Przez morze do nawrócenia rozdział 2
Rozdział II
Miquel zwymiotował na deski. Jego ból głowy nasilał się coraz bardziej, a kołysania podłoża wcale tego nie poprawiały. Nie pamiętał wczorajszego dnia. Pamiętał jedynie gorzki smak w ustach, na którego samą myśl zrzygał się znowu. W swoim szlacheckim życiu nie przywykł do tak podłej jakości piwa. Zwykle podawano mu wino, czasem łyka wódki, ale nigdy nie miał w ustach czegoś podobnego. Zakołysało podłogą. Miquel był trochę w szoku, jednak domyślił się, że jest na statku. Zastanawiał się jednak jakim cudem tu trafił. Rozglądnął się dookoła. Zobaczył ubranego w białą jednoczęściową piżamę, mężczyznę. Nie wyglądał na więcej niż dwadzieścia pięć lat, biorąc pod uwagę jego młodzieńcze rysy twarzy. Młodzieniec zauważył jak Miquel wlepiał w niego swoje ślepia. Z wesołą miną podszedł do Miquela, który nadal w szoku, nie zorientował się, że stoi na czworaka. Odchrząknął i spróbował wstać. Udało mu się, choć nadal nie był zbyt stabilny.
- Hola. - odezwał się młodzieniec. - Czujesz się już lepiej?
Młodzieniec widocznie martwił się stanem Miquela, jednak jego to nie obchodziło. Miquel zmarszczył brwi.
- Oh, estupido mio! - zawołał młodzieniec. - Nie przedstawiłem się. Juan Valera.
Juan wystawił przed siebie rękę w nadziei, że Miquel odwzajemni gest. Nie odwzajemnił.
Juan odchrząknął.
- Nie jesteś pewny dlaczego tu jesteś, prawda? Znalazłem cię wczorajszym wieczorem na pokładzie naszego statku. - zaczął tłumaczyć Juan. - Byłeś w tragicznym stanie, chciałem się upewnić, że będziesz żył…
- ¡Es una cabra estupida! - zawołał Miquel, gdy poczuł się już lepiej i doszedł do tego przez kogo jest właśnie w rejsie statkiem. - Porwanie! Zuchwalstwo! Odpowiesz za to przed moim hermano, amigo! Będziesz wisiał! Kto to widział porywać szlachcica! I to w dodatku wielkiego Miquela Vasqueza de la Puerta! Niegodziwość! Ile za mnie zawołasz, hę? Tysiąc realów? Dwa tysiące? Wiedz, że wielcy Vasquezowie zapłacą za mnie każdą cenę! Jeśli pierwsze cię nie skażą na śmierć!
Miquel rzucał się, kopał, ale nie dawało to żadnego skutku, oprócz wywołania nadmiernej ilości hałasu i wystraszenia Juana.
Usłyszeli skrzek nie naoliwionej klapy, który dobiegał od strony schodów prowadzących, zapewne na (pokład). Przeszedł przez nią jegomość dobijający czterdziestki, albo tak się Miquelowi zdawało, gdyż połowę jego twarzy przykrywał biały, podziurawiony kapelusz. Jegomość przewieszony był bandolierami, a na plecach niósł arkebuz. Wrażenie jakie Miquel dostawał podczas jego prezencji to (skała, kształtowana wieloletnimi uderzeniami fal). W skrócie zdawał się być doświadczonym marynarzem.
- Zachowuj się, nuevo recluta. - odezwał się jegomość, który na widok zszokowanej twarzy Miquela, przedstawia się. - Jestem Gustavo Sierra. Kapitan “Zimnej Bryzy”. A ty jesteś tym nowym, o którym Juan wspominał.
Zza pleców Gustavo wyszli jeszcze dwaj (majtkowie). Spoglądając po sobie porozumiewawczo, poszli w ślady kapitana.
- Ja jestem Jorge. - przedstawił się niskawy, lecz zbity brunet.
- A ja Carlos. - zawtórował wysoki, szczupły blondyn.
- A ja jestem Miquel Vasquez de la Puerta i domagam się, natychmiast odstawcie mnie na ląd, albo będziecie wisieć!
- Vasquez? - powtórzył Gustavo Sierra. - Ta rodzina szlachecka? A co taki szlachcic robiłby, zachlany na naszym skromnym statku? - zaśmiał się. - Wybacz, amigo, ale nie wierzę ci.
- Ani ja! - odezwał się Jorge.
- Ani ja! - zarechotał Carlos.
Juan przez cały czas siedział cicho.
- Poza tym - ciągnął Gustavo. - obawiam się, mi companero, że nie możemy odstawić cię na ląd. Jesteśmy na otwartym morzu, a następny port jaki mamy odwiedzić to Lizbona. - uśmiechnął się szeroko. - Żeby zabić czas, możesz wypucować (pokład).
Miquel zdenerwował się, aż zaciskały mu się pięści.
- Nie! Nie będę harował dla plebsu! Nigdy! - teatralnie odwrócił głowę od Gustavo.
Kapitan zaśmiał się głośno.
- Ach, tak? Może wpierw, abyś mógł w pełni z nami obcować - Gustavo starał się jak najbardziej przedrzeźniać szlachecką wymowę. - trzeba poznać cię z plebejskimi obczajami. A jakobyż jednym z naszych zwyczajów jest, aby uwiązać nowego do statku masztu i czekać, aż gdyby harpie go pożreć miały. - zaśmiał się ponownie. - Jednak część z harpiami możemy ci darować. Muchachos! - zawołał Gustavo do swoich kompanów. - Przygotujcie naszemu rekrutowi porządne powitanie. Bez harpii. - Kapitan wracając na (pokład) statku wciąż śmiał się głośno. Jorge i Carlos wiedzieli co robić. Uśmiechnęli się porozumiewawczo.
Zauważył to Miquel.
- Odejdźcie ode mnie, plebejusze! - krzyczał zasłaniając się rękami. - Albo będziecie dyndać nogami w powietrzu! Powiedziałem nie! Nie, powiedziałem!
Carlos i Jorge nie zdawali się przejmować jego okrzykami. Chwycili go pod ramiona i pociągnęli do (klapy). Miquel przypomniał sobie, podczas kopania i wierzgania się, co działo się wczoraj. Także był ciągnięty w taki sposób. Ach, Miquela olśniło, pożyczka od Pedra! Wyrzucili mnie na zbity pysk i poszedłem pić. Teraz pamiętam!
Jednak teraz nie miało to większego znaczenia. Był ciągnięty po deskach statku, który, najwidoczniej nazywał się “Zimna Bryza”, a tutejsi marynarze zdawali się mieć w głębokim poważaniu jego szlachetność.
Jorge i Carlos zaciągnęli wierzgającego Miquela do masztu statku, który okazał się niemałym. Statek również nie należał do mniejszych. Poczuł zimny morski wiatr, powiewający w jego bujnych włosach. Oczy same mu się przymykały, wiatr na nie wiał. Woda wyglądała na nie wzburzoną, może nawet spokojną, na czym Miquel nie znał się najlepiej, gdyż ostatnim razem kiedy był na morzu, bądź w jego pobliżu to w (Barcelonie). Jego rodzinnym mieście. Pedro i on wyruszyli z niego mając po dwadzieścia lat i przez okres pięciu Pedro zdążył zdobyć tytuł hrabii Sanlucar, natomiast Miquel zdołał zadłużyć się we wszystkich karczmach jakie odwiedził, czy to przez hazard, czy to przez ucieczkę od rachunku. Nie był on poszukiwany, dzięki swojemu szlacheckiemu mianu, lecz jego rodzina nie przyznawała się do niego. Porównywali go do “zgniłego jabłka, dębu obfitości”.
Z transu Miquela wybudziły więzy, które były zacieśnianie na jego nadgarstkach. Zaczął krzyczeć, wyzywać ich od głupich kóz, co miał w zwyczaju, i wierzgać się na wszystkie strony co uniemożliwiały mu łapska Carlosa. Wnet przewiązali jego ręce przez maszt i z zadowoleniem na twarzach Jorge’a i Carlosa odeszli otrzepując ręce od ciężkiej pracy. Na (sterburcie), w której stronę obrócony był Miquel, stanął Kapitan Gustavo.
- Widzę, że chłopcy przywitali cię odpowiednio! - krzyknął Gustavo Sierra z szerokim uśmiechem. - Wybacz, że nie mieliśmy delikatnych ludzi, traktujących cię jak na szlachcica przystało! Teraz, jeśli nam pozwolisz, Miquelu “Vasquezie”, zostawimy cię tu dopóki nie obiecasz, że zapracujesz na swoje utrzymanie na tej łajbie. Widzisz, nie uznajemy tu wyższego traktowania dla kogokolwiek, nie ważne skąd pochodzi, ani z jakiej rodziny. Na “Zimnej Bryzie” wszyscy są równi!
Załoga zaczęłą mu wiwatować. Gwizdali i klaskali. Oprócz Juana, Jorge’a i Carlosa, znajdowało się tu jeszcze około pięciu-sześciu osób z perspektywy Miquela. Nie wiedział dokładnej liczby, gdyż nie mógł popatrzeć za siebie, skąd także dochodziły wiwaty.
Kapitan spojrzał w stronę zachodu. Miquel również. Słońce chowało się za horyzontem co skutkowało pomarańczowym światłem rozchodzącym się po całym statku, odbijanym od (powierzchni wody).
- Zbliża się wieczorna pora. - oznajmił dla wszystkich Gustavo. - Wszyscy, udać się na spoczynek. Nasz szlachcic zostanie tutaj. Adios! - zasalutował Miquelowi prześmiewczo.
W Miquelu gotowała się złość. Zaciskał pięści, próbował rozerwać sznur, przegryźć go, ale nic nie dawało skutku. Wszyscy marynarze zaszli się pod pokład, łącznie z Kapitanem. Nie żartowali. Naprawdę zostawili go na wieczór przywiązanego do masztu. Miquel zaczął się wiercić. Ogarnął jak jest mu niewygodnie i próbował zmienić pozycję, w której siedział, ale w każdej uwierały go nadgarstki. Ściemniało się. Miquel zaczął wypatrywać gwiazdy z trudem zadzierając głowę do góry. Księżyc błyszczał jak nigdy wcześniej Miquel nie widział. Była pełnia.
Choć Miquel starał się, naprawdę nie mógł wytrzymać w pozycji uwiązanej. W dodatku zaczęło robić się chłodno, a wiatr potęgował uczucie dreszczy, naturalnie trząsł się. Jego limit dyskomfortu został osiągnięty.
- Wypuście mnie! - krzyczał. - Posprzątam tą cholerną łajbę, tylko mnie wypuśćcie, pringados!
Tłukł nogami o deski, aby na pewno go usłyszeli. Przestał jak otworzyła się klapa. Wyszedł z niej Gustavo i Juan.
- Krzyczysz głośniej, niż morświn w czasie godów, amigo. - zaśmiał się pod nosem Gustavo. - Prometer? Obiecujesz, że przysłużysz się załodze?
- Tak! Tak! Tylko mnie odwiążcie, me demanda! - odpowiedział Miquel, domagając się uwolnienia. - Pośpieszcie się, zamarzam!
Gustavo westchnął, ale ostatecznie kazał Juanowi uwolnić Miquela. Ten z przyjemnością to zrobił.
Ulga jaką poczuł Miquel dla nadgarstków była równa uldze jaką poczuł po raz pierwszy smakując włoskiego wina.
- Zajmiemy się tobą później, recluta. - oznajmił Gustavo. - Na razie, idź się porządnie przespać. - uśmiechnął się. - Przyda ci się jutro dużo pary w płucach.
Gustavo wrócił do swojej kwatery, którą, już teraz wyraźnie, mógł zobaczyć Miquel. Spał on osobno z resztą załogi, gdyż (taki był zwyczaj). Juan odprowadził Miquela do (koi, łóżek). Miquel, gdy ujrzał poustawiane przy ścianach hamaki, na których wokół jego rzekomego łóżka spało dwudziestu innych chłopów, przeraził się. Jednak nie miał na nie zbyt długo czasu, gdyż był zbyt zmęczony. Rzucił się na wskazane mu łóżko i zasnął od razu.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania