Przesilenie

Bardziej niż wiedział, mocniej niż czuł, że ktoś na strunach jego mózgu wygrywa piękną, ale smutną i przygnębiającą melodyjkę. Nie miał pojęcia kto, i nie rozumiał, dlaczego. Dobił do kresu, więc postanowił zawalczyć; nie po raz pierwszy, za to po raz ostatni.

Wstał, oddał mocz, po czym natychmiast wszedł pod prysznic, rezygnując z cywania nad kawą z papierosem uwięzionym między dwoma palcami. Po kąpieli rozciągnął delikatnie mięśnie, ubrał się, usiadł w fotelu i próbował uciszyć wżerające się w mózg dźwięki. Wstał. Przygotował sześć sadzonych jajek. Trzy dla niej, trzy dla siebie. Po śniadaniu przytulił kobietę.

— Hokus pokus.

— Czary mary.

— Śnił mi się.

Milczała.

— Wyszedłem na spacer, stał przy bankomacie. Zgarniał banknoty. Ubrany w szary płaszcz, w dłoni trzymał laskę. Pochylony tułowiem, ale nie zgarbiony. Plecy trzymał prosto.

— Magnetyzm cwanej starości. Wyszedłeś bez butów i bez pieniędzy?

— Tak.

— Natychmiast zdobył podwójną przewagę – mówiła, patrząc w okno. — Podszedłeś i wziąłeś go pod łokieć, aby zaprowadzić gdzieś tam.

— Śniłaś ze mną? – zapytał zdziwiony.

— Nie śniłam, żyłam. A ty się dałeś po raz kolejny.

— To tylko sen.

— Tak, tylko sen.

Co miała powiedzieć? Że obudziła się o drugiej w nocy i widziała twarz swojego mężczyzny bez oczu, nosa, ust. Że owłosiona normalnie głowa teraz świeciła łysiną, że po uszach ani śladu. Nic. Żadne ciało. Ani paznokci, ani członka, ani brodawek. Jedynie gładka skóra. Nie zjawa ani monstrum, ale żywa prawda, nad którą znowu lała łzy wściekłego przerażenia. Wrócił, gdy ją zamroczyło.

— Szliśmy szeroką, znaną mi ulicą – mówił dalej. — W jakimś niejasnym, niezauważalnym momencie…

— …skręciliście w nieznany zaułek, potem w następny i następny, aż nie wiedziałeś, gdzie jesteś.

— Przerażasz mnie…

— Nie rozpoznam szczegółów, ale ogół rozszyfrować łatwo. To cwany skurwiel jak większość kleistych staruchów.

— Znaleźliśmy się na pętli tramwajowej. Była druga w nocy, ale jakiś się zjawił. Jechał jednak w przeciwnym kierunku; oddaliłby mnie jeszcze bardziej od miejsca powrotu. Krążyłem, mając nadzieję, że odnajdę drogę i wrócimy na piechotę. Nagle znalazłem się na nieprzyjemnej ścieżce posypanej żwirem. Kaleczyła stopy. Zatrzymałem się. Trzymałem cały czas dziadygę pod rękę.

— Ale on z uśmiechem wdzięczności chciał iść dalej.

— Tak, miał buty.

— Właśnie.

— Wreszcie zadzwonił po taksówkę. Przyjechała, wsiadł. Nie miałem pieniędzy, patrzyłem błagalnie.

— Dał ci. I chociaż to ty mu pomogłeś, powiedziałeś „dziękuję”. To z podziękowań i ukradzionej wdzięczności buduje życie, które już dawno powinno się rozsypać. Zrozum to wreszcie!

— To tylko sen.

Szarpnęła mężczyznę za fraki, po czym zbliżyła twarz do jego twarzy.

— Sen? Obejrzyj dokładnie swoje stopy. Mam dość. Jutro zaczynamy.

— Hokus pokus.

— Czary mary.

Poszli.

Z roku na rok odkładali rytuał, przez który przeszło niewielu. Straceńcy potem umierali lub stąpali po ziemi cicho, jakby pozbawieni butów, jakby dotykali powierzchni bosymi stopami.

Tym razem między zimą a wiosną, tuż przed ostatnią pełnią lutego, pozostali w górach. Raki, przytwierdzone do długich i solidnych butów, pozwalały utrzymać równowagę na lodzie lecz nie ratowały przed zapadaniem się w śnieg do kolan, a czasem do bioder. Upadali, ale podnosili się szybko, opierając dłonie na kijkach trekkingowych. Marzyli o rakietach, których mieć nie mogli. Wymóg rytuału, a nie zaniedbanie.

— Niedługo wzejdzie Księżyc – powiedziała spokojnie.

— Dwie godziny do Stromego Potoku, osiągnięcie Punktu, powrót i dopiero Księżyc.

— Gdzie nas zastanie?

— Gdziekolwiek w trakcie powrotu.

— A jeżeli nie?

— Umrzemy.

Pod nogami czuli lekkie drżenie. To leżący pod białym puchem rozlazły trup wiosny zapowiadał rychłe zmartwychwstanie. Przy Stromym Potoku zdjęli raki z butów i złożyli kijki, które przymocowali do górskich plecaków. Zdjęli rękawice. Niewielki, kilkustopniowy, bezwietrzny mróz nie groził usztywnieniem zaprawionych palców. Potrzebne do przejścia trudnym trawersem ręce musiały być wolne, aby wyczuć skałę. W skoncentrowanym milczeniu pokonywali przeprawę. Pod stopami huczał pionowy niemal potok, młócąc wodę pomiędzy soplami.

Przeszli. Spojrzała na zegarek.

— Trzydzieści dwie minuty.

Skinął głową.

— Nie zdążymy.

— Zdążymy – odparł krótko.

Założyli raki na buty, na dłonie rękawice, rozciągnęli kijki i ruszyli w drogę. Punkt osiągnęli dwie minuty przed wschodem Księżyca. Wykonali sześćdziesiąt sześć kroków w stronę powrotu, po czym zatrzymali się na krótki biwak.

— Myślisz, że naprawdę ich spotkamy, czy to tylko legenda?

— Nie wiem.

Droga powrotna niby ta sama, a zupełnie inna zapowiadała niespodzianki. Przyroda jak jeden wielki przebieraniec łudziła czymś pomiędzy prawdą a pozorem. Stromy Potok, do którego właśnie dotarli, zamienił się w jezioro.

— Wiosna – szepnęli równocześnie.

— Zalało przeprawę.

Na bezludnym, nieoznakowanym, przeznaczonym tylko dla nich szklaku rozkwitły dwie ścieżki na dalekim zboczu. Pierwsza rozwinęła się w szeroką arterię, druga, jakby chcąc uniknąć przepychu rozrostu, pozostała wąską, stromą niebezpieczną percią. Jezioro rosło w szerokość i głębokość.

— Musimy się cofnąć do Punktu – stwierdziła.

Przytaknął.

— Co jest za Punktem? – zapytała.

Uśmiechnął się i objął kobietę.

— Hokus pokus.

— Czary mary.

— Nic nie ma – odpowiedziała sama sobie. — I nigdy nie było. Ani Punktu, ani ciebie, ani powrotu. Mróz wcale nie był ani lekki, ani bezwietrzny. Może nie należało zdejmować raków i rękawic? Zresztą, jakie to teraz ma znaczenie?

Na dalekim zboczu wąską, niebezpieczną percią zbiegały kobiety, a szeroką, łatwą arterią powoli i ostrożnie schodzili mężczyźni. Wszyscy nadzy. Znikali u podnóża, aby za chwilę pojawić się u szczytu. I tak w kółko, bez przerwy. Mężczyźni śpiewali zwrotki, a kobiety refren. Rozebrała się przed obliczem Księżyca i dołączyła:

 

gdy zamarzałam bielą ośnieżona

było mi ciepło jak w męskich ramionach

 

Na tej wysokości rozlazły trup wiosny nie miał szans zakwitnąć.

Średnia ocena: 3.7  Głosów: 9

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (14)

  • Bajkopisarz 3 tygodnie temu
    Bardzo dobre.
    Długo nie mogłem znaleźć punktu zaczepienia, o co mogłoby tu chodzić, ale było na tyle interesujące, że nie przestawałem czytać. Dopiero na koniec ułożył mi się obraz jak z bajki – Królowa Śniegu wreszcie znalazła swojego Kaja, który nie miał uciążliwej siostry, chcącej go na siłę zawrócić na ten padół łez. I dzięki temu żyją sobie razem, od młodości do starości, a potem wciąż od nowa, w spokoju, w szczęściu. Wspominają, a potem przeżywają na nowo, a potem znów.
    Zastajemy ich, gdy akurat wybierają się na zasłużony odpoczynek, z dala od trosk, w miejsce, gdzie zawsze czuli się dobrze, gdzie ich władza jest niepodzielna. Z dala od tej wstrętnej, podłej zołzy zwanej Wiosną, która w sumie to gnije i się rozkłada, ale potrafi tak społeczeństwu zamydlić oczy, że cieszy się atencją. Że niby daje odrodzenie…
  • Nachszon 3 tygodnie temu
    Bajko, Jakie piękne, bajkowe odczucie tekstu i jakże prawdziwe. Ci, którzy wychowali się na czytanych bajkach, a nie na obrazach telewizyjnych czy grach komputerowych, noszą te bajki w sobie. Później kompletnie nieświadomie realizują ich przebieg w innym wymiarze. Wierzą gdzieś głęboko w te bajki, dlatego mogą zrobić rzeczy, o których myśleli, że są już poza nimi. Czasem zmieniają zakończenie. Dziękuję Bajko.
  • Wrotycz 3 tygodnie temu
    Magia na fundamencie odmowy. Lekkość z poczucia swojej siły do przejścia rytuału... i prozaicznie narastający ciężar. Niesamowite metafory egzystencji. Część z nich poza moim zasięgiem rozbioru. Teraz, chwilę po lekturze.
    Kobieta, która Wie, jest silniejsza, choć on też wie, ale na końcu zostaje i obserwuje. Może dlatego, że ktoś musiał opisać przemianę.
    Miłość, życie i filozofia. Wszystko przepracowane w ich głowach. I tak splątane w opowiadaniu, że nie jestem pewna jego przesłania. Co w nim znalazłam? Metaforę starości w lepkim staruchu przy bankomacie. Siłę jaka posiada ten czas przyszły, którego się karmi nieustannie o nim rozmyślając, śniąc, zabezpieczając chociażby odkładaniem pieniędzy, jakie można byłoby przeznaczyć na ciekawsze, pełniejsze życie tu i teraz. Starość - podświadoma a jakże mocna figura na szachownicy.
    Jest przebiegła, niby jej nie ma, ale czyni bohatera obłym, bez oczu, uszu, włosów.
    Z szerokiego traktu życia ściąga do zaułków bez wyjścia, przejmie kontrolę nad mężczyzną, dla swojego komfortu zabierze mu buty, każe się dręczyć, jeśli o niej przestaje myśleć. Zwodzi. Na szczęście mężczyzna ma czujną i mądrą żonę. Kobieta też jest poddawana identycznej tresurze umysłu przez starucha, stąd wie, że "To z podziękowań i ukradzionej wdzięczności buduje życie, które już dawno powinno się rozsypać. Zrozum to wreszcie!"
    Razem postanawiają zostać w górach przed wiosennym przesileniem: "Z roku na rok odkładali rytuał, przez który przeszło niewielu. Straceńcy potem umierali lub stąpali po ziemi cicho, jakby pozbawieni butów, jakby dotykali powierzchni bosymi stopami".
    Zaczyna się ważniejsza część opowiadania. Filozofia bytu. Pokonanie lęku. Sprawdzenie, że tak naprawdę tu, w świecie niby rzeczywistym, niczego nie ma, a więc i starości też brak. Trzeba się o tym przekonać, upewnić w bardzo niebezpiecznym rytuale. Czary mary, hokus pokus - zamienić na finalny obraz, który moja pamięć skojarzyła z pewną elegią Rilkego. Zapewne przez to schodzenie z gór.
    Przejście w wymiar śmierci, która wyzwala od starości albo daje taki dystans, że buty są niepotrzebne. Cisza. Zrozumienie.

    Wiosna, wiosna jest odsuwaniem prawdy, mamidłem łagodzącym nieuchronną starość i śmierć. Ileż razy można się tak oszukiwać? Czy warto się karmić sezonową amnestią i wracać jesienią do lepkości starucha?
    Bohaterowie wybrali.
    Ostatnia scena... kobiety które boją się mniej i rozwaga mężczyzn w symbolicznym przekraczaniu Punktu z Stamtąd do biologicznego Teraz. Z góry w dół.
    Refren jest łatwiejszy do zapamiętania i poniekąd jest pointą.

    Tyle na razie wzięłam z Twojego utworu. Świetnie napisanego.
    Jak zawsze nie zawodzisz. Kreślisz tajemnice po mistrzowsku.
    5!
  • Nachszon 3 tygodnie temu
    Wrotycz, Wrotycz, Wrotycz. Piękna interpretacja z bezwzględną deszyfracją. Zadziwiające: "Refren jest łatwiejszy do zapamiętania". W punkt. Nic ująć, mógłbym co najwyżej coś dodać, tylko po co? Poza tym resztę dołożyła Pasja. Piękne masz te komentarze/interpretacje/deszyfracje. Ścisłe, analityczne, uważne, spójne. Jak przystało na... mądrą kobietę. Dziękuję.
  • Wrotycz 3 tygodnie temu
    Nachszon, przeceniasz, ale oblizuję się jak kotka po wylizaniu talerzyka ze słodką śmietanką :)
    Daj szansę na kolejną porcję, proszę, proszę... ... ...
  • Karawan 3 tygodnie temu
    Kiedyś napisałeś mi, bym Ci po prostu opowiedział historię przy ognisku. Czy zechcesz stracić trochę czasu? Pozdrawiam Kar. A. Wan ("o mnie")
  • Nachszon 3 tygodnie temu
    Karawan, Wpis w "o mnie" dość dramatyczny. Oczywiście, że pamiętam wpis z ogniskiem. To nie będzie strata czasu. Mam nadzieję, że nie podziało się nic złego. Wysłałem Ci maila. Pozdrawiam.
  • Karawan 3 tygodnie temu
    Nachszon <3, <3 !!
  • pasja 3 tygodnie temu
    Sam tytuł „Przesilenie” już mówi o styku czegoś następującego po jakimś stadium. Czasem moment przełomowy, a czasem krytyczny. W ciągu roku na Ziemi pojawiają się dwa przesilenia. W życiu zaś może być ich więcej.
    …Nie miał pojęcia kto, i nie rozumiał dlaczego. Dobił do kresu, więc postanowił zawalczyć; nie po raz pierwszy, za to po raz ostatni… to jest moment, kiedy śmierć rzeczywiście wydaje się wybawieniem. Nikt nie wie jak, ani czy śmierć w ogóle wygląda. Nie wiemy, co się wydarza w głowie umierającego. Czy widzi nadgniłego trupa, czy inne stworzenie wołające go do przejścia na drugą stronę? Dla mnie mogą to być anioły zmieniające się w diabłów złych i dobrych, które oferują niebo lub piekło. Śmierć jako wizja umierającego umysłu.
    …Przygotował sześć sadzonych jajek. Trzy dla niej, trzy dla siebie. Po śniadaniu przytulił kobietę… Jajko jest symbolem stworzenia życia i w jakimś stopniu jego doskonałości. Liczba trzy ma znaczenie doskonałości.
    …Zgarniał banknoty. Ubrany w szary płaszcz, w dłoni trzymał laskę. Pochylony tułowiem, ale niezgarbiony. Plecy trzymał prosto… kręgosłup moralny nigdy się nie zegnie przed punktem styczności, jednak moralność nie do końca bywa rozpoznana. Starość jest pochylnią ku ziemi, tak jak dom i rynna która gdzieś się kończy, a przez jej rdzawe otwory zagląda przemijanie.
    …Magnetyzm cwanej starości. Wyszedłeś bez butów i bez pieniędzy?… rodzimy się nadzy bez jutra. Bez przyszłości, nie wiemy co nas czeka. A starość budowana na oszczędzaniu przez całe życie jest jak piramida, która może runąć. Podobno człowiek wie ilu ma tak naprawdę przyjaciół wtedy, kiedy nie ma pieniędzy. Bo jak się ma kasę, to znajduje się rodzina, o której nie mieliśmy pojęcia. Bezinteresowność ma swoje oblicza.
    …Nie śniłam, żyłam. A ty się dałeś po raz kolejny… Bo życie to nie sen, to realność i nieznana przyszłość. Nie warto dać się ponieść przepowiedniom. Ona jednak widziała jego koniec.
    …Szliśmy szeroką, znaną mi ulicą – mówił dalej. — W jakimś niejasnym, niezauważalnym momencie… skręciliście w nieznany zaułek, potem w następny i następny, aż nie wiedziałeś, gdzie jesteś… Gubimy się w labiryncie istnienia, wpadamy w ślepe uliczki, by szukać wyjścia i iść dalej. Ciężko jest egzystować bez kompasu na życie. Wciąż walka i poszukiwanie utraconego czasu. Patrzenie w oczy starości i pewnie gdzieś z tylu głowy proszenie o zdrowie i kondycję psychiczną.
    …Jechał jednak w przeciwnym kierunku; oddaliłby mnie jeszcze bardziej od miejsca powrotu… zawahanie się przed tym, co dalej a powrotem. Czy istnieje powrót w to samo miejsce należałoby zadać pytanie? Nie, bo nie ma jutra. Jest tu i teraz. Tylko nam się wydaje, że jesteśmy wciąż w tym samym miejscu. Krążymy jak ćmy w ciemności.
    …Ale on z uśmiechem wdzięczności chciał iść dalej. i To z podziękowań i ukradzionej wdzięczności buduje życie, które już dawno powinno się rozsypać… A czym jest wdzięczność w takich momentach? Czy jest prawdziwym odruchem, czy tylko materiałem na zbudowanie swojej osobowości?
    …Z roku na rok odkładali rytuał, przez który przeszło niewielu. Straceńcy potem umierali lub stąpali po ziemi cicho, jakby pozbawieni butów, jakby dotykali powierzchni bosymi stopami… Ktoś rozsypuje suche igliwie, kaleczy stopy, rani oczy. Trujący zapach żywicy i martwych insektów nie chce okrzepnąć. Nie nauczono nas chodzić boso po truchłach ani patrzeć przez szkielety skrzydeł, a mimo to jesteśmy wdzięczni, bo odnajdujemy wreszcie ten właściwy ból, kiedy zderzamy się z rzeczywistości w naszych snach
    Hokus pokus. Czary mary... magia, przemijanie i przesilenie które jest jakby punktem stycznym pomiędzy starością i śmiercią.
    Przez całe życie szli w kierunku Stromego Potoku, kobieta i mężczyzna. Niejedno przesilenie zdobyli, niejedną jesień pozostawili za sobą …Tym razem między zimą a wiosną, tuż przed ostatnią pełnią lutego, pozostali w górach… Obydwoje pragnęli dostąpić rytuału, pragnęli przekroczyć rubikon…przez który przeszło niewielu. Straceńcy potem umierali lub stąpali po ziemi cicho, jakby pozbawieni butów, jakby dotykali powierzchni bosymi stopami… Jednak przez całą drogę liczyli czas, bo on był najważniejszy dla rytuału… Pod nogami czuli lekkie drżenie. To leżący pod białym puchem rozlazły trup wiosny zapowiadał rychłe zmartwychwstanie… Trzydzieści dwie minuty… Wykonali sześćdziesiąt sześć kroków w stronę powrotu… Dwie połówki i legenda zatoczyła koło nad Stromym potokiem. Znowu liczby związane z trójką.
    …Wiosna – szepnęli równocześnie… Kobieta i mężczyzna i dokonanie corocznego rytuału. przesilenia. To najlepszy moment, by szukać w życiu harmonii i równowagi. Słońce - element męski, ustępuje na niebie miejsca Księżycowi, czyli pierwiastkowi żeńskiemu.
    …Znikali u podnóża, aby za chwilę pojawić się u szczytu. I tak w kółko, bez przerwy… dopóki ziemia kręci się. Dwie ścieżki …niebezpieczną percią zbiegały kobiety, a a szeroką, łatwą arterią powoli i ostrożnie schodzili mężczyźni… Najważniejsza jest równowaga przeciwności w istnieniu, role podzielone równo. A jednak kobieta ma więcej doskonałości w swoim umyśle.

    Tyle moich refleksji. Znakomity obraz, jak zwykle pozostawiasz niedokończone białe kartki na słowa Pozdrawiam
  • Wrotycz 3 tygodnie temu
    Dzięki, Pasjo... zastanawiałam się dlaczego Nachszon tak zatytułował magiczną opowieść, Twój komentarz mi pomógł. Faktycznie, jak piszesz przesileń przeżyli wiele, ale od pewnego czasu wiedzieli, że trzeba przejść przez rytuał związany z przesileniem. I można (wg mnie oczywiście) znaleźć realne jego odniesienie, czyli prawdziwe góry, zdobywanie ich na przełomie zimy i wiosny, radość z osiągania szczytów.
    Ale w pewnym momencie zastanawiamy się, czy tej zimy damy radę, czy mięśnie, precyzja nie zawiodą.
    Czy górski szlak nie stał się dla nich najlepszym miernikiem dobrego życia? Czy godzić się na psychiczne okaleczenie - świadomość że już nie damy rady powtórzyć wędrówki do wiosennego przesilenia?
    I tutaj, w finale, przesilenie inne. Przejście z życia w śmierć, jeśli coś idzie nie tak, no i ta chęć sprawdzenia czy legendą jest obraz wiecznej wędrówki, kołowrót samsary.
    Sprawdzanie tego razem, w parze z najbliższa osobą jest łagodne, pozbawione lęku.

    ______
    Pasjo, jest PW na Ósmym, proszę sprawdź.
  • pasja 3 tygodnie temu
    Wrotycz być może nie jest to trafienie w to, co Autor miał na myśli.
    Zaciekawiło mnie twoje nawiązanie do samsary. Wędrówka dusz, kołowrót narodzin i śmierci, koło życia. Cykl reinkarnacji. Przejdziemy Styks, ale odrodzimy się na nowo. Jednak gdzieś obok pojawia się nowe wyzwanie Nirwany czyli wyzwolenie z samsary. Zgaśnięcie i wygaszenie cierpienia. Koniec.

    Pozdrawiam
  • Nachszon 3 tygodnie temu
    Pasja, krok po kroku, akapit po akapicie. I tak jak Wrotycz, jak Bajko w pełni skoncentrowana, ścisła. Praca z Wami (bo produkcja tekstu to dopiero połowa roboty, druga połowa to zasygnalizowany odbiór) to naprawdę rozkosz. Niżej napisałaś Pasjo odnośnie czegoś tam, że nie jesteś pewna, czy to właśnie "autor miał na myśli"?. Co to w ogóle za pytanie?:). Tak samo jak u Wrotycz: nic ująć, można dodać, tylko po co? Bardzo Ci dziękuję. Prześliczny komentarz, przecudowny odbiór.
  • Maurycy Lesniewski 3 tygodnie temu
    Wracam tu już trzeci raz i za każdym razem odkrywam coś innego. Chyba nie dopisujesz ciągle nowych wersów :)
    Przemądry, przecwany i zajebiście poskładany krótki tekścik z niemal galaktycznym przesłaniem.

    Masz tu takie mądre komentarze pod tymże wspaniałym tekstem, że nie będę rozwijał mojego miałkiego komenta, ale zaznaczam tylko, że byłem, i to nie raz jeśli to ma znaczenie.
    Pozdrawiam
  • Nachszon 2 tygodnie temu
    Maurycy, masz wyjątkowy talent do irytowania mnie swoimi komentarzami lub odpowiedziami na moje komentarze. Już od lat. Jak możesz mieć wątpliwości, czy mnie cieszy Twoja kilkukrotna obecność od tekstem? Oczywiście, że cieszy i to jak! Jak możesz deprecjonować swój komentarz, nazywając go miałkim? Jeden komentuje tak, a drugi inaczej. Poza tym tyle razy i tak głęboko nieraz spacerowałem w Twojej głowie drogą Twoich wierszy, że naprawdę nie musisz wiele pisać. Resztę bez problemu dośpiewam sobie sam i wiem, że to będzie piosenka prawdziwa. Bardzo Ci dziękuję :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania