Proces zatrzymany (lub moje pytanie " Gdzie ja właściwie jestem?)

Daleka nieskończenie kropla na powierzchni okiennej ( przylegająca do niej ściśle ciemność istnieje tylko dzięki tej punktowej kropli; powleka i zamyka głębię).

Ciemność jest ciężkością kropli - mieści się w niej całkowicie.

Ciemność uniemożliwia rozpostarcie okna - jego przesunięcie, pochłania jego drogę.

Płaska szklana tafla ( okienna) występuje zamiast części najistotniejszej - zamkniętej w domyśle - np. moim.

Celem ostatecznym okna jest dotykanie. Tak długo jak trwa dotykanie, potrafię zidentyfikować okno oraz dwa kolejne elementy.

W innym przypadku stracę możliwość widzenia czegokolwiek, narażę się na całkowitą

bezużyteczność zmysłów.

Ich obszarem są : okno, kropla, ciemność - obiekty zastępcze dla mojej obserwacji ( sztucznie utworzone Cokolwiek , które pozwala mi ustalić miejsce mojego przebywania).

Nigdy nie zbliżyłem się do okna - jedynego przedmiotu dotykalnego.

Gdybym to uczynił, dowiedziałbym się o bezpowrotnym zniknięciu „ tej” strony - tzn. mojej strony.

Przechowuję w pamięci pytanie o „miejsce , dokąd zapadła się podłoga...(?)

Godzę się na zredukowanie mnie do obszaru pamięci - unikam określeń „ Tutaj” /// „Teraz”

Gdyby okno zostało rozbite ?

Niemożliwe , ponieważ okno to projekcja mojego sposobu postrzegania ,dzięki niemu odnalazłem kroplę.

Okno i kropla zatrzymane w nieustannym początku - kropla nie rozpada się.

Ciemność = retusz naniesiony dla wzmocnienia spostrzeżeń.

Uznaję jej nieprawdziwość stając przed dylematem pojawiających się dalszych dwóch okien. Powracam do porzuconej pamięci - wątpię, bym z jej zapisu korzystać mógł przez czas dłuższy niż....ale nawet ona nie dostarczy mi pożądanych informacji o tzw. „Środku”.

---------------------------------------------------------------------------------- ----------------------

Suplement:

Kiedyś jechałem nocnym pociągiem, a droga tej podróży wciąż ulegała niespodziewanemu wydłużeniu - w przedziale siedziała obok mnie tylko jednak osoba, która opowiadała mi o polowaniach na wieloryby za czasów Eryka Rudego i jego syna Leifa; wszystko było ciekawe, a ów dialekt zapożyczony z Eddy Poetyckiej brzmiał po prostu cudownie... Po chwili wjechaliśmy do lodowego tunelu, nad którym rosły imponujących rozmiarów palmy kokosowe; na samym szczycie wielkiej góry (lodowej) zręcznie balansowało miasteczko pełne barokowych kościołów z gotyckim ratuszem tuż nad przepaścią...

- Ten ratusz lekko się chwieje, ale nigdy nie spadnie - z uśmiechem powiedziała młoda dama o imieniu Snoerfridur...

- Moje imię jest tak stare jak ten poemat, z którego czerpię całą wyobraźnię - powiedziała owa piękność z melancholijnym uśmiechem...

Na środku szyby okiennej od wielu godzin trwała kropla deszczu ..niezwykła kropla, taka mała, a jednocześnie pełna zaskakujących krajobrazów...

Księżniczki Snoerfridur już nie było w przedziale, teraz leżała tam księga pełna tajemnych znaków... a dalej kropla, coraz wyraźniejsza...Długo patrzyliśmy sobie w oczy...

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania