Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
PRZEŁĘCZ SKALNEGO OBŁĘDU. (mroczne opowiadanie mystery)
PRZEŁĘCZ SKALNEGO OBŁĘDU.
(mroczne opowiadanie mystery)
" Ostra choroba górska (ang. Acute Mountain Sickness – AMS) to jedna z postaci ostrej choroby wysokościowej. Hipoksemia powoduje zwiększenie przepływu krwi, wzrost ciśnienia w naczyniach włosowatych oraz przenikanie płynu z mikrokrążenia mózgowego i płucnego. "
PROLOG
Zwydeptany nieliczoną od dawien zamierzchłości, przypadkowo napotkaną parą głębokiego bieżnika twardogumistych podeszw, śródłącznie szutrowy ucier: wiódł kolejną trójkę z nich, uklepywaną ciężarem plecaków, mijaniem kolejnych depresji wobec pochylni zwyrodniałego skałą pagórka. Tafelnie lodowa śliskość szarości, posiadała wrodzoną tendencję posyłania w tylko sobie znanym celu, na wiecznoodpoczynkowy urlop, rozpoczynający się, zakończeniem krzyku przerażenia, milknącego usiłowaniem uzyskania oparcia dłoni, akompaniamentem gruchoczących praw fizyki, rozpryskliwie zdobiących szczeliniaste mroki czeluści: niczym pradawne malowidła, stanowiące przestrogę dla napawanych podziwem. Tylko dlatego, postanowiły niespiesznie napawać się widokami, zaskakująco darzącymi zachętą postawienia stopy. Większość z nich ustępowała, stukliwie tocząc się w gnejsową paszczę, biżuteryjną połyskiem granitowej ostrości. Wiodący spiralnie ku grzmiącemu oskarżycielską szarością niebu, metamorfowany nakazem nieczczonych bóstw, skalny występ: jakby pretendacją ku zostaniu nieprzeklętym turystycznym dialektem, zwykł uznać, iż wszystkich ocalałych spotkanie go w drodze, dostąpi zaszczyt położenia dłoni na zrdzewiałej kwasowością deszczy, przenikliwości stalowego chłodu: grubymi łańcuchami tkwiąc w kółkowych mocowaniach, nie pozwalającym odstawać od ściany, a przynajmniej:.. bezpowrotnie. Jako pozbawiony tożsamości w ewidencji topografów, zdawał się bezimiennością, wieść nieuniknione. Miewał imion tyle, co mdlejących wysiłkiem, opłakując strach wspinaczki, zaklinając swych Najwyższych, ku zabraniu ich męki, czepliwej linami wobec śmiglastej woli ich żyć. Nie był jednak złem. Rodząc się w świadomości jako zwyczajna przełęcz: lawiracją jednoschodowości, wiodąca zwykręcony bieg istnienia tętna, ku jarowi, zwanemu Podgórnym. Z tego powodu, za głosem Góralskiej Mądrości: strachliwość przedsienną: zwróć sobą z ganku Diabła... zanim oddech czarci:.. z pod stóp zawoła...
I.
- Mamo... - niepewny głos dziewczynki, zmęczeniem oddechu, zdawał się milknąc pośród rwania wiatrem jakiegokolwiek przejawu radości oblicza, padać wobec nieobecności - czy... - usiłowała spytać zapatrzona w tłuczeń przewężenia - ... to jest... ten... no... - zamilkła zastanowieniem.
- Przepaść. - padło niemniej ziejącym tonem zza jej pleców - Ała!, kurwamać...
- E!.. nie odwracajcie się, skupcie... i na Boga!: patrzcie pod nogi!.. - przestroga zdała im się obu, dochodzić jakby zewsząd.
Faktycznie. Obustronnie przesłaniany zurywanym ciosaniem skalnego majestatu, horyzont, górując ponad ich głowami wszędobylnie, prowadził ku znaczącej brakiem zdecydowania, świadomości wyboru: wiodąc ku burzliwie zirytowanemu niebu, jeżeli jednak inaczej, to i tak sprowadzając na jego łamy: zaledwie kilkudziesięciometrową czeluścią, czyhającą zimnem ciemności, kryjąc się za kruchliwie zszarganym rantem skalnej aleii, pożerającej... żądnych uproszczeń, ślepo ufających własnej knąbrności, przybyłych: zwłaszcza usilnie poszukujących odskoczni, wobec codziennych zabiegań, co zresztą: bardzo często ich spotykało, niestety: przekraczając ich oczekiwania, morderczym pocałunkiem boleśnie twardego zimna, pozwalając im nie powrócić z myślą, iż doczesne piękno... jest stanowiącym ich życie. Można by nawet uznać, że... będąc jego sensem, prawdaż?.. Jeżeli nawet nie dane było im nad tym dokonywać przemyśleń: cięty łamanymi jęzorami pęknięć, ścielony chrzęstliwością, stanowiąc tym półmetrowe odstępstwo końca życia, ninejszy " skrót ": istniał, jakby... aż nazbyt rzeczowo. Boleśnie kalecząc goryczą świadomość, niemniej od dłoni, ciętych ścianami, jakby każda szczelina ich nierównej kubatury, była pełna Bułgarskich żyletek. Może się jednak okazać, że znajdzie się piechur, uznający to za nikły powód, ku skokowi w przepaść. Oczywiście, ponieważ: dopiero niebawem, zacznie zapadać mgliście senny kraniec dziennej doczesności, a ponadto... zbiera się na zasadniczą ulewę. Całe szczęście: za moment...
II.
Zdecydowanie solidny splot włókien sznurówek, krzyżując się pośród kolejnych par grubodrucianych przepustów, zajmował jej niegdyś radosny umysł, wiodąc uwagą skupionego wzroku, ponad zdradliwymi, wierzchnią posypą kruszywa, szczelin: na tyle szerokich, aby ich skłonny przepastnie gest, chrupliwym skowytem łamanej kości, wiódł ciężar ciała w objęcia przeznaczenia. Jako ośmiolatka, chyba tak często rysowała górskie szczyty: malowniczo oświetlone kreskami promieni słońca, wśród iksoidalnie łączonych konturów, przywodzących na myśl obłoki, że siostra jej mamy, zaproponowała niniejszy odpoczynek. A przynajmniej: zanim siarczystą wymianą rwanych tym zdań, zamilkła wobec kobiety, z którą dane jej było dorastać, zanim ją urodziła... obie, naprzemiennie, nie szczędziły jej pouczających komentarzy, najczęściej: powodując, iż wątpiła, że jej mama, jako jedyna, podąża przed nią... Obecnie, przynajmniej miły głos cioci Gosi, za jej plecami: zdawał jej się irytującym. Nie dlatego, że była na nią zła. Niekoniecznie jednak musiała być knąbrna. Zwłaszcza wówczas, gdy czując miotający płucami oddech, popychany zawrotami głowy, chciała spytać własną mamę, czy... ta chmura cienia, stojąca na stromiznie, kilkanaście kroków przed nią, to... właściwie... ten... no... oczekując na odpowiedź, postanowiła przecież odnaleźć odpowiednie słowo...
- Upiór... - szepnęła duszonym w płucach tchem Zosia, podnosząc zmęczone, purpurowiejące oczka z jasnobłękitnymi tęczówkami, na ładowany ekwipunkiem plecak mamy, będący odpychającą przyczyną zapadnięcia mdle obojętnej ciemności...
III.
Impet bezwładnie głuchego jebnięcia, drobnego ciała pośród odłamliwej sypkości, ciążącego lekkim plecakiem, wyrwał ją z odrętwienia. Właściwie, nie z jego powodu się zatrzymała. Rozmazując na policzku łaskoczącą kość policzkową, łzawą kroplę, przez mglisty wzrok, usiłowała zrozumieć przemykający holem jej świadomości, obraz:
Szczeciniaście łożona zarostem twarz, zdawała się horrorycznym grymasem, wtłukiwać uderzeniami dłońmi, ostatnie tchnienia logiki własnych poczynań: ustami rozwartymi szaleńczym wrzaskiem, rwanym kłębiącymi umysł myślami. Rzężąc przeraźliwie, skrył ją w dłoniach, odrzuconych jakby dotknięciem płonącego węgla, jezusowym gestem zbawienia: przeciągłością zawodzeń, chcąc odegnać w objęcia niebytu, gdy uciekawszy przez nią, niemal odczuwalnie posłał na kolana własnej woli, zmierzającą przewodnio osobę. Gdy zdała sobie z tego sprawę, opuszczając jej ciało w panicznym popłochu: skoczył w przepaść. Zaledwie krok przed obecnie stawianym głębokością bieżnika jej podeszwy.
Z paraliżu objęć przerażenia, wyrwał ją impet upadku, za plecami. Wyzbywając się matczynej racjonalności, porzuciła ponad wilgotnością skalnego chłodu, docześnie stawiany krok: mając nadzieję, iż napotkanie plecakiem ściany, nie pośle jej w niebyt, gdy z gracją zawodowej baletnicy, postanowiła się odwrócić.
Krzyknęła dopiero wówczas, gdy cienisty zarys twarzy, stojący za jej plecami, napotykając wzrok... uczynił to samo. Nie zdążyła zrozumieć, czy słyszy go skądkolwiek, jak swojego własnego gardła. Nie miała czasu... usiłując balansem ramion, utrzymać równowagę. Czując pod podeszwą ostrzony przemijaniem rant czeluści, jej serce przepełniła ulga. Udało się... przynajmniej do momentu, gdy ujrzany cień... skoczył w jej kierunku, obejmując pozbawionymi cielesności ramionami.
Cofnęła się niemal... zaledwie o krok...
Gdy zdała sobie z tego sprawę, odczuła to siłą, ułamkiem sekundy rwącą jej kurtkę... ostrością rantu wyciągającej po jej ciało szpony, czeluści. Uderzając podbródkiem o sypką kruchość skalnej grani, do niedawna spoczywającej pod jej podeszwami, pośród miazgliwie mokrego odgłosu łamania dolnej szczęki, pogrążyła się w mroku... powodującym ostatnimi sekundami jej życia, odczucie wypełniającego jej świadomość, dotyku przemijania... tylko z tego powodu nie wiedząc, iż kiedy jej ciało gruchotnęło o skalny występ, kilkanaście metrów poniżej: nie żyła już, bezwładnie zsuwając się z niego, ku dnu własnego grobu.
IV.
Zdała sobie sprawę, w jakim stopniu oddech może być bolesnym. Nawet sklejonymi krwią powiekami, chciała być jak najdalej od ujrzenia czegokolwiek. Po kolejnym, chrapliwie głębionym wdechu, przełykając go szlochem, odczuwała tylko ból... zarówno kolan, jak i dłoni, kurczowo zaciśniętych pośród krwawo zaoranych opuszkami palców, odłamków. Drżące ramiona, wsparte nimi o skalny stopień, pozwalały nie tyle odczuć brak towarzystwa Kostuchy, co nieobecność czegokolwiek ponadto. Oprócz kamyków, uwierających ją w kolana, właściwie... nic jej nie jest. Zwyczajnie zasłabła, osuwając się podczas marszu.
V.
Idąc, jako ostatnia... czując ulatujące z umysłu emocje, usiłowała nad sobą zapanować. Właściwie: sama nie wiedziała, czy właściwie tego chce. Musi uciekać. Ani kroku. Ściągnie plecak. Nie. Zdecydowanie... jest jej potrzebny. Upadnie w przepaść... bez wątpienia.
- Pomóż mi... - szepnęła oziębłym chrypnięciem, kierując krwawe spojrzenie przekrwionych purpurą oczu, ponad swoim lewym barkiem.
Żadnej odpowiedzi. Z jakiego powodu, skoro doskonale zdawała sobie sprawę, że... ktoś za nią stoi, uważnie się przyglądając jej upiętym w kucyk, kruczoczarnym włosom.
- Proszę... tylko... przytrzymaj mi plecak... - nie zaprzestała mamrotliwego szeptu.
Milczenie. Jazgoczące echem jej świadomości, odbitym pośród skołatanego umysłu. Właściwie... dotyk: spoczywający na jej ramieniu. Czemu wcześniej go nie czuła?...
- Dziękuję... - jęknęła smutno, sięgając do klamry zapinającej ekwipunek w dolnej części jej kurtki.
Oswobodziwszy prawe ramię z pod szelki plecaka, nie czuła, iż jego ciężar, przechyla jej życie ku rantowi przepaści, trzymany nieznaną jej pomocą, nie należącej do kogokolwiek dłoni. Na tyle długo pośród niechybnej stabilności, że gdy tylko wysunęła bark z pod kolejnej, słanej miękkością antyotarciowej poduszki, tkanej mocą węglowych włókien, szeli plecaka: odbijając się z chrzęstliwym łomotem, przekoziołkował w przepaść... zaledwie kilka sekund później, przywodząc na myśl, stygnące życiem wybrzmiewem tegoż... ludzkie zwłoki.
Szok spowodował, iż lgnąc plecami do wilgotnie zimnej, skalnie kolebistej, ściany: niczym marionetka, której przeguby trawi rdza niedbalstwa, skierowała wzrok za siebie. Gdy równie nienaturalnie powędrował on z powrotem, nie bacząc ku rwącym kurtkę na plecach szarpnięcią... pozwoliła, aby jej biodra runęły, odsuwając buty bezwiednym zwisaniem, poza granicą dzielącą od niechcącej przestać ich nękać... pustki. Zamiast uderzenia bólu, czuła w krągle kształtnych pośladkach, jedynie... pozbawiony uczuć dotyk, trzymającej ją przy życiu materii. Gdy bezwiedny szloch, zechciał łzami rozcieńczyć krew płynącą z jej oczu: postanowiła zasnąć... aby uspokoić pulsujący jazgotem głosów umysł...
EPILOG
Od czasu, gdy Najwyższy zesłał Archaniołów, szumliwym jazgotem skrzydeł ponad ich głowami, dziękowała mu, iż pozwalając im upaść: strącił ich właśnie w tą, piekielną przepaść, na której odzyskawszy przytomność... postanowiła stać się dorosła. Nie potrzebowała już przytuleń mamy: odpychając ją stanowczo, a ku jej zdziwieniu: tylko zniknęła z jej życia, chrupliwym trzaskiem, na dźwięk którego... odzyskała świadomość. Była bardzo głodna... Myślała o tym, gdy unosząc tkwiący w załamaniu skalnej nierówności, kilkukilogramowy kamień: postanowiła zakończyć nim jazgot myśli, mamroczący bełkotliwie ustami jej pogrążonej we śnie cioci...
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania