Problem autentyczności
Pozwolę sobie zrobić coś absolutnie niewybaczalnego, czyli podzielić ludzi. Na zdolnych podejmować decyzje o sobie i na podążających za ciałem. Nikt się nie dziwi, kiedy zwierzęta zachowują się tak, jak je nauczono – dzikie warczą, a udomowione są bez ciebie bezbronne. Tak samo dzieci. Po prostu próbują przeżyć trudny okres bezbronności. Ich ciała to mechanizmy dbające o przetrwanie. Rozumiemy, że w miarę jak dorastamy stajemy się coraz mniej zwierzęcy, a coraz bardziej ludzcy. My dorośli jesteśmy przecież sobą. Nie zupełnie się nie zgadzam. Rozumiem czemu należy nam wierzyć w naszą wolną wolę. Sądzenie obywateli i utrzymanie porządku wymaga od nas wychodzenia z założenia, iż każdy jest odpowiedzialny za swoje czyny. Oczywiście istnieją okoliczności łagodzące. Łatwiej nam zrozumieć brutalność osoby, która jako dziecko właśnie tak była traktowana. Łatwiej nam zrozumieć nieludzkie czyny, gdy ludzie są w skrajnej rozpaczy, głodni, zmęczeni. Uważam, że u każdego dobrego człowieka okoliczności wpływające na zachowanie zarówno własne jak i innych powinny wzbudzać współczucie. Nie potrafilibyśmy jednak funkcjonować jako państwo zamieniając każdą rozprawę sądową w terapię rodzinną, by dociec kto tak naprawdę jako pierwszy zawinił przestępcy-czyjemuś-przecież-dziecku. Nie potrafilibyśmy funkcjonować, pociągając rodziców do odpowiedzialności za czyny swoich dzieci, czy tłumacząc każdą krzywdę zaburzoną homeostazą organizmu spowodowaną głodem czy zdenerwowaniem. Przede wszystkim dlatego, iż gdyby odpuszczono jednej osobie, gdyż faktycznie była przerażona i słusznie wściekła, inni inteligentni mówcy korzystaliby z tego przykładu. by uzyskać oświadczenie o niewinności dla swoich zdecydowanie winnych klientów. I to boli. Ale tak jest.
Nie chcę jednak mówić o sytuacjach skrajnych, gdyż nie chcę pozorować się na człowieka, który torturowany zachowałby kamienną twarz i podejmowałby decyzję podług wyższej moralności a nie potrzeb ciała. Urodziłem się w miejscu, które pomimo inflacji i tym podobnych w perspektywie historycznej jest cholernie bogate. Szara codzienność jest jednak wystarczająca dla ciekawych obserwacji. Chociażby jak taka, jak odmiennie ludzie zachowują się przed obiadem. Jak okoliczności artykulacji prośby potrafią wpływać na rozbieżność rezultatu z oczekiwanym rezultatem. To w miarę oczywiste, ale mnie zajęło to więcej czasu, niż można by się spodziewać. Być może jest to kwestia mojego wrodzonego odmiennego sposobu myślenia. Nigdy nie prosiłem nikogo, by stwierdził, czy moje tendencje mieszczą się na spektrum autyzmu, bo w momencie życia, kiedy byłem na tyle wolny, by przypuścić taką myśl, byłem też wystarczająco zaznajomiony z moimi preferencjami, by nie wymagać dużego zewnętrznego wsparcia. Być może kiedyś się dowiem. Na razie trzymam się narracji, że moja percepcja jest odmienna od percepcji większości populacji. Przez to zapewne wydawało mi się, iż głód nie wpływa na decyzje wymagające wyłącznie racjonalnego rozumowania. Czemu zatem mama miała by na mnie krzyczeć, bym wrócił do pokoju, gdy proponowałem jej moje wyjście ze znajomymi, popierając logicznymi argumentami dlaczego nic mi się nie stanie a bardzo będę szczęśliwy? Czemu miałbym czekać do rana, by zanieść jej śniadanie do łóżka i wtedy zaczynając od kilku sugestii w końcu zapytać o pozwolenie?
Kiedy dorosłem na tyle, by mieć jakąś samoświadomość, poświęciłem się obserwacji ludzi jako mechanizmów. Jako dziecko byłem zbyt zaangażowany w ten świat. W końcu od rodziców zależał mój dobrobyt i musiałem dostosować się do ich woli, niezależnie od moich potrzeb. Chciałem też zdobyć przyjaciół a to wymagało poddaniu się woli grupy. Długi czas grałem moją rolę idealnie, nawet nie mając pojęcia skąd we mnie taka potrzeba. Pamiętam jak nauczałem moich przyjaciół, że nie należy opowiadać konkretnego rodzaju żartów, gdy te nikogo nie śmieszą. Potrzebowałem wiele czasu, by zrozumieć, iż w ten sposób próbowałem nałożyć na nas wszystkich ograniczenia, które hamowałyby nas przez zrobieniem tego, na co najbardziej mieliśmy ochotę. Bałem się, że to, co ktoś chciałby zrobić to znów zostawić mnie samego, bym kolejne lata nauki przesiedział na podłodze z książką, próbując palcami uciszyć wszechobecny hałas. Potem idea bycia sobą chwyciła moje serce. Pamiętam jak rozryczałem się, słuchając wypowiedzi kobiety z autyzmem na temat jej codziennego życia. Po prostu pojawił się we mnie wszechogarniający smutek. Próbowałem wytłumaczyć moim przyjaciołom, że moje potrzeby są inne od ich potrzeb. Chciałem spędzać czas w znanych mi miejscach, bez muzyki w tle i odmawiać wycieczek w dalekie miejsca. Zostałem potraktowany jak problem. Powiedziano mi, że bawią się lepiej bez mojego narzekania. Usłyszałem moje własne słowa sprzed kilku lat z ust moich przyjaciół. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, iż nie miałem racji. Kiedyś irytowały mnie żarty, które odbijają się echem od ścian, bo czułem przymus, by jakoś na nie zareagować – zaśmiać się, upomnieć kogoś, iż jego komentarz był nieodpowiedni, zacząć inny temat, by przerwać niezręczną ciszę. Im dłużej poświęcałem się byciu sobą, tym więcej pozwalałem sobie na ignorowanie wewnętrznego głosu sugerującego mi słuszną ścieżkę przetrwania w społeczeństwie. Obecnie słyszę rasistowskie, transseksualne czy antytransseksualne żarty – jak jakiś mnie rozśmieszy, śmieję się, inaczej kontynuuję, co robiłem. Są takie frazy, które nadal budzą we mnie niesmak, ale jakoś nie potrafię się zaangażować emocjonalnie w przeciwstawianie się im. Mówię, iż nie lubię takich docinek, albo nawet krzyczę, ale nawet wtedy jest to krzyk widoczny tylko zewnętrznie, ustępujący gdy przestanie mieć swoją użyteczność. I uwielbiam ten prawdziwy świat o wiele bardziej, niż lubiłem mój stary świat. Dlatego pewnie raz zobaczywszy, o jak wiele szerszy jest horyzont, gdy spojrzę poza to, co akceptowalne społecznie, bezsprzecznie przez wszystkich (czyli w moim rozumieniu przez moją grupkę przyjaciół), nie potrafiłem zamknąć swojej osobowości w czterech ścianach przyzwoitości. Została mi przedstawiona oferta by albo się dostosować, albo być sobą. Kurwa, zgadnijcie co wybrałem. Natomiast nawet nie pojmujecie jak bardzo zdziwiło mnie, gdy ludzie, do których miałem tak cholerne zaufanie i szacunek przytaknęli na tę propozycję. Do tej pory jest mi tak w chuj smutno, gdy myślę o tym. I przyznaję się, że pomimo mojej wcześniejszej gadki o tym jak naturalne dla mnie jest racjonalne działanie, do tych ludzi mam absolutnie nieracjonalny żal, bo cała sytuacja zraniła mnie mocno. Krew z tej rany powoli zmywała ze mnie resztki tego kim byłem. A byłem szczęśliwym człowiekiem. Utraciłem moją naiwność i dziecinność. Już nie potrafię patrzeć na ludzi, którzy sprawiają wrażenie tak wspaniałych i czarujących, licząc że kiedyś się zmienią i przestaną popełniać wszystkie błędy, które sprawiają, że pomimo swojej charyzmy koszmarnie znieważają i niszczą ludzi na swojej drodze. Widzę te scenę, gdy wybrałem mój los. Przypominam sobie wrażenie o ludziach, jakie zostawiła po sobie ta scena. I odchodzę od wspaniałości, jeszcze raz się rozczarowując. Stąd poniekąd moja odważa propozycja o szukaniu ludzi innych od większości. Takich, którzy są jak gracze, w odróżnieniu od NPC, którzy boją się przygody, odpowiadają tylko to, co moderatorzy ich nauczyli. Nie jestem w stanie obecnie zapewnić, że wiem, co chcę powiedzieć, ale mam nadzieję wytłumaczyć mój sposób postrzegania.
***
Miałem kiedyś przyjaciela – bardzo inteligentnego, troskliwego człowieka, którego naprawdę go kochałem. Nie potrafię stwierdzić jaki to był rodzaj miłości. Wystarczająco istotny, by bolało mnie, że nie mogę nijak mu pomóc. Od dawna miałem potrzebę pomagania ludziom. Nie zniknęła zupełnie, dlatego wybrałem medycynę. Pojawiła się we mnie jednak jeszcze jedna potrzeba – ochronić siebie. Gdy obecnie spotykam się z niebezpiecznymi ludźmi, nie czuję potrzeby przemawiania im do rozsądku. Wiem, że nie pomogę im stać się bardziej otwartymi ludźmi, jeśli sami nie wybiorą prawdy.
Widzicie, sam traktuję siebie jako osobę, która wybrała prawdę i przez to obecnie nie potrafię już reagować wybuchami złości niszczącej wszelką racjonalną myśl, gdy ktoś pokazuje mi jak moje czyny wpływają na świat, w odróżnieniu od wspomnianych przeze mnie niebezpiecznych ludzi, którzy muszą za wszelką cenę wyprzeć z głowy myśl niezgodną z preferowaną przez nich narracją. Nie żebym lubił takie wytykanie mi prawdy. Choć to też zależy kto i jak mi swoją prawdę uzmysławia. Czasami faktycznie czuję, że ktoś jest niesamowitym człowiekiem i jego empatia i mądrość są czymś, czego pragnę – wtedy często czuję też, że uwagi tej osoby nie są bolesne, bo są też pełne współczucia dla mojego niedoświadczenia i słabości wobec temperamentu. Przepraszanie takich ludzi wydaje się zwykle banalnie proste. Tak, że nawet nie zauważam, że popełniłem okrutny błąd. Bardziej w pamięć zapadają mi jednak momenty, gdy ktoś z przewagą społeczną mówi mi, jak powinienem żyć. Widzicie, ci, którzy gotowi są naprawdę was zniszczyć za najmniejszy błąd, często przyciągają się do siebie nawzajem. Zbierają się w tłumy i sprawiają wrażenie stanowić mądrość całego świata. Jest to szczególnie łatwa iluzja do złapania się na, gdy wasz świat jest bardzo mały i ogranicza się do rodziny, szkoły, miasteczka. I pojawia się w was myśl, że tylu ludzi nie może nie mieć racji, choć tak naprawdę chodzi wam o to, że tylu ludzi mogłoby was zabić zarówno metaforycznie, jak i dosłownie. Prawda jest taka, że tylko kilka osób stamtąd chce was zniszczyć, reszta tak samo jak wy ma świadomość czym kończy się bunt. I te kilka osób, które nie cierpi prawdy, chce byście sprawiali, by czuli się dobrze i dlatego będą wam ochoczo mówić o waszych błędach i o tym jacy powinniście być. Nawet gdy na logikę rozumiecie, że ich życie jest beznadziejne i nie chcecie żyć jak oni, i dlatego nie przyjmiecie ich równie beznadziejnej porady – coś w was się zaciska, mózg zalewany jest falami uczuć, zwątpień mających na celu nie pomóc wam trzymać się prawdy, a przeżyć. I za każdym razem próbuję w tym całym chaosie opinii ustalić, co faktycznie ma sens. Czy jestem wspaniałym człowiekiem, czy jestem bezwartościowy? Czy mam próbować jak najlepiej ocenić swoją wartość? Obecnie w takich sytuacjach zwykle kładę ręce na ramionach, jakbym chciał się przytulić, albo jedną na piersi, drugą na brzuchu i oddycham, starając się też dotykiem, nie tylko przez słowa i myśli uświadomić sobie, że zawsze mam swoje wsparcie. Wiem jednak, że większość osób uczona jest przez niekochających siebie rodziców, że kochanie siebie jest złe. Uczeni są, że są ludzie zbyt kochający siebie i przez to będący tak egoistyczni, że nie potrafią zobaczyć potrzeb drugiego człowieka. Ten wniosek bazuje jednak na błędnym założeniu, że takie osoby siebie kochają. Prawda jest, że oni potrzebują adoracji i potwierdzenia własnej wartości z zewnątrz, i każda sugestia, że nie są tak wspaniali jak im się wydaje, boli ich strasznie. Prawdziwa miłość do siebie nie niszczy innych, bo też nie potrzebuje niczyjego potwierdzenia, żeby wiedzieć, że kierowana jest od wspaniałego, choć uczącego się człowieka do drugiego równie i bezwzględnie wartościowego. I każde potknięcie może być traktowane ze współczuciem. Zamiast tego wiele dzieci trwa w przekonaniu, że należy czuć się beznadziejnie, gdy zrobi się coś złego i za szybkie odpuszczanie sobie jest równie grzeszne, co sam grzech początkujący ich pokutę. Dlatego też pewnie dla wielu, który wybrali czuć się wspaniale jak najwięcej, każde trudne słowo, wywołuje kaskadę negatywnych emocji, traum z przeszłości. Tak jak mówiłem, tacy ludzie siebie nie kochają, choć zdają się ubóstwiać siebie ponad wszystko i dlatego, gdy zabraknie poczucia, że są świetni, ból pustki z powodu jednego błędu nie potrafi upaść w ciepłe otoczenie miłości, zamiast tego rozbija się na tysiące kawałków o biedne serce.
Chciałbym kiedyś nauczyć takich ludzi współczucia, ale może to być trudniejsze, niż bym chciał. Być może nawet bezcelowe. Co jeśli oni po prostu nie potrafią żyć inaczej? Skoro mieli taki sam dostęp jak ja do pomocy społecznej, do psychologów czy mogli porozmawiać ze mną – czemu nie wybrali szukać słusznej drogi, a skierowali się na łatwą drogę?
Kiedyś uparcie chciałem przekonywać ludzi, by szukali pomocy. Skoro ja potrafiłem otworzyć drzwi psychologa szkolnego, choć tyle oczu, kamer mogło potencjalnie na mnie patrzeć, zastanawiając się co mi musiało się odkleić, bym szukał terapii, czemu inni nie potrafili? Przecież mieli wsparcie mnie, mówiącego, że jestem z nimi i że to żaden wstyd.
Gdy mowa o ludziach obcych nie jest mi jeszcze tak smutno, niż gdy mówię o ludziach znanych mi od dawna. Przecież smutnej historii tych pierwszych mogę wcale nie słuchać (zresztą pewnie jest dodatkowo zabarwiona rozpaczą), nigdy nie pokładałem w nich nadziei, od początku widziałem kim są. Gdy jednak zna się kogoś zanim dokonają swoich koszmarnych wyborów, porównuje się tych niesamowitych ziomków, którzy mieli tyle osiągnąć, do ludzi, których widzisz w nich teraz. Ty potrafiłeś wydostać się z bagna, czemu oni nie? Czy jest coś co może wrócić ci przyjaciół? Tę więź, którą kiedyś z nimi czułeś i która miała się jeszcze rozwijać? Takie właśnie wątpliwości obijały się o moją czaszkę, gdy utraciłem mojego ukochanego przyjaciela.
Zawsze było mi go szkoda. Nie w takim stopniu dlatego, że miał paskudną sytuację rodzinną, jak dlatego, że nie potrafił się od tego paskudnego środowiska odciąć. Oczywiście jego rodzice mieli wiele wspaniałych cech, co w mojej ocenie nie zmieniało, że przez mamę tak często wątpił w siebie, nawet gdy dowód na własną rację miał przed oczami, zaś ojciec nie potrafił nic poradzić na dominację żony nad percepcją wszystkich domowników. Nie potrafił ani uratować siebie i odejść, czy pójść na terapię, ani obronić syna i pozwolić mu leczyć się wbrew opiniom matki, że nie jest złą opiekunką a z jej synem jest wszystko w porządku. Matka mojego przyjaciela często miała swoje „momenty” – tak przynajmniej ten nazywał, próbując eufemizmem sobie poradzić z poczuciem winy, że mówi o tym komuś z zewnątrz. Jego ojciec po prostu pozwalał jej zalewać chłonny umysł dziecka kolejnymi bolesnymi twierdzeniami, od czasu do czasu mamrocząc do ukochanej coś o uspokojeniu się. Często siadał na łóżku swojego ukochanego dziecka i tłumaczył, że matka miała zły dzień, albo zabierał chłopca na lody. Następnego dnia mój przyjaciel przychodził do mnie i przepraszał, że tak mnie męczy głupimi sprawami i że jego rodzice nie są tacy źli, że jego matka przeprosiła za swoje zachowanie i wytłumaczyła, że ona po prostu nie umie tego kontrolować, choć ma tak od dziecka. Nie dał się przekonać, by iść do psychologa szkolnego. Wspaniały, kochający i wierzący w ludzi człowiek, który zwyczajnie nie potrafił zobaczyć tego, co ja widzę. Czy naprawdę mogę wierzyć, że chciał być ślepy na fakty? Czy może urodził się zbyt słaby, by poradzić sobie z tym ciężarem? Tak jak niektóre dzieci są małe a inne krzepkie, tak on nie potrafił wytrzymać presji, która mnie wydawała się niewystarczająca, by kogokolwiek powstrzymać przed czynieniem tego, co słuszne i mądre?
Nie chciałem dodatkowo na niego napierać, więc po prostu go wspierałem. Myślałem, że ta bezinteresowna, oddana miłość wystarczy, by nasza przyjaźń trwała. Ale potem zaczął się ode mnie odsuwać. Mówił, że jego dziewczyna nie czuje się przy mnie komfortowo i że to nie jest dobry pomysł, byśmy ona i ja przebywali razem. W ten sposób wiele wycieczek, na których była ona, ja przesiedziałem w domu. W końcu ona była jego dziewczyną. Jakby miał wyjaśnić znajomym, dlaczego nie chce zaprosić swojej dziewczyny? Łatwiej było wytłumaczyć nieobecność przyjaciela z podstawówki. Nie było mi z tego powodu wybitnie smutno, bo jak wspominałem nie lubię obcych i głośnych miejsc. Nie czułem też żalu, że czuje się ze mną niekomfortowo, bo rozumiem, że ktoś może mnie nie lubić i się z tego nie tłumaczyć. Jednak nie sądzę, by jej dyskomfort brał się z tego, że między nami nie było chemii. Była to raczej kwestia tego, że przeze mnie jej chłopak miał wsparcie u kogoś, kto już dawno przejrzał jej sztuczki. A jednak postanowiłem uszanować jej uczucie i może to był błąd. Może byłem tak zafascynowany uszanowaniem argumentu, którego wypracowanie zajęło mi tyle czasu, że nie odważyłem się zakwestionować jej prawa do decydowania, z kim czas spędzać będzie jej chłopak. Kiedyś dużo się tłumaczyłem, potem zacząłem odmawiać „bo nie chcę”, „bo nie czuję się komfortowo”. I nie ufałem ludziom, który potrzebowali mojego tłumaczenia się, dlaczego nie chcę się z nimi spotkać. Istotne było dla mnie, by inni akceptowali moją odmowę i próbowałem to przekazać, akceptując innych. Później zobaczyłem, że jego dziewczyna używała niezgodnie z przeznaczeniem też innych moich niemalże świętych wartości. Wciskała ludziom bolesny bełkot, tłumacząc, że jest brutalnie szczera. Zachowywała się jak cham, tłumacząc, że po prostu jest sobą. A ja nie potrafiłem nic zrobić, bo zarówno prawda jak i autentyczność były dla mnie istotne. Strasznie długo mi zajęło, zanim zrozumiałem jaka była różnica między mną a nią. Wyobraziłem sobie co by się stało, gdybym ja był brutalnie szczery czy zupełnie sobą. Moja krótka znajomość z nią wystarczyła, by na to wyobrażenie przeszył mnie strach. Wtedy zrozumiałem też jak czuje się mój przyjaciel za każdym razem, gdy myśli o zaczęciu z nią jakiegoś trudnego tematu. A jednak cały czas z nią trwał, a nasza relacja stawała się coraz bardziej płytka. Zrozumiałem, że on nie potrafi utrzymać przed nią tajemnicy, bo wydaje mu się, że jego dziewczyna jest dobrą, godną zaufania kobietą, zaś ja uważałem, że cokolwiek jej powiem, może kiedyś obrócić się przeciwko mnie. Przestałem potrafić z nim rozmawiać szczerze, przez to przestałem potrafić w ogóle uczestniczyć z nim w jakiejkolwiek znaczącej rozmowie. Mówił mi, że nadal uważa, że jestem jego przyjacielem a ja nie wyprowadzałem go z błędu, ale wiedziałem, że skończy się tak, że będzie tylko od czasu do czasu wysyłał mi mema, by zapewnić siebie, że między nami nadal wszystko jest w porządku, a ja będę reagował śmiejącą się emotką, bo nie lubię pisać wiadomości. W końcu zapewnianie mnie o naszej przyjaźni mnie zmęczyło i przestałem nawet reagować, a on przestał wysyłać.
A jednak nie zmieniło to faktu, że nadal za nim tęsknię.
Jeśli ta historia wydawała ci się interesująca, zachęcam też do odwiedzenia mojego Wattpada
Komentarze (1)
Na raty, ale przebrnęłam.
Myślę, że naprawdę wielu ludzi jest w stanie się z Tobą utożsamić w tych rozmaitych rozważaniach i problemach - ja również. Praktycznie całe życie dojrzewamy, uczymy się, naśladujemy i dostosowujemy się do okoliczności i otoczenia, dlatego nie sposób jednoznacznie wyjaśnić ludzką naturę 😉
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania