Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Przerwa w dostawie prądu

Co dzisiaj za dzień? Chyba poniedziałek. A co do Mareczka, to każdy go znał, ale tylko z widzenia. Jak ktoś go nie znał z widzenia, to wiedział o nim z opowieści. Albo przynajmniej o nim słyszał. O tym gościu, co nic nie gadał. Po prostu się nie odzywał. No, może czasami. Jak już musiał. Jak go wywołano do tablicy i nie było innego wyjścia. Czerwieniał wtedy na twarzy, chował łeb między ramiona i z brodą dociśniętą do klaty dukał coś pod nosem. Głównie “tak” albo “nie”. Czasami jakieś “może” albo “wcale” – zależało od sytuacji.

Pod oczami miał zawsze ciemne półkręgi. Jakby nigdy nie spał. Twarz miał w kolorze schodzącego siniaka. Z daleka wyglądał jak panda z obozu koncentracyjnego. Chudy. Wiecznie zgarbiony wór kości. Chodził jak we mgle. Jakby powietrze stawiało mu za duży opór.

Chodziliśmy razem do klasy, więc mogłem go obserwować z bliska. Dzięki temu wiedziałem, że sam był sobie winien. Nie potrafiłem zrozumieć, o co mu chodziło. Co siedziało w jego głowie. Co się tliło pod jego rozczochranymi kudłami.

Oprócz niego było w naszej szkole kilkunastu innych frajerów. Cichych, słabych, nieogarniętych patałachów przemykających szkolnymi korytarzami z nadzieją, że tego dnia ich regularni oprawcy będą na wagarach albo doczepią się wcześniej do kogoś innego. W przeciwieństwie jednak do Mareczka, tamci potrafili chociaż w minimalnym stopniu funkcjonować. Być na dnie, ale w krainie żywych. Mareczek miewał z tym problemy. Wydawało się, że w rzeczywistości leżał gdzieś w grobie. Że na powierzchni pojawiał się tylko jego duch. Cień kogoś, kto kiedyś oddychał, myślał i czuł. Mareczek nie uzewnętrzniał żadnej z tych rzeczy. Jakby był tylko wytworem wyobraźni.

A może miał to po prostu w dupie i w rzeczywistości zajmował się swoimi sprawami?

Nie wiem, ale czasami o tym myślę. Ostatnio coraz częściej.

Po gimnazjum straciłem go z radaru. Podobno wyprowadził się do większego miasta. Słyszałem o tym raz czy dwa. Mało mnie to obchodziło, ale od czasu do czasu próbowałem sobie wyobrazić co mógł teraz robić. Jak wyglądało jego życie? Czym taki ktoś może zajmować się po lekcjach? Czasami idąc do szkoły, kiedy przechodziłem obok jakiegoś żula, zastanawiałem się, czy może on też zaczynał od bycia Mareczkiem. Kiedy widziałem ludzi w odblaskowych uniformach, tych co zamiatają opadłe liście z ulic, wyobrażałem sobie, że w gimnazjum zajmowali się jedynie dukaniem pod nosem. Unikaniem kontaktów z ludźmi. Przeżywaniem do ostatniego dzwonka.

Z czasem myślałem o tym coraz mniej. Mareczek powoli rozpływał się w mojej pamięci. Znikał, tak jak tego zawsze pragnął. W końcu zupełnie o nim zapomniałem.

Aż do dzisiaj.

Aż coś mnie podkusiło i wlazłem na tego cholernego facebooka. Nie robiłem tego już od wielu miesięcy. Ile można oglądać te same durne zdjęcia? Czytać te same durne posty? Ile razy można chwalić się nowym dzieciakiem. Grillem nad jeziorem? Jakąś tam beznadziejną pracą? Wycieczką tam gdzie każdy już był na wycieczce, zdjęciem, który każdy miał w swojej wakacyjnej galerii. Sylwestrem, który każdy już przeżył?

Dla mnie to było zbyt poniżające. Miałem lepsze rzeczy do roboty. Tysiące książek do przeczytania. Nowy trening umysłowy na podniesienie spostrzegawczości. Eseje do napisania. Rozprawki. Nowe posty o lepszych czasach, tych przed fejsami, przed czatami, przed życiem na pokaz. O starożytnych filozofiach. Nurtach, których już od dawna nikt nie pamięta.

Miałem do zrobienia milion rzeczy i nie zamierzałem tracić ani sekundy na podglądaniu cudzego życia.

No ale dzisiaj coś mnie podkusiło. Coś mnie pokierowało na tą przeklętą stronę. Wpisałem jego imię i nazwisko. Chwilę mi to zajęło, ale po wspólnych znajomych jakoś do niego dotarłem. Do Mareczka.

Do Mareczka bez ciemnych półksiężyców pod oczami.

Do Mareczka bez menelskiej fryzury.

Bez pogniecionych ciuchów.

Bez wapiennej cery.

Patrzyłem na to jak w transie. Pod koszulką poczułem niewidzialny termofor. Na plecach ściekający pot.

Mareczek jest w związku od trzech lat. W sensie żonaty.

Jest krewnym Tomaszka i Agatki. W sensie ojcem.

Pracuje w korporacji. To znaczy jest kierownikiem działu HR.

Jeździ dwuletnim volkswagenem. Białym. Z turbosprężarką i dużym wyświetlaczem na środkowej konsoli.

Mieszka w domu jednorodzinym z widokiem na las. Z trzema sypialniami. Z podwórkiem obrośniętym trawą jak na stadionie narodowym. Wszystko to ma pod Trójmiastem.

Na swoim profilu wrzucił cztery galerie z wakacji. Każda z setką zdjęć z czterech różnych kontynentów świata. Z Norwegii. Z Tajlandii. Z Meksyku. Z Egiptu i Tunezji.

A ja mieszkam nadal u swoich rodziców w piwnicy i ostatni raz wyszedłem z domu dwa miesiące temu.

 

*

 

Czterdzieści dwa i pół metra kwadratowego. Mniej więcej tyle zajmuje moja życiowa powierzchnia. To jest mój cały świat. Mój urlop w egzotycznym kraju, moje święta Bożego Narodzenia. Moje urodziny i imieniny. Moja dorywcza praca przez internet kilka razy do roku, kiedy przez parę dni coś mi się chce. Moja rozrywka. Moje intymne życie z moją ręką i monitorem.

Czterdzieści dwa i pół metra kwadratowego. Dokładnie tyle. Wiem to, bo wszystko zmierzyłem. Kilkadziesiąt razy.

Moja rzeczywistość zaczyna się od schodów w dół. Albo raczej do góry, patrząc z mojej perspektywy. Twarde, dębowe stopnie koloru kasztana. Poszczerbione na krawędziach. Z jasnymi przetarciami na środku. Prowadzą one do korytarza, po kilku krokach skręcającego w lewo, do głównego pomieszczenia. To tak naprawdę duży pokój z dwoma małymi okienkami prawie przy suficie. Kiedyś był tutaj warsztat mojego ojca. W rogu nadal stoi odwrócony bokiem stół zbity z grubych desek, umazany w smarze, poszczerbiony od tysięcy uderzeń młotka. Jest tu moje stare, metalowe łóżko ledwo mieszczące jedną osobę. Na nim leży zapadnięty materac i kołdra. Porwana poduszka. Zżółknięta od potu. Zgnieciona tak, że nie da się na niej spać bez zwijania jej jak śpiwór. Obok łóżka stoi stół z jadalni. Taki z blatem w dwóch częściach, które można rozsunąć na boki i wyciągnąć dodatkowe pół metra powierzchni ze spodu. W takiej właśnie konfiguracji jest teraz rozstawiony. Na nim buczy mój komputer. Chodzi prawie nieprzerwanie od sześciu lat. Boję się go wyłączyć, bo nie wiem czy byłbym go wstanie ponownie uruchomić a bez niego nawet nie wyobrażam sobie dalszego życia.

Po drugiej stronie łóżka jest zawieszona zielona cerata, za którą schowana jest łazienka. Popękany kibel, przyprawiający mnie o zawał serca każdego poranka. Siadając na nim wyobrażam sobie, że zewnętrzna część muszli pęka i odlatuje na boki, a ja upadam dupskiem na poszarpane pozostałości porcelany. Rozcinam przy tym ukrytą w udzie tętnicę i umieram w połowie srania. To byłoby idealne podsumowanie mojego życia.

Zamiast umywalki mam przysznic z brodzikiem w kolorze rdzy. Kiedyś był biały ale to było dawno temu. Nie wiem czy wygląda tak od uzbieranego latami kamienia czy może zmienił swoją barwę w inny sposób. Czasami miewam ochotę go doczyścić, ale zazwyczaj szybko mi przechodzi.

Poza tym mam dwa regały z uginającymi się półkami. Leżą na nich moje ciuchy. Porozciągane, poprzecierane, porwane i poszarpane. Nie wiem czy posiadam chociaż jedną koszulę w rozsądnym stanie. Mam dwie pary jeansów i obie już dawno straciły oryginalne końcówki nogawek. Teraz kończą się frędzlami. Na regałach leżą też, a raczej stoją, poustawiane ciasno obok siebie książki, komiksy, czasopisma i jakieś pudła, do których nigdy nie zaglądałem. No i pełno kurzu. Gdzieniegdzie kilkumilimetrowe warstwy. Gdybym spróbował to posprzątać, pewnie dostałbym pylicy. Poza tym wcale mi to nie przeszkadza i wolę tego nie ruszać.

 

*

 

W taki typowy dzień wstaję o dziesiątej. Może w pół do. Siadam najpierw na łóżku w specjalnym, wyrobionym już miejscu przy krawędzi, tak żeby nie wbiła mi się w tyłek jedna z wystających sprężyn materaca. Przez kilka minut pocieram kolana. Prawe często mnie rano pobolewa. Wydaje mi się też że czasami kuleję ale nic z tym nie robię. W sumie i tak mało chodzę, a poza tym boję się, że to coś poważnego.

Po pocieraniu wstaję i się ubieram. Mam takie trzy zestawy ciuchów. Dżinsy numer jeden, jaśniejsze, i czarny pasek – niestety wymóg. Spodnie są jeszcze z czasów szkoły średniej, a od tamtej pory schudłem dwie dziurki plus jedną dorobioną długopisem. Do tego szara bluza sportowa, poprzecierana na łokciach tak że jak się naciągnie rękaw to prześwituje łokieć. Jest też popruta pod szyją. Zamiast bluzy może być niebieska koszula flanelowa. Drugi zestaw to oczywiście drugie dżinsy, które pasują, bo kiedyś je uprałem i za długo schły, przez co się zeszły. Oczywiście do wyboru mam te same części górnej garderoby co w zestawie numer jeden, ale zakładam do nich albo czerwony swetr z porociąganymi rękawami, które zawijam na trzy razy, albo tylko koszulkę jak jest cieplej. Jak się ubiorę to idę sikać. Potem otwieram moją małą lodówkę schowaną w rogu. Trzymam tam żarcie, które nie może leżeć na stole. W piwnicy zawsze jest trochę chłodno, więc jedzenie, nawet leżące na wierzchu, psuje się wolniej. Poza tym i tak jem raczej jakieś suchary. Nie jadam gotowanych rzeczy, chyba że mi przyniosą coś gotowego, ale od dłuższego czasu już nikomu nie chce się tego robić.

 

*

 

Co dzisiaj za dzień? Chyba środa. A jeśli chodzi o mojego ojca to zawsze powtarzał jedno. Ucz się matematyki. Tylko tyle. Mówił, że język polski i historia nadają się jedynie na hobby. Że prawdziwy zawód to nauki ścisłe. Matematyka, fizyka, chemia. Może biologia.

– Ale to bardziej dla bab – mówił.

Ja miałem być fizykiem. To mi powtarzał. Że załatwi mi pracę u siebie w firmie. W sensie – elektorowni. Bo tam pracował.

– Będziesz miał jak ulu – mówił. Pewnie miał rację. Pewnie bym miał. Tylko z tego nie skorzystałem. Teraz mój ojciec już nie pracuje. Nie mówi mi też nic o matematyce. W ogóle się nie odzywa. Przynosi mi tylko jedzenie, ale zostawia je pod drzwiami i puka. Chyba nie chce mnie widzieć. W sumie ja jego też. Kiedyś jedzenie przynosiła mi matka, ale już tego nie robi. Chyba jest chora, ale nie jestem pewien. Dawno jej nie widziałem. Mieszka na piętrze a to dla mnie za wysoko. W sumie równie dobrze może już nie żyć. Wcale bym się nie zdziwił gdyby nawet w takiej sytuacji nikt nie próbował się ze mną skontaktować. Chyba nikomu już nie chce się próbować. Pewnie myślą, że to strata czasu i mają przy tym stuprocentową rację.

Jedzenie dostaję co trzy dni. Równo co do minuty. Z matką bywało różnie, ale ojciec jest punktualny jak zegar atomowy. Spóźnia się mniej niż mój komputer. W sumie nawet wolę jego. Matka czasami płakała pod drzwiami. Denerwowało mnie to. Teraz przynajmniej mogę gnić tu w spokoju.

 

*

 

Nie zawsze tak było – w sensie – nie zawsze mieszkałem w piwnicy. Dorastałem na górze. Na PARTERZE. Tam miałem swój pokój. Tam stał mój komputer i moje szafki. Moje łóżko, tylko że mniej obdrapane i wyrobione. Z materacem, który nie wbijał sprężyn w plecy. Życie było inne. Chodziłem do szkoły, jakoś się tam uczyłem, miałem kolegów. Można powiedzieć – norma. Przebrnąłem przez pierwszą klasę, przez drugą, przez trzecią i tak dalej. Nic nadzwyczajnego. Pytanie tylko, jak wylądowałem tu gdzie jestem, w sytacji jaką przeżywam, w czasie kiedy powinienem pracować – jak moi dawni znajomi – nad swoją karierą i potomkami.

Dlaczego tak wyszło?

W sumie nadal nie jestem pewien. Kiedyś myślałem, że wszystko mi się ułoży. Tak jak innym. Że muszę jedynie poczekać. Uzbroić się w cierpliwość. Nikt nie wytłumaczył mi, że w życiu trzeba coś robić. W sensie – się starać. Mieć jakieś plany. Cele. Ambicje. Mieć jakiś pomysł na siebie. Myślałem, że zdam maturę, pójdę na studia, poznam dziewczynę, znajdę pracę, ożenię się i będę żyć tak jak wszyscy. Nikt nie powiedział mi, że nie każdemu to jest pisane. Niektórzy muszą o to walczyć. Nie każdy jest takim Mareczkiem. Nie każdy ma w życiu fuksa.

Dobrze wiem, że to gówno prawda, ale tak mi jest wygodniej. Bez wymówek już by mnie tu nie było. Ale jak się to wszystko zaczęło? Większość dni spędzam na odpowiadaniu na to pytanie. Jak do tego doszło? Oczywiście nikt tak na prawdę mnie nie pyta, bo przecież z nikim nie rozmawiam, ale i tak odpowiadam. Sam sobie. Codziennie. Dwieście razy. Może trzysta. Znam już tą odpowiedź na pamięć.

 

*

 

Co dzisiaj za dzień? Czwartek. Chyba. To znaczy, że dzisiaj dostawa. A odpowiedź jest bardzo prosta. Jak zaczął gość, który leży na dworcu pod kiblami i zdycha z przedawkowania? Od bycia narkomanem pewnie. A jak zaczął narkomanię? Od bycia alkoholikiem? A ja to się stało, że nadużywał alkoholu? Od napicia się oczywiście. Ale od którego razu? Pierwszego? Drugiego? Ile trzeba wychlać żeby być alkoholikiem? Ile razy się naćpać, żeby skończyć na odwyku? Ile dni trzeba przesiedzieć w chacie, żeby stracić kontakt z rzeczywistością? Żeby zamknąć się w czterech ścianach? I czy to jest początek czy tylko symptom czegoś innego?

Dobre pytanie. Pytanie, które trzymało mnie na jawie przez wiele nocy. Pytanie, na które próbowałem znaleźć odpowiedź przez kilka lat. I nadal nie wiem. Tak jak alkoholik, który nie wie, od którego piwa się zaczęło, ja nie jestem w stanie sobie przypomnieć, od której myśli zamknąłem się we własnej głowie. Bo nie o ściany tu chodzi, tyle wiem. Po przeczytaniu trzydziestu dwóch książek na ten temat, już wiem, że nie wchodzą w grę żadne fizyczne bariery. Wiem wszystko o psychoanalizie. O terapii behawioralnej. O terapii poznawczej. O tej psychodynamicznej. Wiem, o mojej podświadomości, o tym, że tkwią w niej jakieś złe wspomnienia. O tym, że jestem w traumie. Tylko za cholerę nie wiem, z jakiego powodu. W życiu nie stało mi się nic złego. A przynajmniej ja nic takiego nie pamiętam. Myśląc o tym spoglądam na zegarek. Dostawa się spóźnia.

 

*

 

Sprężyny skrzypią kiedy podnoszę się z łóżka. Nie słyszę nic więcej. Nie słyszę żadnego szumu. Żadnych dźwięków w ogóle. To dziwne, bo przynajmniej mój komputer powinien pobrzękiwać. Patrzę na stół i przechodzą mnie ciarki. Nic się nie świeci. Ani monitor, ani żadne diody od komputera. Nie świeci się przycisk od listy przeciwprzepięciowej.

Musiał się spalić bezpiecznik.

Podchodzę do ściany i pstrykam włącznikiem. Żarówka nawet nie mrugnęła.

Musiała się przepalić.

Przykucam przed moją podręczną lodówką i otwieram drzwiczki. Żarówka od podświetlenia jednak nie świeci, ale była na pewno przepalona już wcześniej. W środku jest cieplej niż normalnie. To znaczy, że nie chłodzi. To znaczy, że nie ma prądu. Z chrupnięciem w kolanach podnoszę się do góry. Nie pamiętam, kiedy ostatnio zgasło światło, ale to chyba nic poważnego. Zdarza się. Rzadko, ale to jeszcze nie tragedia. Pewnie zaraz wszystko wróci do normy. Musi. Jak inaczej przeżyję do wieczora? Co ja mam niby robić?

Do tego jestem głodny. Pewnie nie ma prądu w całym mieście, albo przynajmniej w okolicy. Dlatego ojciec się spóźnia. Nie może zrobić zakupów albo stoi samochodem na nieczynnych światłach i czeka aż chaos zniknie.

O czym to ja myślałem?

 

*

 

Pierwszy raz zaczęło się szkole średniej. Rok przed maturą. Kiedy przestałem tolerować siedzenie w szkole. Kiedy nie mogłem już dłużej wytrzymać. Chciałem być w domu. Pograć na kompie. Poczytać książkę. Robić cokolwiek innego niż garbić się nad podręcznikiem odliczając sekundy do dzwonka.

To nie było tak, że ktoś mi dokuczał. Że byłem jakimś pośmiewiskiem. Mareczkopodobnym frajerem. Nie byłem na szczycie szkolnej hierarchii, ale nie lizałem też nigdy gleby. Dosłownie i w przenośni. Tak sobie po prostu byłem. Cichy i spokojny. Niewkurwiający. Niezawadzający. Siedziałem na hirze, siedziałem na gegrze, siedziałem na polaku i gryzmoliłem w zeszycie. Składałem samoloty z papieru. Opierałem głowę o wnętrze dłoni i gapiłem się przez okno na jezioro za szkołą. Na kaczki pływające po jego powierzchni. Na żółte liście spadające do wody. Po prostu już mi się nie chciało i tyle. Nie było w tym nic nadzwyczajnego. Ale tak to się chyba zaczęło. W mojej głowie.

 

*

 

Widzę jak cień przesuwa się z podłogi na stół a to znaczy, że już po trzynastej. Ojca nie ma. Przynajmniej go nie słychać. Prąd też jeszcze nie wrócił. Siedzę na łóżku i gapię się w zamglone syfem szyby. Na zżółknięte firaneczki rozchylone po bokach okna. Na czarny kłębek zdechłych muszek obwinięty srebrną pajęczyną w rogu.

Ojciec nie wraca.

Nie widywaliśmy się, to prawda, ale zawsze wiedziałem, że był na górze. Wychodził do kuchni albo do kibla. Podgłaszał wiadomości. Coś wiercił. W coś stukał. Żył i był w pobliżu. Matka nie robiła nigdy hałasu, ale on tak. A teraz nic. Cisza. I to nie taka zwykła cisza. Nie słychać niczego. Ani ulicy, ani ptaków. Ani psów ani żadnych dzieci. Ciszej niż jak po włożeniu stoperów w uszy. Tak cicho, że aż prawie ściska głowę. Jakbym tonął.

Kiedy byłem ostatnio na górze? Z miesiąc temu? Może jeszcze dalej. A po co? Pewnie po coś do picia, jak mi zbrakło. Umyć się w wannie albo zrobić pranie. To nie było tak, że zawsze siedziałem w tej piwnicy. Tylko przeważnie.

Dobra. Muszę coś zrobić – w sensie – sprawdzić co się dzieję. Nie mogę tak siedzieć. Nie bez sprawnego kompa. Rozcieram kolana tak jak po przebudzeniu i podnoszę się na równe nogi. Głęboki wdech. Idę.

 

*

 

Każdy raz w życiu śnił o tym, że jest w jakimś miejscu publicznym nago. Że nie ma na sobie żadnych ubrań. Podobno to coś znaczy, ale nigdy nie chciało mi się sprawdzić co. Albo nie miałem odwagi. Nawet jak mi się coś takiego śniło kilka dni z rzędu. Wolałem myśleć, że to tylko przypadek. Budziłem się i od razu otwierałem oczy. To tylko mój głupi łeb. Już po wszystkim. Nie muszę iść przez całe miasto bez gaci. Co za zgroza. Każdy komu się coś takiego śniło przynajmniej raz, dobrze wie o co chodzi. Ten wstyd. Totalne zażenowanie. Masakra. Nawet nie wyobrażam sobie co bym zrobił, gdyby przydarzyło mi się to naprawdę. Gdybym był w centrum i nagle poczuł wiatr na gołym dupsku. Zapadł bym się chyba pod ziemię. Dosłownie.

Tak się właśnie czuję naciskając na klamkę. Przełykam piłkę do ping ponga i uchylam drzwi. Duszę się. Pocę. Marzną mi ręcę. Na twarzy ktoś rozgniótł mi kopiec mrówek. Gdybym zamknął oczy, mógłbym przysiąc, że wylądowałem ryjem w śnieżnej zaspie. Wdech i wydech. Wchodzę.

 

*

 

Nierówne klepki jęczą pod moimi stopami kiedy przebieram nimi przez korytarz. W mojej piwnicy było trochę po trzynastej, ale w domu jest już wieczór. Patrząc w głąb mieszkania, lewą ręką macam po ścianie w poszukiwaniu włącznika. Pstrykam nim w górę i w dół ale nic się nie dzieje. Przed drzwiami do kuchni wspinam się na palcach u nóg i otwieram małą, szarą skrzyneczkę zawieszoną nad framugą. Korki wyglądają w porządku. Złudna nadzieja, że to tylko domowy problem, przemija.

Wchodzę do kuchni. Podchodzę do okien i rozchylam palcami szczelnie zaciśnięte blaszki żaluzji. Widzę cienki pasek osiedlowej ulicy. Na zewnątrz jest jasno. Wracam korytarzem do wyjściowych drzwi. Naciskam klamkę ale ta nawet nie drgnie.

 

*

 

Przeszukałem cały dom. Nie ma w nim ani mojej matki, ani żadnej sprawnej klamki. W oknach ich brakuje. W drzwiach są jak przyspawane. W głowie pytam się co jest kurwa grane. Lodówka w kuchni jest pusta. Tak jak wszystkie szafki. Nic z tego nie ma dla mnie najmniejszego sensu.

Znowu te mrówki na twarzy. Obniżona ilość tlenu w powietrzu. Jestem na parterze ale czuję się jak pod ziemią. Muszę jak najszybciej wyjść z tego domu. Ale jak? Znam tylko jeden sposób.

 

*

 

Kręcę klamką w prawo i w lewo. Każdy ruchu powoduje dłuższy zgrzyt. Chrzęszczenie ścieranej rdzy. W końcu klamka z głośnym kliknięciem przekręca się o dziewięćdziesiąt stopni. Okienko z krzykiem otwiera się na oścież. Twarz oblepia mi okład z ciepłego powietrza. Od zielonej trawy dzieli mnie tylko prostokąt trzydzieści na sześćdziesiąt pięć i pół centymetra. Po kilku latach w piwnicy to dla mnie prawie jak drzwi.

Stając na krzesełku odwracam się plecami do ściany i wyginając się do tyłu wysuwam głowę na zewnątrz. Prosto w stronę słońca. Przymykając oczy łapię rękami za górną część okna i powoli wysuwam się na trawę. W końcu siadam na ziemi, z nogami zwisającymi jeszcze przez okno w piwnicy i biorę głęboki oddech. To mój największy wysiłek fizyczny od kilku miesięcy. Rękami doginając łydkę do wewnętrznej strony uda przepycham najpierw lewą nogę na zewnątrz. Potem podnoszę się i jestem wolny.

 

*

 

Nie ma nikogo. Sąsiadów. Psów. Dzieci. Dorosłych. Stoi kilka samochodów ale brakuje ludzi. Czegokolwiek żywego. Poza roślinami.

Idę, bo nie mam pomysłu na nic innego. Mógłbym wrócić do domu, ale już się tam nasiedziałem i jestem pewien, że niczego to nie zmieni. Coś się stało. Coś poważniejszego niż zwykła przerwa w dostawie prądu.

Idę, wdychając ciężkie powietrze. Skręcam w lewo, w kolejną uliczkę obrośniętą po bokach jednorodzinnymi domkami. Kowalscy, Nowakowie, Czerniakowscy i Zielińscy. Ruina Budzińskiej i willa Makielewiczów. Za zakrętem w lewo ciągnie się już droga prosto do centrum – w sensie, trzech rond, brukowanego placu ze starym dworkiem przerobionym na urząd miasta oraz jeziorem. Moją starą szkołą podstawową. Moim starym gimnazjum. Szkołą średnią, której nigdy nie skończyłem.

Od trzech lat nie byłem tak daleko od domu. Wczoraj na myśl o tym spacerze dostałbym zadyszki, ale mijając osiedlowe boisko do kosza nabieram pewności siebie. Nawet mi się podoba. To prawie jak sen. Cały świat tylko dla mnie. Tylko ten metaliczny posmak na języku coś mi nie pasuje.

 

*

 

Zaczęło się od strategii. Gry na kompa. Takiej po sieci. Nie mogłem się oderwać. W czasie każdej rozgrywki, jak koń z klapkami na oczach, wchodziłem w inną rzeczywistość. Nic innego nie miało znaczenia. Kąpiel przed snem. Mycie zębów. Jedzenie. Nie ważne było o której pójdę spać. Czy mam odrobione lekcje. Czy coś jadłem. Ważne było, żeby rozjebać tego łosia po drugiej stronie. Najlepiej w pięć minut. Szybki atak na jego bazę. Robię kilka jednostek i lecę.

Jak się skończyły łosie, to już trzeba było robić zwiady, obczajać jaką rasą gra, bo od tego zależała odpowiednia strategia budowania. Każda przegrana to cios w klawiaturę i wiązanka przekleństw. Wygrana to w sumie to samo, tylko w lepszym humorze. Dwudziesta trzecia we wtorek? Jeszcze jeden meczyk. No dobra, jeszcze ostatni.

Pierwsza w nocy. Druga. Dobra, na wuef nie muszę iść. Spóźnię się na gegrę. No i potem znowu cały dzień, z głową podpartą na dłoni i wzrokiem byle gdzie, bo w głowie tylko ekran. Nowe strategie. Nowe pomysły. Kolejne wygrane meczyki. Respekt na forum.

Powrót do domu to był prosty rytuał. Buty pod ścianę, plecak w kąt i power w komputerze. Dźwięk rozpędzających się wentylatorów był jak muzyka. Sygnał zajebistego wieczoru. Godzin w innym świecie. Lepszym. Ciekawszym. W miejscu, gdzie byłem naprawdę kimś. Gdzie coś znaczyłem.

Słuchawki na uszy i już mnie tu nie ma. Nara. Do zobaczenia jutro rano.

 

Nie wiem czy wiedzieli już, czy nie. Może moja matka, kiedy wołała mnie po raz piąty na kolację. Kiedy przychodziłem do kuchni, przekładałem kanapki z talerza dla wszystkich na mały, ten tylko dla mnie. Kiedy zamykałem się bez słowa w swoim pokoju. Może już coś świtało w jej głowie. Wiem, że mi na pewno nie.

 

*

 

Patrzę na ostatni dom na rogu. Dalej jest długa prosta. Nieznane. Ten dom jednak kojarzę. Nawet pamiętam. Chata Kaśki. Takiej tam znajomej z gimnazjum i nieukończonego liceum. Z tym liceum to tak nie do końca, bo pod koniec z nikim nie gadałem i pokończyłem wszystkie znajomości. Ale kiedyś się znaliśmy bardzo dobrze. Może i to była nawet jakaś moja przyjaciółka. Coś w tym stylu. Także u niej na chacie byłem wiele razy. Znałem ten dom. Parter plus piętro z czerwonym dachem. Prawie jak mój, tylko bez popękanych tynków i odłażącej farby na oknach.

Stojąc tak przed furtką myślę więc sobie, że może wpadłbym w odwiedziny. Ze świadomością, że nikogo nie zastanę, to nie jest wcale takie straszne. Otwieram bramkę i idę krótkim chodniczkiem w stronę schodów. Wspinam się po nich do wejściowych drzwi. Chwytam za klamkę.

Jeśli w środku ktoś jest, to spalę się ze wstydu. Tak się boję, że prawie zawracam, ale w porę karcę się w głowie.

Debilu, nikogo tam nie ma. Nigdzie nikogo nie ma. To miasto jest martwe.

Wchodzę do środka i prawie niczego nie poznaję. Na ścianach nie ma już brązowej boazerii tylko gładka farba w kolorze łososia i błyszczący parkiet. Kiedyś krótki i ciasny korytarz wydaje się teraz ogromny. Większy niż ten w moim domu, chociaż oba są zbudowane z tego samego projektu. Wszystkie chaty budowane trzydzieści lat temu tak były robione. Jak stemplem odciśnięte na kratce z osiedlowych działek. Może dlatego tak dobrze nam tutaj było? Bo wszyscy mieliśmy to samo. Bliźniacze życia. Bliźniacze problemy. Lustrzane perspektywy.

No może poza mną.

Pstrykam włącznik ale i tutaj nic się nie dzieje.

 

*

 

Nie spieszy mi się. Początkowy strach trochę przeminął. Serie z kałacha w mojej klatce zelżały do okazjonalnych wystrzałów, w momentach kiedy wydaje mi się, że ktoś otworzył na dole drzwi. Po chwili wszystko wraca do normy, bo dobrze wiem, że to niemożliwe. Już się z tym pogodziłem.

Chodzą od pokoju do pokoju. Każdy z nich to kolejny sezon katalogu IKEI. Jestem pewny, że wszystkie meble mają jakąś skandynawską nazwę kończącą się na den. Naliczyłem trzy sypialnie. Dwie od dawna nie były używane. Ostatnia to były pokój Kaśki. Już tu nie mieszka. Wiem to bo na ścianie wisi jej życiorys. Cały kolarz zdjęć. Podstawówka, gimnazjum, szkoła średnia. Wszystkie najważniejsze chwile. Kilku fotek brakuje. Pewnie odpadły po czasie. Te, które zostały, mówią wszystko. Na jednym Kaśka w białej koszuli i czarnej spódnicy. W czarnych pantoflach i ciemnych rajstopach. Z wyglądu jeszcze taka jak w mojej pamięci. Pewnie ostatni dzień w szkole. Matura. Po uśmiechniętych czerwonych ustach widać, że udana.

Ja wtedy już byłem w najwyższej lidze. W sensie – w tej grze w którą grałem.

Na następnym stoi z dużym, turystycznym plecakiem i karimatą pod pachą przed blokopodobnym budynkiem z dużym numerem dziewięć. Akademik. Gdzieś kilkaset kilometrów stąd. W miejscu, którego nie potrafię sobie nawet wyobrazić.

Kolejne ujęcie na jakiejś imprezie. Z dwiema dziewczynami w dziwnych strojach. Pokojówka, pielęgniarka, policjantka.

Kolejne z jakimś gościem. Kadr z góry, prosto z jej ręki, jak leżą gdzieś na kocu. Ewidentnie rozbawieni. Mniej więcej wtedy gdy przeniosłem się ze swojego pokoju do piwnicy, bo tam nie było aż tak słychać jak starzy przerzucali się odpowiedzialnością za mój stan.

Następne zdjęcie w wielkiej hali, w czarnym stroju, z dyplomem w ręku. Z tym samym gościem obejmującym jej ramię.

Wtedy to już nawet w nic nie grałem. Komp przestał się do tego nadawać. Zacząłem moją fazę oglądania starych filmów. Czternaście godzin na dobę.

 

Następne w białej sukni.

 

Pisanie głupot na forach. Podszywanie się pod innych ludzi. Udawanie kogoś obcego szesnaście godzin na dobę.

 

Z dzieckiem na rękach. Przed piętrowym domkiem na innym osiedlu. Z tym samym kolesiem co wcześniej.

 

Na komodzie, poniżej kolarzu, znajduję jeszcze jedno zdjęcie. Jedno z tych, które odpadły. Podnoszę je do góry. Na tym siedzi z innym kolesiem. Też obejmującym ją za ramię, tylko trochę mniej pewnie. Jakby nie wiedział do końca, czy zaraz nie dostanie w twarz. Patrzę na niego i robi mi się gorąco. Nie mogę uwierzyć, że kiedyś wyglądałem tak normalnie.

 

*

 

Kiedy wracam na chodnik dociera do mnie, że znowu mogę normalnie oddychać. Powróciło mi czucie w dłoniach. Świat wydaje mi się trochę ostrzejszy. Bardziej realny. Jakbym założył pierwszy raz okulary na nos. Jakby rozdzielczość wszystkiego przeszła w ultra HD.

Wystający w oddali szeroki komin elektrowni zawsze przypominał mi kilkudziesięciometrowy wazon, tyle że zamiast kwiatów, wyrastały z niego obłoki szarego dymu. Teraz unosiło się nad nim tylko błękitne niebo. Może to tylko drobna awaria?

Patrzę na drogę przed sobą. Prowadzi aż do przejazdu kolejowego, jakiś kilometr ode mnie. Ściskami brwi próbując dostrzec kogokolwiek w oddali ale nikogo nie widzę. Ruszam do przodu. Nie mam chyba innego wyboru.

 

*

 

Z Jankiem ostatni raz widziałem się kilka dni po przeprowadzce do piwnicy. Po tym jak matka zaczęła mieć problemy z sercem. Przynajmniej tak mi ojciec wytłumaczył jej przedłużającą się nieobecność.

Oczywiście Janek musiał się pofatygować aż do mojej nowej celi, bo ja nie zamierzałem się z niej ruszać. No i oczywiście wcale go nie zapraszałem. Podejrzewałem, że z własnej woli też do mnie nie przyszedł. Że to mój stary go namówił. Widziałem to po jego minie. Po tym przylepionym uśmiechu, jakby rozmawiał z babcią chorą na alzheimera. Nie chciał tam być i ja nie chciałem tam jego, więc wymieniliśmy się kilkoma nic nie znaczącymi zdaniami, poudawaliśmy, że coś nas jeszcze łączy, a potem sobie poszedł. Odbębnił co miał od odbębnienia i tyle. A ja wróciłem do internetu. Wtedy to nawet nie bardzo wiedziałem, czy to zdarzyło się naprawdę. Widzę go teraz znowu. Na ekranie komputera. Znalazłem go na laptopie. Tym w sypialni na górze. W jego domu, kilka numerów dalej. Po całej masie syfu na pulpicie domyśliłem się, że to komp jego rodziców. Z szeregu ikon dziwacznych aplikacji, jakichś nieokreślonych jpgów i plików tekstowych udało mi się odnaleźć folder z rodzinnymi zdjęciami. Kolejny kolarz, tylko wirtualny, ale życiorys podobny. Prawie bliźniaczy. Przynajmniej do końca studiów, bo następne zdjęcia są zza oceanu. Na tle statui wolności. Empire State Building. Wall Street. W jakimś biurowcu, przy komputerze, otoczony szarymi półściankami. Nad Niagarą z jakąś brunetką w jego objęciach. W smokingu przed kościołem. Z dziećmi w basenie.

Nawet zza ciemnej brody go rozpoznaję. Ten sam Janek. Dobry kumpel nawet. Zawsze dawałem mu ściągać na klasówkach. Przepisywał prawie każdą moją pracę domową. Nie zdał w pierwszej klasie liceum. Jak widać i tak zaszedł dalej ode mnie.

Zamykam laptopa tak samo jak swoje oczy. Zastanawiam się. Próbuję sobie przypomnieć.

 

*

 

Każdy chyba o tym kiedyś myślał. Chociaż raz, przez chwilę. Żeby tak nagle stać się jedyną osobą na planecie. Móc robić wszystko na co ma się ochotę. Ja o tym myślałem wiele razy. Być jak duch i móc przenikać do każdego domu. Podglądać ludzi. Patrzeć jak żyją. Co robią. Jak wygląda ich życie. Teraz mam do tego idealną okazję. Trochę bardziej ograniczoną, ale chyba lepsza mi się już nie trafi. Chodzę więc i oglądam. Otwieram drzwi. Zaglądam do szafek. Przebieram w cudzych skarbach. Odwiedzam starych znajomych. Matiego. Sebę. Hankę. Michała. Czyją tylko chatę spotkam po drodze. Prawie po wszystkich zostały tylko opuszczone pokoje. Zakurzone gniazda, które odchowały swoich lokatorów. Kończyli studia, otwierali firmy, zakładali rodziny. Wyjeżdżali. Pozostały po nich tylko albumy. Te z prawdziwymi zdjęciami i z plikami graficznymi w komputerach ich rodziców. Na laptopach, tabletach, komórkach. Przynajmniej tych, które nie były jeszcze rozładowane. Których właściciele nie zdążyli ze sobą zabrać. Nie mogę uwierzyć ile ktoś może mieć fotografii. Ja nie zrobiłem sobie żadnej od ponad ośmiu lat. Albo i dłużej. Nie miałem nawet ważnego dowodu osobistego. Na tym starym wyglądałem jeszcze jak gimnazjalista.

Po szóstej albo siódmej chacie mam dość. Nie mogę na to dłużej patrzeć.

 

*

 

Najpierw próbował przemówić mi do rozsądku. Mówił, że muszę kiedyś wyjść bo to nie ma sensu. Niczego nie zmieni. Że wcale mi to nie pomoże, ale mi o żadną pomoc wcale nie chodziło. Chciałem tylko, nie wiem, po prostu nic nie robić. No bo i po co?

Mówił mi, że jak nie wyjdę, to wyważy drzwi, albo wezwie policję. Zazwyczaj miałem już wtedy w uszach słuchawki i słyszałem tylko pojedyńcze głoski jego gróźb.

Potem już tylko pytał, czy dobrze się czuję. Czy czegoś mi nie potrzeba. Tak poza podstawowymi rzeczami, to w sumie nie było.

Poniedziałek, wtorek, środa. Styczeń. Marzec. Sylwester. Nawet nie wiem, gdzie podział się ten czas. Kiedy przeciekł mi przez dłonie. Pobudka i sen. Prysznic. Nowe anime. Nowy serial. Post na forum. Kolejny ban.

Kiedy ojciec wyłączał mi internet przestawałem jeść. Kiedy groził, włączałem muzykę. Jak wychodził to się masturbowałem. I tak jakoś to zleciało.

 

*

 

Chodzę od lewej do prawej strony chodnika. W moich nozdrzach pojawia się świst. Przyspieszam kroku. Już nie daleko. Widzę z daleka trójkątną skorupę czerwonych dachówek. Żółty budynek z trzema piętrami brązowych okiennic. Moją starą szkołę średnią. Tuż przed przejazdem z szlabanami. Wygląda inaczej niż ją zapamiętałem. Prawie jakby była nowa. Pomimo, że jestem coraz bliżej, widzą ją mniej wyraźnie.

 

*

 

Otwieram z trudem drzwi. Podłoga odbija kolorowe ściany jak lustro, albo to ja zaczynam łzawić. Idę przez korytarz w stronę swojej starej klasy.

 

*

 

Na ścianach różne plakaty z brystolu, powyklejane materiałami z laserowych drukarek. Historia. Geografia. Biologia. O holocauście. O globalnym ociepleniu. O embrionach. Odpływam. Głowa odchyla mi się do tyłu ale w porę się łapię i wracam do poziomu. Wchodzę do klasy. Tego już w ogóle nie poznaję. Wycieram nos. Każda ławka jest oddzielna. Dla jednej osoby. Krzesełko z przymontowanym blatem. Zielona tablica jest teraz biała. Zamiast kredy na półeczce pod nią leżą markery. Pod sufitem wisi projektor. Przecieram twarz i biorę głęboki wdech, ale nic nie wlatuje mi do płuc. Niczego nie wciągam. W tej klasie nie ma powietrza. Zamykam oczy. Otwieram oczy. Już nie stoję tylko siedzę, przecieram znowu twarz. Pot się ze mnie leje. To jest sen czy rzeczywistość? Przez mgłę nic nie widzę. Patrzę na rękę. Ma dziwny kolor. Przybliżam ją do oczu. Jest umazana krwią. Coś mi kapie po brodzie. Kładę się, bo jestem zmęczony.

 

*

 

Żółte worki szeleszczą zbliżając się w moją stronę. Człekopodobne kombinezony z rurami zwisającymi spod ich kapturów. Oddycham, ale wydaje mi się, że nie mam czym. Że do moich płuc wpycham tylko kurz i bakterie. Na końcu języka czuję metaliczny posmak i nagle do mnie dociera. Nagle rozumiem, czemu wszyscy zniknęli.

To jest ewakuacja

Nie zostałem w tym mieście sam. Porzucono mnie. Moi rodzice, kiedy ktoś ich wyciągnął z domu, nie pofatygowali się by chociaż zapukać. By mnie obudzić i zabrać ze sobą. Wątpię, bym się w ogóle ruszył. Na pewno nie z własnej woli. Nikt jednak nawet nie spróbował.

Leci ze mnie jak z kranu.

Ten posmak na końcu języka to nie refluks. To promieniowanie.

Do klasy wbiega kolejny worek. Za nim następny. Przekręcają moje wiotkie ciało na bok i podkładają pode mnie nosze. Podnoszą do góry. Oglądając jak sufit przemija nad moją głową myślę sobie, że jeśli przeżyję, to już nie wrócę do domu. Do piwnicy. I wcale nie dlatego, że mi na to nie pozwolą. W sensie – chyba zmienię swoje życie.

 

*

 

Budzę się i od razu otwieram oczy. Co dzisiaj za dzień? Piątek? Sobota? Może wtorek. Czuję się jakby od mojego zejścia minął przynajmniej tydzień. Może i dłużej. Nawet nie próbuję się przekręcić. Boję się, że coś mi odpadnie.

Łóżko jest wygodne. Wygodniejsze od tego z piwnicy, ale też jednoosobowe. Spartańskie. Mógłbym na nim przespać resztę życia ale ktoś się krząta w pobliżu, przez co nie mogę znowu zasnąć. Nie jestem przyzwyczajony do towarzystwa.

Przełykam drut i oblizuję papierowe usta. Językiem mógłbym rozciąć sobie twarz od środka. Ryzykuję otwarcie oczu i od razu żałuję. Rozrywając sklejone powieki dostrzegam mgłę. Albo jakąś szybę. Albo utraciłem spory procent wzroku.

Chrupiąc karkiem spoglądam w lewo przez półprzezroczysty baldachim. Widzę żółte obłoki błąkające się w nieokreślonej odległości od mojego łóżka. Jeden z nich robi się coraz większy, w sensie – chyba się zbliża. Przełykam watę i na łokciach podciągam się trochę wyżej. Głowa opada mi o metalowy stelarz łóżka. Obłok rozchyla błonę i zagląda do środka. Czarna rękawica rozchyla mi prawą powiekę. Druga świeci mi czymś prosto w źrenicę. Potem robi to samo z drugim okiem. Potem ściska dwoma palcami nadgarstek. Potem rozchyla moją szpitalną koszulę, o której dopiero teraz się dowiaduję, i odrywa z piersi jakieś przylepione urządzenie.

– Żyję? – pytam, ale nie otrzymuję odpowiedzi. Żółty stworek zostawia mnie znowu samego w mojej plastikowej celi. Każde mrugnięcie drażni moje oczy. Boli mnie kiedy patrzę i boli kiedy próbuję przestać. W głowie rozstrzygam spór czy opłacało się w ogóle wychodzić z tej piwnicy.

Kilka głębokich oddechów poźniej kotara znowu się rozchyla. Nad łóżkiem staje kolejny skafander. Zamiast twarzy ma przyciemnioną szybkę. Czuję się jakby spoglądał na mnie czarny kwadrat.

– Dawno się nie widzieliśmy – buczy jak z krótkofalówki. – Jak się czujesz?

Próbuję zmarszczyć brwi, ale nie wiem ile z tego uzewnętrznia się na mojej twarzy.

– Normalnie – charczę – w sensie, jak gówno.

Skafander kiwa szybką.

– To dobrze.

Nie dla mnie. Chociaż może sobie zasłużyłem. Może właśnie tego potrzebowałem. Porządny wpierdol. Tak żebym sobie przypomniał, że samo oddychanie to nie wszystko. Że życie polega na czymś więcej. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek czułem się tak podle, i to nie tylko jeśli chodzi o mój stan fizyczny.

– Głodny?

Kiwam głową.

– Od kilku dni nic nie jadłeś. – Skafander trafia w sedno. – Nie martw się, niedługo coś ci przyniosą, ale lepiej się nie przyzwyczajaj, bo jak to wszystko się skończy, to już ci nikt nie będzie serwował obiadków pod drzwi – mówi i nagle głos, chociaż nadal przecedzony przez przez kilka warstw folii, robi się znajomy. Przyciemniona szybka nachyla się do mojej twarzy. Widzę w niej bladego trupa. Patrzy na mnie z rozchylonymi oczami. Dwie czarne kropki okrążone sieciami czerwonych niteczek. Moje własne żałosne odbicie.

– Nawet nie wiesz co zrobiłem, żeby cię w końcu wyciągnąć z tego domu – mówi, a potem znika za plastikową kotarą. Zostaję sam, ale mam nadzieję, że nie na długo. Właściwie to mam nadzieję, że już nigdy więcej.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • nigdy 06.01.2018
    O rany, świetnie się czytało, bardzo płynne przejścia między retrospekcjami a teraźniejszością bohatera, no i zakończenie na piątkę jak nic!

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania