Przesłuchanie Wiktora.

Wiktor czuł na karku zimny pot, ale w głowie pulsowała mu jedna myśl z zajęć, o których niedawno rozmawialiśmy: „W sytuacji zagrożenia wykorzystaj dostępne środki”. Spojrzał na czerwoną butlę wiszącą obok drzwi do kuchni. To była ciężka, toporna gaśnica śniegowa – klasyk w każdym państwowym zakładzie w 1974 roku.

– Pytam ostatni raz, gówniarzu. Dla kogo to jest? – Głos esbeka był jak tarcie metalu o beton.

Wiktor nie odpowiedział. Zamiast tego gwałtownie szarpnął się w bok, wyrywając ramię z uścisku, i dopadł do gaśnicy. Nie próbował nią bić – wiedział, że jest dla niego za ciężka. Zrobił coś znacznie skuteczniejszego. Zerwał plombę i skierował dyszę prosto w twarz napastnika, naciskając dźwignię z całej siły.

Biały, lodowaty obłok dwutlenku węgla z potężnym sykiem wypełnił wąski korytarz. Esbek zakrztusił się, oślepiony i zdezorientowany nagłym spadkiem temperatury i gęstym, białym pyłem. Wiktor nie czekał ani sekundy. Z kopertą wciśniętą głęboko pod bluzę rzucił się do wyjścia zapleczem, mijając zdziwioną kucharkę, której z wrażenia z ręki wypadła ścierka.

Ucieczka w rytmie Ikarusa

Wypadł na mroźne powietrze podwórka-studni. Śnieg prószył prosto w oczy, a z bocznej uliczki dobiegały odgłosy miasta. Za plecami usłyszał przekleństwa i ciężkie kroki na schodach. Biegł przed siebie, czując, jak mróz szczypie go w policzki.

Nagle drogę zagrodziły mu światła. Pisk opon, błękitny dym z rury wydechowej. Przed nim, z kontrolowanym poślizgiem, zatrzymał się błękitny duży Fiat. Drzwi od strony pasażera otworzyły się z charakterystycznym trzaskiem.

– Wiktor! Wsiadaj! – ryczał kapitan Kowalski, wychylając się przez okno.

Chłopak wskoczył na siedzenie, czując znajomy zapach benzyny, tytoniu i starej tapicerki. Fiat ruszył z kopyta, mieląc kołami błoto pośniegowe, tuż przed nosem wybiegających z „Mozaiki” mężczyzn w szarych płaszczach.

Prawda ukryta w schowku

– Masz to? – zapytał ojciec, nie odrywając wzroku od lusterka wstecznego. Jechał brawurowo, omijając trolejbusy i milicyjne patrole.

– Mam. Ale tato... oni wiedzieli o stronie 68. Wiedzieli, że tam przyjdę.

– Bo to nie była zwykła siatka szpiegowska, Wiktor – Kowalski gwałtownie skręcił w ciemną alejkę w okolicach Parku Dreszera i zgasił światła mijania. – To była prowokacja Służby Bezpieczeństwa. Chcieli sprawdzić, czy ja jeszcze trzymam stronę systemu, czy już szukam wyjścia.

Wiktor wyciągnął kopertę. W środku, obok mikrofilmu, znajdowała się mała, czarno-biała fotografia o ząbkowanych brzegach. Przedstawiała grupę mężczyzn w mundurach milicyjnych, stojących przed bankiem „Pod Orłem” na Jasnej. To było zdjęcie z dnia napadu w 1964 roku.

Na samym środku, z uśmiechem, który teraz wydawał się Wiktorowi obcy i mroźny, stał młody porucznik Kowalski.

– Tato? – szepnął chłopak, patrząc na zdjęcie, a potem na profil ojca oświetlony jedynie blaskiem odległego neonu kawiarni. – Dlaczego ty tam jesteś? Przecież mówiłeś, że wtedy byłeś na urlopie w Bełchatowie...

Kapitan milczał przez długą chwilę. W radiu samochodowym zaczęła grać piosenka, którą ułożyliśmy – ten sam pulsujący, neonowy rytm „Asfaltu i krwi”.

– Czasami, żeby złapać potwora, musisz udawać, że jesteś jednym z nich, Wiktor – powiedział cicho Kowalski. – Albo po prostu nie masz wyboru. Ale teraz otwórz schowek. Jest tam apteczka. Otarłeś rękę o tę gaśnicę. Pierwsza pomoc i BHP przede wszystkim, pamiętasz? Musimy opatrzyć ranę, zanim pojedziemy do dziadka. On wie, jak odczytać ten mikrofilm.

Zaczynało do niego docierać, że historia napadu na Jasnej to nie była tylko legenda z archiwum. To była historia jego własnej rodziny, a on właśnie stał się jej częścią.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania