Przejść przez kotarę

Przejść przez kotarę

i spocząć wśród brzózek,

gdzie szum liści do snu tuli

i świergot ptaków,

gdzie słońce grzeje

płyty i trawę,

co cichutko rośnie,

by nikogo nie zbudzić.

Śnić o tym co było,

piękno wspominać

dziecięcych myśli

i jeszcze szczerych gestów

 

- tak prosto.

 

Przejść przez zasłonę

co skrywa odeszłych,

wraz z nimi słuchać

szumu fal i mew krzyku,

nic już nie mówić,

tylko spocząć obok

 

- po trudach podróży.

 

Z tęsknoty utkana

malutka laleczka,

guzikami patrzy i czeka,

kiedy powie dość

ten, który wie wszystko

i rozumie

 

- 'Ty już możesz odpocząć'.

 

****

 

Często myślę o śmierci. Od najmłodszych lat była mi towarzyszką. Krążyła w pobliżu i uśmiechała się zalotnie. Nie złowrogo, mrocznie czy bezlitośnie jak w horrorach czy powieściach. Przychodziła cicho i łagodnie, przynosiła ukojenie.

Odchodzili wszyscy wokół, a ja czekałam cierpliwie na swoją kolej - już jako dziecko, bo i dzieci odchodziły. Nie były nieśmiertelne, nie tak jak teraz się w to wierzy.

Umierali różnie - jedni szybko, inni na raty.

Śmierć ma taki dar - dla każdego ma inny plan, inny zamysł, by było kolorowo i niepowtarzalnie.

Śmierć artystka, malująca obrazy - raz dokładne w detalu i metodyczne, innym razem gwałtowne i abstrakcyjne, w zależności od humoru.

 

*

 

Pierwszy odszedł dziadek.

Pamiętam było wtedy babie lato, w powietrzu latały 'robaczki', a krowy wyły na polu z pragnienia w południe. Było gorąco. Antonówki gotowe do zbiorów, kusiły czerwienią i słodyczą. Szkoła już się zaczęła. Zeszyty i książki pachniały nowością, a ja cieszyłam się z nowej linijki.

Pamiętam geografię, gdy dowiedziałam się o dziadku. Nie było wtedy telefonów komórkowych, a może to była ostatnia lekcja, przed tym jak się dowiedziałam?

*

Na szczycie wzgórza stało domostwo dziadka, otulone zewsząd sadem z jabłonkami. Porosły ogromne, powykręcane i dzikie, rzucając cień latem, zimą osłaniając od wiatru. Na szczyt drzew nie wdrapywał się nikt, oprócz mnie. Zbyt ciężcy bracia, zbyt małe siostry - ja idealna, by wspiąć się i utrzymać na cienkiej gałęzi. Gdy patrzyłam z góry - wierzyłam, że mogę wszystko.

Z satysfakcją zjadałam owoc, po który nikt inny sięgnąć nie potrafił, rozpierała mnie duma.

*

Dziadek przewrócił się na podwórku.

Pamiętam trawę, sięgała do kolan.

Było mu miękko, pomyślałam wtedy, i tak pięknie grzało słońce.

A niebo nie skaziła nawet jedna chmurka.

*

Ciało wystawili w kuchennej izbie na stole.

Na tym samym, przy którym zbieraliśmy się wszyscy w święta i soboty, a rejwach był wtedy jak na targowisku. Wszyscy mówili, nikt nie słuchał, gromki śmiech zagłuszał wszystko.

Uwielbiałam posiłki przy tym stole, nie było przy nim dwóch takich samych talerzy czy sztućców. Kolorowo jak na jarmarku, myślałam. Cerata była zawsze kraciasta, a jajecznicę jedliśmy prosto z powyginanej patelni. Kto pierwszy, ten lepszy - tak mi się zdawało.

Teraz wiem, że dawali mi fory.

*

Czuję do dzisiaj zapach wielkiego, okrągłego niczym słońce chleba. Ogromny bochen miał twardą chrupiącą skórkę, a w środku zbity miąższ, który prawdziwie sycił. Kromka ze smalcem był szczytem marzeń, a po jedzeniu - hej! ho! dalej biegać po łąkach.

Kiedyś poszliśmy z klasą do kina, na film, w którym aktor zrobił znak krzyża na chlebie.

Cała sala wybuchła śmiechem.

Nie rozumiałam, dlaczego.

Przecież moja babcia też karmiła nas takim chlebem, a znak krzyża towarzyszył jej całemu życiu.

*

Pamiętam tłum, który zebrał się pożegnać dziadka.

Nie znałam ich wszystkich, na szczęście byłam tak mała, że nikt nie zwracał na mnie uwagi.

Usłyszałam, jak matka szepta z ciotkami, że trzeba się spieszyć, bo krew poszła z ust.

Położyli pod nim wiadro z zimną wodą, lecz w upał to było za mało.

Przestraszyłam się wtedy, że dzieje mu się krzywda i nie dam rady patrzeć jak krwawi.

Więc nie poszłam się pożegnać.

A przecież kochałam go bardzo.

*

Później babcia mówiła, że całą noc spała koło jego ciała. Dłoń obok dłoni - jak za życia.

Nie bała się, bo jak można bać się kogoś, kogo się kocha. Nawet po śmierci.

Nie rozumiałam. Nie rozumiałam też, czemu wszyscy płaczą.

Przecież mówili, że dziadek poszedł do nieba i jest szczęśliwy.

Powinni cieszyć się jego szczęściem, dziwił mnie ich brak wiary i małoduszność.

Nie wiedziałam jeszcze, co to tęsknota.

Nie czułam jej, zbyt krótko żyłam.

Myślałam, że życie to jedna chwila i znów niedługo będziemy razem.

*

Później umarła moja ciocia.

Chorowała długo.

Pamiętam matka zabrała mnie do niej, niedługo przed jej śmiercią. Wyglądała inaczej. Bez własnych włosów, w podomce, zgarbiona.

Zasuszona, drobna staruszka.

Tylko oczy pozostały młode i żywe na przekór wszystkiemu.

Nadał błyszczały upartym blaskiem, i głos pozostał silny i ciepły.

*

Ciotka kochała mnie, a ja kochałam ciotkę. Była ważna.

*

Zażartowała na mój widok, bo nie widziałyśmy się przez całą jej chorobę. Pewnie by dodać mnie, dziecku, otuchy, a ja się rozpłakałam.

Do dziś czuję wstyd, bo dostrzegłam ból w jej oczach.

Nie chciała litości. A może dostrzegła w tych łzach, jak bardzo wyniszczone jest jej ciało. Jak blisko jest śmierci, jak długo walczyła?

*

Odchodziła powoli, rankiem. Jakby ktoś odbierał po troszku jej siłę, by oddychać.

Zabrał wszystko i nic już nie pozostało.

*

Pamiętam głosy zniesmaczone jej mężem.

Bo biegał po szpitalu zapłakany i głośny, bo krzyczał w rozpaczy, że chce zobaczyć ciało.

Bo był zaskoczony, choć miał tyle czasu.

Bo cierpiał inaczej, wyraźniej, głośniej.

*

Inaczej - słowo klucz.

*

Nie rozumiałam, czemu się dziwią.

Każdy jest przecież inny, myślałam, czy cierpieć trzeba zawsze po cichu i tak by nikt nie zauważył.

*

Nie byłam na jej pogrzebie, bo pilnowałam jej 4-letnich synków.

Odetchnęłam z ulgą, gdy wyznaczono mi taką rolę.

Nie chciałam żegnać się z tą zasuszoną staruszką, wolałam pamiętać żywą, energiczną istotę.

*

Jej 10-letnia córka nie płakała na pogrzebie, zupełnie INACZEJ niż jej ojciec.

To również było 'dziwne', było 'inne', nie-takie-jak-trzeba.

Cierpiała sama całe lata, niezrozumiana i nie-tak-kochana. Zbuntowana i samotna. Najgorzej być innym niż cała rodzina.

Nie-takim-jak-trzeba - w stadzie.

*

Później umarł mój chrzestny.

Pamiętam jego żółte ciało, wystawione do całowania. I fioletowe usta, jak samotny fiołek na łące żonkili.

Nie chciałam go żegnać - śmiał się do mnie często, patrzył z sympatią i dumą. A oczy miał czarne, najpiękniejsze w świecie. Kochałam je z całego dziewczęcego serca i szukałam później - w każdym napotkanym chłopcu.

*

Pachniał papierosami i alkoholem.

Sypiał na siedząco, a stół przy którym siadywał, by pić upstrzony był przypaleniami od kiepów.

Znaki wypaleń - szukałam w nich wzorów. Nie znalazłam nigdy, nawet tutaj panował chaos.

*

Pamiętam, jak kłócił się z ciotką każdego dnia i każdej chwili - ona twierdziła, że go nienawidzi i nim pogardza.

Gdy odszedł, zgasła jak przytłumiony ogień.

Została z niej ledwie iskierka.

*

Myślałam wtedy, że jej miłość była wielka, podobna do nienawiści.

Harda, silna kobieta nigdy nie pogodzona ze swym upartym, silnym mężczyzną.

Dwa ognie spalające się nawzajem.

Zapamiętałam sobie jej życie jako naukę.

By nigdy nie walczyć zapalczywie do końca.

By nie okazywać miłości jako nienawiści.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (6)

  • Shogun 7 miesięcy temu
    Bardzo dobry tekst o "życiach" i życiu. Po prostu.

    Puenta prosta a jakże piękna i ważna.
    Od miłości do nienawiści niedaleko. Trzeba być uważnym, aby się nie pomylić, gdyż są tak do siebie podobne, że ciężko je czasem odróżnić.

    Gdyby ludzie kochali tak, jak potrafią nienawidzić...

    A raczej, gdyby częściej wybierali i dostrzegali to pierwsze...
  • Baba Szora 7 miesięcy temu
    Dzieki Sh, ostatnio duzo wspominam i musialam w celach terapeutycznych wyrzucic trochę z siebie tych "zyc". Mam nadzieje, ze Opowi jakos to przelknie ?
  • Dekaos Dondi 7 miesięcy temu
    Baba Szora↔Nie wiem, czy Opowi? ale ja na pewno:)→Bardzo wymowny wiersz.
    Też niby "tak prosto" ale taki... no nie wiem sam, jak rzec. To samo dotyczy, drugiej części. Taka ... ludzka.
    I wiele ciekawych spostrzeżeń. Np↔"Dwa ognie spalające się nawzajem"
    Ileż to się czasami w człowieku kołacze, siebie i innych:)↔Pozdrawiam:)↔%
  • Baba Szora 7 miesięcy temu
    Wszyscy nosimy życia innych ludzi w sobie :-) Zalęgli się tam i wyjść nie chcą, a może to i dobrze :-)
    Pozdrawiam również DD,
  • skandal 7 miesięcy temu
    bardzo "surowe" ale szczere i przez to ciekawe. trochę drażni mnie sposób zapisu - te odstępy między każda linijką tekstu. utrudnia to czytanie.
  • Baba Szora 7 miesięcy temu
    Dzięki. W sumie pisalam bez odstepow, ale pozniej poeksperymentowalam i wyszlo jak wyszlo ? Poprawie, jak znajde chwilę. Dziekuje za radę.
    POZDRAWIAM,

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania