Pralnia spółdzielcza
Smugi popołudniowych cieni, rzucane przez zakurzone afisze na witrynie, kładły się na szarych, rozgrzanych wiosennym słońcem kaflach niczym rozciągnięte, geometryczne romby. Farba na ścianach przeżywała swoją własną, powolną agonię: była to hybryda żółci i zieleni, łuszcząca się płatami, pod którymi gdzieniegdzie pulsował trupi, złośliwy seledyn—chromatyczny testament minionych dekad. Ponad tym wszystkim panował sufit: sklepienie ulepione z kurzu i tłustych kłaczków bawełny, ozdobione trupio bladymi za dnia jarzeniówkami oraz leniwym, sufitowym wiatrakiem. Ów trójskrzydły potwór krążył bezwładnie, bujając się z boku na bok w somnambulicznym, hipnotycznym transie, jakby mdlał od własnego monotonnego obrotu.
Dudnienie. Monotonny pomruk pralek. Szum. Syczący oddech suszarek. Terkot. Rytmiczne, prowincjonalne narzekanie wiatraka. Ten akustyczny całun nie był jednak w stanie spłoszyć stałych bywalców. Ci, wciśnięci w niewygodne, plastikowe fotele, sączyli neurotyczną lurę z ekspresu, który drżał na chybotliwym stoliku tuż po prawej stronie drzwi na zaplecze. Drzwi te, usytuowane dokładnie naprzeciwko wejścia, porażały jaskrawą czerwienią. Zarówno agresywny kolor, jak i uderzająca świeżość tej powłoki malarskiej nie pasowały do niczego w tym zatęchłym wnętrzu.
Czerwone skrzypnięcie. Drzwi ustąpiły z namysłem, wypluwając na salę Pana Technicznego. Zimnym, rutynowym wzrokiem zlustrował salę, bezbłędnie licząc ludzkie głowy. Palce nawykłe do metalu sprawdziły miseczkę: czy bilon zgadza się ze słupkami żetonów, skrupulatnie wzniesionymi niczym małe, mosiężne wieże. Dlaczego akurat dwanaście w słupku? Ta zagadka – mistyczna i biurokratyczna zarazem – dręczyła go od lat, lecz milczał. Zawsze zastanawial się dlaczego musi ustawiać słupki dwunasto-żetonowe, ale nigdy nie ośmielil zapytać ani Pana Właściciela ani Pana Kierownika.
Nie witając się z nikim, przemaszerował przez całą długość pralni, niosąc przed sobą swój chłodny, urzędniczy profesjonalizm. Nie była to jednak zwykła gburowatość; pan techniczny po prostu łaknął roli widza. Zwolnił kroku przy wyjściu, pozwalając swojemu czujnemu uchu wyłowić z wilgotnego powietrza głośniejsze niż zwykle, niemal piskliwe argumenty.
Matrony biadoliły. Była to polifonia narzekań na synów, córki i mityczne wnuczęta—litania domowych grzechów rozpuszczona w zapachu detergentu. Jedynie dwie kobiety wyłamywały się z tego chóru: Pani Mecenas i jej młoda, nieco spłoszona towarzyszka, księgowa. Siedziały niczym wygnane arystokratki, z twarzami zastygłymi w masce chłodnego, estetycznego obrzydzenia, jakby drogą świadomej, intelektualnej eugeniki wyzbyły się wszelkiego instynktu macierzyńskiego. Pani Mecenas, ta wyższa, systematycznie uciskała dłońmi własne kolana—był to mechaniczny, podskórny masaż mający na celu zamrożenie jakiejkolwiek mimiki. Księgowa natomiast odgrywała niemy teatr: jej dłoń krążyła nieustannie między piersią a ustami, kreśląc trajektorię między zgorszeniem a głębokim niedowierzaniem.
Pani Gąstowicz C, matka pewnego mało rozgarniętego młodzieńca, rozpaczliwie próbowała odwrócić uwagę zgromadzonych od tematu męskiej bielizny – rzekomo skażonej brakiem higieny i dziką młodością. Jeszcze bardziej wykręcała się od odpowiedzi na pytanie Pani Adamowskiej F, skąd, u licha, potrafi z tak laboratoryjną precyzją ocenić naturę plam i wydzielin, z którymi obcuje przy praniu.
— Młodość! Młodość rządzi się swoimi prawami! — argumentowała natarczywie, niemal histerycznie.
— Ach, przestań już, Gąstowicz — przerwała jej Pani Adamowska F, a jej głos przeciął powietrze jak gilotyna. — Powiedz nam lepiej, z łaski swojej, czy ty te jego... młodzieńcze prawa mieszasz w jednym bębnie z własnymi koszulami nocnymi? No, odpowiedz.
Pani C zaskwierszała—dźwięk ten przypominał kroplę wody rzuconą na rozgrzaną patelnię. Parsknęła nieszczerym śmiechem, poprawiając kołnierzyk:
— Ależ skąd! Co za absurdalna insynuacja! Zresztą...
Panie Witkowska B i Izdebska E zawtórowały przyjaciółce krótkim, szyderczym staccato.
Obie były matkami córek, co dawało im poczucie absolutnej wyższości higienicznej i moralnej. Mimo to Pani Izdebska E, ulegając nagłemu, niemal masochistycznemu impulsowi, postanowiła podzielić się własnym sekretem.
— A jednak... — zaczęła cicho, a jej głos stał się nagle gęsty, zawiesisty. — Bielizna mojej małej od pewnego czasu pachnie... niepokojąco. Słowami tego nie oddam. To zapach ciężki, duszny, jakby...
— Może po prostu szafuje swoimi wdziękami zbyt hojnie? — rzucił nagle głos od strony okna. – Podobno wtedy zaczynają źle pachnieć.
Był to nieznajomy, dotąd bezużyteczny element tła, wpatrzony z nabożnym zachwytem w wirujący bęben suszarki. Pani Adamowska F parsknęła, lecz zanim zdołała sformułować ripostę, Pani Adamowska F podchwyciła trop:
— Albo coś bierze! Takie rzeczy wychodzą z moczem. Mocz się przecież testuje, żeby wykryć!
— Co?! — Pani E wrzasnęła, a jej twarz pokryła się siatką purpurowych naczynek. — Moja córka? Narkomanka? Wspólna dziewka?! A pan co? Pytali pana o coś?!
Nieznajomy powrócił już jednak do swojej kontemplacji wirującej bawełny. Rzucił tylko przez ramię, z nutą melancholijnego rozbawienia:
— Ja? Nic. Tylko pomagam.
Księgowa, pragnąc wnieść do tej rynsztokowej debaty odrobinę nowoczesnego intelektualizmu, poprawiła okulary:
— Proszę pań, stres oksydacyjny, alienacja tkanki w akcie odartym z afektu... Seks bez miłości zmienia gospodarkę hormonalną, co w konsekwencji modyfikuje florę...
Jej naukowe preludium zostało brutalnie przerwane lodowatym, wzgardliwym spojrzeniem Pani Mecenas oraz demonicznym grymasem Pani Enasz G, która zamiast wiwisekcji zapachowych wolała twarde rozwiązania medyczne:
— Lekarz, moje panie. I to natychmiast. Plus, oczywiście, wieczne ryzyko niechcianej latorośli.
W powietrzu zawisło niewypowiedziane, makabryczne wyzwanie. Nikt nie palił się do gremialnego wąchania cudzych gaci,, ale Pani D ostatecznie uderzyła pięścią w stół:
– Głosujmy! Wstyd minie, a o dzieci trzeba się troszczyć! – Po czym fuknęła w stronę okna: – Pan też pomoże?
– Raczej mało stosowne – padła odpowiedź. – Poza tym są lepsze sposoby. Ale wąchajcie do woli. Może do czegoś dojdziecie, skoro wątpliwości już macie.
W tym momencie na salę powrócił pan techniczny i dosłownie skamieniał. Z jego gardła wydobyło się jedynie żałosne, ptasie:
— Co... co tu się, u licha, dzieje?
— Wąchają portki swoich dzieci, ustalają fakty – mruknął Nieznajomy.
Pan Techniczny, przerażony tą bakchanalią, obszedł zgromadzenie jak najszerszym, eliptycznym łukiem. Pospieszył na zaplecze, by zameldować Panu Kierownikowi, że plac przed pralnią jest czysty, plakaty na stojakach idealnie symetryczne i wszystko gotowe na krytyczne oko Pana Właściciela. Pan Właściciel był przecież zacnym człowiekiem o kruchej, wręcz neurotycznej wrażliwości; taki widok mógłby trwale uszkodzić jego poczucie estetyki. Znikając w mroku korytarza, Pan Techniczny westchnął tylko z głęboką dezaprobatą.
Tymczasem ta osobliwa "degustacja" trwała. Wywoływała skurcze żołądka, odruchy wymiotne u wrażliwszych matron, ale owocowała też lawiną intymnych wyznań. Wyglądało to jak profanacja dawnych, plemiennych rytuałów: niegdyś skupieni wokół ogniska opowiadaliśmy sobie historie dla potomnych; dziś, skąpani w parze i zapachu cudzego potu, analizowaliśmy gacie owego potomstwa. Towarzyszyła temu porażająca lista ludzkich ułomności: ta się spiła, ten pobił, ów ukradł, tamta zniknęła na dwie doby bez słowa, ten nie wstaje z łóżka, trawiony apatią, ta nie widzi świata poza czubkiem własnego nosa... Skąd ten nadmiar zepsucia w tak młodych ciałach? Kto napisał ten scenariusz?
W kulminacyjnym punkcie, gdy Darzyk A podsuwała pod sam nos Izdebska E majtki jej własnej córki, krzycząc w amoku: „A czym to tobie śmierdzi?! Moim?!”, a Źielińska D i Enasz G nurkowały w koszach po kolejną porcję dowodów, do pralni wkroczył Pan Właściciel.
Jego sylwetka natychmiast stężała. Wykonał duży, przesadnie ostrożny krok w bok, zbliżając się do Nieznajomego niczym konspirator do swego mocodawcy.
— Pan to widzi, prawda? — wycedził, a w jego głosie wibrował autentyczny lęk.
— Tak, obawiam się, że to widzę — usłyszał w odpowiedzi cichy, aksamitny głos.
Właściciel, nie odrywając oczu od intermédium, szepnął z wyrzutem:
— Firma powinna mnie uprzedzać o takich wizytach... i o takich... patologiach również.
Nieznajomy uśmiechnął się swoim stałym, smutnym uśmiechem:
— Niestety, drogi panie, pewnych anomalii nie da się wpisać w żaden ziemski kalendarz. Następnym razem postaram się o awizo.
— Pan... pan im pomoże, prawda?
— Tak, już zasygnalizowałem im tę konieczność. Jeśli łaska... proszę odprawić pana technicznego na zewnątrz. Niech pilnuje wejścia. I niech pan kierownik zaparzy świeżej, mocnej kawy. A przy okazji... niech sprawdzi, czy w zakamarkach biurka nie ostały się jakieś stare, zardzewiałe żetony. Te dawno wycofane z obiegu.
— I to wystarczy? — upewnił się Właściciel.
— W zupełności. Ach, czy na zapleczu znajduje się zlew? Chciałbym... obmyć dłonie.
— Tak, oczywiście.
Za czerwonymi drzwiami, w wilgotnym cieniu korytarza, stał Kierownik. Wsłuchiwał się w monotonny szum wody z łazienkowego kranu, ściskając w dłoni chłodną zwijkę metalowych krążków. Gdy Nieznajomy wyszedł, Kierownik podał mu.
— Nieużywane — szepnął, jakby przekazywał zakazany owoc.
— Doskonale. Dziękuję — odparł tamten, obrócił się na pięcie i pchnął klamkę czerwonych drzwi.
Jego ponowne pojawienie się przy stoliku zadziałało jak uderzenie pioruna. Uciszyło matrony, zmęczone już tą bezsensowną, animalistyczną dramą.
— Przyszliście państwo zrealizować pranie, czyż nie? — odezwał się Nieznajomy, a jego głos miał kojącą strukturę jedwabiu. — Proszę napełnić maszyny. Ja zajmę się kwestią żetonów. Potraktujcie to państwo jako rekompensatę za moje wcześniejsze... nietaktowne uwagi.
Kobiety, posłusznie potakując głowami w nagłym, niemal hipnotycznym paradygmacie zgody, zaczęły ładować odzież do bębnów. Kierownik wślizgnął się na salę i, omijając Nieznajomego, podał mu kubek parującej kawy. Mężczyzna tymczasem kroczył powoli od automatu do automatu. Brzęk. Żeton wpadał w metalową szczelinę. Klik. Stał przy każdej suszarce i pralce, dopóki bęben nie szarpnął i nie rozpoczął swojego oczyszczającego, wodnego tańca.
Podniósł kubek do ust:
— Wyśmienity bukiet. Dziękuję.
— Nie ma za co — bąknął Kierownik, ocierając spocone czoło. — I... co teraz?
— Teraz? Nic. Patrzymy i czekamy.
Obaj stali w milczeniu, obserwując znieruchomiałe matrony, których wzrok był teraz ślepo wlepiony w wirującą w bębnach pianę. Kierownik uśmiechnął się blado i wyszeptał pod nosem:
— Tak... tak się właśnie pierze.
Pani Mecenas wstała cicho i podeszła do stolika. Rozlewając resztkę kawy do pary kubków, spojrzała na Nieznajomego z ukosa:
— Ja pana znam. Widziałam pana w centrali Firmy. Pan jest od nas, prawda?
— Wszystko na to wskazuje, łaskawa pani. Pani jest z siódmego piętra?
— Tak — uśmiechnęła się blado. — Miło mi. Nie chciałabym być niedyskretna, ale moja młoda koleżanka... ta księgowa... ona jest u nas nowa. Czy pan... czy byłaby szansa na...
Nieznajomy przerwał jej z nienaganną, chłodną uprzejmością:
— Obawiam się, że muszę odmówić. Jestem żonaty, a struktura Firmy nie sprzyja... Ale jestem pewien, że pani przyjaciółka odnajdzie u nas swój wewnętrzny spokój. Będzie jej... poprawnie.
Pani Mecenas, uśmiechneła się i odeszła z kawą dla siebie i koleżanki.
Lokal opustoszał tuż przed tym, jak słońce ostatecznie utonęło w zachodniej purpurze. Pan Techniczny z głośnym, metalicznym szuraniem opuszczał zewnętrzne rolety. Pan Kierownik na zapleczu studiował księgi, szukając idealnego bilansu.
Przed budynkiem, w chłodnym, wieczornym powietrzu, Właściciel i Nieznajomy wymieniali ostatnie wersy tej formalnej sonaty.
— A może by pan został? – zaproponował nagle Właściciel. – Zamówimy kolację. Mamy tu wyśmienitą restaurację opodal. Pierwszej klasy baranina, niech mi pan wierzy.
— Chciałbym, ale żona czeka – odpowiedział Nieznajomy, spoglądając w stronę ulicy. – Ale chętnie skorzystam z zaproszenia przy najbliższej okazji.
— To, błagam, niech mnie pan uprzedzi, zanim pan przyjdzie!
— Postaram się.
— Niech pan małżonkę tam zabierze! – zreflektował się Właściciel. – Jedzenie wyśmienite, atmosfera jak z bajki, a obsługa... obsługa nie z tej ziemi. Prowadzi to mój kuzyn. Dwie przecznice stąd, na Miejskiej. Wieczna Karczma się nazywa. Kolacja na mój koszt.
— Serdecznie dziękuję, nie omieszkam. O, już jest. Muszę iść. Dziękuję jeszcze raz i do widzenia.
— Kuzynowi podszepnę, że pan jest z Firmy, jeśli pan pozwoli! – dorzucił na odchodnym Właściciel.
Nieznajomy obejrzał się przez ramię, ginąc w wieczornym mroku.
— Owszem. Niech pan podszepnie. Do widzenia.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania