Przecież wie, że ją kocham

Przecież wie, że ją kocham

Przez prawie dwadzieścia lat trudno mi było mówić żonie „kocham cię”. Mówiłem to czasami i widziałem, że się cieszy. Wiedziałem, że te słowa coś dla niej znaczą. A jednak zamiast zwykłej swobody czułem skrępowanie. Jakbym robił coś na pokaz, chociaż nikt poza nią mnie nie słuchał.

Miałem na to rozsądnie brzmiące wyjaśnienie. Nie każdy jest wylewny. Ja wolę robić niż mówić. Pracuję, jestem obok, dbam o dom. Przecież wie.

Długo wystarczało mi to ostatnie zdanie.

Dzisiaj zastanawiam się, dlaczego tak łatwo uznawałem, że skoro ja wiem, co czuję, ona powinna wiedzieć to równie dobrze. I dlaczego jej radość, kiedy jednak mówiłem, nie była dla mnie wystarczającym powodem, żeby robić to częściej.

## W moim domu te słowa miały dalszy ciąg

Nie pamiętam spokojnego „kocham cię” między rodzicami. Takiego wypowiedzianego na trzeźwo, przy zwykłej codzienności. Być może się zdarzało. W mojej pamięci zostały inne sytuacje.

Ojciec był po alkoholu. Robił się uczuciowy, mówił matce, że ją kocha. Często ktoś przy tym był. Odbierałem te wyznania jako pokaz, w którym ważne było również to, żeby inni je usłyszeli.

Matka się uśmiechała. Ten uśmiech pamiętam do dziś, chociaż nie wiem, co wtedy naprawdę czuła. Dla mnie nie był znakiem, że można już odetchnąć.

Czekałem na to, co będzie dalej.

Bo dalej bywało bardzo różnie. Wystarczyła uwaga, odpowiedź, coś, co ojcu nie pasowało. Jeszcze chwilę wcześniej mówił o miłości, a już zaczynały się pretensje. Potem krzyk, wyzwiska, upokarzanie. Słowa, których nie umiałem pogodzić z tym, co słyszałem przed chwilą.

Nie wiedziałem, jak można tak szybko przejść od jednego do drugiego. Wiedziałem za to, że samo wyznanie niczego nie gwarantuje.

Można było powiedzieć „kocham cię”, a chwilę później potraktować tę samą osobę tak, jakby jej uczucia nie miały znaczenia.

To właśnie zapamiętałem.

## Miałem żal do tej osoby, która odpowiedziała

Jest w tych wspomnieniach coś, do czego trudniej mi się przyznać niż do niechęci wobec ojca.

Czasem miałem pretensje do matki.

Po co odpowiadała? Dlaczego nie przemilczała? Przecież wiedziała, jak on zareaguje. Ja też wiedziałem. Chciałem, żeby było spokojnie, i każde jej zdanie oceniałem przez to, co mogło wydarzyć się za chwilę.

Nie zastanawiałem się wtedy, czy miała prawo coś powiedzieć. Patrzyłem, czy to zdanie pozwoli nam uniknąć kolejnej awantury.

Dopiero po latach dostrzegłem, jak niesprawiedliwie rozdzielałem odpowiedzialność. Od niej oczekiwałem ostrożności. Jego wybuch traktowałem jak coś, co po prostu nastąpi, jeśli ktoś nie będzie wystarczająco uważał.

A przecież to on krzyczał.

Możliwość przewidzenia jego zachowania nie oznaczała, że matka była za nie odpowiedzialna. Wtedy jednak bardziej zajmowało mnie uniknięcie awantury niż to, kto kogo krzywdzi.

Kiedy wracam do tych scen, łatwiej mi zrozumieć własną nieufność wobec czułych deklaracji. Słyszałem je w domu, w którym zaraz potem trzeba było uważać na każde słowo. Tak dzisiaj rozumiem część swojego oporu. Nie jako wyjaśnienie wszystkiego, co robiłem później, ale jako ważny fragment własnej historii.

## Chciałem inaczej, więc mówiłem mniej

W małżeństwie nie chciałem odtwarzać tamtych sytuacji. Miłość miała należeć do mnie i żony. Bez publiczności, bez alkoholu, bez potrzeby pokazywania innym, jaki jestem dobry.

To przekonanie nadal jest mi bliskie.

Problem zaczął się tam, gdzie podejrzane stało się dla mnie samo wypowiadanie uczuć. Nawet na osobności. Nawet wtedy, gdy naprawdę chciałem powiedzieć żonie coś dobrego.

Wiedziałem, że ją kocham, ale te dwa słowa brzmiały w moich ustach obco. Pojawiało się napięcie, którego długo nie rozumiałem. Łatwiej było uznać, że taki mam charakter, niż przyjrzeć się temu, dlaczego zwykłe wyznanie wydaje mi się odgrywaniem roli.

Czyny miały załatwić sprawę.

Były dla mnie dowodem, że nie muszę niczego dopowiadać. Tylko że żona cieszyła się właśnie wtedy, kiedy dopowiadałem. Widziałem to. Nie musiałem zgadywać, czy te słowa są jej zupełnie obojętne.

Mimo to wciąż wracałem do własnego argumentu: przecież wie.

Z perspektywy czasu widzę, jak wygodne było to zdanie. Pozwalało mi pozostać przy tym, co dla mnie łatwiejsze. Nie musiałem zmierzyć się ze skrępowaniem ani uznać, że mój sposób okazywania miłości może nie odpowiadać na wszystko, czego potrzebuje druga osoba.

Unikałem podobieństwa do ojca, ale nadal to jego zachowanie wyznaczało mi granice.

A obok była żona, której chciałem powiedzieć coś od siebie.

## Cudze wyznania też budziły moją nieufność

Podobnie reagowałem na publiczne okazywanie miłości przez innych ludzi. Szczególnie wtedy, gdy wiedziałem, że wcześniej w ich związku było źle.

Znałem pary, które przechodziły przez zdrady, poważne kryzysy, czasem były blisko rozstania. Później widziałem wspólne zdjęcia, kolacje, czułe podpisy. Patrzyłem na to i zastanawiałem się, komu właściwie miało to służyć.

Po co pokazywać wszystkim, że teraz jest dobrze? Czy nie wystarczy, że oni sami o tym wiedzą?

W takich pytaniach byłem szybki. Znacznie wolniej przychodziło mi zastanowienie się, skąd bierze się moja pewność, że za cudzą czułością musi być coś podejrzanego.

Przecież zdjęcie nie mówiło mi, jak wygląda ich codzienność. Wiedza o dawnym kryzysie też nie dawała mi dostępu do wszystkiego, co wydarzyło się później. Mogli próbować odbudować relację. Mogli przeżywać dobrą chwilę i chcieć się nią podzielić. Nie wiedziałem.

Za to własne skojarzenia znałem bardzo dobrze.

Widziałem już czułość przy świadkach, po której przychodziło upokorzenie. Dlatego łatwo było mi doszukiwać się podobnej sprzeczności także u innych. Dzisiaj staram się pamiętać, że moja nieufność mówi coś o mnie. Sama w sobie nie dowodzi niczego o cudzym małżeństwie.

Nie muszę lubić publicznych wyznań.

Chciałbym jednak umieć na nie patrzeć bez przekonania, że skoro ja czułbym się w takiej sytuacji nieszczerze, inni też muszą udawać.

## Żona nie odpowiadała za znaczenie, które znałem z domu

Najtrudniej było mi przyjąć, że mój opór mógł mieć zrozumiałą historię i jednocześnie sprawiać przykrość osobie, którą kochałem.

Łatwiej zatrzymać się przy pierwszej części. Wyjaśnić sobie, dlaczego coś jest trudne. Znaleźć wspomnienia, które do tego pasują. Poczuć, że własne zachowanie wreszcie stało się mniej zagadkowe.

Tylko że żona żyła ze skutkami tego zachowania, zanim ja znalazłem dla niego wyjaśnienie.

Nie chcę dopisywać jej uczuć ani mówić w jej imieniu, jak przeżywała wszystkie te lata. Wiem natomiast, że cieszyła się, kiedy mówiłem jej o miłości. To wystarczało, żebym potraktował te słowa poważniej.

Moje skrępowanie było prawdziwe. Jej radość również.

Przez długi czas skupiałem się przede wszystkim na tym, co wypowiedzenie tego zdania robi ze mną. Czy brzmię naturalnie? Czy nie wychodzę na kogoś, kto odgrywa czułego męża? Czy naprawdę muszę mówić coś, co uważam za oczywiste?

Dopiero później zacząłem dostrzegać, jak mało miejsca zostawiałem w tych rozważaniach dla niej.

Żona nie nadawała temu zdaniu znaczenia, którego tak nie lubiłem. Nie odpowiadała za sceny z mojego dzieciństwa. A jednak mój stosunek do tamtych scen wpływał na to, co mogła usłyszeć ode mnie.

Mogłem nadal uważać codzienną troskę za ważną. Mogłem cenić obecność, pomoc i odpowiedzialność za dom. Nie musiałem rezygnować z żadnej z tych rzeczy, żeby powiedzieć jej również, co czuję.

## Nie musiałem wyrzucać tych słów ze swojego życia

Terapia pomogła mi przyjrzeć się temu, co łączyłem ze słowem „kocham”. Zacząłem dostrzegać różnicę między jego znaczeniem a sposobem, w jaki słyszałem je w domu.

Wcześniej te dwie rzeczy mocno mi się mieszały.

Ojciec mówił o miłości, a potem krzyczał. Ja nie chciałem być taki jak on, więc samo mówienie zaczynało budzić we mnie podejrzenia. Jakbym wraz z tym zdaniem przejmował również coś z jego zachowania.

Dzisiaj widzę, że o mojej szczerości nie rozstrzyga to, czy używam tych samych słów co ojciec. Znaczenie ma również to, jak odnoszę się do żony przed ich wypowiedzeniem i później. Czy potrafię jej słuchać. Czy szanuję ją wtedy, gdy się ze mną nie zgadza. Co robię, kiedy pojawia się złość.

To są sprawy, za które odpowiadam.

Milczenie nie zwalniało mnie z tej odpowiedzialności. Sam fakt, że unikałem wyznań, nie czynił mnie lepszym mężem. Tak samo jak powiedzenie „kocham cię” nie mogło zastąpić pracy nad tym, jak traktuję bliską osobę.

Mogłem jednak pozwolić, żeby słowa i codzienność zaczęły do siebie pasować.

Nie musiało to oznaczać wielkiej przemiany w człowieka, który swobodnie opowiada wszystkim o uczuciach. Nie potrzebowałem publicznych deklaracji. Chodziło o znacznie mniejszą, a dla mnie trudną rzecz: powiedzieć żonie prawdę bez podejrzewania siebie o przedstawienie.

## Żeby mogła to usłyszeć ode mnie

Nadal uczę się spokojniejszego stosunku do tych dwóch słów. Nie chcę opowiadać tej historii tak, jakby samo zrozumienie przeszłości załatwiło wszystko.

Pomogło mi jednak zobaczyć coś, czego wcześniej nie dostrzegałem: próbując nie przypominać ojca, ograniczałem także siebie. Rezygnowałem z czegoś, co mogło być dobre w moim własnym małżeństwie, bo źle kojarzyło mi się z jego małżeństwem.

Dzisiaj chciałbym zostawić więcej miejsca na to, co jest między mną a żoną.

Na moje uczucia do niej. Na jej radość, kiedy je nazywam. Na zwykłe zdanie, po którym można dalej być razem, bez wielkiej sceny i bez publiczności.

Przez lata powtarzałem sobie: przecież wie.

Teraz myślę, że nawet jeśli wie, chciałbym, żeby czasem mogła to po prostu usłyszeć ode mnie.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania