„Przebaczenie”
Budząc się na siedzeniu autobusu, jednym z tych przy oknie, Grzegorz H. nie był pewny w jaki sposób się na nim znalazł.
Dochodząc jeszcze do siebie przeszukał kieszenie spodni i płaszcza w poszukiwaniu swojego telefonu. Nie znalazł go, ani też reszty rzeczy, które zwykł zabierać ze sobą gdy wychodził z domu. Ubolewał najbardziej nad portfelem. Nie ze względu na pieniądze same w sobie, lecz na karty płatnicze, które należałoby teraz zastrzec, co przysporzyło by mu dodatkowych sprawunków.
W tym momencie przypomniał sobie słowa matki, przestrzegające go przed alkoholem: „Chcesz skończyć jak ojciec?“ Nie chciał skończyć jak ojciec. To ostatnie czego mógł chcieć od życia, choć i tak nie miał co do niego za dużych wymagań.
Patrząc przez krople deszczu na szybie rozpoznał dzielnicę, w której się znajdował. Zwrócił wzrok w kierunku ekranu powieszonego we wnętrzu autobusu. Wyświetlał on numer pięć. H. znał dobrze trasę autobusu linii pięć, gdyż jeździł tym autobusem niemal codziennie w latach szkolnych. Najbliżej do wynajmowanego przez H. mieszkania miał za trzy przystanki, usiadł więc wygodnie czekając na odpowiedni.
Było już ciemno. "Nastał wieczór." Pomyślał Grzegorz "Albo wczesny ranek." Jako iż była już jesień, nie sposób było określić. H. nie zwykł nosić zegarka, a telefon został zgubiony, bądź co gorsza, skradziony. H. znów spojrzał w stronę ekranu w poszukiwaniu informacji odnośnie godziny. Jednak na ekranie nie wyświetlało się nic poza piątką.
Grzegorz począł się zastanawiać jaki sens ma montowanie ekranu w autobusie, aby wyświetlał jedynie jego numer. Jednak wydało mu się to teraz mało istotne i przestał o tym myśleć.
Zawsze mógł zapytać kierowcy o godzinę, ale nie miał wtedy do tego głowy; za bardzo bolała. Postanowił poczekać z poznaniem, która jest godzina.
Gdy autobus otworzył w końcu drzwi na wyczekiwanym przez H. przystanku, z nieludzką wręcz zwinnością wyskoczył z niego, wcale nie dziękując kierowcy. Od razu pożałował tego pośpiechu, gdyż nasiliły się przez to jego bóle głowy. Czuł jakby ktoś mu wbijał rozżarzone gwoździe w skronie. Miał ochotę wtedy wrzeszczeć, ale to jeszcze nasiliło by ból.
Stał tak dłuższą chwilę z dłońmi masującymi ośrodki bólu. Ból stopniowo powracał do pierwotnego stanu. Poczuł wtedy ogromną ulgę i ruszył z wolna w stronę swojego lokum znajdującego się dwie ulice od niego.
Stojąc u progu drzwi przeszukał raz jeszcze kieszenie w poszukiwaniu kluczy. Odkrył, że je też zgubił, lub co gorsza, zostały skradzione. Nie przejął się jednak tym zbytnio, bo i tak nie było nic wartego kradzieży w jego mieszkaniu. Ruszył schodami w dół prosto do biura dozorcy.
H. zapukał grzecznie trzy razy. Po krótkiej chwili usłyszał głęboki, lekko chrypliwy głos zapraszający go do środka. Otworzył więc drzwi i ukradkiem znalazł się w środku.
Dozorca imieniem Roman, może pięćdziesięcioletni z poczerniałą twarzą, dużym chropowatym nosem i posiwiałym wąsem. Jego żona zmarła parę lat temu. Często odwiedzał go syn z dziećmi.
- O, dzień dobry panie Grzegorzu! - Wykrzyczał donośnie dozorca. - Co pana do mnie sprowadza tak z rana?
- Dzień dobry panie Romanie. - Odpowiedział H. skinając głowę na znak przywitania. - Z rana pan mówi? Czy mógłbym zapytać, którą mamy godzinę?
- Ależ naturalnie! - Odpowiedział dumnie dozorca, zerkając na swój nadgarstek. - Mamy szóstą rano.
H. podziękował dozorcy za tę informację, z której był widocznie zadowolony, ponieważ pracę zaczynał dopiero za cztery godziny, o dziesiątej. Wychodząc poprosił jeszcze dozorcę o zapasowy klucz do swojego mieszkania. Dozorca podał mu go bez najmniejszej zwłoki, uśmiechając się przy tym z faktu bycia przydatnym. H. podziękował jeszcze raz za wszystko i ruszył schodami w górę, po cichu zamykając za sobą drzwi.
Po wejściu do środka poczuł nagłą ulgę i uderzyło go zmęczenie. Jedyne co zrobił, to rozebrał się do bielizny i położył się spać.
Po przebudzeniu ból głowy ucichł, a Grzegorza naszło na rachunek sumienia. Obiecał sobie, że już nigdy nie tknie alkoholu. Wiedział, że pewno skończy się tak samo jak za każdym poprzednim razem jak tak sobie obiecywał, ale już przyzwyczaił się do tego.
Spojrzał na zegarek cyfrowy stojący komodzie, wyświetlał godzinę dziewiątą. Została mu jeszcze godzina. Zerwał się więc z łóżka, omijając wcześniej pozostawione przezeń ubrania na podłodze, dotarł do kuchni. Jego śniadaniem była czarna kawa z czterech łyżeczek i dwa papierosy. Zaraz po "śniadaniu" ubrał się w czyste ubranie, umył zęby, spakował potrzebne mu w pracy rzeczy i wyszedł.
Na klatce schodowej, kiedy już prawie wychodził z kamienicy, zawołał go głos dozorcy. Zapytał dokąd to on idzie z tym neseserem. H. odpowiedział pokrótce, że wybiera się do pracy.
- Nie ma pan wolnego?! - zapytał pan Roman z widocznym zaskoczeniem. - Nawet mnie dano wolnego na ten dzień.
H. widocznie skonsternowany zapytał go:
- Co pan rozumie przez "ten dzień"?
- A no dziś pierwszy listopada. Święto zmarłych.
Grzegorz nie zapomniał o tym dniu. Zwyczajnie go nie interesował. Nie miał w zwyczaju obchodzić tego święta. Jednak ucieszył się myślą o dniu wolnym.
- Zapomniał pan? - zapytał go dozorca z twarzą wykrzywioną w uśmiechu. - Ach! Niech się pan nie przejmuje. Nie oceniam pana. Jeżeli pan chcę to możemy się razem wybrać.
Grzegorz wcale nie chciał nigdzie iść z panem Romanem. Z grzeczności jednak nie odmówił. Już w drodze pożałował swojej powściągliwości. Pan Roman cały czas mówił do niego o rzeczach, które go w żadnym stopniu nie interesowały. Mówił o swoim synu, że bóg mu go zesłał, zawsze był dla niego dobry, mimo że on nie zawsze był dobry dla niego. O tym jaka jego małżonka nie była Afrodytą za młodu. Pytał też o jego matkę:
- Jaka była pańska świętej pamięci matka?
Zmieszany odpowiadał, że taka jak każda matka.
Wchodząc na zatłoczony cmentarz rozdzielili się. Poszli w przeciwne strony. H. do matki. Dozorca do żony. "Co za nieszczerość?" Myślał Grzegorz. "Wcale ich nie obchodzą ich zmarli bliscy. Przychodzić raz w roku dla nich wystarczy, żeby nie dręczył ich duch zmarłego. Co za nieszczerość?"
Dochodząc do zaniedbanego nagrobka, należącym do matki, zauważył, że ktoś przed nim stoi. Szczupły mężczyzna ubrany w czarny płaszcz i kaszkiet. "Kto to?" Myślał. "Znajomy matki?" Podchodząc zauważył jego świeżo ogoloną, bladą twarz i błyszczące błękitem oczy. Stanął, po jego prawej, przed grobem.
Mężczyzna ukradkiem zerkał na H. On zauważył to, ale nie zareagował. Gdy mężczyzna przyglądał mu się już, nie tak ukradkiem, zirytował się i zapytał czemu się tak na niego patrzy.
- Przepraszam, po prostu kogoś mi pan przypomina - powiedział odwracając wzrok mężczyzna. - Skąd pan znał Mariannę?
- Właściwe średnio się znaliśmy. To moja matka.
Zamarła cisza. Szumiący wiatr grał na pożółkłych liściach. Szare, zachmurzone niebo budziło w Grzegorzu nostalgię. Jednak wobec czego? Nie przeżył nic w życiu wartego by do tego wracać, ale ta jesienna atmosfera dawała mu melancholijny spokój. Patrzył głęboko w podobiznę matki na, zielonym od mchu, wilgotnym granicie.
Pan który przed chwilą zamarł zaśmiał się krótko i począł mówić z nieśmiałym uśmiechem:
- Dawno się nie widzieliśmy. Rozumiem, że mnie nie poznajesz. Też ciebie nie poznałem synu.
H. spojrzał na mężczyznę, który podał się za jego ojca. Nie miał piwnego brzucha, ani rumianej twarzy, które widniały w jego pamięci. Nie miał też brzydkiej, zaniedbanej brody, która zwykle otaczała jego pulchną twarz. Wcale nie była pulchna. Nie dziwne, że go nie poznał.
- Jak się masz Grzesiu? - mówił dalej wbijając w niego błękitne spojrzenie. - Od dawna chciałem się skontaktować. Tyle, że nie wiedziałem jak. Nie wiem nawet gdzie mieszkasz.
- Nie chciałem byś wiedział - począł mówić H. nie patrząc na ojca. - cenię sobie spokój.
- Tak wiem o tym. Od zawsze byłeś tym, który nas uciszał w...
- Więc czemu wciąż mówisz? - przerwał mu Grzegorz.
Ojciec odwrócił wzrok i przestał się uśmiechać. Zraniły go słowa syna, jednak wiedział, że w pełni na nie zasłużył.
- Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale zmieniłem się. Nie tknąłem alkoholu już od trzech lat. Nie wiedziałem jak się z tobą skontaktować więc co roku tu przychodzę i liczę, że się zjawisz. Chcę odpokutować.
- Za co dokładnie? - zerknął w końcu w stronę człowieka w kaszkiecie, będącemu mu ojcem.
- Za to, że mnie nie było i...
Przerwał mu znowu H.
- Nie chodzi o to, że cię nie było, bo byłeś. Ale nie dla nas.
Dodał po chwili:
- Pamiętam jak razem z braćmi myśleliśmy, że udajesz nieprzytomnego poczas "zabawy". Gdy już dojrzałem i spojrzałem jeszcze raz na tę wspomnienię, zobaczyłem trójkę dzieci bawiących się i skaczących na bezwładnym ciele ojca, urżniętego alkoholem.
- Ja... Ja... - załamywał się głos ojca, który wiedział co powiedzieć, jednak nie przechodziło mu to przez gardło.
- Ty...? Ty...?
- Ja... Ja... Ja przepraszam.
- Za co przepraszasz?
- Za wszystko. Przepraszam za wszystko.
Grzegorz uśmiechnął się krzywo, czując odrazę do człowieka, którego widzi przed sobą.
- A więc za wszystko, czyli za nic konkretnie.
H. poczynał już odchodzić, gdy słaba ręka złapała go za ramię.
- Proszę, spotkajmy się jeszcze.
Ojciec wręczył mu karteczkę z zapisanym adresem i numerem telefonu. H. przyjął ją bez słowa i odszedł. Idąc środkową, główną aleją zauważył gdzieś w oddali pana Romana. Nie chciał z nim rozmawiać, wrócił więc do domu sam.
Nawet nie przejrzał kartki otrzymanej od ojca. Nie miał zamiaru go znowu widzieć.
Resztę dnia spędził samotnie przy lekturze i papierosie. Miał wielką ochotę się upić tego dnia, jednak kolejnego ranka już czekała go praca. Do kolacji wypił pare lampek wina, następnie poszedł spać, aby zakończyć ten dzień. Myślał wciąż o atmosferze cmentarza i o postaci, tak mu dalekiej i obcej, którą na nim spotkał.
II.
Minął równo miesiąc od tych wydarzeń. Słodki, kojący chłód listopadowy zastąpiły okropne wiatry i deszcze grudniowe. Chłód, który był tak bliski Grzegorzowi, stał się nieznośny.
Wychodził właśnie do pracy. Wyszedł wcześniej niż potrzebował. Pokonał schody i wyszedł z kamienicy, przed którą spotkał mężczyznę w (na oko) podobnym wieku do niego. H. zapytał go czy ma może papierosa. Jegomość poczęstował go i zapalił razem z nim. Zaczął się przedstawiać:
- Jan - powiedział wyciągając do H. rękę. - Mój tata jest dozorcą w tym budynku.
„A więc to jest ten słynny syn.” Pomyślał Grzegorz, potrząsając rytmicznie jego dłonią.
- Grzegorz, mieszkam tu. Właśnie wybieram się do pracy, pracuję w księgowości - Jan też, jak się okazało, pracuje w księgowości.
Grzegorz nie mógł ustąpić jednej myśli i zapytał zgodnie z jej treścią.
- Kocha pan swego ojca?
Jan, widocznie zaskoczony jego pytaniem, odpowiedział, że tak. Chociaż w przeszłości był go nienawidził.
- Kiedy byłem mały to dużo pił. Bardzo dużo. Był alkoholikiem - powiedział Jan.
Grzegorz zaczął się zastanawiać nad tym zrządzeniem losu. Nie znał tego człowieka, jednak wydał się mu dziwnie bliski.
Jan miał teraz kilka dni wolnych i postanowił z dziećmi odwiedzić ojca.
Skończyli palić. Pożegnali się uściskiem dłoni. H. ruszył w swoją stronę, a Jan w swoją.
Praca była dla Grzegorza odskocznią od picia, a picie było odskocznią od pracy. Dzień minął mu jak każdy inny. Skończył późno i po pracy wkroczył do baru. Spędził w nim całą noc. Wyszedł dopiero, gdy świtało.
Wychodząc - tak naprawdę ledwo trzymając się na nogach - oślepiło go światło latarni stojącej przed barem. Potykając się o własne nogi, gdy przechodził prze ulicę, usłyszał głośny pisk opon i klakson brzęczący na niego. Spojrzał na auto, którego przedtem nie zauważył przez swój stan oraz blask latarni. Przeszedł na chodnik po drugiej stronie ulicy, nie zdając sobie sprawy, że mógł przed chwilą umrzeć.
Szedł tak nieprzytomnie przez miasto, patrząc pod nogi by się nie wywrócić oraz ze względu na zapalone wciąż latarnie, które go oślepiały gdy patrzył przed siebie. Było na minusie, nie czuł tego mimo, że nie miał na sobie płaszcza, który zapewne wisiał na wieszaku w barze.
Dotarł w końcu przed kamienicę. Mógł w końcu spojrzeć w górę, zauważył, że latarnie już się nie świeciły. Obraz brzydkiej i starej kamienicy huśtał mu przed oczami. Musiał jeszcze tylko wejść po schodach na górę, co sprawi mu najpewniej trochę kłopotu, ale nie myślał o tym. Chciał już się tylko położyć i zakończyć poprzedni dzień kładąc się spać.
Wszedł po schodkach prowadzących do wejścia kamienicy bez większych problemów. Pociągnął za klamkę i znalazł się w środku. Wchodząc do korytarza oślepiła go zapalająca się automatycznie lampa. Złapały go mdłości i legnął na ścianę. Podpierał się na niej przez ponad minutę i ruszył w kierunku schodów, mimo ciągłych zawrotów głowy.
Gdy szedł tak chwiejnym krokiem, z biura pana Romana wyszedł Jan, którego poznał poprzedniego ranka. Zaraz za nim wyszedł mały chłopiec i większa lekko od niego dziewczynka, którzy widocznie byli zaniepokojeni widokiem Grzegorza w tym stanie.
- Wszystko w porządku panie Grzegorzu? - zapytał Jan widocznie zmartwiony. Dzieci kryły się za jego nogami z widocznym, na dziecięcych buziach, uczuciem niepokoju i strachu, wywołanym tym widokiem.
H. nie zrozumiał co Jan do niego mówił. Szumiało mu w głowie od kiedy tylko wyszedł z baru. Kroczył dalej korytarzem w kierunku schodów, potknął się o własne nogi i walnął głową o kant pierwszego ze schodów. Ostatnie co widział przed straceniem przytomności to wykręcone w przerażeniu miny dzieci.
Grzegorz czuł się dziwnie mały i wątły. Siedział przy stole kuchennym w swoim domu rodzinnym. Matka krzyczała na niego za to, że płakał i za to, że nie rozumiał zadania z pracy domowej. Wstyd mu było swojej głupoty. Próbował rozwiązać w głowie zadanie zapisane na kartce zeszytu mokrej od łez. Siedział na przeciwko matki i ojca, gdy w pewnym momencie płacz jego przerwał ojciec, wymierzając rzut szklaną butelką w głowę malca. Zaczął jeszcze głośniej szlochać i krzyczeć do ojca, aby wypierdalał z tego domu, i że nikt go tu nie chce. Matka rzuciła się na niego z łapami. Okładała go po twarzy, krzycząc coś do niego, jednak malec nie rozumiał - Grzegorz nie rozumiał. Gdy nie mógł złapać jednolitego oddechu matka skończyła wykładać mu swoją agresję. Przytuliła go do piersi, próbując go uspokoić.
H. obudził się w swoim łóżku, tak jakby nic się nie stało. "To był tylko sen." Pomyślał. Nie pamiętał co się działo przed straceniem przezeń przytomności. Miał opatrunek na głowie. Poczuł dym papierosowy, który pochodził od siedzącego obok na krześle Jana.
- Obudziłeś się - zauważył Jan śmiejąc się. - Myślałem, że dłużej poleżysz, ale tym lepiej żeś się zbudził. Pamiętasz co się stało?
Grzegorz bez słowa kręcił głową na nie.
- Wparowałeś pijany do kamienicy. Sam się zlęknąłem, a co dopiero Kuba i Ania. Przewrociłeś się i rozbiłeś sobie głowę. Wezwałem do ciebie lekarza, który mieszka tu po sąsiedzku. Opatrzył ci głowę, nic konkretnego się nie stało, to tylko rozcięcie.
Grzegorz przypomniał sobię ostatnie co widział przed straceniem przytomności. Przerażone buzie dzieci wypaliły się w jego głowie. Był obrzydzony sobą.
- Masz szczęście, że mam wprawę w kładzeniu pijanych spać.
Jan przypomniał tymi słowami to co mówił mu wcześniej o dozorcy, jako że był kiedyś alkoholikiem. Grzegorz pomyślał o swoim ojcu. Zrozumiał ojca w pełni; i to jakim okropnym był synem, ignorując jego chęć porozumienia.
Jan uspokojony już tym, że Grzegorz się obudził i sprawiał wrażenie przytomnego, wyszedł i pozostawił go samego. Gdy Grzegorz wybudził się w pełni, wstał z łóżka, wziął prysznic i ubrał się w czyste ubranie. Począł szukać kartki, którą przed miesiącem wręczył mu ojciec. Nigdzie jej nie było. Przeszukał kieszenie wszystkich spodni, marynarek, koszul, płaszczy. W żadnej z nich nie znalazł kartki, której teraz potrzebował jak niczego innego. Załamał się, usiadł na łóżku i zastanawiał się przejęty: „Gdzie ta jebana kartka? Musi tu być, musi.”
Rozglądał się po pokoju. Między książkami i papierami na podłodze, zauważył pogniecioną kartkę. „To ona!” Wykrzyczał w myślach, uradowany. Rzucił się czym prędzej w jej stronę. Tak, to była ona. Ruszył szybko w dół, do biura pana Romana - nadal nie miał telefonu. Pożyczył od niego komórkę i wpisał podany na kartce numer. Nikt nie odebrał. Zadzwonił raz jeszcze i jeszcze kolejny, ale nikt nie odbierał.
Podziękował panu Romanowi za użyczenie mu telefonu. Wyszedł z kamienicy i ruszył pod podany mu adres. Była to jeszcze brzydsza i jeszcze starsza kamienica. Zadzwonił domofonem na podany na kartce numer mieszkania. Nikt nie odpowiedział. Zadzwonił do innego mieszkania, by poprosić, aby mu otworzono drzwi do klatki schodowej. Znalazłszy się w środku ruszył w górę schodami. Znalazł się przed drzwiami do podanego na kartce mieszkania, zapukał grzecznie trzy razy - nikt nie odpowiedział. Zapukał jeszcze trzy raz, już mniej grzecznie, jednak wciąż nikt nie odpowiadał. Pamiętał, że ojciec zawsze chował dodatkowy klucz pod wycieraczką. Schylił się i odwinął mały dywanik z napisem "Welcome!" Faktycznie znalazł tam klucz. Nerwowo włożył go do zamka, nie trafiając początkowo kilkukrotnie. Obrócił klucz w zamku i pociągnął za klamkę.
W środku zobaczył jednie nieprzenikniony mrok. Wsunął rękę do środka próbując znaleźć włącznik światła na ścianie. Nacisnął go, a gdy zapaliła się wisząca pojedyncza żarówka, zauważył jedynie przewrócony na ziemi taboret, a nad nim ciało ojca wiszące pod sufitem i jego błękitne oczy, pozbawione blasku.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania