Przejście przez jezdnię
Cechy opowiadania: psychologia, abstrakcja, odmienne stany świadomości, na końcu morał.
Po zjedzeniu paru orzeszków piniowych, na końcu języka pojawił się wyraźny smak pleśni. Normalnie by się wypluło, ale odczucie pojawiło się z opóźnieniem. Przegryzając ten typ orzeszków, czuło się wyraźnie igliwie i inne leśne klimaty więc pleśń mogła początkowo uchodzić niepostrzeżenie.
"Pewnie ergotoksyna" pomyślałem z zawodowym zboczeniem. "Wezmę dzisiaj jako antidotum zamiast zwyczajowych 2 dużych witamin C gdzieś z 5. Ostatecznie jest tego tutaj w pierony." Postanowiłem, rozglądając się po aptece, w której pracowałem.
– W czym mogę pomóc – rzuciłem z zawodową poprawnością do zbliżającej się eleganckiej kobiety z małym dzieckiem.
– Potrzebuję coś na gardło, na ból głowy i na kaszel dla dziecka. –
– Rozumiem, że dziecko ma kaszel a dorosły ból gardła i głowy. –
Musiałem wszystko doprecyzować. Wiadomo w tym zawodzie dokładność i brak niedomówień to podstawa. Aby tę rzetelność wszystkim klientom od razu demonstrować, ubrany byłem w spodnie wyprasowane w kant i nienagannie biały fartuch.
– No właśnie. Pokaż Panu kaszel – powiedziała do kilkuletniego chłopca.
Ten demonstracyjnie odkaszlnął w moim kierunku, ledwie zasłaniając usta. Widać miał w tym wprawę. Na szczęście był trochę niższy od lady.
– To będzie raczej suchy – "Co by tu dać, żeby za bardzo nie zaszkodzić małemu a firma swoje zarobiła? No i klientka była zadowolona". Starałem się wszystko na trzeźwo ocenić i sensownie godzić różne racje.
Po załatwieniu tej transakcji spojrzałem na zegarek. Ogólnie często spoglądałem na zegarek.
– To ja już teraz muszę wyjść. Jutro będę dłużej, tak jak się umawialiśmy. – powiedziałem współpracownikowi.
To jeszcze ta witamina C, fartuch w kąt i trzeba lecieć, załatwić tę sprawę. Wyszedłem.
W pierwszych krokach coś mnie zabolało w lewym kolanie. Efekt wczorajszego przetrenowania na siłowni. Na szczęście szybko dało się to rozchodzić. Przyspieszyłem więc kroku. Kolejne nerwowe spojrzenie na zegarek. Szybka nie jest idealnie czysta, trzeba przetrzeć.
Przypomniałem sobie ten smak mniej lub bardziej toksycznej pleśni. Zamiast unikać jak ognia różnych toksyn, co nie do końca jest możliwe, lepiej zwiększyć ogólne możliwości obronne organizmu, zwiększając w nim zasób dostępnych antyoksydantów – było moją dewizą.
"Główny efekt neurotoksyczny został właśnie zneutralizowany" pomyślałem z satysfakcją. No może została odrobina jakichś specyficznych, na przykład delikatne skurcze macicy. Tylko że ja nie mam macicy!
"No to sprytnie załatwiłem ten problem" gratulowałem sobie.
Idąc dalej chodnikiem, spostrzegłem mimochodem, że mijane przedmioty, też zdają mi się gratulować dobrych pomysłów.
Płyta chodnikowa jakby mówiła: "Gratulacje z tą ekstra witaminą C".
Mijany krzew zdawał się mi winszować: "Tak się to załatwia mistrzu".
Dobry nastrój wyraźnie mnie nie opuszczał. To dobrze, bo potrzebuję sporo przebojowości dla załatwienia tej sprawy.
Mijany, wyjątkowo okazały kwiat z klombu przykuł na chwilę moją uwagę. Wyglądał, jakby jeszcze wczoraj rósł w tropikalnej dżungli. Wyrazistość jego barw wręcz biła po oczach.
"Jak komuś udało się tutaj coś takiego wyhodować?" spojrzałem na niego pełen podziwu. Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie dostrzegł jakiegoś szczegółu nieco burzącego idealny obraz:
"O, łazi po nim robaczysko, bodajże wciornastek. Na taki to chyba się stosuje KillSect Bayer'a."
Zresztą ten mały robaczek na kwiatku też jakby puścił do mnie porozumiewawczo oko. Doszedłem do dużego przejścia dla pieszych i stanąłem w oczekiwaniu na zmianę świateł.
Po chwili światła uliczne mrugnęły do mnie świetlistym zielonym okiem i zamaszystym gestem ramienia zachęciły do przejścia. Ruszyłem. Inni też zachęcani popędzającymi gestami ulicznych świateł ruszyli. Dopiero wtedy jakiś zmysł dostrzeżonej anomalii zaczął alarmować moją świadomość, bo im więcej ludzi z obu stron wkraczało na pasy tym więcej rąk wyrastających ze słupa-postaci kierującej ruchem jednocześnie ich popędzało. Coś tu wyraźnie nie grało.
"Ileż to coś kierujące ruchem może mieć rąk?" Przeszło mi przez głowę.
I wtedy dopiero – osłupiałem! Wszyscy osłupieli. Wszystko stanęło!
W pierwszym odruchu postanowiłem skupić się na czymś prozaicznie przykuwającym uwagę, by odzyskać zmysły. "Za dużo ostatnio kombinuję. Może za dużo tej witaminy C. O jest dziewczyna na przejściu. Nawet niebrzydka" pomyślałem. Jak tylko ją wywołałem swoją myślą, zdarzyło się coś zupełnie szalonego. Dziewczyna mianowicie rzuciła się dziko na pobliskiego konika-zebrę (z karuzeli) i zaczęła go ujeżdżać. Całe przejście zamieniło się bowiem w jedną wielką karuzelę z konikami-zebrami, podobną do tej z wesołego miasteczka. Karuzela obraca się to w jedną, to w drugą stronę. To jednak nie była ta oryginalna dziewczyna, na którą wcześniej spojrzałem, bo ona dalej stoi tam, gdzie stała i jest przyzwoicie ubrana, tylko jej kopia tak szalała. Obok tej oryginalnej dziewczyny pojawiły się zresztą dwie kolejne jej kopie. Jeszcze bardziej przyzwoite, a jedna z nich wręcz świętoszkowata. Właśnie odprawiała jakąś pokutę, ewentualnie czytała lekturę szkolną. "Widocznie równowaga w świecie musi być" pomyślałem.
Inni ludzie też się klonują w mgnieniu oka. Zapanowuje ogólny chaos. Intuicyjnie zacząłem szukać jakiegoś przewodnika, kogoś, kto wskaże drogę lub zaprowadzi elementarny porządek, choćby był on z zaświatów. Domyśliłem się, że inni też mają taką potrzebę. Najwyraźniej już go namierzyli, bo patrzą w jakieś jedno miejsce, tylko nie mogłem załapać jakie. Coraz bardziej nerwowo się rozglądam. Nagle przypadkiem spoglądam po sobie. O Kurcze, ale jazda! To ja jestem tym przywódcą! (Dlatego nie mogłem go wypatrzyć). Jestem ubrany we fluorescencyjny kaftanik, trzymam świetlną gitarę i wszystkie wielokolorowe światła estrady skierowane są na mnie. Świecą głównie światłem zielonym. Najwyraźniej mam ich gdzieś prowadzić!
Sądząc po gitarze, mam prowadzić widownię ścieżkami muzycznych szaleństw. Musiałem widać już dać niezły koncert, bo liczni przechodnie-widzowie raczą mnie szalonym aplauzem. Wczuwając się w nową rolę, wykonałem specjalnie dla nich, efektowny wyskok z wykrokiem nóg i zademonstrowaniem możliwości gitary. (Choć jakaś najbardziej sceptyczna cześć mojej osobowości zdawała się mówić, że ten wyskok to był tylko mały krok). Coraz bardziej się wzajemnie nakręcamy. Ich oklaski i entuzjazm zamieniają się natychmiast w płatki kwiatów wypełniające całą powierzchnię ulicy.
– Dziękuję, dziękuję, naprawdę bardzo dziękuję najlepszej widowni na świecie. Dajemy jeszcze dzisiaj czadu – Wykrzykiwałem do mikrofonu. Moje podziękowania materializowały się w postaci drobnych kropel rosy opadających na te płatki kwiatów. Wszystko to mieniło się przepięknymi kolorami. Płatki jakby lekko poruszał podmuch wiatru, a kropelki rosy okazały się materią częściowo przynajmniej ożywioną, bo zaczęły frywolnie igrać ze sobą, dodając jeszcze więcej świetlnych refleksów i dynamiki kolorowej mandali.
Nie chcę być zbyt drobiazgowy, ale na jednym z płatków spostrzegam (jakby znajomego) – robaczka. Ten, gdy tylko spojrzałem na niego, powiększył się i zaczął pożerać te płatki kwiatów. Chwilę później był już rozmiarów hipopotama. Wkrótce jego nieposkromiony głód zmiótł całe przybranie ulicy. W międzyczasie wydał z siebie ze dwa mioty. Młode szybko się gdzieś rozbiegły.
Zaraz rzuca się w moim kierunku, by Mnie pożreć!
Nie! Na szczęście zadowolił się tylko fluorescencyjnym kaftanikiem idola-przywódcy. Po czym skurczył się z powrotem do rozmiarów owada. Tym razem świetlistego robaczka świętojańskiego i szybko gdzieś zniknął. Gitara też zniknęła.
Zniknęło też uwielbienie widowni. Zastąpiły je szydercze spojrzenia niedawnych wielbicieli. Wzięli mnie na języki-sztylety przeszywające mnie. Czułem nader wyraźnie ich negatywne emocje, jakbym na ułamki sekundy zamieniał się z nimi rolami.
– Prorok bez kaftanika. Sranie w banie. – mówili swoimi spojrzeniami.
Wkrótce emocje uległy wyciszeniu, jakby coś przekręciło ich główne pokrętło głośności, ale natłok ludzi i nieokreślonych bytów nie napawał optymistycznie. Wszytko nieprzyjemnie faluje, wibruje, obszary przestrzeni to rozszerzają się, to kurczą. Krawędzie przedmiotów - trudno powiedzieć - zamknięte okręgi czy otwarte hiperbole. Ciężko się w tym wszystkim połapać.
"Muszę spojrzeć na to z zupełnie innej perspektywy. Znaleźć nowy punkt odniesienia. Tak dalej dłużej się nie da." Pomyślałem. Postanowiłem spojrzeć na to wszystko z góry. Skupiłem się w sobie, na tyle na ile mi jeszcze starczyło sił i wyobraźni. I zamykając oczy, wyniosłem umowny punkt obserwacyjny i tym samym własne postrzeganie sytuacji, poza swoje oko i poza swoje ciało, na sporą odległość od fizycznego mojego bytu licząc w górę. (No może nie tak sporą, jak uczynił to niejaki Mikołaj Kopernik, ale zawsze coś). Spodziewałem się znacznie klarowniejszego oglądu sytuacji.
Rzeczywiście, teraz wyglądało wszystko logiczniej. Patrząc z góry:
Jakiś pedantyczny palant w spodnie w kant, który co chwila patrzy na zegarek, przechodzi z lewa na prawo. Jakaś zblazowana dziewczyna z wydatnym biustem idzie w drugą stronę. Jest jeszcze trochę w miarę wyraźnych postaci i całe mnóstwo mniej wyraźnych klonów. Tymi ostatnimi, na razie, można chyba sobie nie zaprzątać głowy. Pośrodku trochę przeszkadza w komunikacji ta nieszczęsna karuzela. A cała akcja rozgrywa się w bardzo zwolnionym tempie. Tak zwolnionym, że prawie nic się nie dzieje. "Da się to jakoś ogarnąć." Stwierdziłem.
Pozostało teraz tylko wrócić do swojego ciała, skonsolidować ostatnie ustalenia z tymi wcześniejszymi, bardziej cielesnymi, otworzyć oczy i ruszyć w dalszą drogę.
Ale... do jakiego ciała? Czyje oko? W jaką drogę?... Co ja tu robię??!
Jakiś dowcipniś najwyraźniej powywalał wszystkie etykiety z oznaczeniami "Ja", "On", "Ona", "Moja część ciała", "Jego część ciała", "Swój", "Obcy" - którymi wszystko było oznaczone. Zawieszony w próżni, zapytałem z lękiem strzępy siebie.
– Kim ja właściwie jestem? –
Wszechogarniająca cisza spojrzała na mnie z politowaniem. Tylko brzęczenie pojedynczego owada ledwo dosłyszalne dobiegało gdzieś z oddali.
– Jestem nikim. – Pomyślałem i zapadłem się w sobie.
Jak już zupełnie pogrążyłem się w nicości i przekonałem się, jak mi się zdawało, że nie ma zeń żadnego wyjścia, doznałem genialnego olśnienia, wręcz kosmicznej eksplozji:
– Jestem Wszystkim! –
"Mogę, na przykład, otaksować biust tej dziewczyny tak by było to jednocześnie (lub po kolei) spojrzenie: niemowlęcia, pożądliwego mężczyzny, latającego owada szukającego dogodnego miejsca do wylądowania. Jak i spojrzenie samej właścicielki tej części ciała, sprawdzającej, czy stanik się nie przekrzywił." Kombinowałem.
Po dłuższym czasie gdy bardziej ochłonąłem, stwierdziłem skromniej:
– No może – (jestem) Prawie wszystkim. –
Jestem przede wszystkim uosobieniem ludu homo-sapiens skrzyżowanego w 10% ze wciornastkiem. Nie wiem, skąd mi to się wzięło. Nie potrafię tego wytłumaczyć. Tak mówi mi moje serce. Będę szedł za głosem serca! Muszę siebie, czyli ich wszystkich, przeprowadzić przez jakąś przeszkodę: prerię pełną zebr, rzekę zwaną Styks (czy coś takiego?) w kierunku Zielonej Poświaty! Celu ostatecznego ludzko-wciornastkowej niedoli. Nie do końca wiedząc, jak siebie wyobrażać, przemierzałem siłą woli coraz bardziej zamglone odmęty, mając tylko nadzieję, że reszta mojej konsystencji, podąży tam, gdzie trzeba w trybie autopilota.
Mgła się jakby rozrzedza. Zielona poświata coraz lepiej widoczna. Wyłania się dziwna, antypatyczna postać. Jakaś sfatygowana. Idzie w moim kierunku.
"Chyba skądś ją znam". Jednocześnie zaczynam odczuwać coraz wyraźniej dyskomfort. Ale nie taki metafizyczny, czy poznawczy tylko bardziej zmaterializowany gdzieś ...poniżej.
Już go poznaję! To… uosobienie niedyspozycji mojego kolana. Postać ta z wyraźnie złośliwym uśmieszkiem na twarzy, właśnie wręcza mi uroczyście moją lewą nogę, z powrotem we władanie.
– Niech Ci służy przez długie lata, do czego powinna służyć – powiedziało to coś z przekąsem.
– Ku chwale Ojczyzny! – odruchowo odpowiedziałem, gdy wtem coś zaczęło mi dokręcać drugą nogę...
Po jakimś czasie mogłem już normalnie delektować się chodem na własnych nogach i we własnym ciele. Znaczy się 100% homo-sapiens. Pojedynczy osobnik. Choć jak się okazało, cały czas szedłem bez z problemu. Przejście przez jezdnię zostało w tyle. Chyba nikt postronny niczego podejrzanego nie mógł dostrzec.
Poszedłem raźno dalej, musiałem w końcu załatwić tę sprawę.
Po takim przeżyciu coś pozostaje w człowieku na dłużej, no i wypadałoby sformułować jakąś refleksję. Jak się da to nawet morał. Ja miałbym taki:
"Jak Ci się coś bardzo spodoba (choćby taki kwiatek z klombu), to się nie czepiaj nieciekawych szczegółów, bo może Ci się to tłuc później niepotrzebnie w głowie w najdziwniejszy sposób w najbardziej niespodziewanych okolicznościach".
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania