wejścia do baru do recepcji, od recepcji do windy, od windy do pokoju, od pokoju do czyjejś duszy, w której już grzmiało i świeciło. Kasował „ekstra”, bo „ekstra” to jest słowo, które w tej grze najszybciej się mnoży, i miał swoje mety, mieszkania o niskim sumieniu i wysokim progu, gdzie dziewczyny potrafiły klęknąć, zrobić znak krzyża w stronę Jana III Sobieskiego (bo on jest od zwycięstw i długich oblężeń) i z taką nabożną dokładnością ostrzyc gości z resztek rozsądku, że karty kredytowe same się prosiły o zmiłowanie. Robiliśmy to, co nienazwane, sprzedawaliśmy kroplę „zapomnienia” do drinka, szeptaliśmy „just relax, my friend”, a potem pożegnanie, uścisk, fotografia z fleszem, który prześwietlał ich kieszenie z dokumentów, i już wrzucałem do kieszeni to, co się dało: banknoty jak bilety do kina, w którym zawsze grają ten sam film, i paszporty, które były cięższe od pieniędzy, choć papier lżejszy.

Miki miał dostęp do towaru, który otwierał niebo i wyłączał czas. Nie wdaję się w szczegóły, bo szczegóły to kuchnia, a ja już się najadłem; powiem tylko, że to było białe i szybkie, i robiło z człowieka żarówkę na pełnej mocy, nawet jeśli instalacja była z epoki przedwojennej. Miki „żenił” to w klubach tak bezczelnie pięknie, że barmani zapominali doliczać reszty, a DJ grał tak, jakby mu ktoś szeptał do ucha „teraz, jeszcze, wyżej”. Po czym Pająk spowijał tych naszych nowo narodzonych w swoją sieć: „another place?”, „afterparty?”, „we know where it’s safe”, i było bezpiecznie, dopóki to my byliśmy niebezpieczeństwem. Goście nie chcieli spać i zabierali nas wszędzie, jakbyśmy byli ich najlepszymi przyjaciółmi z filmów, w których nikt nie pyta o rachunek.

Ja byłem człowiekiem od „exit strategy”: uśmiech, toast, krótkie „cheers, mate”, a potem dłoń, która składa dokumenty do jednej kieszeni, a gotówkę do drugiej; powietrze pachniało drogą whisky i klimatyzacją, a ja pachniałem lepiej niż w Berlinie, bo Warszawa uczy perfum inaczej — tu trzeba mieć zapach, który nie przeprasza. Nie miałem pojęcia, jaka partia rządzi w tym kraju, jak nazywa się premier, prezydent, minister czegokolwiek; byłem obywatelem światła stroboskopowego, tytuł: „czasowy właściciel nocy”.

Popołudniami, kiedy słońce robiło z miasta blaszany garnek, a my pod pokrywką tańczyliśmy, ja zjeżdżałem windą do parteru dnia i szedłem na umówione punkty. Miałem odbiorcę — kuriera, powiedzmy — który przyjeżdżał elektrycznym rowerem, plecak trochę przybrudzony, z logo firmy od dostaw, które robiło za alibi; patrzył na mnie czujnie, ale z sympatią profesjonalisty. Nie pytał o nic, bo pewnie i tak niewiele rozumiał po polsku. To jest elegancja tej roboty: im mniej pytań, tym więcej odpowiedzi w gotówce. Przekładałem mu „fanty” hurtowo, jak sprzedawca marchewek na bazarze, wszystko świeże i jeszcze z rosą hotelowego poranka. Płacił równo, szybko, miałem wrażenie, że to jest jedyny człowiek w tej układance, który naprawdę wie, ile jest wart czas.

Czasem w pakiecie leciały dokumenty. Nie będę mówił o cennikach, bo pieniądze w tych sprawach robią z człowieka matematyka, a ja wolę być elektrykiem od zwarć i przeciążeń. Powiem tyle: jedne paszporty były „złote”, inne „srebrne”, a niektóre „brązowe, ale błyszczące”, i istniała taka pokusa, żeby z tego zrobić tabelę w Excelu, tylko że to byłoby już bluźnierstwo. Były też dokumenty, które oddawałem niemal za darmo, bo niosły ze sobą wyłącznie kłopot i smutek — i tu, o dziwo, w zamian przychodził „prezent”, którego nie chcę nawet dziś nazywać, bo jego nazwa jest cięższa niż ołów. Miki zabierał to dalej i wracał z czymś, co rozświetlało noce jeszcze bardziej, a mordę człowieka wyostrzało do granic rysunku technicznego. Tak kręcił się dzień: jak wirówka w pralni świata, tylko pranie nie wychodziło czyste, a my udawaliśmy, że chodzi o efekt „vintage”.

[Przypis Protokolanta: W niniejszym ustępie narrator stosuje metafory zastępcze dla czynów penalizowanych. W realnych aktach takie pojęciowe „wygładzanie” nie występuje.]

Pająk był logistykiem naszych grzechów: ustawiał kursy, ratował sytuacje, kiedy ktoś chciał nagle „do klubu na drugi koniec miasta, bo tam gra kolega kolegi didżeja”, i kasował za to jak za pomidory na przednówku. Miał w telefonie listę mieszkań, do których się nie chodziło bez zaproszenia i z których nie wychodziło się z pustymi rękami. W tych metach dziewczyny miały dłonie, które potrafiły pogłaskać, wymasować, ale jeszcze lepiej wyprosić autografy na rachunkach cudzym długopisem. Ich modlitwy — tak, bywały — brzmiały jak ciche „żeby ten wieczór trwał, ale nie za długo”, i w tej dwoistości była prawdziwa liturgia świata: chcieć wszystko i jednocześnie prosić, by już starczyło.

W hotelach uczyłem się nowego języka grzeczności. „Sir, are you okay?”, „Of course”, „Do you need anything?”, „We have everything”, „One more?” — i to „one more” było jak przycisk „loop” w odtwarzaczu życia: pętla, która robi z piosenki modlitwę. Aż do momentu, gdy rano ktoś orientował się, że modlitwa nie obejmuje portfela i małego wniosku o nowy paszport. Wtedy wchodził recepcjonista, a recepcjoniści w tych hotelach to są aniołowie w garniturach: głos spokojny, oczy mądre, ruchy powolne. „We will help you, sir”, mówił anioł, i naprawdę pomagali, nawet jeśli to ja byłem przyczyną potrzeby pomocy. To też jest część etykiety: w tych miejscach pomoc jest jak woda — płynie, nawet jeśli ktoś ukradł rynnę i teraz leje się na łeb z dachu.

Kiedyś, w połowie tygodnia, po serii nocy tak długich, że dzień czułem jak reklamową przerwę w Polsacie, złapałem się na tym, że próbuję odtworzyć w głowie nazwisko jakiegoś polityka, który dzień wcześniej nad ranem w klubie zachwycony moim ujmującym podejściem do ludzi wróżył mi polityczną karierę. Nic. Przetrząsnąłem kieszenie. Jest! Legitymacja poselska. Gęba nieznana. Może i dobrze. Polityka lubi, gdy się ją ignoruje, bo wtedy może robić własne rzeczy w spokoju. A ja robiłem swoje. Gdy przypadkiem zastałem gdzieś włączony telewizor i ktoś mówił o „stanie państwa”, ja myślałem o stanie magazynu — co mam, skąd wziąć, komu sprzedać, kiedy dowieźć. Byłem ministrem nocy w rządzie, który istniał nie tylko na papierze, dbał o obywatela, spełniał jego potrzeby, opodatkowywał i jak trzeba karał.

Były też momenty zimne jak wiosenne poranki nad Wisłą. Ktoś się zawahał, ktoś się popłakał, ktoś zadzwonił do mamy z łazienki, żeby powiedzieć, że „wróci później”, a w chwilach grozy, że może wcale nie wróci. Wtedy stawałem się przez chwilę człowiekiem: łagodniałem, robiłem herbatę, mówiłem „take your time”, i to „take your time” zawsze brzmiało jak kradzież czasu. Mojego czasu. Wiedziałem to, a jednak mówiłem. Człowiek jest zdolny do miękkości, gdy mu to pasuje.

Najgorzej było, gdy „towar” wchodził za szybko. To nie są żarty: czasem widziałem w oczach gościa nagły mrok nad dnem kieliszka, cichy alarm w klatce piersiowej. W takich chwilach Miki milkł, a ja milczałem podwójnie. Pająk otwierał okno, jakby wietrzył niepokój, i robiliśmy reset: woda, prysznic, głęboki oddech, rundka nad Wisłę. Wiedzieliśmy, że przekraczamy granice, ale żyliśmy w kraju, gdzie granice są jak źrenice kochanki, które lubią się lubieżnie otwierać. A suki niewierne, puszczały oko do każdego kto miał gruby portfel.

— Heńku, ty kiedyś napiszesz o tym książkę — powiedział Miki, śmiejąc się, a śmiech był jak ostrze.

— Wątpię — odpowiedziałem. — Książki piszą ci, którzy się zatrzymali.

— To się nie zatrzymuj — poradził, jakby mówił „nie oddychaj”.

I nie zatrzymywałem się. W południe plecak, wieczorem dzwonek w hotelu, nocą windy, które śmierdzą burdelem i jak one wiedzą wszystko o ludziach. Zdarzało się, że budziłem się o czternastej w obcym mieszkaniu, lub pokoju hotelowym, gdzie zasłony pozrywane, pościel stłamszona, a obcy ludzie otępiali patrzyli na mnie z równym niezrozumieniem co ja: i przez minutę nie wiedziałem, kim jestem: artystą od chwil, czy elektrykiem od zwarć. Wtedy włączałem tryb awaryjny! Uciekałem na Pragę, brałem prysznic, perfumy (odwaga w atomizerze), sprawdzałem telefon — trzy wiadomości od Pająka, dwie od Mikiego, jedna od życia. Wszystkie brzmiały tak samo: „jedziemy”.

[Przypis Protokolanta: „Jedziemy” — w dokumentach częściej: „przemieszczamy się celem realizacji nieustalonej czynności”.]

Pewnego wieczoru, kiedy neon nad wejściem do klubu mrugał jak powieka po nieprzespanej nocy, poczułem, że coś w mechanizmie chrzęści. Nie w sumieniu — to swoje miało do powiedzenia już dawno — ale w trybach. Recepcjonista spojrzał za długo. Ochroniarz zapamiętał moje perfumy. Dziewczyna na mecie na mój widok zrobiła znak krzyża na odwrót, jakby modlitwa miała jej cokolwiek pomóc. Pająk powiedział: „spokojnie”, a jego „spokojnie” zawsze oznacza „uważaj”. Miki śmiał się głośniej niż zwykle, a głośniej niż zwykle to jest już szept paniki.

Koleje dni wracaliśmy na swoją metę w klubie nad ranem; słońce skrobało po parapecie jak pies, który chce na spacer, a ja odkręcałem butelkę, która była ciepła i cierpliwa. Myślałem o matce, o jej zdaniu, co wwiercało się we mnie jak wiertło w ścianę: „Chcę być babcią, zanim będę cieniem”. W tej chwili noc przy mnie bladła. Widziałem, jak wyglądam — naprawdę: oczy jak rubryki do odhaczenia, skóra w gustownej szarości, serce z dźwiękiem „zostaw mnie na chwilę, proszę”. Kładłem się na kanapie, stopy miałem ciepłe od miasta, a głowę zimną od myśli.

Następnego dnia znów szedłem na „trasę”, bo człowiek idzie, dopóki nie stanie przed nim ściana, najlepiej ta z cegły.

W hotelu uśmiechnął się do mnie pan w garniturze, którego nie znałem, ale on znał mnie. „Good evening, Mr…?” — urwał uprzejmie i pozwolił mi się samemu nazwać. Nie miałem wtedy pojęcia, jak to wszystko się skończy i jak bardzo w moim życiu zabrzmią słowa „czyn ciągły” i „recydywa”. Wiedziałem tylko, że Warszawa wciągnęła mnie jak kurz: nie widać, kiedy, a nagle nie ma czym oddychać. I że moja pijana karuzela potrzebuje jeszcze jednego obrotu — tego, który zawsze jest o jeden za dużo.

Pająk zatrąbił. Miki wysłał słowa: „noc jest nasza. Nie uwierzycie… przypałętał się Maniutek”. Ja odpowiedziałem jednym: „? Jedziemy”. I dojechałem, bo dojechać to był wtedy mój zawód.

Rozdział 4 - dron z jasnego nieba

Wkupywanie w łaski menadżera klubu na Mazowieckiej w Warszawie zaczęło się od rachunków, bo opłacony gotówką rachunek to poezja, którą rozumieją wszyscy. Ochroniarze oniemieli, gdy wpadaliśmy na imprezę z najlepszymi szmulami, jakie udało nam się pozbierać wieczorem z galerii handlowych. Szybko, dzięki mojej gładkiej gadce przyklejaliśmy je do najlepiej ubranych klientów, takich grubo po trzydziestce. Obcokrajowców, najlepiej trzymających jeszcze fason, bez łysinki i nadwagi. Tacy najłatwiej tracili kontrolę, gdy puściły im wszystkie stresy z naszymi dziewczynami na kolanach. Najpierw płaciliśmy za nich jak święci z obrazka: królami, z górką, jeszcze i napiwek, premia dla dziewczyn za zgubienie stanika, żeby bywało nas słychać po zamknięciu kas i umyciu podłóg. Właściciel udawał, że nie widzi, że wynosimy w kieszeniach więcej niż przynieśliśmy. Miki łechtał DJ-ów „premiami za klimat”, pilnował by wszyscy mieli nalane, biegał po herbatę, sam wskakiwał za bar by “przyrządzić” Hadesa, jak nazywaliśmy drinka po którym film się gościom urywał… ale zabawa trwała. Pająk przestawiał stoliki, torebki, marynarki jak kontenery w porcie – tu posadzić, tam podwieźć, tutaj krótkie „prywatne after” – a ja byłem lekarstwem na ludzkie oczy i wyrzuty sumienia: bajera, uśmiech, przeprosiny, zamawiamy kolejne drinki, skinięcie głową do ochrony, co działało lepiej niż gaśnica. Po kilku tygodniach mieliśmy już klucz do „magazynu szkła”, który tylko w poniedziałki po północy nie stawał się pokojem o programie nauczania: świętować tak głośno jak się da, póki gra muzyka, nie ślizgać się na lodzie z drinków, nie rozsypywać ścieżek życia byle gdzie. Klucz leżał w metalowej skrzynce za barem, drzwi otwierał magiczny kod do wejścia: 666. Wewnątrz: kanapy, kilka foteli, szklany pancerny stół, kłódka zamykała nas od środka, a od zewnątrz zasłonka udawała, że jest zasłonką i że życie to teatr. Szkła mieliśmy pod dostatkiem.

Tego wieczoru zasłonka wstydziła się za nas jak babka na weselu. Na stole w „magazynie” – wiadro z lodem, taśma, marker, brokatowy spray (pamiątka po urodzinach tancerki, która twierdziła, że brokat to łzy jednorożca, chociaż jednorożec akurat przystawiał się do niej od tyłu). Niesforny hurtownik, co pomylił marżę z opustem, siedział przyklejony do krzesła, na stole! Zrobiliśmy mu ceremonię upokorzenia w wersji „family friendly”: nogi w lodzie (do rozmrożenia poglądów), wąsik markerem jak u aktora kina niemego, brokat we włosy, karaoke w garść i „jesteś szalona” śpiewane do mikrofonu. Miki wszystko nagrywał jakąś kamerą miniHD z demobilu. Piosenki nie dało się zatrzymać, ktoś odciął jej końcówkę – nie po to, by kaleczyć, tylko żeby już nie miała końca. Hurtownik, którego właściwie nie znałem wyglądał jak reklama własnych błędów. Śmiesznie i żałośnie, czyli sprawiedliwie.

Zawsze zamknięte od wewnątrz drzwi skrzypnęły, jakby klub nabrał powietrza. Wszedł jakby nigdy nic Maniutek. Nie ten sprzed miesięcy – lekki, ginący w tłumie jak przecinek – tylko twarda wersja z bliznami, gdzie zdania przerywał pistolet. Koszula rozpięta, pokaz slajdów pod obojczykiem i w biodrze: dwa wejścia po kulach. Zapach jodu, uśmiech oszczędny. „Przyjechałem odpocząć”, powiedział tonem świątecznego komunikatu w kościele, w którym wszyscy wiedzą, że chodzi o ewakuację i rozsiadł się ostrożnie w fotelu. Widać było, że blizny świeże.

– Co z nim? – wskazał brokatowego, który właśnie brał wysokie C z dygotu.

– Poprawka z lojalności – rzucił Miki.

– Krótka, zimna – dodał Pająk, bo lubi, gdy logistyka rymuje się z etyką.

Maniutek przeciągnął dłonią po blacie – jakby czytał mapę a strzepywał resztki ścieżek z poprzedniej nocy. „Przyjechałem, bo towar mamy z morza. Wyłowiony. Ceny dla rodziny.” I nagle wszystko w mojej głowie kliknęło. Miki nie był magikiem. Miki był kranikiem. Ktoś odkręcał. Ten ktoś miał łodzie zamiast kieszeni.

Katarynka, nasza tancerka wsunęła głowę przez zasłonkę: – Bolt pod drzwiami – i zniknęła tak szybko, jak gdyby ją wymyślił przeciąg. Bolt wlazł z plecakiem, który kiedyś był zielony, a teraz był „do pracy”. Nie pytał, nie przedstawiał się, postawił kopertę na stole, uśmiechnął się do Maniutka jak do starej faktury, którą wreszcie udało się rozliczyć.

– Dwie rzeczy biorę, jedną przywożę – powiedział.

Właściciel klubu korzystając z zamieszania stanął w drzwiach „magazynu szkła” z miną człowieka, który zobaczył w bilansie słowo „apokalipsa” w kolumnie „inne”. – Panowie… do biura, proszę. Do księgowości. – „Księgowość” u niego to był pokój, gdzie segregatory stały na baczność, a komputer czuł się jak spowiednik. Na monitorze tańczyły nasze twarze z kamer na mieście, przewijane klatka po klatce. Właściciel miał palce suche, głos mokry. – Ktoś was liczy. Dziś przyszło w mailu, że mam was wyrzucić. Te dwa samochody w zaułku, które od wczoraj udają, że czekają na wesele, ten dron przy wejściu, co ogląda każdemu buty i duszę. Mam nadzieję, że to nie o was chodzi.

– My też – odpowiedział Maniutek, ale spokojniej mówi tylko ktoś, kto zna lokalizację wszystkich wyjść ewakuacyjnych.

W tym samym momencie w „magazynie”, który był na przeciwko “księgowości” zrobiło się głośno jak w kiblu na stadionie w przerwie meczu. Niesforny hurtownik zebrał się w sobie, rozerwał taśmę o plastikowe krzesło, rozsunął kotary i otworzył okno. – Jezu! – krzyknął, szykując się do skoku na zewnątrz, gdy tu nagle: bzyyy. Od ulicy gdzie od dawna wisiał – taki, co ma cierpliwość grabarza - wleciał dron. Patrzył w okna, liczył nasze oddechy. Okno mu tylko pomogło: wszedł do środka jak ciekawska osa. Pająk wskoczył do magazynu pierwszy i złapał pierwszy pocisk, jaki był pod ręką, czyli szklankę do whisky (to broń biała w naszym wydaniu), i z przyzwoitą celnością strącił intruza. Dron zrobił piruet, zacharczał jak stary modem i wpadł do wiadra z lodem na środku stołu. Poszło „plum”, które brzmiało jak podpis pod cudzym raportem. Woda zadrżała. Brokat na powierzchni zatrzepotał jak złota rybka, która życzy nam wszystkiego najgorszego. Przez sekundę nawet lód był ciekawy, jak to się skończy.

– To nie mój – szepnął w drzwiach właściciel i spojrzał na nas jak na klasę, która właśnie wniosła do pokoju chemii dynamit górniczy.

Brokatowy zobaczył w wiadrze całą swoją przyszłość i doznał objawienia. Oswobodzony z taśm wbiegł półgoły na salę z trwającą imprezą jakichś inflenserów i z mikrofonem przyklejonym do dłoni… uciekł. Nie goniliśmy. Czasem trzeba zobaczyć, do kogo biegnie człowiek na skargę.

Telefon zadrżał na stole. SMS z numeru bez nazwy: „Oddychasz? Daj znać, gdzie jesteś.” A pod spodem zdjęcie naszego stołu. Taśma, marker, wiadro, brokat. Ktoś był u nas, kiedy my byliśmy w księgowości i musiał pomóc oswobodzić się brokatowemu. Albo odwrotnie. Czułem, jak mi się zawiasy w myślach smarują strachem.

Wracamy na dół, a tam świat postanowił wziąć udział w kabarecie. DJ Zygmunt – człowiek z wąsem zrobionym lepiej niż ten markerowy – puszcza „Kołysankę”, The Cure. Kula dyskotekowa parska jednym światłem, bo wtyczka lubi udawać luźną. Barman Naparstek (tak go ochrzcili, bo ręce miał wielkie, a drinki robi małe) wyciąga z baru gaśnicę i przytula ją jak maskotkę. Przez środek sali przechodzi pies rasy chihuahua w okularach przeciwsłonecznych; należy do influencerki, która robi live’a: „Kochani, w klubie jest vibe, nie uwierzycie, ktoś nago przebiegł właśnie przez salę!” – i serduszka lecą pod sufit. Jedno serduszko przykleja się do czoła klubowej influencerki jak pieczątka.

– To nie jest śmieszne – mówi właściciel tak, jakby chciał w to uwierzyć. – Ktoś nas obserwuje. Te samochody, ten dron, teraz to… – macha ręką w stronę komputera z nagraniem – Tylko mi nie mówicie, że nie o was chodzi.

– To nie o nas – mówi Miki uprzejmie, a w jego głosie mieszkają jednocześnie anioł i awaria.

Bolt wraca z moją gitarą. Jakim cudem mam ją w klubie, nie pytajcie, gitara zna drogę do kłopotów. – Zostawiłeś, artysto. Uważaj, żeby ktoś nie zamienił futerału. – mruga jednym okiem tak, jakby miał w nim pamięć. Zaglądam przez zamek: łypie na mnie grafitowa cisza i białe, płaskie cegiełki, co wyglądają niewinnie jak paczka chusteczek. Zamykam. Palce mam nagle suche jak jego plecak.

– Ktoś będzie pytał – mówię, a to najdelikatniejsze zdanie, jakie znam.

– Już pyta – odpowiada Maniutek i wskazuje głową na okno. Za szybą dwa auta, co nie powinny stać obok siebie, jeżeli nie umawiają się na dłużej. Jeden sedan brudny w sposób policyjny, drugi SUV czysty w sposób prywatny. Światła mają pazury.

W tym momencie beczka groteski odkręca się do końca. Do klubu wbiega młodzieniec w koszulce z napisem „Filmujemy Waszą Miłość”; na ramieniu zapięty futerał na dron. Oczy ma mokre.

– Przepraszam, zgubił nam się dron, mieliśmy zdjęcia plenerowe, ślub w parku, panna młoda płakała, a potem… – patrzy na wiadro i milknie, bo widzi, że jego film o miłości właśnie zakończył karierę jako kostka lodu. – Można go odzyskać…? – pyta jeszcze, nie rozumiejąc geologii chwili.

– Zgłosi się pan do księgowości – odpowiada właściciel i po raz pierwszy tego wieczoru uśmiecha się jak człowiek, bo absurd jest demokracją.

Chłopak wychodzi. Właściciel odwraca się do nas szybko: – Wyciągnijcie kartę pamięci i zniszczcie. „Filmujemy miłość”? - parsknął. Ktoś was liczy, panowie.

– Zrobimy porządek – Miki składa obietnicę, której nie ma w cenniku, patrząc na Maniutka, a ten rozchyla koszulę pokazując ukryty pistolet.

Rachunek zapłaci ktoś inny.

Na dole ktoś z tłumu zaczyna klaskać do bitu, bo DJ puszcza „Jeszcze po kropelce”. Chihuahaua szczeka na EXIT, bo zielony ludzik biegnie raz w prawo, raz w lewo, i psu nie pasuje brak decyzji. Wychodząc, robi się przeciąg, z sufitu spada konfetti z poprzedniej nocy: trzy papierowe gwiazdki lądują mi na ramieniu, jakby wszechświat chciał mi wręczyć medal „Za zasługi w dziale sprawy delikatne”.

Właściciel siada do swojego komputera i zamyka okno ze zdjęciami jak księgę niedzielnych grzechów. – Zamkniemy wcześniej – mamrocze – klima siada. – Wszyscy wiedzą, że to nie klima.

Wieczorem wracamy do „magazynu szkła”, gdzie wszystko jeszcze pachnie detergentem i pomysłem na niewinność. Futerał wciąż tu stoi. Opieram go o stół. Klucz od skrzynki lśni mi w dłoni – metalowy przecinek między jednym a drugim wyjściem ewakuacyjnym. Miki pyta: – Jedziemy? – i w tym „jedziemy” mieści się cała nasza wyobraźnia o ruchu do przodu. Pająk rysuje w powietrzu plan ulic: tędy, potem tu, tu światełka, tu w prawo. Maniutek dotyka lekko futerału palcem, jak meteorolog szyby przed burzą.

– Heńku – mówi, i słyszę to nie w uszach, tylko między żebrami – pamiętaj, że tu się nie gra ciszej. Tu się wyłącza prąd.

Patrzę na EXIT: zielony człowieczek biegnie w prawo. Po chwili miga i biegnie w lewo. Jak ja. Jak my wszyscy. I nagle jednocześnie wiem i nie wiem. Wiem, że powinienem zniknąć teraz, natychmiast, zanim ktoś zdecyduje, że mam zostać. I nie wiem, dlaczego jestem absolutnie pewien, że jeszcze jedna noc – ostatnia – załatwi wszystko jak zawsze. Dwie prawdy w jednym gardle, obie oddychają. Dron w wiadrze wciąż trwa puszczając ostatni bąbelek, myślę, że może jednak nie chcę lekkości – tylko grawitacji, która wybiera mnie po imieniu. Ale zaraz potem uśmiecham się do Mikiego i mówię: „Dobra. Jedziemy.” I śmieję się ze swojego rechotu, bo brzmi jak cudzy.

Rozdział 5 — Jazz w hotelu, czyli plan na wysokie C

Jazzowy klub w podziemiach hotelu udawał Amerykę, a pachniał dywanem po proszku i chlorowanym lodem. Stolikom było do siebie blisko jak ludziom w windzie, saksofon robił wrażenie rury wentylacyjnej od emocji, kontrabas wyglądał jak mebel z tajemnicą, a perkusista miał minę księgowego, który bije się z fiskusem na werble. Na scenie śpiewaczka w czarnej sukience scatem tłumaczyła światu, że słowa to przesada. Bar lał koktajle o nazwach z geografii: Manhattan, Brooklyn, Berlin, a my siedzieliśmy w Warszawie i udawaliśmy, że rozumiemy, co to znaczy „swing”.

Maniutek przyszedł spóźniony, jakby wszedł po własnej zapowiedzi. Usiadł, futerał z „tematem” wsunął pod stolik, a ja poczułem, że w tym futerale mieszkają moje zwłoki, które mają plan dnia.

Kurwa, po chuj on to przyniósł? - powiedziałem do siebie na głos przewracając oczami. Miki zamówił trzy „cokolwiek, byle krótkie i mocne”, Pająk rozłożył serwetkę i zaczął na niej rysować ulice jak prądy w instalacji: tu wejście, tu wyjście, tu strefa „tylko dla gości”, tu pan od fortepianu, który patrzy jak portier.

— Słuchajcie — Maniutek nachylił się tak, że prawie jęzorem wszedł mi do ucha wypychając cały jazz — dzisiaj w tym hotelu jest konferencja. Tech, fintech, medtech, wszystko tech. Anglosasi, Azja, trochę Skandynawii. Po koncercie robią „networking”. My robimy „odnetworking”. Wchodzimy z uśmiechem, wychodzimy z uśmiechem, i nikt nie wie, że się upłynniło.

— „Upłynniło” — powtórzyłem, bo lubię, gdy słowa udają, że są niewinne. — A jeśli ktoś zacznie tonąć?

• — Ty ich lubisz, Heńku — Miki klepnął mnie w ramię. — Uśmiechniesz się, powiedzą „my friend”, przepiszesz im niebo, techniebo.

— A miasto? Mruknąłem, na co Pająk podniósł brwi. — Tu są ludzie, co lubią wiedzieć, kto sprzedaje sny w ich dzielnicy.

— Miasto?! — mruknął Maniutek, a w jego tonie było szkło i stal. — W tym mieście jestem gościem uprzejmym, ale komplementy mam w kieszeni. Zostaję tu jakiś czas. Zaszyję się. Będę dbał o klimat.

Nie wiem, co mnie tknęło — może ta serwetka, na której Pająk rysował topografię hotelu, a ja zobaczyłem, że nas tam nie ma. Myśmy nie znali Warszawy naprawdę. Znaliśmy windy, recepcje i drzwi od „magazynu szkła”. Ludzie z miasta — ci od telefonów bez kontaktów — byli dla nas jak dźwięki w jazzie: niby są, ale i tak grasz swoje. Tylko że w jazzie przynajmniej muzycy się znają.

— Powiedz prawdę, Maniut — powiedziałem za głośno, bo saksofon wszedł na wysokie C i ja też. — Ten temat nie jest „z morza”. Ten temat jest czyjś. Komuś go zajumałeś. I teraz chcesz się „zaszyć” w hotelach? W mieście, którego nie znamy? Miki od miesięcy ma hurtowe ceny, bo ty odkręcasz kranik. Kranik, który podłączyłeś do cudzej łazienki. A teraz?

Perkusista walnął w talerz tak, że kelnerowi drgnęła ręka. Na naszym stoliku rozhuśtał się cienki płomień świeczki i od razu zrozumiał, że lepiej przygasnąć.

— Uspokój się, elektryk — Maniutek uśmiechnął się bez zębów. — Temat jest tam, gdzie trzeba. Ja tylko zmieniam adres.

— Na nasz? — zapytałem. — My mamy w tym ci pomóc, żebyś znów zniknął i zostawił nas po szyję w gównie!

Wokalistka zaczęła scatem wykrzykiwać rzeczy, których nie da się powiedzieć po polsku; brzmiało to jak awantura między dwoma kotami, z których jeden ma konto w banku. W barze shaker robił za marakasy. Jacyś panowie w garniturach próbowali dyskutować o regulacjach, ale kontrabas zagłuszał im racjonalność.

— Mamy kilkanaście kilo — powiedział Pająk już bez metafor. — Jeśli to pójdzie tu, to ktoś padnie, ktoś zadzwoni, ktoś zacznie wymieniać nazwy klubów, w tym nasz. W najlepszym wypadku zostaniemy opodatkowani. W gorszym — zlicytowani razem z własnymi butami.

— Ludzie z miasta dorwą nas prędzej czy później — dodałem. — A ja nie chcę być w rubryce „prędzej”.

Miki spojrzał na mnie tak, jak się patrzy na akordeonistę, który nagle przerwał refren i nie chce dalej grać. — Elektryk, oddech. To tylko dystrybucja. Kulturalna. Jazzowa. Nikt nie robi afery przy standardach.

— „Kulturalna dystrybucja” — powtórzyłem półgłosem. — Piękna nazwa na syf w proszku, po którym ci ludzie wyjdą na ulicę i chuj wie co zrobią.

Tu się coś urwało, bo trębacz upuścił tłumik, a górna szczęka jakiegoś biznesmena z trzeciego stolika wpadła wprost do martini. Szklaneczka zadźwięczała jak dzwon w małej parafii, biznesmen zrobił minę człowieka ochrzczonego niewłaściwą religią, a jego partnerka klasnęła, bo myślała, że to zaplanowany performance. Kelner przyszedł i nalał nowe martini, tłumik został podniesiony na serwetce, a trębacz zagrał tak piękną frazę, że prawie na chwilę uwierzyłem w kłamstwa Maniutka.

— Nie robię tego — powiedziałem. — Wypisuję się. Masz swoje morza, swoje łodzie, swoje ceny. Ja mam matkę, która chce być babcią, a nie historię do gazety. Możesz mnie nazwać tchórzem, tylko nie każ mi nosić twoich cegiełek w futerale, bo to nie jest muzyka, tylko nekrolog.

Miki chciał mnie złapać za rękaw, ale wstałem szybciej. Pająk odsunął krzesło, zwinął serwetkę z topografią hotelowych korytarzy — tak, jak się zwija chorągiewkę na meczu, kiedy pogoda się psuje. Maniutek nie podniósł się w ogóle. Uśmiechnął się jeszcze raz tym uśmiechem, który nie ma zębów, i powiedział:

— Elektryk… tu się nie wypisuje. Tu się zmienia rolę.

Rzuciłem mu tylko zimne spojrzenie i ruszyłem do wyjścia.

Na korytarzu hotelowym pachniało kadzidłem i duszącą uprzejmością. Windy miały lustra, w których w każdym wyglądałem jak wersja siebie z innego paszportu. Wjechałem na parter, przeszedłem obok recepcji. Recepcjonista skinął głową, jakby wiedział o mnie coś dobrego. Wyszedłem. Noc miała kolor czarnej kawy po północy. Zamachałem do taksówki, ale kierowca spojrzał na mnie jak na przeterminowany kupon; machnąłem więc do drugiej. Druga przyjechała z dźwiękiem, który obiecuje, że wszystkie światła będą zielone.

— Mazowiecka — powiedziałem.

— A tam to dzisiaj „pełne menu” — mruknął kierowca. — Tylko proszę pasy.

Warszawa przesuwała się za szybą jak film bez napisów. Zaułki mrugały, mosty robiły za sufit, pies z okularami przeciwsłonecznymi (ten sam, albo każdy pies w okularach to jest ten sam) prowadził jakąś panią w stronę cudzego ranka. Kiedy wysiadłem, ulica Mazowiecka grała własny jazz: „cium-cium” obcasów, „hul-hul” wódki, „pstryk” zapalniczek. Nasz klub oddychał pełną salą. Neon mrugał jak powieka z tajemnicą.

W środku DJ już nie grał „Kołysanki”; wrócił do „jakiegoś techno disco polo”, ludzie tańczyli, jakby jutro było z gumy. Przeszedłem przez tłum metodą na „przepraszam + uśmiech”, minąłem bar, gdzie Naparstek nalewał driny, które zawsze wyglądają na mniejsze, niż są, i stanąłem przy zasłonce do „magazynu szkła”. Z przyzwyczajenia dotknąłem metalowej skrzynki z kodem — zimna jak rana po zabiegu — i już miałem wklepać cyfry, kiedy:

— Heniek! — zawołał ktoś zza pleców, a ja odwróciłem się w złym rytmie.

Zobaczyłem tylko rękaw marynarki, z tych drogich, co się nie gniotą, i rękę, która nie była pięścią, tylko argumentem. W argument wbite było coś ciężkiego, może latarka, może butelka, może codzienność. Uderzenie przyszło od lewej, prosto w dźwięk. Przez sekundę zobaczyłem konfetti jak śnieg w lipcu, zielony ludzik nad drzwiami biegł jednocześnie w prawo i w lewo, a ja pomyślałem, że jeśli to jest jazz, to właśnie zmienili tonację bez pytania.

Świat ściął się w plamę, a ja w tę plamę wpadłem jak w tani basen na balkonie: dużo plusku, mało wody.

[Przypis Protokolanta: „Utrata przytomności” — zdarzenie częste w okolicznościach o znacznym natężeniu bodźców i konfliktów. „Argument” — w dokumentach: „tępy przedmiot”.]

Zanim zgasło całkiem, zdążyłem jeszcze usłyszeć, jak ktoś mówi: „Spokojnie, to nasz”, i jak ktoś inny dodaje: „Już nie”, i jak saksofonista z hotelu, zupełnie nieobecny, gra mi w głowie jeszcze raz to swoją frazę „przepraszam”. A ja, w drodze w dół, uśmiechnąłem się ostatni raz, bo zrozumiałem coś śmiesznego: że od prądu do ciemności jest tylko jeden klik. I że tym razem to nie ja go nacisnąłem.

Rozdział 6 — Całe życie z wariatami

Kamionek przyjął mnie bez pytań. Praga Południe ma ten dar, że jak już wejdziesz w jej orbitę, to przestajesz być gościem, a zaczynasz być elementem krajobrazu: ławką, cieniem drzewa, człowiekiem, co nosi chleb w reklamówce z reklamami z poprzedniej dekady. Anonimowość? Po trzech tygodniach już wiedziałem, że tu da się nie istnieć, o ile jesteś gotów mówić „dzień dobry” wszystkim tym, którzy istnieją za ciebie.

Staruszka z naprzeciwka, Pani Lila, zagadnęła mnie drugiego dnia, jak tylko zorientowała się, że nie jestem listonoszem ani komornikiem. W ręku miała smycz, a na smyczy — Pączek. Pączek to był kiedyś wariat ścigant, skaczący po suczkach jak po chmurach; potem stał się majestatycznym sznaucerem, co obwąchiwał każdy kąt jak geodeta; a teraz był posiwiałym dziadem, ślepy jak sumienie i głuchy jak polityk. Szedł tam, gdzie go prowadzi zapach wspomnienia: pod kioskiem zawsze skręcał w prawo, bo kiedyś zaszczekała na niego budka z kurczakiem.

— Panie… — Pani Lila nie była pewna, jak mam na imię, więc powiedziała to z godnością instytucji. — Pan mi wyprowadzi Pączka? Bo on ze mną nie idzie, a z panem — zobaczy pan — będzie lepiej.

— A skąd pani wie? — zapytałem uprzejmie.

— Bo pan wygląda na człowieka, co ma czas — odpowiedziała z taką czułością, że aż mnie zatkało.

Wyprowadzałem więc Pączka. Notorycznie. Pączek szedł jak kometa odwrotnych znaków: zostawiał ogon przy każdym słupie, po czym wracał sprawdzić, czy ogon się trzyma. „Ludzie upodabniają się do swoich zwierząt albo odwrotnie” — myślałem, kiedy kolejny raz zatrzymywałem się w punkcie „nic się nie dzieje — to postój”. Pączek był mną: lubił robić kółko, żeby wrócić w to samo miejsce z wrażeniem podróży.

Sklep „Złoty Róg” stał tu jak wspomnienie systemu finansowego opartego na zaufaniu i notesie. Kiedyś szło się po piwo „na krechę”, pani Krysia dawała, a człowiek oddawał, jak miał — raz pieniądz, raz uśmiech, raz regał przy wnoszeniu meblościanki. Teraz w miejscu Złotego Rogu jest Carrefour, co brzmi jak imię teściowej z Reichu; kamery wiszą jak winogrona, pikają jak sumienie. — Nawet ukraść się nie da — lamentował pan Misiek, stały klient filozofii pragmatycznej. — Kiedyś człowiek był kimś, teraz jest piknięciem.

Menele (w tutejszej odmianie: profesjonaliści od pogody i szkła) uznali mnie po tygodniu. O piętnastej szedłem „po piwo” i słyszałem z ławki chór:

— Dzień dobry, panie Heniu! — jakby właśnie zaczynał się spektakl, a ja miałem główną rolę pod tytułem „Tragarz sześciopaku”.

Nie skąpiłem papierosów, bo papieros to tu waluta rozmowy. Słuchałem dzielnicowych opowieści: o tym, że pan Staszek „znowu wyszedł” i „znowu wpadnie, jak tylko odżyje”, o tym, że mały Mietek pracował trzy dni, więc teraz ma prawo do siedmiu wolnego, o tym, że pani Aldona już nie bije męża, bo ręce ją bolą, a on i tak już nie chodzi i trzeba mu wódkę nosić jak do pracy kobieta idzie.

— Kamionek ciężki jest — podsumował raz pan Misiek, trzymając w dłoniach szklaną butelkę z herbatą, czyli wódką. — Chłopaki albo siedzą, albo szybko odchodzą, bo to życie ciężkie, a pić się chce. Młodzi do roboty się nie nadają, starzy nie mają siły. — Zamilkł i dodał uczciwie: — A pić się chce.

Mnie Kamionek wziął w dwa palce i ułożył jak papierosa w ciepłych ustach, co prawda zionących alkoholem, ale przyjaznych. Wszędzie walały się szczeniaczki, małe puste butelki wódki, a na naszym podwórku nie było ich nigdy. Obcych meneli tu się nie tolerowało. Trzydzieści cztery metry na drugim piętrze, w kamienicy, której winda zatrzymała się w 1937 roku — choć nigdy windy nie miała. Widok na wewnętrzne podwórko: nie „studnia”, tylko skwerek z drzewami, dwoma ławkami. Dlaczego nie było piaskownicy? Bo piach pamięta cudze dzieciństwo i kości. Podwórko żyło całodobowo. Rano pani Pelagia wyprowadzała własne nerwy na spacer, wrzeszcząc na dzieci idące do szkoły przez okno. Od rana ławeczki były zajęte. Potem jakby przycichało i zaczynały się remonty w mieszkaniach komunalnych na zawsze już opuszczonych przez wymierających w tempie teleekspresu lokatorów. Po południu pan Roman ćwiczył sąsiadów słuchać klasyki Italo Disco z głośnikami na balkonie. Co zawsze kończyło się krzykiem jakiegoś nowego lokatora: „zadzwonię po straż miejską”. W nocy miłość krzyczała przez dwa piętra do góry, a zdrada odpowiadała przez trzy na dół, po czym obie strony szły zapalić na klatkę schodową „dla ochłonięcia”.

Urządziłem się jak człowiek, co lubi ład w bałaganie: łóżko rozkładane (żeby pokój udawał salon), stolik z odzysku po babci kogoś znaleziony obok gabarytów przy śmietniku — ma rysę w kształcie Wisły, jestem dumny — półki z książkami (kryminalne i elektryczne), w kącie stojak na gitarę (przy nim zawsze pusto, bo gitara w trasie), kuchnia w formie korytarza, gdzie herbata smakuje jak chlorowy wybielacz, i łazienka z lustrem, które ma poczucie humoru: rano, czyli około piętnastej pokazuje kogoś innego i czeka, czy się przyznam.

Rower — naturalnie, że z drugiej ręki i z trzeciej historii. Kupiłem go od lokalnego znawcy cudzej własności, który zapewnił mnie, że „na sto procent kradziony w Wilanowie”. To ważne — w Wilanowie kradną estetycznie. Rower trzymałem na balkonie, przypięty do balustrady łańcuchem, który pamiętał romans z Titanikiem. Nigdy nie wiadomo, czy jakiś Batman z Wilanowa się nie połasi. Jeździłem nim, żeby trzeźwieć w ruchu. Opracowałem pętle po całej Warszawie: od Kamionka przez Stadion, potem przez most, po drugiej stronie kawałek bulwarów, łukiem przez Śródmieście, obowiązkowo zawijas po zwiad na Stare Miasto, bo co ja poradzę, że noc wciąga mnie jak magnes z bazaru. Wracałem jak człowiek po spowiedzi: lżejszy o grzechy, ale bogatszy w postanowienia.

Z Pączkiem tworzyliśmy duet. On prowadził mnie po mikroświatach zapachów, ja jego po makroświatach przejść dla pieszych. Mieliśmy swoje rytuały: on wąchał trzeci słup z rzędu (pierwszy i drugi to prowokacja), ja liczyłem okna, w których telewizor grał w „Milionerów”, znaczy że ktoś tam jeszcze był trzeźwy. Gdy wychodziłem z Pączkiem, chłopaki spod sklepu nie przestawali zaczepiać; Pączka znali wszyscy. — Pączek! — wołali czule. — Dawaj, dziadu. — A Pączek węszył im po butach i mówił nosem: „Wy też już tylko chcecie jeść i pić”.

Były groteski, jak to na dzielnicy. Pewnej soboty pani Pelagia wystawiła przez okno bieliznę „żeby się przewietrzyła”, po czym bielizna zsunęła się na balkon sąsiada. Sąsiad paradował po podwórku z bielizną, szukając skąd mogła spaść, co mąż Pelagii uznał za dowód zdrady. Innym razem w nocy ktoś grał „Sto lat” na trąbce i zatrzymał się przy „sto”, co okazało się bardzo przewrotne, bo jubilat nazajutrz trafił do szpitala „na obserwację”. Na skwerku powstał klub nordic walking bez kijków — członkowie szli pewnie, kijów nie potrzebowali, bo każdy miał argument w kieszeni.

Mnie to wszystko grzało jak farelka w kiblu. Człowiek, co się kręcił po hotelach i udawał cień w windach, tu miał imię. Pani Lila wołała: „Panie Heniu, Pączek już stoi przy drzwiach!”, pan Misiek wyrokował: „Pan Heniek to swój”, a Carrefour pikał. Nad ranem, kiedy zasypiałem, słyszałem balet klatek schodowych: trzask – pauza – szuranie – szept – trzask. Potem kolejna karetka. Było w tym coś jak w muzyce: rytm miasta, które nie może spać, bo boi się, że się obudzi gdzie indziej.

Rower wiózł mnie przez tę symfonię jak metronom. Raz nawet — nie będę udawał — przyjechałem nim na Mazowiecką. Stanąłem pod klubem, zapiąłem go do znaku „zakaz wjazdu”, który przyjął to z godnością, i wszedłem jak człowiek, co udaje, że właśnie wyszedł. Potem wróciłem pieszo, bo rower zmienił właściciela. Na szczęście następnego dnia znalazł się za rogiem z karteczką „przepraszam, żart” — słowo „żart” było napisane innym charakterem pisma, niż reszta.

Czasem siadałem na balkonie z herbatą (czyli herbatą), patrzyłem na skwerek i myślałem, że można żyć między awanturą a pieszczotą sąsiadów, między piknięciem Carrefoura a psem, który już nie słyszy dzwonka. Że to jest moja szkoła normalności: mieć 34 metry świętego spokoju i prawo do „dzień dobry” o piętnastej.

Aż przyszedł tamten poranek.

Ocknąłem się na rowerze. Nie pytajcie, czy to zdrowe — to była logistyka kaca. Jechałem, znaczy toczyłem się, przez miasto i nagle zrozumiałem, że coś nie gra. Warszawa… milczała. Ulice puste, jakby ktoś zabrał je na przegląd techniczny. Żadnych klaksonów, żadnych nerwowych rowerzystów, nawet metro jakby oddychało ciszej. Był piękny sierpniowy dzień, słoneczny jak pocztówka, powietrze miało smak czystego szkła. Pączek — o ile można tak powiedzieć — zaszczekał mi w pamięci, a ja poczułem, jak kac zaczyna mnie kopać od środka jak nienarodzony pomysł.

Stałem na skrzyżowaniu, sam jak znak zapytania. „Miasto bez ruchu” — pomyślałem. „Człowiek bez hamulców” — dodałem. I nie mogłem zdecydować, które z tych dwojga jest bardziej nienaturalne.

Rozdział 7 — Mój rower i ja kontra defilada

15 sierpnia 2025, piątek. Dla mnie zwykły dzień roboczy, bo moja robota nie ma wolnego, ma tylko „jeszcze jeden kurs” i „zaraz wracam”. Złapałem rower z balkonu, tego wilanowskiego arystokratę po przejściach, i po cichu puściłem go w dół po schodach, żeby sąsiedzi nie zrozumieli, że ja żyję. Kac miał we mnie koncert życzeń w trybie stereo: w lewym uchu prosił o ciszę, w prawym domagał się wody z cytryną i przebaczenia.

Na Kamionku powietrze było jak szybka z lodówki: zimne od środka, ciepłe na zewnątrz, z oddechem, który pisze po szkle „będzie dobrze”. Minąłem Panią Lilę z okna — machnęła mi ściereczką jak flagą, Pączek wystawił nos z klatki schodowej i zawarczał na wspomnienie spaceru. Zjechałem na Grochowską i poszedłem w mosty, bo tak się jeździ, kiedy się szuka powodu, żeby wrócić.

Miasto było puste. Nie w „niedzielny” sposób, tylko w „ktoś spuścił wodę z akwarium” — ryby na dnie, rośliny bez ruchu, bąbelki stojące w miejscu. Dwa samochody na krzyż, ale oba skręcały od razu tam, gdzie mnie nie ma. Tramwaj z motorniczym, co wyglądał, jakby jechał po powietrzu. Kobieta z pieskiem, który szedł smyczą na pusto, bo zapomniała wziąć psa, albo pies zapomniał wziąć ją. Nie ogarniałem niczego, oprócz pragnienia.

— Czy dziś jest święto? — zapytałem głośno, ale tylko mój rower odpowiedział skrzypnięciem, że „kto by tam wiedział”.

Most Świętokrzyski przeciął Wisłę jak brzytwa przez sen. Powietrze pachniało metalem i słońcem. Zjechałem do centrum. Barierki. Taśmy. Znak „objazd” z miną, że to wasz kłopot. Policjant z lewej, policjant z prawej, w środku wolność w odcinkach po pięć metrów. I narastający dudniący — bum-bum, bębny, werble, tuby, żeberka stalowe idące po asfalcie.

To miasto było zrobione z bębnów.

— Proszę zjechać w bok — powiedział mi pan w żółtej kamizelce, który miał minę człowieka, co nigdy nie skręca, tylko doradza innym.

W bok. W bok. W bok. I nagle — scena. Nie dla mnie, ale mój kac ją zobaczył pierwszy: podium, mównica, flagi, kamera na wysięgniku, dron celem wstępu do sumienia. I głos. Głos, który nie prosi o pozwolenie, tylko wchodzi do środka, robi przegląd wątroby i wyciąga wnioski. Głos prezydenta Nawrockiego, rozkręcony do ilości, która nie mieści się w człowieku. „Polska będzie silna!” — a we mnie pękło.

— Przepraszam — powiedziałem do siebie. — Ja chciałbym ciszę.

Ja i cisza, stara niemożliwa para. Zjechałem na krawężnik, oparłem but o asfalt, złapałem kierownicę tak, jak ludzie łapią się krzyża, a drugą ręką sięgnąłem do mojego dzwonka, czyli vuvuzeli przytwierdzonej do rury taśmą, która pamiętała coś pięknego. To nie był zwykły dzwonek, to była trąba eskalacyjna, patent własny. Nacisnąłem delikatnie.

BWAAAA.

Nie było delikatnie. Było BWAAAA, które rozbiło powietrze jak talerz w kuchni, kiedy ktoś się spóźnia na obiad. Bęben się zachwiał, werbel zgubił rączkę, tuby poszły w tył jak koń, który zobaczył własny pomnik. Głos prezydenta się zaciął, jakby wpadł do garnka z makaronem. Ludzie przy barierce odwrócili się na mój dźwięk, a nie na jego słowa. To był mój najgłupszy triumf.

— Proszę się cofnąć! — zawołał pan w kamizelce.

— Ja się cofam od urodzenia! — powiedziałem i walnąłem drugi raz.

BWAAAA!

Wypruto mnie na tej sylabie. Zrobiło mi się lepiej, bo człowiek czasem musi zatrąbić światu prosto w twarz, żeby mu wyjaśnić kulturę. Z prawej weszło dwóch policjantów. Z lewej weszło dwóch policjantów. Z przodu weszła Rzeczpospolita i kazała mieć szacunek.

— Obywatelu, proszę odłożyć trąbkę i zejść z roweru — powiedział policjant numer jeden, spokojny, jakby prosił o sól.

— To jest dzwonek — wyjaśniłem merytorycznie. — Vuvuzela to nazwa handlowa. A ja proszę o ciszę, bo to piątek. W piątek obywatele pracują.

— Zejdzie pan — powtórzył numer jeden.

— Ja schodzę — przytaknąłem. — Ale niech on zejdzie z mojej głowy. — Wskazałem na głośnik, który robił w mojej czaszce pokaz mocy.

Nacisk na łokieć. Nacisk na kierownicę. Taśma pęka z jękiem jak stara guma od majtek. Vuvuzela spada, łapie się szprych, koło robi „nie wolno”, ja robię „przepraszam”, barierka robi „bzdęk”, kolano mówi „byłem pierwszy”. Leżę. Wokół mnie tłum, nie to tylko dwadzieścia osób. Ci z telefonami, którzy wszystko szczują na piksele, ktoś w kapeluszu, ktoś w koszulce „Polska górom”, chłopiec na hulajnodze, co pyta: „Mamo, co pan robi?” — „Pan robi problem” — mówi matka.

— Panie — mówi do mnie głos kobiecy, dźwięczny jak z reklamy czekolady. Pochyla się reporterka. — Przeciw czemu pan protestuje?

I tutaj wyrosłem jak trawa po deszczu. Wstałem, ale pół wstania, bo policja trzymała mnie w półformie. Odchrząknąłem jak pan profesor przed egzaminem, chociaż byłem po.

— Proszę pani — mówię wyraźnie, bo chcę, żeby mnie zrozumiano nawet przez telewizory ze ściszonym pilotem. — Przeciw rykom protestuję. Niech się pan Prezydent nie drze jak na jarmarku, bo nie przystoi. Bo piątek, bo człowiek pracuje, bo są uszy, które mają prawa. W skrócie: ciszej.

— Czy to sprzeciw wobec polityki głowy państwa? — ona swoje, z zawodową radością.

— To sprzeciw wobec darcia ryja — odpowiadam. — Nie czuję tu polityki. Czuję megafon.

— Proszę, do radiowozu — mówi policjant numer dwa, któremu już pęka cierpliwość jak kamizelce.

I tam się kończy mój happening. Nie ma żadnego skoku na podium, nie ma wieszania flagi na moim sumieniu, nie ma mnie w kadrze z orłem. Zwykła procedura — ręce na plecy, pas w poprzek wolności, buty w kierunku wozu. Rower zniknął gdzieś z boku, pewnie ktoś właśnie tłumaczy felgom, że nic złego nie zrobiły. Dwóch panów prowadzi mnie, jak się prowadzi gościa, który nie zna drogi do wyjścia.

Za plecami prezydent zamyka akapit, orkiestra wraca do rytmu, bęben do brzucha. Słyszę jeszcze, jak pan w kapeluszu mruczy: „musiał być pijany”, a pani obok: „albo chory na głowę”. Oni też chcą ciszy, tylko nie wiedzą, że ja też. To jest właśnie demokracja: każdy wie, że ma rację.

W radiowozie pachnie plastikiem i rozmarynową choinką z promocji. Drzwi robią klak. Siedzę. Siedzi obok policjant z twarzą człowieka, który lubi kapustę. Drugi z przodu włącza coś, co huczy jak kot. „Dokumenty” — mówi ten obok. Wyciągam portfel. Wyciągam — i robi się teatr wewnętrzny.

Bo ja dzisiaj rano miałem być u Bolta. Tego Bolta, co się nie pyta, tylko płaci. Paszporty miały pójść przed południem, kilka sztuk, drobne, do tego torebki — resztki nocy, przeterminowane śmiechy i sprawy. Nie poszedłem, bo przecież piątek i człowiek pracuje — to znaczy jedzie po ciszę. I teraz to wszystko jest przy mnie. Przy mnie. Nie w opowieści, nie w cudzysłowie. W plecaku. W kieszeniach. W życiu.

Wyciągam portfel, a pod nim — torebka. Malutka. Biel jak niewinność, gramatura jak patyk do lizaka. Obok — druga. W kieszeni kurtki — trzecia, bo kurtka lubi symetrię. Policjant patrzy z uprzejmością, która robi się napisem. Sięgam do tylnej kieszeni spodni — paszport. Sięgam do drugiej — paszport. Otwieram plecak, żeby poszukać dowodu — paszport. Nie mój. Paszport. I jeszcze jeden, który dużo widział w życiu, ale mnie widzi pierwszy raz.

— To co to jest? — pyta policjant, jakby nie widział, tylko chciał usłyszeć moją interpretację.

— Pomyłka — mówię. — Przesyłka. Zbiórka.

— A to? — wskazuje torebkę.

— Cukier. Do herbaty. Drobno mielony, bo preferuję rozpuszczalne trudności.

— Rozumiem — mówi policjant. — A teraz proszę po kolei: zawartość plecaka na siedzenie.

I wtedy, drodzy państwo, zobaczyłem, jak głupota ma wagę. Każdy paszport ważył tyle co nazwisko. Każda torebka tyle, ile dzień w prokuraturze. Nagle moja vuvuzela, całe to BWAAAA, stała się rzeczą niewinną, dziecinną trąbką, co przeszkadza na imieninach. Prawdziwy hałas dopiero się zaczynał: szelest foliowych woreczków, plask paszportów o plastik, stuk długopisu o protokół.

— Protokół sporządzamy w obecności… — zaczął policjant w mojej głowie, a ja wzdrygnąłem się na słowo „obecność”, bo ja chciałem być nieobecny.

Do komendy na Jagiellońską było niedaleko mostem Śląsko-Dąbrowskim specjalnie dla mnie otwartym, ale droga się wydłużyła jak lista życzeń. Za szybą migały mi barierki, głośniki, wstęgi, polska sierpniowa pogoda. Dwie dziewczyny z timesquare’ową pewnością siebie i wywalonymi na wierzch jak Mick Jagger jęzorami robiły selfie pod flagą. Harcerz salutował do czegoś, co jechało na lawetach. Pan z balonami w kształcie serc wiedział, że dziś słabo pójdzie, ale trzymał je wyżej niż mój honor. A my cięliśmy rozgrzane powietrze z rykiem i na bombach. Jak ja chciałem ciszy i… pić. Przed moimi oczami pulsowała kawa w czerwonym kubku u mamy.

W środku chłód papierologii. Palce policjantki stukają w klawiaturę, jakby grała „Marsz weselny”. „Dane”, „okoliczności”, „zabezpieczenie”. Dzwoni telefon od tej reporterki z TVN, ale nie do mnie do naczelnika. Ten wpada i pyta: — czy mogą użyć cytatu. „Proszę bardzo” — mówię nirwaną. — „Ciszej”.

Wypuszczają mnie po kilku godzinach — nie jak gościa, raczej jak przypadek. Do ręki dostaję poczucie, że czegoś nie domknąłem: kartę z numerem sprawy, paragon z własnej głupoty, brak roweru pod ręką. Idę pieszo na Kamionek, bo mój Wilanów pojechał w nieznane. Wieczór zjada mi buty. W głowie kwitnie myśl: „to się nie nagrało”. I w tym momencie Pelagia i jej wiecznie grający coś telewizor.

TVN. „Fakty” u Pani Lili z Pączkiem pod pachą. Gorąco, korek, pomost w Sopocie, potem „Dzień Wojska Polskiego”. Kadr z drona — stolica jak na pocztówce. Prezydent mówi, wszystko jak z tłumaczenia symfonii na megafon. I ja. Z boku, na dwa palce, w kadrze jak paproch. Vuvuzela w czerwonej gumie jak nos klauna. Dwa ruchy policjantów: „proszę”, „dziękuję”, koniec. Głos lektora: „Niezadowolony z przemówienia próbował zagłuszyć Prezydenta RP. Został zatrzymany.” Potem reporterka: „Przeciw czemu pan protestuje?”, a ja, w lepszym dźwięku niż na żywo: „Żeby prezydent nie darł ryja jak na jarmarku. Nie przystoi. Ciszej.”

Uśmiecham się zmęczony, bo to jest pierwszy raz, kiedy pokazano mnie w telewizji z moją opinią, a nie cudzą. Zamykam oczy, ale w środku dalej gra BWAAAA. I w tym BWAAAA słyszę siebie: człowieka, który wrzeszczy o ciszę, człowieka z plecakiem pełnym hałasu, który miał iść do kogoś innego, a został ze mną.

Siedzę na parapecie. Na skwerku pan Misiek śpiewa „Jeszcze po kropelce” z towarzyszeniem harmonijki pana Romka, co umie tylko wejście, ale gra je godzinę. Chihuahua w okularach szczeka na zielone „EXIT”, a „EXIT” nie wie, w którą stronę iść, więc miga w obie. Pani Lila woła przez okno, że Pączek się rozmyślił, i czy wyjdę jutro „dla zdrowia”.

— Wyjdę — mówię. I myślę głośno: „Heńku, chciałeś ciszy. Dostałeś ciszę z podpisem.” A zaraz potem śmieję się, bo wiem, że jutro rano obudzę się znów z trąbą w ręku, co chce grać w niewłaściwej tonacji.

Rano, zanim się obudzę, przyśni mi się jeszcze, że prezydent mówi do mnie szeptem: „Szanowny Panie Heńku”, a ja mu odpowiadam przez plastikową rurę: „Po prostu ciszej”. I dopiero potem zobaczę siebie z wczoraj: upadek, asfalt, taśma, dłoń policjanta, reporterka, mikrofon; i na końcu — plecak, który zapomniałem, że mam, a który pamiętał o wszystkim.

[Przypis Protokolanta: „Stan faktyczny na dzień 15.08.2025: zatrzymanie porządkowe; ujawnienie zawartości plecaka i kieszeni — materiały zabezpieczone; cytat medialny — zgodny. „Ciszej” — nie stanowi okoliczności łagodzącej.]

A jednak — śmieszne to wszystko. Bo człowiek to jest taki instrument, co chce grać ciszej, ale ma vuvuzelę zamiast skrzypiec. I jeszcze do tego plecak, który gra swoje. I orkiestrę, która nie pyta o zdanie. I telewizor, który wszystko streści w jednym zdaniu. I mnie — co wchodzi w kadr jak przypadek, a wychodzi jak zderzenie.

Wieczorem znów siadam na balkonie. Z dołu ktoś woła: „Panie Heniu, w telewizji pan był!”, a ja krzyczę w dół: „Ciszej!” — i cały Kamionek, jak jeden organizm, parska śmiechem. Bo nawet śmiech — jak wszystko — bywa za głośny.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania