Dom przejściowy.
Przyzwyczajam się.
Stopniowo pochłania mnie mgła, sad,
ocean zieleni, który kwitnie pod paznokciami.
Wydrapałas mi oczy, dotyk, ciekłe współrzędne.
Jestem zgubiony i pod dywanem,
zamieciony z półek, uwieram w stopy
nawet przez podeszwę.
Przyklejam się i przepalam tkaninę do kości.
Przyzwyczaisz się, przyzwyczaimy.
Przyzwiemy wiatr i ptaki, drzewa i cegly
staną się uległe, zamieszkane.
Stopień po stopniu, schody nabiorą piachu,
zeszklą się z domem, w którym ktoś zapala
i scala się ze ścianą, jak cień lub pierwszy promień,
kiedy kawa paruje do środka, zawsze sypana,
skoro ta miałka jest tylko pretekstem.
A za dwie minuty wbije dwunasta.
Komentarze (8)
Nie podoba mi się pierwszy wers, te wykwity pod paznokciami brzydko się kojarzą. Z brudem.
O to chodzi dokładnie
Szalej. czyli musi być źle, żeby dobro weszło? Żeby je dostrzec i pielęgnować, zatrzymać?
Grafomanka nie da się po prostu nie pobrudzić sobie rąk, chcąc zbudować cokolwiek. Ten brud nie znaczy, że nie dbasz o siebie. Że nie zwracasz na siebie uwagi. Ten brud znaczy tyle, że przed chwilą mogłaś sądzić drzewo, kwiatek zmieniał doniczkę... Ze dałaś czemuś /komuś, nową przestrzeń.
Heh.
I nawet w tym, myślisz raczej o niej niż o sobie
Szalej. , to akurat z tytułem można skojarzyć, coś przejściowego... I druga strofoida dopełnia obraz.
Grafomanka pytałaś, więc odpowiadam.
Lubię Twoje głębokie metafory. To jest pisanie które zmusza do uważności. Jednocześnie tworzysz wyjątkowy klimat. Do takich wierszy się wraca
To nie są teksty do przelecenia okiem, a przynajmniej taki jest pomysł. Dzięki, że chde się wnikać
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania